czwartek, 31 marca 2011

Nocne Lektury

Klaus Hermann - Noc zapada nad Babilonem

Ta książka jest wszystkim tym zaczym nie przepadam: nie dość, że fikcja historyczna, to w dodatku jeszcze starożytna, podana chwilami lekko już archaicznym językiem, przetykanym ciężkimi w czytaniu, czasami z trudem trafiającymi do wyobraźni opisami.

A jednak mi się podobała.

Przeczytałam z przyjemnością, tak jak ogląda się przygodowy film niecierpliwie czekając „co dalej się stanie”.

Przede wszystkim bardzo ciekawy czas kiedy się to dzieje: Babilon, ostatni okres panowania Aleksandra Wielkiego.

W sugestywny sposób opisany jest dwór Aleksandra, panująca na nim atmosfera, intrygi. Im bliżej końca tym więcej o toczonej w tle wielkiej polityki walce o sukcesję. Bohaterem jest Medios, osoba z najbliższego otoczenia Aleksandra, ale nie towarzysząca mu w wyprawach, właściciel zakładów płatnerskich, zaopatrujących Aleksandra w broń.

Chwilami Medios daje się nawet lubić. Nie ciągnie go wojaczka, unika dworskich intryg, wprawdzie w dużej części ze strachu i niechęci do pakowania się w kłopoty, ale stara się nie poddawać nienawiści. Ale tylko chwilami. Jest dzieckiem swojej epoki. jego okrucieństwo wobec niewolników poraża.

Z ciekawostek. W Babilonie zmarłych grzebano pod podłogą domu. Tak by nadal "byli" z rodziną.

 

"Poza" wyzwaniem przeczytałam dwie cienkie książeczki Haliny Pawlowskiej.

Pierwsza to  Zdesperowane kobiety postępują desperacko.



Nie jest jeszcze ze mną tak źle. Pamiętałam jak o Halinie Pawlowskiej pisał Marcin Szczygieł, sprawdziłam w necie - było to w roku 2005.

Książka na jeden wieczór. Napisana świetnym językiem. Co tu ukrywać typowe chick lit.

Bohaterka, 40-letnia Olga, kiedyś była ekspedientką. Wyszła za mąż za inżyniera i dla niego, by mu „dorównać”, skończyła studia i została psychologiem. W międzyczasie on znalazł młodszą i teraz mając 40-lat, z ciętym językiem i bagażem doświadczeń rozgląda się za następnym.


Kolejna książka Pawlowskiej już nie była taka fajna.

Czytałam i się zastanawiałam skąd ja to znam. Sprawdziłam w Wikipedii - widziałam nakręcony na podstawie tej książeczki film. Ale to, co w tamtym filmie miało urok, czyli  opowieść o tym, jak do  ciasnego praskiego mieszkania ojca bohaterki cały czas przyjeżdża w odwiedziny liczna rodzina z Ukrainy, w książce znika. Bo książka nie o nich, tylko o kobiecie poszukującej miłości. Niestety tym razem jest to wyjątkowo chaotycznie i mało wciągająco opowiedziane.


niedziela, 27 marca 2011
"Piotrek"

W poprzednim odcinku była świetna anegdotka ilustrująca zasady rządzące się naszym życiem politycznym. W tym tygodniu doświadczyłam czegoś, co moim zdaniem stawi świetny przykład pokazujący mechanizmy rządzące  życiem społecznym "maluczkich".

Pan prezydent zorganizował spotkanie, dlaczego nie stworzyliśmy społeczeństwa obywatelskiego, a że tak się stało dowodzi to, że w badaniach ono nie występuje. Jeden z uczestników podobno postawił tezę, że ono istnieje, tylko nie tam, gdzie go szukają badacze. Aż tak pewna to bym tego nie była, natomiast na pewno wobec braku instytucji typowych dla społeczeństwa obywatelskiego, wytworzyło się szereg instytucji zastępczych. Np. "Piotrek".

Jadąc do pracy, zostawiłam w kolejce torbę. Wprawdzie nie było w niej nic cennego, ale prawie ukończonej dla mamy czapki było szkoda.  Dawniej było coś takiego jak Biuro rzeczy znalezionych. Ale to dawniej. Teraz, skazana na własną inwencję, zadzwoniłam do informacji kolejowej gdzie podano mi numer pociągu i telefon do dyspozytora, do którego należy ten pociąg - w moim przypadku był to Tłuszcz. Tam pan dyspozytor ustalił, że w tym pociągu pracuje Piotrek i że on do niego zadzwoni i poprosi by sprawdził, czy ta torba jeszcze jest. Piotrek torbę znalazł, więc pan dyspozytor ustalił, kiedy tego dnia Piotrek będzie jeszcze przejeżdżał przez Warszawę i będzie mógł mi tę torbę przekazać. Korzystanie z usług Biura Rzeczy znalezionych było pewniejsze i dostępne dla wszystkich, również dla osób starszych które nie mają komórek i nie potrafią tak szybko poruszać się we współczesności. Ale za to "Piotrek" szybszy.

Tyle, że starszym ludziom i bez tego w tym świecie straszno i smutno. Kupowałam dla mamy z synkiem telewizor. Mama zobaczyła  USB:  czemu Uniwersytet Stefana Batorego?

Czapka skończona, miało nie być zdjęć bo mój Nikuś robił zdjęcia niewyraźne i nieostre. Takie jak to poniżej, na którym utrwaliłam mój posprzątany ogród i Staśkę, która jak tylko zaczęło grzać, zrezygnowała z usług Mazowieckich Przewozów Regionalnych i przesiadła się na rower.

Ale to nie Nikuś nawalał, tylko ja nie wiedziałam, że przez pomyłkę wyłączyłam autofocus.

Czapa z przodu:

Z tyłu:

 

Za bardzo nie nadrobiłam spowodowanych chorobą kinowych zaległości.


Mało mam na temat tego filmu do powiedzenia. Miałam wrażenie, że tym razem W. Allen złożył film tylko z tego, co nakręcił myśląc o drugim planie. W dodatku dialogi takie sobie, żadnych złotych myśli do zapamiętania. Aktorsko też nie powala. Akcja znowu dzieje się w Londynie. Wszyscy w tym filmie obsesyjnie gonią za szczęściem, z wiadomym - takim po allenowsku żałosnym - skutkiem. No ale  Allen, więc nie wyobrażam sobie, ze można by było nie pójść. I  też miło sie to ogląda.

Drugi film mnie też rozczarował.


Film oparty na faktach. W 1996 roku w Algierii, w górach Atlas, porwano siedmiu mnichów z zakonu trapistów. Wiemy tylko tyle, że po 56 dniach ich zamordowano. Film opowiada o tym co działo się przed  tym porwaniem, gdy w okolicy zaczęło być niespokojnie i fundamentaliści zaczęli zabijać niewiernych. Wiadomo było, że w końcu przyjdą i do klasztoru - w tym czasie mnisi mogli wyjechać, do czego ich namawiano. Historia ciekawa. Tyle, że czegoś więcej oczekiwałam od tego filmu. Za dużo niemych scen, których możemy obserwować jak mnisi się modlą, uprawiają ogródek, pomagają miejscowym. Za mało „ważnych” dialogów. I zdjęcia takie sobie. A w tego typu filmach zdjęcia to ważny element budowania nastroju.


W kolejce do recenzji stoi kilka książek. Na pierwszy ogień kolejne multi - kulti, czyli Faïza Guène Śniadanie na Montmarcie

Z okładki:

Bohaterką powieści i zarazem jej narratorką jest 15-letnia muzułmanka mieszkająca we Francji. Doria patrzy z humorem na swoje życie, choć jest ono mało zabawne. Razem z matką analfabetką mieszka na smutnym osiedlu na peryferiach Paryża. Ojciec uciekł z młodszą kobietą do Maroka. Dziewczyna raz w tygodniu chodzi do terapeutki, która jej nie rozumie, ale jest miła. Miły jest również Hamoudi, którego Doria skrycie uwielbia...

Urocza książka. Może już dziecinnieję na starość? Czcionka duża jak w książkach dla dzieci. Język jakim jest napisana też. Ale też trudno by 15 letnia dziewczyna, imigrantka, córka bezradnej analfabetki, opowiadała swoją historię posługując się wyszukanym słownictwem, a w takiej konwencji napisana jest ta książka.

Książka na jeden miły wieczór. Co po ostatnich cegłach też cenne.


środa, 23 marca 2011
Dariusz Michalski Kalina Jędrusik

Jak ktoś zna tę anegdotę to może tak jak ja w tej książce, z dużą przyjemnością znów przeczyta. A jak ktoś nie zna, to naprawdę warto.

Włodzimierz Korcz: „Opowiadano przez lata anegdotę o Kalinie i strażaku. Że kiedyś stała, za kulisami i paliła papierosa, czego oczywiście robić nic wol­no. T podszedł do niej strażak, który zawsze pilnuje porządku w teatrze, bar­dzo grzecznie ukłonił się:

- Pani Kalino, ale tutaj nie wolno palić,

Kalina, która była nieduża, mimo to spojrzała na niego z góry:

-Odp....ol się, strażaku".

Anegdota jest niedokładna, właściwie jest to ćwierć anegdoty. Całą chyba naj­lepiej opowiadał Gustaw Holoubek:

„W jednym z teatrów na próbie Kalina Jędrusik zapaliła papierosa. Na sce­nie nie wolno palić papierosów. Zbliżył się strażak i powiedział:

- Proszę zgasić papierosa, bo tu nie wolno palić. A Kalina jak Kalina - z wdziękiem odparła:

- Odpierdol się, strażaku.

I on strasznie się zamyślił, poszedł za kulisy i tam trwał jakiś czas. Potem nabrał powietrza, wrócił na scenę, ale tam już nie było Kaliny, tylko Basia Ryl­ska. On jednak tego nie zauważył, bo oczy zaszły mu bielmem z wściekłości, i krzyknął do Rylskiej:

- Ja też potrafię przeklinać, ty kurwo stara!

Kompletnie zdumiona Basia pobiegła do Edwarda Dziewońskiego, który był reżyserem spektaklu, i powiedziała mu, że strażak zwariował, bo ją zwyzywał bez żadnego powodu. Dziewoński strasznie się zezłościł, poszedł do stra­żaka i powiedział:

-A pan jest chuj!

Przy czym strażak był inny.

Więc tak wygląda życie polityczne w naszym kraju. Typowa komedia pomy­łek. Qui pro quo".

 

Opowieść o nietuzinkowej kobiecie, która do czasu gdy na starość popadła w bigoterię, szokowała nonszalanckim podejściem do przyjętych powszechnie zasad, do tego co wypada, a co nie wypada. Co ciekawe w 1990 roku powiedziała coś takiego:

Jestem jedną z nielicznych kobiet, które uważają, że prawdziwa twórczość jest domeną tylko mężczyzn. Nie wiem, nie widziałam, nie spotkałam ni­gdy Mozarta w spódnicy czy Rembrandta w spódnicy. Naprawdę! Kobieta jest muzą, znaczy: była muzą bardzo często i wciąż jest bardzo dzielna we wszyst­kich zawodach odtwórczych. Może teraz to się zmienia, bo wszystko się szale­nie zmieniło, jeżeli chodzi o dostęp kobiety do wielu dziedzin życia, więc mo­że zaczną kobiety być kiedyś wielkimi twórcami, ale nie wydaje mi się. Na czym innym polega kobieca twórczość; na przykład wielką twórczością jest rodzenie.

Książka bardzo skrupulatnie przedstawia drogę sceniczną, o jej życiu osobistym, zwłaszcza o tym, co "poza"  małżeństwem ze Stanisławem Dygatem, dużo mniej. Pewnie po części dlatego, że trudno by o tym pisać bez "szargania pamięci". Zwłaszcza, że na podstawie tego co jest w książce zasygnalizowane, łatwo można się domyśleć, że po śmierci Kaliny  powstało kilka wzajemnie zwalczających się obozów. A morał z tej książki taki, że testament to podstawa. Kalina Jędrusik go nie sporządziła. I chociaż miała liczną rodzinę, pasierbicę, cały majątek, razem z willą na Żoliborzu odziedziczyła jej "służąca" jak twierdziła rodzina, czy "opiekunka" jak określali ją ci, którzy zaświadczyli, ze K. Jędrusik wyraziła ustną wolę że to tej kobiecie ma przypaść wszystko. Podobno miało być muzeum, ale oczywiście willa została sprzedana. Prawdopodobnie, książka Magdyt Dygat Rozstania była próbą odreagowania tego wszystkiego - Dariusz Michalski o Kalinie w roli macochy pisze mało  i może nie wprost, ale sugeruje, że to nie możliwe by Kalina była aż tak zła, jak napisała  to córka Dygata.

Na koniec taki smaczek:

Pod ręką trzymała tylko DZIESIĘĆ PRZY­KAZAŃ dla Kaliny Jędrusik, napisanych przez swego męża, chyba w pierw­szych dniach wspólnego osiedlenia się na Żoliborzu, na pomarańczowym papierze, na maszynie, z ręcznymi poprawkami - stylizowanych na kopię bardzo dawnego dokumentu.

BEZ STASIA

  1. Nigdy nie proś o drobne usługi kogoś, kto jest od ciebie w lepszej sytuacji materialnej i moralnej. Kogoś takiego znacznie mniej zdener­wuje prośba o sprawę dużą i ważną. Może nawet ją spełnić, żeby się po­pisać przed innymi.
  2. Odmawiaj wszelkich usług, chyba że chodzi o usługi wymienne. Rób to grzecznie i spokojnie, ale stanowczo. Ucz się znajdować w tym satysfakcję. Staraj się wyrobić sobie opinię egoistki, osoby nieużytej i wyrachowanej
  3. Nie traktuj nigdy żadnej przykrej sytuacji, w której się znajdziesz, jako niezasłużonej krzywdy. Nie czuj się, a tym bardziej nie pokazuj jako ofiara. Kalkuluj natomiast z trzeźwym wyrachowaniem, jak złą sytuację odmienić na swoją korzyść. Na krzywdzących nie patrz z żalem lub nienawiścią. Patrz na nich z uznaniem jako na zręcznych (lub starających się być zręcznymi) graczy, badaj ich i podpatruj uważnie, wynajdując błędy, które robią, i sposoby, którymi mogłabyś ich pokonać.
  4. Staraj się przed wszystkimi robić wrażenie osoby bardzo zajętej swoimi sprawami.
  5. Jeżeli zagrozisz komuś, że coś zrobisz, musisz naprawdę być go­towa to zrobić. Bluffować można jedynie w kartach i to rzadko. W życiu bluffują tylko hochsztaplerzy.
  6. Mów możliwie mało. Tylko to, co jest potrzebne i bardzo wyważo­ne. Jeżeli chcesz juz koniecznie porozmawiać z kimś więcej, staraj się sprawiać wrażenie, że coś ukrywasz i nie wszystko mówisz do końca. Musisz wykluczyć raz na zawsze ze swojego słownictwa wyrazy obsce­niczne. Nic tak nie skłania ludzi do poufałości, jak mówienie do nich rozwiązłym językiem (i do lekceważenia).
  7. Nie wolno ci sprawiać na ludziach wrażenia szczerej i otwartej. Nikczemnicy (a więc wszyscy, którzy cię otaczają) uważają osoby szcze­re i otwarte za głupców łatwych do pożarcia.
  8. Nic angażuj się w cudze sprawy, jeżeli nie masz w tym interesu. Nawet nie rozprawiaj o cudzych sprawach z zapałem, a jeżeli już chcesz koniecznie, rób to z obojętnością, a nawet tu i ówdzie z lekkim akcen­tem znudzenia.
  9. Wyklucz, w każdej sytuacji, pozę osoby fajnej, „swojego chłopa".
  10. Nigdy, przed  nikim  nie pokazuj, że jesteś wyprowadzona  z równowagi.

Odczytuj, te dziesięć przykazań, rano po przebudzeniu i wieczorem przed zaśnięciem. Przestrzegaj ich, a ludzie będą cię szanowali i udawali, że cię kochają.

Nie takie głupie.

Jeżeli chodzi o moją ocenę tej książki, jak dla mnie z jednej strony trochę za dużo o tym co Kalina Jędrusik robiła na scenie, a trochę za mało i zbyt po łebkach o sprawach ważnych, ale trudnych (np. o relacji z Magdą Dygat). Z tym, że dużą wartością tej książki jest to, że w części omija główny nurt anegdotyczny i jest w niej sporo ciekawostek i historyjek, które pewnie inni też znają, ale nie cytują, bo w złym świetle przedstawiają tych, o których wypada dziś jeno z namaszczeniem.


niedziela, 20 marca 2011
Na zwolnieniu

10 dni zwolnienia. Nawet nie tyle byłam aż tak chora, jak zagoniona, bo już drugiego dnia wygrzewania się pod kołdrą, kichnięcie przestało być równoznaczne z detonacją bomby w zatokach. Z dnia na dzień było mi w swoim towarzystwie coraz lepiej i patrząc wstecz widzę, że  uroczo przebimbałam cały ten czas, obracając się z boku na bok i gapiąc się bezmyślnie w sufit.

Dzień rozpoczynałam od przejrzenia serwisów informacyjnych i rytualnego sprawdzenia czy nie ma czegoś w TV. Mając sto albo więcej kanałów, przez te 10 dni dwa razy coś mnie zaciekawiło: pilotażowy odcinek "Redakcji kultura" P. Najsztuba (drugi raz już nie włączę bo skoro taki był pilotaż, następne będą pewnie jeszcze gorsze, a o tym że warto przeczytać najnowszą książkę Jacka Dehnela Saturn, słyszałam już wcześniej) oraz powtórka w Teatrze Telewizji sztuki E. Vilar Zazdrość (obejrzałam bo dobra obsada, ale ile można). Wiedziałam, że z telewizją jest źle. Ale że jest aż tak źle, to nie wiedziałam.

Ponieważ mówi się, że teraz to co najlepsze skupia się w serialach, postanowiłam przyjrzeć się temu zjawisku  z bliska. Zaczęłam od  czegoś, co od kilku lat zbiera nagrody, czyli serialu Mad Men. Lata 60-te ubiegłego wieku, nowojorska agencja reklamowa. Na dzień dobry moją uwagę przykuły stroje, urządzenia, czyli cały kontekst historyczny. Film nie przegadany, co dla mnie o tyle ważne, że postanowiłam oglądać bez polskich napisów. Jestem w połowie sezonu 1 i chociaż nie powala, to przynajmniej miło się ogląda. Polecam.

To, że nie gapiłam się w ekran nie oznacza że machałam drutami. Z myślą o przyszłej zimie, kupiłam na Raverly wzór Through the Woods:


I z dwóch motków Magica zrobiłam mamie czapkę. Coraz bardziej mam dosyć tych anglosaskich wzorów, nie umiem się przestawić. Potrzebuję wymiarów w centymetrach (czy calach), szczegółowego rozpisania na rzędy i oczka. Po zrobieniu próbki nic nie wskazywało, aż na taki rozrzut w wymiarach. Tymczasem czapa wyszła za obcisła i aby jakoś układała się u dołu, rozszerzyłam golf. Mama nie widziała wzoru, więc może się jej spodoba. Ja widziałam wzór więc warczę. Zdjęcie na ludziu za tydzień, po ostatecznym wykończeniu i nadaniu szlifu.

Zwolnienie bardzo ułatwiło mi przestawienie się na postną dietę - jak się nie z wychodzi z domu,  to wystarczy tylko nie poprosić o kupienie chleba i paru innych, smacznych rzeczy.  Wprawdzie wczoraj zrobiłam jednodniową przerwę na urodziny Gumisia, ale od razu wróciłam na obrany tor, czyli: chudy nabiał, warzywa, trochę mięsa ... no i niestety owoce. Bo o ile  bez chleba mogę, to bez owoców nie potrafię. I tak chcę wytrwać aż do zapnę się w stare poczciwe Lewisy. Chiałabym i czegoś nowego, ale oferta sklepowa nie zachęca. Pojechałyśmy z Joanną na zakupy, pod koniec nawet obniżyłyśmy poprzeczkę, ale i tak wróciłyśmy z pustymi rękami.  Albo dla bardzo młodych, albo dla takich którym jest już wszystko jedno. Z kolei niedawno jak poszłam sama i miałam w sobie jeszcze więcej determinacji, to wprawdzie wróciłam ze spódniczką, ale podobno wyglądam w niej "strasznie". Kupiłam tę spódniczkę w Zarze, która tak jak inni zaczęła uwodzić klientki robiąc rozmiarowy szacher-macher i tak  nagle, jeszcze zanim zaczęłam pościć, bez problemu zapięłam się w ich "36". 

Z ziemi wyszły już pierwsze kwiaty. W tym roku postanowiłam cieszyć się ogrodem,  a skoro tak to przystąpiłam do poszukiwania kogoś, kto za mnie weźmie do reki grabie. I to pomimo tego, że odkąd zaczęłam korzystać z pomocy innych, trawnik powoli zarasta mchem. Może już w tym tygodniu okaże się, czy wstępnie nawiązana współpraca "zaperspektuje".


Na razie udało mi się oddać kilka niepotrzebnych już rzeczy. Przyjechały po nie zaprzyjaźnione jamniki. Na zdjęciu jeden z nich, który biedny nie znalazł dostał niczego do zjedzenia (nie miałam niczego w lodówce, czym mogłabym się podzielić) i musiał się zadowolić ino miseczką z wodą.


Coś będę musiała zrobić z płotem. Zima wjechał w niego sąsiad, ale póki był śnieg to nie było to tak widoczne:

Przypomniałam sobie kolejną lekturę szkolną.

Wrażenia takie, jakby to było Nad Niemnem, a nie Ferdydurke. Z trudem dobrnęłam do końca. O tyle dziwne, bo Fronczewski wielkim aktorem jest. Ale albo to jest książka, którą trzeba czytać, nie słuchać, albo Gombrowicz na tym etapie mojego życia jest niestrawny. Inna sprawa, że nigdy się nim nie zachwycałam i jak dla mnie najciekawszą książkę napisał on swoim życiem.

niedziela, 13 marca 2011
Kolejna niepoważna firma

Tym razem Lenovo. Wysłałam do nich taki mail:

Rozważam zakup laptopa TkinkPad Edge ... Ale ponieważ chciałabym rozszerzyć pamięć operacyjną z 2 do 4, postanowiłam dowiedzieć się przez telefon czy jest to możliwe i ile by to kosztowało.

Pierwsze centrum serwisowe: Blask - nikt nie odbiera telefonu. Weszłam na ich stronę. 31 stycznia br. się przeprowadzili. Może nie przenieśli telefonów i zapomnieli o tym poinformować na stronie?

Drugie centrum serwisowe: RAM-Service - za każdym razem przełączano mnie do osoby, która nie odbierała telefonu, bo "gdzieś na chwilę wyszła". Tyle że ta chwila trwała pół dnia i nikt inny poza tą osobą nie był w stanie udzielić informacji.

Trzecie  centrum serwisowe: Comp SA - tu z kolei, kazali mi wystosować pisemne zapytanie i powiedzieli, że udzielą pisemnej odpowiedzi.

Czy tak samo  "sprawnie" działa  Państwa serwis?

Nawet nie raczyli odpisać ... Czekając na odpowiedź poszłam do sklepu obejrzeć ThinkPad Edge i straciłam resztkę ochoty - wyrób bardzo mocno toporny.

Powoli przygotowuję się do nowej roli:


 

Na razie z zapałem zabrałam się za butki dla dwumiesięcznego Leona (wzór stąd). Zrobienie tych butków zabrało mi huk czasu, co zrobiłam to prułam. Do kompletu ma być bluzeczka, ale ugrzęzłam prując kolejny wymyślony w głowie projekt.


Powstał pierwszy (z dziewięciu) pasek kapy. Następne paski mają składać się z takich samych kwadratów, tyle że przesuniętych o jeden w bok (takie same kwadraty będą tworzyły poprzeczne pasy). Zważyłam jeden kwadracik, wiem że starczy mi wełny, ale nie jestem już tak pewna, czy starczy na to co sobie wymyśliłam - założyłam, że każdej wełny zużyję tyle samo. Kiedyś się to wyjaśni. Kiedyś, bo  nie planuję, by tak jak w tym tygodniu,  robić to w tempie 1 pasek/tygodniowo.

Przeczytałam John Lennon.Życie Philipa Normana. Gdy zobaczyłam tę książkę w księgarni, zakochałam się od pierwszego spojrzenia. Książka ledwo przeżyła to moje uczucie - system czytania "w podróży" sprawia, że na mojej półeczce" do przeczytania" stoi już całkiem pokaźna liczba książek-cegieł, tej nie umiałam odłożyć, a wożenie w torebce książek w miękkich okładkach, zwłaszcza tak grubych,  nigdy nie wychodzi im na zdrowie

Pierwsza część książki, opisująca Anglię na przełomie lat 50-tych i 60-tych, zaciekawi każdego, nawet kogoś kto nigdy nie kochał ich muzyki. Zaczyna się tak:

John Lennon urodził się z darem muzykalności i poczuciem humoru, które wyniosły go dalej, niż śnił w najśmielszych snach. W młodości wykorzystał szansę, jaka otworzyła się po drugiej stronie Atlantyku i zasmakował wielkiej sławy. Jak na Brytyjczyka, grającego amerykańską muzykę, było to osiągnięcie niebywałe. On jednak robił to tak, jakby urodził się w Stanach; a może nawet lepiej. Przez kilka lat jego grupa koncertowała w Stanach Zjednoczonych, wszędzie wzbudzając zachwyt swoimi krzykliwymi strojami, zabawnymi fryzurami i szerokimi, radosnymi uśmiechami.

 

Pasuje, tyle że dotyczy to jego dziadka, też Johna Lennona ...

Po obszernym przedstawieniu dzieciństwa i młodości J. Lennona, książka wyraźnie "przyspiesza" - może dlatego, że autor nie chciał powtarzać tego, co opisał w napisanej przez siebie wcześniej biografii Beatlesów - Shout! ? W tej części dużo jest historii w których występują ludzie o których warto już coś wcześniej wiedzieć, odwołań do tekstów ich piosenek. Nie umiem powiedzieć, czy dla kogoś kogo nie interesują Beatlesi, jest to ciekawe.

Jak na biografię, w książce jest stosunkowo mało smaczków i anegdot, pewnie dlatego, że i bez tego książka jest bardzo gruba. Uśmiechnęłam się, gdy przeczytałam że na ojca chrzestnego Seana wybrano Eltona Johna, bo jako gej dawał gwarancję, że nie będzie miał własnych dzieci i tym samym będzie dbał o Seana.

Nie ma też odpowiedzi na wiele nasuwających się podczas czytania tej książki pytań. Np. jak czuła się po tym co się stało Yoko Ono, której każdy krok wyznaczali numerolodzy, wróżbici i tym podobni "potrafiący przewidzieć" przyszłość ludzie.  Bo też i nie ma złudzeń - "prawdziwa" biografia Johna Lennona zostanie napisana, gdy nie będzie już nikogo, komu będzie się chciało bronić w sądach dobrego imienia opisanych w takiej biografii osób. Do tego czasu bronią się jedynie fakty.

Ale pomimo tych zastrzeżeń, książka jak dla mnie boska. Z tym, że na taką ocenę miało też pewien wpływ, to, że w tamtych czasach wolałam Beatlesów, nie Rolling Stonsów, byłam n-razy na Help i w Fotoplastikonie na Al. Jerozolimskich kupowałam ich czarno-białe zdjęcia zespołu (byłam też bardzo dumną posiadaczką jednego ich longplay'a).

 

W związku z nadchodzącą wiosną, w ramach zakańczania niegdyś rozpoczętych projektów, dokończyłam kolejne odsłuchanie Moskwy Pietuszki.

Pamiętam, że kiedyś podobała mi się czytana w drugim obiegu książka Jerofiejewa, dziś drażni mnie apoteoza pijaństwa.

Za to interpretacja Romana Wilchelmiego powala. Można sobie puścić dowolny rozdział, tak jak piosenkę. Nie tylko, że za kolejnym razem nie nudzi, ale słucha się z niesłabnąca ciekawością.

niedziela, 06 marca 2011
Wielka wieś Warszawa

Czytam głownie w pociągu, ale niestety nieliczni robią to samo co ja. Gdyby przynajmniej kontemplowali podróż w milczeniu, tymczasem zawsze w przedziale znajdzie się kilka takich co to uwielbiają gadać, z innym współpasażerem, przez komórkę, o niczym, byle głośno. W takich sytuacjach jedynym ratunkiem są słuchawki. Kupione przeze mnie jakiś czas temu nie spełniły swojej roli - duże porządne zamknięte Sennheiseiry świetnie tłumiły dźwięk, ale kiepsko mieściły się w torebce. Ponieważ nie lubię gromadzić w domu rzeczy, których nie używam, oddałam je koledze w pracy, który z wierzchu wyglądał na takiego co lubi słuchać muzyki i postanowiłam sobie kupić takie, o jaki mi chodzi: nauszne, składane i dobrze tłumiące dźwięk zewnętrzny.

A tu klops, czyli dziura na rynku. Nausznych słuchawek "do podróży" jak na lekarstwo. Kilka modeli i to tylko  tych "lepsiejszych" firm. By lepiej tłumić zewnętrzny hałas,  wymyślono system redukcji szumów Noise Guard - słuchawki wyposażone w ten system kosztują 200 zł drożej, więc przed zakupem warto by sprawdzić czy to działa. Tymczasem w całej wielkiej wsi Warszawa, nie ma ani jednego sklepu gdzie można by to "przymierzyć".

Nie najlepiej też na rynku audiobooków. Po przypomnieniu sobie Zbrodni i kary zamarzyłam o Czarodziejskiej Górze. Dostępna jest tylko piracka wersja, chyba się skuszę.


 

Miłośnikom Zbrodni i Kary polecam wpis Maga-mary na ten temat - słuchając, z przyjemnością jeszcze raz obejrzałam zdjęcia opisywanych w tej powieści miejsc.

A jeżeli chodzi o F. Dostojewskiego: w tym tygodniu w TVP Kultura przypominają Biesy Wajdy, jakiś czas temu odsłuchałam Idiotę, został mi jeszcze Gracz i będę mogła powiedzieć "przypomniany".

Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję początek nowego projektu: kiedyś tam, to łóżko będzie przykryte taką patchworkową kapą (kwadracik na zdjęciu stanowi 1/54 owej kapy):


Patrząc na moje osiągnięcia, jeżeli chodzi o ilość skończonych prac, najbardziej czuję się "druciarką" na comiesięcznych Szarotkach - gadać o drutach to ja potrafię.

 

Jest coś niesamowitego w tych spotkaniach. Inna sprawa, że co ktoś przybędzie, to ktoś ubędzie, więc nie jest tak, że ruch rośnie w siłę. Ale też - co najważniejsze - i nie zanika.

Nawet nie wiedziałam, że ten film nigdy nie był grany na ekranach polskich kin i dopiero teraz odbyła się jego oficjalna premiera.

 

 Historia kina. Włochy, a właściwie Sycylia, powstanie Garibaldiego. Tytułowy Lampart (Burt Lancaster), książe starego arystokratycznego rodu, zdaje sobie sprawę, że epoka feudalna odchodzi do historii. Jest jeszcze piękna Claudia Cardinale, młody Alain Delon. Myślę, że w telewizji dużo bardziej drażniła by mnie archaiczność tego filmu, w kinie przeszkadzała mi jedynie w scenach batalistycznych. I ponieważ od filmów, które są już w tak statecznym wieku, tak dużo się nie wymaga, daję 5 gwiazdek.

Wszystko w porządku jest mało śmieszną komedią, w dodatku z nie najlepszymi dialogami, co o tyle dziwne, że zazwyczaj jest to mocna strona amerykańskich filmów.

Nic i Jules, dwie lesbijki przeżywają kryzys wieku średniego, kryzys swojego związku, problemy z dwójką dojrzewających dzieci, słowem wszystko to co zazwyczaj się przeżywa mając 40 kilka lat. Tyle, że w tzw. "zwykłych" rodzinach katalizatorem kryzysu nie jest odszukany przez ich dzieci ich biologiczny ojciec. Za mało na komedię, za mało powagi na społeczny dramat, czyli nie pies, nie wydra.

Mocną stroną tego filmu jest to, że gra w nim Julianne Moore, którą bardzo lubię. Ale to Annete Bening była nominowana za zagraną w tym filmie rolę w tym roku Oscara - ciekawe co zobaczył w jej roli ten, który ją zgłosił.

 

A na koniec historia o Mysi.

Ciotka Olka mieszka w bloku i ma trzy wielkie koty. Tuż przed nadejściem zimy usłyszała szmer za lodówką, coś tam się ruszało. Stwierdziła, że pewnie jest to przyniesiona przez koty nornica, której udało się zbiec za lodówkę, zanim w zabawie przetrąciły jej kark. Ponieważ chwilę później nastał mróz, postanowiła z zakupem żywołapki poczekać do wiosny i wtedy bezpiecznie wypuścić ją na trawnik. Powoli wszyscy przyzwyczaili się do tego, że u Olki za lodówka mieszka sprytna Mysia, która wie że jest bezpieczna tak długo, dopóki nie wyjdzie z wnęki. Niedawno Olkę zaintrygowało to, że Mysia coraz głośniej hałasuje, co wskazywało na to, że jest coraz większa. Postanowiła spojrzeć Mysi w twarz. Zobaczyła szczura. 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli