niedziela, 28 marca 2010

Tempo

Najważniejsze wydarzenie tego tygodnia miało miejsce daleko stąd.

Następnego dnia na dzień dobry koledzy w pracy odśpiewali mi Hymn teściowej. I tak zaczęłam nowy etap życia.

Po kilkutygodniowym "wyautowaniu",  teraz najchętniej posiedziałabym sama w domu i poleniuchowała. Dostałam w tym tygodniu taki mail:

A propos Pani/Pana komentarza na forum GW - skoro redakcja DF nie chce naszych jolek, oferujemy wszystkim b. gazetowowyborczym jolkowiczom ich wysyłki e-mailem; drukuje nas też od grudnia miesięcznik Stolica.
Polecamy się i pozdrawiamy
Autorzy

Odpowiedziałam i chwilę później dostałam następny:

Zasady zamawiania naszych jolek wiszą na www.jolki.waw.pl, która to stronę Pani polecam. Jako że jesteśmy jeszcze na rozruchu, załączam promocyjnie próbkę; jeśli zna Pani innych odstawionych od gazetowej piersi jolkowiczów, bylibyśmy wdzięczni za trochę  reklamy (=podanie im naszych namiarów).

Jak zapłaciłam 12 zł (za trzy Jolki), to złapałam się na tym, że to dość fajny pomysł na szybki zarobek przed świętami. Bo pewności,  że to nie jest firma krzak nie mam żadnej.

12 zł nie fortuna, ale gdyby potwierdziły się moje obawy, byłoby smutno, bo Jolka, kominek i herbata - cóż trzeba więcej do szczęścia?

ps. dopisane następnego dnia: żadna firma krzak, następnego dnia po wpłaceniu, zamówione Jolki były już w poczcie

Tyle, że to marzenie ściętej głowy, w najbliższym czasie czeka mnie ściganie się ze strusiem pędziwiatrem -  nie mam zielonego pojęcia jak pogodzić wiosenne porządki w domu i w ogrodzie, święta oraz jakąś nieprawdopodobną ilość zapisanych w kalendarzu spraw do załatwienia.

Skala zniszczeń po zimie w ogrodzie ogromna - jest co robić. Srala zajęła już swoje ulubione miejsce pod cisem, ale w tym roku czekała nadaremno  -  przez cały marzec nie odwiedził jej żaden absztyfikant.

Stało się to niekoniecznie dlatego, że wypadła "z rynku", może to wina  Edka, który  sam wprawdzie nie może, ale innym nie da i pilnuje terytorium ze swojego "kociego gniazda".


Wraz z nadejściem wiosny zakwitło też i życie towarzyskie.

Byłam u Olki.


Poznałam u niej kota o imieniu Piękny (ten na pierwszym planie), który mógłby wykładać sztukę żebrania i nawet najbardziej sprytne jamniki mogłyby się od niego jeszcze dużo nauczyć.

Olka nie jest jedyną znaną mi kociarą, ale jedyną, która przy wymianie okien skontaktowała się z producentem i zamówiła okno z lufcikiem - rzecz przy kotach bardzo przydatną.


 

Podpatrzyłam u niej jeszcze jedną rzecz - uprawę hydroponiczną.  Mam zamiar dokupić trochę kwiatów do domu (tej zimy padły mi kolejne,  hodowane od wielu lat, pięknie rozrośnięte rośliny)  i te nowe najchętniej bym już wsadziła nie w ziemię, a w granulat.


Ostatni weekend marca to tradycyjnie urodziny Gumisia, i  ciotki Beaty Starszej - w tym roku był to jednocześnie trzeci dzień z rzędu  żarcia  (w dodatku nie jedyny uwieńczony tortem). A było już odczuwalnie lepiej, gdy stawałam na wadze!


 

Na okładce Pensjonatu Piotra Pazińskiego jest zamieszczona opinia Michała Głowińskiego, że: jest to debiut wybitny.

Jak dla mnie jednak przesadził. Z tym, że czyta się,  momentami nawet wciąga. Piotr Pazińśki jako dziecko spędzał wakacje w pensjonacie w Otwocku - żydowskim domu wypoczynkowym. Teraz wraca do tego miejsca, opowiadajac o jego dawnych mieszkańcach. Korowód spowitych w pajęczyny duchów.  Bardzo brakowało mi zdjęć - nie ma nawet zdjecia tego domu (w Googlu też nie znalazłam). A szkoda. Pewnie to jeden z tych rozpadających się świdermajerów.

 

niedziela, 21 marca 2010

Powroty

Na razie wróciłam do Brwi. Od poniedziałku wracam do pracy. Za chwilę wrócę do książek, kina, itp. Jednym zdaniem, po tym jak kilka tygodni temu odjechałam z peronu 9 3/4 do równoległej rzeczywistości, powoli wracam do życia. Na razie ciągle czuję się jeszcze trochę jak alien. Z tym, że niezależnie od kosztów emocjonalnych, dobrze mi z tym, że Tata umierał w domu i jestem jeszcze bardziej niż kiedyś przekonana, że jeżeli tylko jest to możliwe, tak jest lepiej. Dla wszystkich.

Ostatnim zadaniem jakie miałam do wykonania w tamtej rzeczywistości było zorganizowanie świeckiego pogrzebu. Nie zdawałam sobie sprawy, że  nawet w Wwie, zakłady pogrzebowe nie mają nic do zaproponowania. Zgodnie z zasadą jak chcesz mieć coś zrobione, zrób sobie sam mistrz ceremonii dostał od nas program, tekst do wygłoszenia, muzykę i kolaż zdjęć (był wprawdzie zdziwiony, że w czasie uroczystości na ekranie obok urny mają być wyświetlane zdjęcia, ale za dodatkowe 200 zł wypożyczył potrzebny do tego sprzęt). Niestety nie zwróciłam uwagi na wpisany przez niego do programu punkt: trzy minuty wprowadzenia (mistrz ceremonii). I przez te dwie-trzy minuty poleciał takim patosem i bełkotem, że wyobraźni mi nie starcza, jak brzmią jego mowy w standardowym pakiecie (czyli gdy mowa pisana jest przez niego, na podstawie przekazanego przez rodzinę życiorysu). Gdyby mówił jeszcze minutę dłużej, chyba bym wstała i powiedziała by się zamknął. (może bym nie zdążyła, bo czułam jak mój synek też już odlicza sekundy).

Rozmawiałam potem z innymi - podobne wrażenia mieli i na innych świeckich pogrzebach, w dużym uproszczeniu: potencjalni klienci  to czytelnicy Gazety Wyborczej, a przekaz adresowany jest do słuchaczy Radia Maryja. Witryna: pogrzeby.bez.obciachu.com - czeka.

W międzyczasie przyszła wiosna. Gdy na początku tygodnia na kilka godzin wpadłam do domu, moja ulica wyglądała jeszcze bardzo zimowo:

 

Dzisiaj jeszcze nie jest zielona, ale już wiosenna:

W przyszły weekend biorę do ręki grabie. W tym tygodniu, na szczęście dla mnie padał deszcz, więc mogłam odpoczywać bez najmniejszego poczucia winy (wzięłabym kogoś do pomocy, ale ubiegłoroczne doświadczenia zniechęcają i choć urlopu na sprzątanie ogrodu szkoda, chyba nie będę miała innego wyjścia).

Za tydzień na tym ugorze zakwitną już pewnie pierwsze kwiaty.

Z Percy lekka wtopa. Już miałam napisać, że dawno nie robiłam według tak czytelnego wzoru, ale doszłam do bordiury i nie pamiętam bym kiedykolwiek na tym etapie miała aż taki problem ze "spasowaniem". Nie będę analizować dlaczego tak wyszło - muszę przerobić wzór i tyle.


Chwilowo obrażona na Percy, zabrałam się za Gothic Revival Shawl z Magica.

 

Tu też muszę pokombinować z bordiurą - tyle, że w tym przypadku wiedziałam o tym od początku. W oryginale wzór bordiury jest bardzo prosty, za ozdobę robi to, że robiona jest z kilku kolorów włóczek - w tej sytuacji zamierzam ten wzór trochę "ubogacić".

W ramach ogólnych refleksji nad sensem życia, postanowiłam - wykorzystując zasoby Youtube - stworzyć swoją muzyczną bibliotekę nastrojów. Jak przed adresem www. youtube ......, wpisze się "abc" (www.abcyoutube ...) ma się do wyboru kilka podstawowych formatów. do zapisania.  Po części zabrałam się za to i dlatego, że chyba zbierają się nad tym serwisem czarne chmury.

niedziela, 07 marca 2010

Na pozór

Na pozór niby jest w miarę normalnie - byłam w kinie, coś tam przeczytałam, robię kolejny szal. Poszłam na spotkanie autorskie.

Byłam nawet na Szarotkach, teraz już nie chodzę sama, tylko z  z nowym adeptem drutkowania - Gumisiem. Jest coraz fajniej. Póki co pomysł by spotykać się w pierwszą niedzielę miesiąca rozkwita. Bietas niech będą dzięki, bo i jest za co dziękować.

Ale to tylko na pozór. 

Bo nic już nie będzie takie jak kiedyś. Jeszcze nie wiem jak, ale na pewno towarzyszenie komuś w umieraniu jest doświadczeniem dość "znaczącym". Na razie wiem tylko na co będę przeznaczać 1% swojego podatku - na hospicja domowe. Przynajmniej jedna instytucja w tym kraju działa tak, jak powinna. Patrząc z boku, nie rozumiem tylko, dlaczego to z nich KK nie zrobił swoich ambasadorów. Tak jak większość, również i "nasze" hospicjum działa przy kościele, a mimo to ani przez chwilę nie poczułam z ich strony najmniejszej nawet próby nadania opiece, jaką objęli naszą rodzinę,  religijnej oprawy.  

Kolejna robótka to chusta - miał być szal, ale wełna nie ta. Zamiast Himalaya Kasmir, kupilam Himalaya Ultra Kasmir - nie tylko, że nitka gruba, to w dodatku ze srebrnym włosem, który trzeba wyskubywać. Nie polecam. Mam nadzieję, że przynajmniej nie będzie się mechacić.

Wzór to Percy - wyjątkowo dobrze rozpisany wzór. Ale i tak zrobiłam sobie ściągę w Excelu.

Wprowadzona ostatnio przez adminów bloxa możliwość "tagowania", nie jest zbyt kompatybilna z  rytmem  mojego blogowania. Do każdego wpisu można dopisać max 7 tagów, stanowczo za mało by w jednym wpisie starczyło starczyło na wszystko co "tagowalne" (czyli na robótki, książki i film). Stoję więc przed wyborem: częstsze wpisy, ale starannie "tagowane", czy tak jak teraz, ale z tagami przyklejanymi na łapu-capu.

Bo jak starannie otagowałam poprzednią notkę (o Amsterdamie I. McEwana), to nie "starczyło" mi tagów nawet na książkę M. Dygat Biedna pani Morris.

 

Początek był mało obiecujący, miałam wrażenie że autorka strzela zdaniami, jakby nadawała alfabetem Morse’a. Potem mi przeszło - może coś się zmieniło, a może tylko zainteresowana akcją przyzwyczaiłam się do takiego stylu.

Tytułowa pani Morris, to ekscentryczna starsza pani, właścicielka kamienicy na Manhattanie. Powoli żegna się z życiem jakie do tej pory prowadziła i sądząc z tego ile jest w niej buntu i niezadowolenia, żałuje wielu swoich przeszłych decyzji. Jedno z mieszkań wynajmuje młodej dziewczynie, dla której zamieszkanie w okolicy Central Parku (dzięki temu, że p. Morris zaproponowała niższy, niż obowiązujący w tej dzielnicy NY, czynsz) oznacza zrealizowanie jednego z życiowych marzeń. Opowieść o tych dwóch kobietach, o ich spotkaniu, życiu w tej samej kamienicy i rozstaniu.

I gdyby nie zakończenie, niepotrzebnie nadające opowieści głębszy sens i wymiar rodzinnego moralitetu - napisałabym jeszcze kilka ciepłych zdań więcej. Inna sprawa, ze zaczynam podejrzewać u siebie jakiś problem z zakończeniami, mało które mi się podoba. Zazwyczaj narzekam.

 

W Nowym Wspaniałym Świecie był wieczór autorski Sylwi Chutik. Zainteresowanie ogromne. Samo miejsce (byłam tam po raz pierwszy) też extra, od wejścia czuć jak tętni w nim  życie. Szkoda, że nie ma takich dla 50+. Bo niestety nie jestem targetem tego miejsca. Większość prelekcji zaczyna się o godzinie 16, kiedy tacy jak ja są w pracy. Imprezy startują o 19,  a osób w moim wieku (tak jak np. na tym wieczorze autorskim), garstka. Na zakończenie spotkania wyświetlono  krótki fim dokumentalny - Powstanie w bluzce w kwiatki. Polecam. Kobiety mówią jak się ubrały gdy szły do powstania, jak o siebie dbały, co jadły, jak radziły sobie z brakiem wody. Ale nie ukrywam, że gdy słyszę: "powstanki" (tak jak o M. Janion "naukowczyni") to mi to nie brzmi. 

Przypomniałam sobie o kinie.

 

Film cieplutki i milutki, tyle że takich filmów było już tak wiele, że aż za dużo. Jeszcze jedna opowieść o zagubionych w dużym mieście młodych ludziach, poszukujących miłości i bliskości, ale z takim bagażem na plecach i na takich warunkach, że prawie niemożliwe jest to, by im się to udało.

Zobaczyłam tez Tlen Wyrypajewa z Karoliną Gruszką.

Film to sekwencja 10 teledysków. On i ona (zbliżenie twarzy) recytują tekst, wspierany fragmentami Kazania na górze. W tle rytmiczna muzyka, w pewnym momencie zaczyna się melodeklamowany komentarz o  historii mężczyzny, którego tak zafascynowała inna kobieta, że zabił żonę by z nią być.

Trwa to 75 minut, czyli niezbyt długo, ale już w połowie filmu byłam zmęczona. Raz, ze po genialnym początku film się "rozłazi". Dwa, że minutami białe napisy na biały tle są zupełnie nieczytelne, co jest mało powiedziane "mocno irytujące". 

Nie żałuję że poszłam, ale tagu "dobry film" do żadnego z tych filmów nie przyczepiłam.

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli