czwartek, 31 marca 2011

Nocne Lektury

Klaus Hermann - Noc zapada nad Babilonem

Ta książka jest wszystkim tym zaczym nie przepadam: nie dość, że fikcja historyczna, to w dodatku jeszcze starożytna, podana chwilami lekko już archaicznym językiem, przetykanym ciężkimi w czytaniu, czasami z trudem trafiającymi do wyobraźni opisami.

A jednak mi się podobała.

Przeczytałam z przyjemnością, tak jak ogląda się przygodowy film niecierpliwie czekając „co dalej się stanie”.

Przede wszystkim bardzo ciekawy czas kiedy się to dzieje: Babilon, ostatni okres panowania Aleksandra Wielkiego.

W sugestywny sposób opisany jest dwór Aleksandra, panująca na nim atmosfera, intrygi. Im bliżej końca tym więcej o toczonej w tle wielkiej polityki walce o sukcesję. Bohaterem jest Medios, osoba z najbliższego otoczenia Aleksandra, ale nie towarzysząca mu w wyprawach, właściciel zakładów płatnerskich, zaopatrujących Aleksandra w broń.

Chwilami Medios daje się nawet lubić. Nie ciągnie go wojaczka, unika dworskich intryg, wprawdzie w dużej części ze strachu i niechęci do pakowania się w kłopoty, ale stara się nie poddawać nienawiści. Ale tylko chwilami. Jest dzieckiem swojej epoki. jego okrucieństwo wobec niewolników poraża.

Z ciekawostek. W Babilonie zmarłych grzebano pod podłogą domu. Tak by nadal "byli" z rodziną.

 

"Poza" wyzwaniem przeczytałam dwie cienkie książeczki Haliny Pawlowskiej.

Pierwsza to  Zdesperowane kobiety postępują desperacko.



Nie jest jeszcze ze mną tak źle. Pamiętałam jak o Halinie Pawlowskiej pisał Marcin Szczygieł, sprawdziłam w necie - było to w roku 2005.

Książka na jeden wieczór. Napisana świetnym językiem. Co tu ukrywać typowe chick lit.

Bohaterka, 40-letnia Olga, kiedyś była ekspedientką. Wyszła za mąż za inżyniera i dla niego, by mu „dorównać”, skończyła studia i została psychologiem. W międzyczasie on znalazł młodszą i teraz mając 40-lat, z ciętym językiem i bagażem doświadczeń rozgląda się za następnym.


Kolejna książka Pawlowskiej już nie była taka fajna.

Czytałam i się zastanawiałam skąd ja to znam. Sprawdziłam w Wikipedii - widziałam nakręcony na podstawie tej książeczki film. Ale to, co w tamtym filmie miało urok, czyli  opowieść o tym, jak do  ciasnego praskiego mieszkania ojca bohaterki cały czas przyjeżdża w odwiedziny liczna rodzina z Ukrainy, w książce znika. Bo książka nie o nich, tylko o kobiecie poszukującej miłości. Niestety tym razem jest to wyjątkowo chaotycznie i mało wciągająco opowiedziane.


niedziela, 27 marca 2011
"Piotrek"

W poprzednim odcinku była świetna anegdotka ilustrująca zasady rządzące się naszym życiem politycznym. W tym tygodniu doświadczyłam czegoś, co moim zdaniem stawi świetny przykład pokazujący mechanizmy rządzące  życiem społecznym "maluczkich".

Pan prezydent zorganizował spotkanie, dlaczego nie stworzyliśmy społeczeństwa obywatelskiego, a że tak się stało dowodzi to, że w badaniach ono nie występuje. Jeden z uczestników podobno postawił tezę, że ono istnieje, tylko nie tam, gdzie go szukają badacze. Aż tak pewna to bym tego nie była, natomiast na pewno wobec braku instytucji typowych dla społeczeństwa obywatelskiego, wytworzyło się szereg instytucji zastępczych. Np. "Piotrek".

Jadąc do pracy, zostawiłam w kolejce torbę. Wprawdzie nie było w niej nic cennego, ale prawie ukończonej dla mamy czapki było szkoda.  Dawniej było coś takiego jak Biuro rzeczy znalezionych. Ale to dawniej. Teraz, skazana na własną inwencję, zadzwoniłam do informacji kolejowej gdzie podano mi numer pociągu i telefon do dyspozytora, do którego należy ten pociąg - w moim przypadku był to Tłuszcz. Tam pan dyspozytor ustalił, że w tym pociągu pracuje Piotrek i że on do niego zadzwoni i poprosi by sprawdził, czy ta torba jeszcze jest. Piotrek torbę znalazł, więc pan dyspozytor ustalił, kiedy tego dnia Piotrek będzie jeszcze przejeżdżał przez Warszawę i będzie mógł mi tę torbę przekazać. Korzystanie z usług Biura Rzeczy znalezionych było pewniejsze i dostępne dla wszystkich, również dla osób starszych które nie mają komórek i nie potrafią tak szybko poruszać się we współczesności. Ale za to "Piotrek" szybszy.

Tyle, że starszym ludziom i bez tego w tym świecie straszno i smutno. Kupowałam dla mamy z synkiem telewizor. Mama zobaczyła  USB:  czemu Uniwersytet Stefana Batorego?

Czapka skończona, miało nie być zdjęć bo mój Nikuś robił zdjęcia niewyraźne i nieostre. Takie jak to poniżej, na którym utrwaliłam mój posprzątany ogród i Staśkę, która jak tylko zaczęło grzać, zrezygnowała z usług Mazowieckich Przewozów Regionalnych i przesiadła się na rower.

Ale to nie Nikuś nawalał, tylko ja nie wiedziałam, że przez pomyłkę wyłączyłam autofocus.

Czapa z przodu:

Z tyłu:

 

Za bardzo nie nadrobiłam spowodowanych chorobą kinowych zaległości.


Mało mam na temat tego filmu do powiedzenia. Miałam wrażenie, że tym razem W. Allen złożył film tylko z tego, co nakręcił myśląc o drugim planie. W dodatku dialogi takie sobie, żadnych złotych myśli do zapamiętania. Aktorsko też nie powala. Akcja znowu dzieje się w Londynie. Wszyscy w tym filmie obsesyjnie gonią za szczęściem, z wiadomym - takim po allenowsku żałosnym - skutkiem. No ale  Allen, więc nie wyobrażam sobie, ze można by było nie pójść. I  też miło sie to ogląda.

Drugi film mnie też rozczarował.


Film oparty na faktach. W 1996 roku w Algierii, w górach Atlas, porwano siedmiu mnichów z zakonu trapistów. Wiemy tylko tyle, że po 56 dniach ich zamordowano. Film opowiada o tym co działo się przed  tym porwaniem, gdy w okolicy zaczęło być niespokojnie i fundamentaliści zaczęli zabijać niewiernych. Wiadomo było, że w końcu przyjdą i do klasztoru - w tym czasie mnisi mogli wyjechać, do czego ich namawiano. Historia ciekawa. Tyle, że czegoś więcej oczekiwałam od tego filmu. Za dużo niemych scen, których możemy obserwować jak mnisi się modlą, uprawiają ogródek, pomagają miejscowym. Za mało „ważnych” dialogów. I zdjęcia takie sobie. A w tego typu filmach zdjęcia to ważny element budowania nastroju.


W kolejce do recenzji stoi kilka książek. Na pierwszy ogień kolejne multi - kulti, czyli Faïza Guène Śniadanie na Montmarcie

Z okładki:

Bohaterką powieści i zarazem jej narratorką jest 15-letnia muzułmanka mieszkająca we Francji. Doria patrzy z humorem na swoje życie, choć jest ono mało zabawne. Razem z matką analfabetką mieszka na smutnym osiedlu na peryferiach Paryża. Ojciec uciekł z młodszą kobietą do Maroka. Dziewczyna raz w tygodniu chodzi do terapeutki, która jej nie rozumie, ale jest miła. Miły jest również Hamoudi, którego Doria skrycie uwielbia...

Urocza książka. Może już dziecinnieję na starość? Czcionka duża jak w książkach dla dzieci. Język jakim jest napisana też. Ale też trudno by 15 letnia dziewczyna, imigrantka, córka bezradnej analfabetki, opowiadała swoją historię posługując się wyszukanym słownictwem, a w takiej konwencji napisana jest ta książka.

Książka na jeden miły wieczór. Co po ostatnich cegłach też cenne.


środa, 23 marca 2011
Dariusz Michalski Kalina Jędrusik

Jak ktoś zna tę anegdotę to może tak jak ja w tej książce, z dużą przyjemnością znów przeczyta. A jak ktoś nie zna, to naprawdę warto.

Włodzimierz Korcz: „Opowiadano przez lata anegdotę o Kalinie i strażaku. Że kiedyś stała, za kulisami i paliła papierosa, czego oczywiście robić nic wol­no. T podszedł do niej strażak, który zawsze pilnuje porządku w teatrze, bar­dzo grzecznie ukłonił się:

- Pani Kalino, ale tutaj nie wolno palić,

Kalina, która była nieduża, mimo to spojrzała na niego z góry:

-Odp....ol się, strażaku".

Anegdota jest niedokładna, właściwie jest to ćwierć anegdoty. Całą chyba naj­lepiej opowiadał Gustaw Holoubek:

„W jednym z teatrów na próbie Kalina Jędrusik zapaliła papierosa. Na sce­nie nie wolno palić papierosów. Zbliżył się strażak i powiedział:

- Proszę zgasić papierosa, bo tu nie wolno palić. A Kalina jak Kalina - z wdziękiem odparła:

- Odpierdol się, strażaku.

I on strasznie się zamyślił, poszedł za kulisy i tam trwał jakiś czas. Potem nabrał powietrza, wrócił na scenę, ale tam już nie było Kaliny, tylko Basia Ryl­ska. On jednak tego nie zauważył, bo oczy zaszły mu bielmem z wściekłości, i krzyknął do Rylskiej:

- Ja też potrafię przeklinać, ty kurwo stara!

Kompletnie zdumiona Basia pobiegła do Edwarda Dziewońskiego, który był reżyserem spektaklu, i powiedziała mu, że strażak zwariował, bo ją zwyzywał bez żadnego powodu. Dziewoński strasznie się zezłościł, poszedł do stra­żaka i powiedział:

-A pan jest chuj!

Przy czym strażak był inny.

Więc tak wygląda życie polityczne w naszym kraju. Typowa komedia pomy­łek. Qui pro quo".

 

Opowieść o nietuzinkowej kobiecie, która do czasu gdy na starość popadła w bigoterię, szokowała nonszalanckim podejściem do przyjętych powszechnie zasad, do tego co wypada, a co nie wypada. Co ciekawe w 1990 roku powiedziała coś takiego:

Jestem jedną z nielicznych kobiet, które uważają, że prawdziwa twórczość jest domeną tylko mężczyzn. Nie wiem, nie widziałam, nie spotkałam ni­gdy Mozarta w spódnicy czy Rembrandta w spódnicy. Naprawdę! Kobieta jest muzą, znaczy: była muzą bardzo często i wciąż jest bardzo dzielna we wszyst­kich zawodach odtwórczych. Może teraz to się zmienia, bo wszystko się szale­nie zmieniło, jeżeli chodzi o dostęp kobiety do wielu dziedzin życia, więc mo­że zaczną kobiety być kiedyś wielkimi twórcami, ale nie wydaje mi się. Na czym innym polega kobieca twórczość; na przykład wielką twórczością jest rodzenie.

Książka bardzo skrupulatnie przedstawia drogę sceniczną, o jej życiu osobistym, zwłaszcza o tym, co "poza"  małżeństwem ze Stanisławem Dygatem, dużo mniej. Pewnie po części dlatego, że trudno by o tym pisać bez "szargania pamięci". Zwłaszcza, że na podstawie tego co jest w książce zasygnalizowane, łatwo można się domyśleć, że po śmierci Kaliny  powstało kilka wzajemnie zwalczających się obozów. A morał z tej książki taki, że testament to podstawa. Kalina Jędrusik go nie sporządziła. I chociaż miała liczną rodzinę, pasierbicę, cały majątek, razem z willą na Żoliborzu odziedziczyła jej "służąca" jak twierdziła rodzina, czy "opiekunka" jak określali ją ci, którzy zaświadczyli, ze K. Jędrusik wyraziła ustną wolę że to tej kobiecie ma przypaść wszystko. Podobno miało być muzeum, ale oczywiście willa została sprzedana. Prawdopodobnie, książka Magdyt Dygat Rozstania była próbą odreagowania tego wszystkiego - Dariusz Michalski o Kalinie w roli macochy pisze mało  i może nie wprost, ale sugeruje, że to nie możliwe by Kalina była aż tak zła, jak napisała  to córka Dygata.

Na koniec taki smaczek:

Pod ręką trzymała tylko DZIESIĘĆ PRZY­KAZAŃ dla Kaliny Jędrusik, napisanych przez swego męża, chyba w pierw­szych dniach wspólnego osiedlenia się na Żoliborzu, na pomarańczowym papierze, na maszynie, z ręcznymi poprawkami - stylizowanych na kopię bardzo dawnego dokumentu.

BEZ STASIA

  1. Nigdy nie proś o drobne usługi kogoś, kto jest od ciebie w lepszej sytuacji materialnej i moralnej. Kogoś takiego znacznie mniej zdener­wuje prośba o sprawę dużą i ważną. Może nawet ją spełnić, żeby się po­pisać przed innymi.
  2. Odmawiaj wszelkich usług, chyba że chodzi o usługi wymienne. Rób to grzecznie i spokojnie, ale stanowczo. Ucz się znajdować w tym satysfakcję. Staraj się wyrobić sobie opinię egoistki, osoby nieużytej i wyrachowanej
  3. Nie traktuj nigdy żadnej przykrej sytuacji, w której się znajdziesz, jako niezasłużonej krzywdy. Nie czuj się, a tym bardziej nie pokazuj jako ofiara. Kalkuluj natomiast z trzeźwym wyrachowaniem, jak złą sytuację odmienić na swoją korzyść. Na krzywdzących nie patrz z żalem lub nienawiścią. Patrz na nich z uznaniem jako na zręcznych (lub starających się być zręcznymi) graczy, badaj ich i podpatruj uważnie, wynajdując błędy, które robią, i sposoby, którymi mogłabyś ich pokonać.
  4. Staraj się przed wszystkimi robić wrażenie osoby bardzo zajętej swoimi sprawami.
  5. Jeżeli zagrozisz komuś, że coś zrobisz, musisz naprawdę być go­towa to zrobić. Bluffować można jedynie w kartach i to rzadko. W życiu bluffują tylko hochsztaplerzy.
  6. Mów możliwie mało. Tylko to, co jest potrzebne i bardzo wyważo­ne. Jeżeli chcesz juz koniecznie porozmawiać z kimś więcej, staraj się sprawiać wrażenie, że coś ukrywasz i nie wszystko mówisz do końca. Musisz wykluczyć raz na zawsze ze swojego słownictwa wyrazy obsce­niczne. Nic tak nie skłania ludzi do poufałości, jak mówienie do nich rozwiązłym językiem (i do lekceważenia).
  7. Nie wolno ci sprawiać na ludziach wrażenia szczerej i otwartej. Nikczemnicy (a więc wszyscy, którzy cię otaczają) uważają osoby szcze­re i otwarte za głupców łatwych do pożarcia.
  8. Nic angażuj się w cudze sprawy, jeżeli nie masz w tym interesu. Nawet nie rozprawiaj o cudzych sprawach z zapałem, a jeżeli już chcesz koniecznie, rób to z obojętnością, a nawet tu i ówdzie z lekkim akcen­tem znudzenia.
  9. Wyklucz, w każdej sytuacji, pozę osoby fajnej, „swojego chłopa".
  10. Nigdy, przed  nikim  nie pokazuj, że jesteś wyprowadzona  z równowagi.

Odczytuj, te dziesięć przykazań, rano po przebudzeniu i wieczorem przed zaśnięciem. Przestrzegaj ich, a ludzie będą cię szanowali i udawali, że cię kochają.

Nie takie głupie.

Jeżeli chodzi o moją ocenę tej książki, jak dla mnie z jednej strony trochę za dużo o tym co Kalina Jędrusik robiła na scenie, a trochę za mało i zbyt po łebkach o sprawach ważnych, ale trudnych (np. o relacji z Magdą Dygat). Z tym, że dużą wartością tej książki jest to, że w części omija główny nurt anegdotyczny i jest w niej sporo ciekawostek i historyjek, które pewnie inni też znają, ale nie cytują, bo w złym świetle przedstawiają tych, o których wypada dziś jeno z namaszczeniem.


 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli