wtorek, 27 marca 2012
Uwięziona w Londynie

czyli przygód ciąg dalszy ...



Bilet lotniczy na trasie Wwa-Londyn-Wwa kupiłam w styczniu w promocji LOT-u (z Warszawy nie ma bezpośrednich połączeń z Tenerefą).

Dwa tygodnie przed zaplanowanym lotem do Londynu, Anka wpadła na pomysł, bym przyjechała kilka dni wcześniej, tak by mogła pójść na tydzień do pracy i zobaczyć, jak tam jest, po sporych zmianach które zaszły gdy była na urlopie macierzyńskim. Zadzwoniła na informację LOT-u, upewniła się, że kupionego przeze mnie w promocji biletu nie da nie da się przełożyć na wcześniejszy termin i  kupiła mi kolejny bilet do Londynu (jak łatwo się można domyśleć, w jedną stronę).

Dziś rano pojechałam na Heathrow, gdzie dowiedziałam się, że nie ma mnie na liście pasażerów:  gdy nie wykorzytałam kupionego w styczniu  biletu do Londynu, automatycznie został unieważniony również kupiony wówczas w tej promocji bilet z Londynu.

Podobno takie są reguły gry.

Wróciłam do Anki. Mam komórkę. Kartę kredytową. Miałam za co wrócić z lotniska. Mam kochanego dyrektora, więc nikt nie będzie miał mi za złe, że o kilka dni przedłużę urlop. Nie muszę dopłacać za kolejny, nieplanowany nocleg w Londynie. Czyli można rzec: mam szczęście

Ale jestem niewyobrażalnie wściekła.

W dodatku wylewajac w drodze powrotnej z Heathrow, swój żal, nie zauważyłam, że odpadła mi tylna ścianka od komórki i mam jeszcze jedną stratę więcej.

 

to be continued ... 



 

poniedziałek, 26 marca 2012
W połowie drogi do domu

Bo już nie na Teneryfie, a w Londynie. Wnuk się w podróży sprawdził, samolot mu nie straszny, nie reaguje na starty, czy lądowania. Słowem nawet w sytuacjach nietypowych, aniołek. 

Tak jak to było wcześniej ustalone, Anka z Alkiem jeżdzili na wycieczki, a ja siedziałam z wnukiem w hotelu. Siedząc, wspomniałam sobie jak w czasach realnego socjalizmu zwiedzałam z Ańćką autostopem Europę, często spałyśmy spałyśmy na dworcach, trawnikach, czy w nie zamkniętych samochodach, a dziś ...

 

Z tym, że może marudzę, ale tamten świat wydawał mi się bardziej przyjazny. Siedziałam w hotelu, do którego wjazdu strzegą przed obcymi dwie, otwierane na pilota bramy. Hotel, to historyczna willa, której historia sięga XVII. Z tej epoki żadnych pamiątek oczywiście nie było, ale z póżniejszych jak najbardziej. Ponieważ sprzedaje się tu usługę: kameralny pobyt w ciszy, w pokojach nie ma ani telefonów, ani telewizora czy radia. Dla tych którzy jednak bez tego obyć się nie potrafią, jest coś na kształt świetlicy.



Stare meble, stare sprzęty:



Mnie rozczulił telefon, jeszcze sprzed epoki ebonitu:

W ramach spacerów, chodziłam z wnukiem na spacery po plantacji bananów



lub obserwować fale rozbijające się o wulkaniczne nabrzeże (zero szans na kąpiel w tym miejscu)



Tylko raz wybrałam się z nim na autobusową wycieczkę, do sąsiedniego miasteczka Garachico:



Chociaż to miejscowość turystyczna, to pozbawiona wielkich hoteli, zachowała uroczy klimat. Na rynku mężczyżni grali w karty:



A w tak klimatycznym budynku mieści się miejscowa biblioteka:

 

Ale zdania o samej Teneryfie nie zmieniłam: było to piękne miejsce na ziemi, ale do czasu najazdu stonki turystycznej. Zgadałam się z jedną Holenderką, była na wycieczce objazdowej, na której przewodnik narzekał, że marzeniem każdego burmistrza jest zaimponowanie kolegom tym, że u niego budują większy (i oczywiście wyższy) hotel, niż u nich.

Brr !!!

Pozostaje obłędna przyroda. Kwiaty znane z kwiaciarni, ale tu te rachityczne kolorowe liście, to spore krzewy. Na zdjęciu Tomek na tle krotonów. 

 

Aa. I nastały takie czasy, że Hiszpania nie jest wcale dla nas  droga.

A w Londynie popatrzyłam sobie na moją córkę i pomyśłałam, po kim ona tak ma?

Na kilka dni poszła na próbę do pracy. Dość mordercza praca w korporacji. Wróciła z pracy, chwyciła torbę i pobiegła na sporty. I to nie obok domu, ale tak z 20 minut marszu! Od siedmiu lat, nie było tygodnia by przynajmniej dwa razy w tygodniu nie była na basenie!

Gnuśno i miło w nadwiślańskim bajorku. I na pewno mniej męcząco.

Wieczne nieoglądanie racz mi dać, Panie!!!!!!

 

Dziekując Kalinie za udostępnienie łączy, dzielę się z ciotkami swoim bólem i refleksją egzystencjalno-cyfrową.

Wybieram właśnie projekt domu. Oczywiście zwracamy z architektem uwagę na tak romantyczne i ważne dla ogniska domowego elementy jak gęstość stropu żelbetowego, typ sięgacza kanalizacji, wysokość ławy fundamentowej, kominy wentylacyjne, słupy nośne itp.
Kiedy już zgłosiłam architektowi wszystkie moje postulaty, po kilku godzinach odbieram dramatyczny telefon. Pomyslałam: Totalnie zawaliłam, zapomniałam o konstrukcji dachu, chałupa się rozsypie jak
nic!!! Tymczasem słyszę płaczliwy głos architekta, któremu nagle runął architektoniczno-konstrukcyjny świat:
- A GDZIE MA STAĆ TELEWIZOR???
Rzeczywiście. Bez ław fundamentowych, ścianek nośnych, dachu i komina dom się nie zawali. Ale bez telewizora - od razu razu złoży się jak domek z kart. Nie ma szans. Dom bez telwizora nie istnieje. To nie  dom. To stodoła. Albo gorzej - kurna chata bez dotacji unijnych.
Telewizor. Centralne miejsce w domu, współczesny ołtarz, jednoczący domowników, gromadzący ich niczym sierżant żołnierzy przed wieczornym apelem. Rozgrzeszający obywateli w obliczu grzechów polityków, celebrytów i innych odszczepieńców, a w Wiadomościach o 19.30, a szczególnie w prognozie pogody o ósmej - rozdający hostię nowoczesnej cywilizacji - poczucie wspólnoty społeczno-telewizyjnej. "A słowo plazmą się stało i mieszkało między nami" - Telewizja Polska od dawna szuka hasła, mającego reklamować szczytną ideę płacenia abonamentu radiowo-telewizyjnego. Hasło jest, tylko odwagi brak. Jak to zwykle w narodzie.
Jeden telewizor to nic. Moja urocza kuzynka ma w domu sześć telewizorów. Jeden w salonie, zajmujący 135% powierzchni ściany i siłą swojej fonii płoszący wszystkie karaluchy w promieniu kilometra. Dwa w pokojach dla dzieci, przecież każde dziecko musi mieć telewizor, jak dziecko w ogóle może się rozwijać bez telewizora????? O czym ma w szkole opowiadać? O "Janku Muzykancie"???? Opowiada się o losach Dody, Człowieka o Pomarańczowych Włosach, Ewyfarny, Nergala - współczesnego Chrystusa, napiętnowanego przez miłośników poezji śpiewanej, wyklętego przez fanów filharmonii, któremu krew odddawało jednak pół Polski, wobec czego wszyscy telewidzowie mogli poczuć się jak na Golgocie.
Czwarty telewizor stoi w kuchni. O, przepraszam, nie stoi tylko siedzi, a właściwie tkwi. Wbity w drzwi lodówki. Próbowałam kiedyś wyciągnąć mleko do kawy. Nagle z drzwi zajrzał w moje oczy Kuba Wojewódzki. Od razu dostałam skazy białkowej. Wysypało mnie na udach.
Piąty telewizor wisi w łazience. Wącza się sam sensorycznie z chwilą naciśnięcia klamki. Jest nastawiony na TVN24. Gwarancja zatwardzenia albo ew. sraczki mózgowej. Grozi śmiercią toaletową lub jeszcze czymś gorszym. Szósty telewizor zadekowano na tarasie, skąd pierwotnie rozpościerał się bajkowy i przecudny widok na podkrakowskie dolinki. Widok na przyrodę jest passe, jak widać - tylko dla frajerów i emerytów. Każdy nowoczesny podkrakowski mieszczanin na tarasie ma teraz widok na rodzimy tokszoł ew. "Modę na sukces" odcinek 747836438643564.

Nie mam i nie będę mieć w domu żadnego telewizora. Nie będę mieć nawet gniazdka do telewizora i pilota do telewizora. Moje dzieci nie oglądają telewizji, a w chwilach nadmiaru czasu wolnego wycinają, rysują (także po mamusinych albumach i pozycjach z serii Plus Minus Nieskończoność), walą się po łbach, okładają przywleczonymi z lasu kijami i szarpią za włosy udając rodeo, czyli resumując: ich socjalizacja przebiega książkowo.
Uczciwie opłacam jednak abonament radiowo-telewizyjny ("jestem projektantką a nie oszustką"). Na poczcie, żeby nie stracić kontaktu z tzw. społeczeństwem. Uczciwie zawsze jednak proszę o uwzględnienie w opłacie tylko połowy abonementu, ponieważ telewizora nie mam. Pocztowa biurwa zawsze patrzy na mnie z zazdrością:
- Pani to powinna trzy razy taki abonament płacić!
- Dlaczego, przecież nie mam telewizora, za radio jest 5,50...
- Że Pani nie musi tych debili codziennie w telewizji oglądać!

"I to by było na tyle " (Nina "Tehentiew")

Moniek

piątek, 23 marca 2012
Wpis dla Beaty

Czytam komentarze i postanowiłam odpowiedzieć na złożone zamówienie. Ale że czasu mało, to tak tylko trochę.



Wakacje na Teneryfie należą do tzw. z przygodą.
Na razie każda z tych przygód się dobrze kończy i tylko można mieć nadzieję, że ta zasada będzie obowiązywać do końca.


Zaczęło się wszystko w dniu przyjazdu – błądziliśmy po ciemku, nie mogąc znaleźć drogi. Wszystko przez zupełnie inny sposób oznaczania skrętów. Dopiero za trzecim razem wypatrzyliśmy miejsce w którym trzeba było zjechać z autostrady – a szukaliśmy nie jakiejś bocznej drogi, tylko zjazdu na drugą autostradę. Jak łatwo się można domyśleć, jak pod koniec musieliśmy zjechać z autostrady, było jeszcze dużo gorzej.
Samochód mi się od początku nie podobał, na autostradzie nie było pieszych wzniesień, a on jechał jakby chciał a nie mógł. Następnego dnia odpoczywaliśmy po drodze, ale trzeciego dnia postanowiliśmy się ruszyć. Tyle, że ponieważ z dnia przyjazdu pamiętałam że wjazd do hotelu jest jakiś straszny (nie dość, ze pod górę, to nie widać co nadjeżdża z prawej strony, bo zasłania to kamienny murek), postanowiłam to przećwiczyć na sucho, czyli bez wnuka na pokładzie. Tak jak stałam, wsiadłam do samochodu, ale nie wzięłam jednego pod uwagę, że tu są góry i może nie być gdzie zawrócić. I jak gdy tylko wyjechałam z hotelowej bramy (nie będę udawać lekko mi to nie poszło, „przetarłam” trochę błotnik i nie byłam z siebie zadowolona) nagle znalazłam się na drodze, gdzie aż do sąsiedniego miasteczka cały czas była linia ciągła i zero szans na zawrócenie. Gdy dojechałam do tego miasteczka,  popełniłam kardynalny błąd – zamiast siąść i odpocząć, wnerwiona postanowiłam od razu wracać. Jak łatwo można się domyśleć, przejechałam zjazd do naszej wioski, wjechałam w długi tunel i aby zawrócić, musiałam skręciłam do kolejnego miasteczka. Tyle że dużo większego. No i w tym momencie wpadłam w panikę, że ja po takim miasteczku jeżdżę samochodem bez dokumentów, portfela, prawa jazdy. A jak wpadłam w panikę, to nie umiałam ruszyć pod górę, zatarasowałam wjazd, w pewnej chwili wkurwiona otworzyłam drzwi, by wyjść, i coś tym drzwiom zrobiłam, tak, że nie mogłam ich zamknąć. Podszedł jakiś Hiszpan, na migi ustaliliśmy, ze skoro drzwi się nie zamykają, muszę wezwać pomoc drogową, zepchnęliśmy samochód na bok, Hiszpan wezwał tę pomoc i sobie poszedł. Zostałam sama, w całkiem sporym miasteczku, bez pieniędzy, dokumentów i kontaktu ze światem. Nie mogłam też zostawić samochodu, bo nie zamykały się drzwi, ani poprosić policji o pomoc, bo nie miałam przy sobie dokumentów. Słowem horror.
Mniej więcej po godzinie podszedł kolejny facet, zainteresował się drzwiami, poprawił (było to coś banalnego) i zaczęłam się zastanawiać, czy może jednak nie wrócić do hotelu, skoro pomoc drogowa i tak nie przyjechała. Chwilę później zadzwoniła Anka i wtedy poczułam się szczęśliwa, bo okazało się że jednak wzięłam ze sobą komórkę, tylko spadła z fotela, a ja będąc przekonana że jej nie wzięłam, nawet jej nie szukałam. Wrócił też mój Hiszpan, bardzo zdziwił się że wezwana przez niego pomoc nie przyjechała, pokazałam mu zreperowane drzwi i na migi ustaliliśmy, że pomoże mi wydostać się z miasteczka, I właśnie w tym momencie podjechała pomoc drogowa i zatrzymała się policja. Hiszpan coś im opowiedział i sobie poszedł. Policjant wsiadł do samochodu i zaczął go testować i orzekł, że można nim wprawdzie jeździć, ale sprzęgło źle chodzi, samochód nie jest do końca sprawny  i że mam jechać na lotnisko (120 km w jedną stronę) po inny. Ja na to, że nigdzie nie jadę, bo nie mam przy sobie dokumentów. A on mi na to, w czym problem, przecież mam dokumenty, tyle, że nie przy sobie
No to mu powiedziałam, ze jestem zdenerwowana, głodna i zła i w takim stanie nie powinno się siadać za kierownicą. Ten argument do niego trafił i zaproponował mi odwiezienie do hotelu.
Po powrocie do hotelu szamotałam się z myślami, czy jechać po drugi samochód. Ale Anka przecięła te spekulacje, podejmując decyzję, ze nie bierzemy drugiego samochodu. Ale ponieważ to my zrezygnowaliśmy z samochodu, na żaden zwrot nie możemy liczyć.

Następnego dnia Anka wybrała się w góry.



W pewnym momencie z tych gór wysłała taki mail:

Jestesmy w gorach zgubieni kolo bienavista przy la roque ze szlaku z balareios za el palmar. jak nie zadzw za godz wzywaj pomoc

 
Nie odebrałam, bo raz że jak miał dojść, jak w tych górach Anka nie miała zasięgu, a dwa, jak pisałam wcześniej, Internet mam tylko na patio i chodze tam dopiero po polożeniu małego spać.
Przeczytałam go, gdy już wszystko było ok.

To tylko część naszych przygód, ale teraz to ja już idę spać.

poniedziałek, 19 marca 2012
Wieści z miejsca wystylizowanego na raj

Jestem na Teneryfie.

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, zasnęłam w samolocie. Wszystko wskazuje na to, że fobia z całą paletą męczącej psychosomatyki minęła. Ale jak nie lubiłam latać, tak nie lubię. Przylecieliśmy wieczorem i przez wyspę jechaliśmy już ciemną nocą. Mijając rozświetlone zbocza, przypominałam sobie kadry ze Spadkobierców. To czynienie ziemi poddanej  oka nie cieszy.

Pięknie to tubyć musiało i to jeszcze całkiem niedawno.



Teraz to nawet banany rosną w plastikowych workach.



Ale ciągle można zaczepić oko, tyle że piękne są tylko małe, mieszczące się w jednym kadrze, skrawki. Tak jest na przykład widok z mojego okna (Anka wynajęła hotel, wystylizowany na hacjendę na plantacji palmowej). 



Czas spędzam tak samo jak w Londynie, czyli jako babcia-sitter. Jeszcze przed wyjazdem Tomek zdobył nową sprawność – pewnie stanął na nogach.



Klątwa  Funchal Mobious trwa.

Po nadrobieniu połowy tego co sprułam, zauważyłam, że przeoczyłam jeszcze jeden „błąd” (widać go na zdjęciu zamieszczonym w poprzednim wpisie w prawym górnym rogu).

No to jeszcze raz sprułam.



I znów pnę się w górę (ale, co jak łatwo się domyślić, z coraz mniejszym zapałem). Słucham przy tym W poszukiwaniu straconego czasu. Na razie mam za sobą pierwszy tom – Miłość Swanna.



„Przeczytałam” tę książkę gruntownie, bo wiele rozdziałów odsłuchiwałam dwa, a czasami nawet i więcej razy (często gdy orientowałam się, że już tego słuchałam, nie chciało mi się już odrywać rąk od robótki).

I ta łatwość słuchania tego samego po raz drugi, a czasami i trzeci  dużo mówi tej książce.  Rzeczywiście godna podziwu łatwość pisania o niczym. Ale też nie rozumiem, dlaczego okrzyknięta została aż takim arcydziełem. Z tym, że choć nic się nie dzieje, nie żadnych zmuszających do zastanowienia się rozważań, to w jakiś nieuchwytny sposób przywiązuje do opisywanych w niej bohaterów. W pierwszym tomie narrator, Marcel, opowiada o swoim dzieciństwie. W pewnym momencie, odrywamy się od jego wspomnień, przenosimy się trochę wcześniej i poznajemy historię miłości Swanna i Odety (ich córka,  jest obecnie rówieśnicą narratora) i dopiero pod sam koniec książki powracamy do wspomnień z dzieciństwa.

Przeczytałam też pierwszą książkę na Kindlu, ale to zasługuje na osobny wpis.

Słowem odpoczywam w bardzo miłym miejscu bo chociaż spaprali tę wyspę białym betonem okrutnie, tu gdzie jestem jest ładnie.

Jest ze mną mężczyzna mego życia

Nie nudzę się bo mam Funczala i Kindla.

I może nawet uda mi się trochę odpocząć, bo Tomek jest wyjątkowo zgodnym dzieckiem.



A i w necie dużo nie siedzę, bo muszę pójść na drugi koniec hotelu, na tzw. patio. Tylko tam jest Wi-Fi.



 

czwartek, 15 marca 2012
Obóz kondycyjny - Londyn

Wpis dedykowany moim ciotkom

Może łatwo i nie jest, ale ... jak we wszystkim, tak i w tym przypadku obowiązuje reguła, że człek marudzi, że mu ciężko, bo nie wie co go czeka za następnym życiowym zakrętem. Nawet dziś, przy mojej starczej kondycji, siedzenie w domu z dzieckiem nie wydaje mi się  męczące.  Za to bezcenne jest to, że  jest się sobie sterem, żeglarzem i okrętem. 

Z tym, że czasu dla siebie za dużo nie mam - wnuk wyrósł już w wieku, kiedy w zasadzie cały poświęcany mu czas sprowadzał się do stania nad kołyską i wyrażania zachwytu. I chociaż jest dość prosty w obsłudze - pogodny, zgodny i z apetytem, to siłą rzeczy sam ze sobą dość szybko się nudzi i trzeba się z nim "bawić". W dodatku - może jest to jego reakcja na zmianę opiekunki - już trzecią noc z rzędu budzi się koło drugiej w nocy i z pół godziny muszę go lulać zanim znów zaśnie. Tak, że sama wstaję niezbyt "wylulana".

Zgodnie z prośbą Gumisia, by małemu pokazać Halsa,  skoro okazało się, że mogę jeździć z wnukiem, tyle że tylko autobusami, wybrałam się do National Gallery. Do autobusu wpuszczają tutaj tylko dwa wózki, więc wcale nie jest tak łatwo dostać się do środka. Jak jechałam do miasta, dosłownie w ostatniej chwili okazało się, że jeden wózek jednak wysiada i znajdzie się i dla mnie miejsce.  Zaaferowana tym całym zamieszaniem, nie zwróciłam uwagi na to, że karta się dobrze nie "odbiła". Inna sprawa, że do dzisiaj byłam przekonana, że podlega to kontroli kierowcy i skoro nie zwraca uwagi, wszystko jest ok. Tymczasem wsiadł kanar i skasował mnie za jazdę bez biletu (40 funtów). Z kolei jak wracałam i spieszyłam się by położyć małego, musiałam przepuścić dwa autobusy - dopiero w trzecim było na tyle dużo ludzi, że kierowca nie kontrolował sytuacji i mnie wpuścił (miejsca na wózek i w tym trzecim autobusie nie było).  A i tak, zarówno Hals, jak i obrazki z codziennego życia, na które ja z kolei  lubię się pogapić w National Gallery nie zrobiły na wnuku żadnego wrażenia. Tyle, że jak już była w okolicach Oxford Street to weszłam do GAP-a i kupiłam mu granatową budresówkę. Z tych wszystkich sieciówek GAP ma chyba najładniejsze rzeczy dla dzieci. Inna sprawa, że tanie nie są.

Trochę dokucza mi prawa ręka - powróciła mi kontuzja, zarówno cieśń nadgarstka, jak i łokieć tenisisty, tyle że w wersji light. Pewnie w ten sposób zapłaciłam za moje podróżne przygody z walizkami, zwłaszcza za tarabanie na dworzec niesprawnej walizki z urwaną rączką. Wytrzymuję dwa, maksimum trzy rzędy na drutach i muszę odłożyć. A robota i bez tego idzie jak krew z nosa.

Przyjrzałam się dokładniej temu co zrobiłam i doszłam do wniosku, że przynajmniej te większe potknięcia trzeba usunąć (przede wszystkim "przeszkadzał" mi romb po prawej stronie).

Te zbyt widoczne dowody na to, że jest to ręczna robota, to przez spadanie oczek podczas transportu  - "podnosząc" je, brałam nie te nitki, które powinnam. 

Początkowo próbowałam poprawić te błędy, prując kolumnami:



Ale na koniec się poddałam i sprułam.  

Nawet jeżeli nie wszystko jest idealnie, zatrzymałam się w tym miejscu i teraz znów mam zamiar powoli piąć się pod górę.





 

niedziela, 11 marca 2012
Hodowla dzieci 25-lat później

Trzeci dzień latam na szmacie. Nie czytam, nie robię na drutach. Nic nie widziałam i raczej już nic nie zobaczę. Raz tylko rodzinnie poszliśmy na "miasto" i dzieci zafundowały mi w spa masaż pleców. W wolnych chwilach zachwycam się za to wnukiem.



Latając na tej szmacie mam różne przemyślenia. Łatwiej jest dziś mieć małe dziecko. Ale ...

Miałam plany by się ruszyć z dzieckiem, obiecałam Gumisiowi, że pokażę małemu Halsa, ale nie dostałam zgody na włóczenie się z wnukiem po Centrum. Inna sprawa, że jego wózek nie przypadł mi do gustu. Siodełko dziwnie oszczędne, pupa się w nim dobrze nie dokuje.  W czasach gdy ja byłam matką małych dzieci, miejsca do wykorzystania w takich spacerówkach było, że hej! Sąsiad brał dziecko na spacer i szedł w na polowanie z nadzieją, że gdzieś rzucili piwo i bywały dni, gdy wracał szczęśliwy z dzieckiem pod pachą i skrzynką piwa w spacerowym wózku. A w tym jak poszłam po suszarkę łazienkową i kilka innych drobiazgów AGD, już po 100 metrach byłam pewna, że bez wózka byłoby mi łatwiej.



Zabrałam się za odplamianie rzeczy do oddania. Bielinki nigdzie nie widziałam, kupiłam w zastępstwie: "ultra whitener". Przed włożeniem do pralki przeczytałam metki: 100% cotton, białe prać w max 40o, kolorowe w 30o.  W czasach gdy ja byłam matką małych dzieci, ubranka niemowlęce były z normalnej bawełny, nie syntetycznej. Wybielić wybieliło, ale plamy nie zniknęły. Nie ta temperatura.

Dziecko lekko podziębione. Chciałam mu zrobić syropu z cebuli ... wzięłam do ręki i już na dotyk (nie mówiąc o węchu i braku łez rzęsistych) straciłam zaufanie. Ta od pana Mietka z targu inaczej pachnie. Ta tutaj to pewnie z Chin, tak samo jak czosnek. 

I mogłabym tak długo ....

Za moich czasów ....

Od jutra zostaję sama z dzieciakiem. Anka na tydzień wraca do pracy zobaczyć co się w niej, poza szyldem, zmieniło, a ja babciuję. 

piątek, 09 marca 2012
Moje życie pełne przygód

O tym, że Anka przyspieszyła mój przyjazd do Londynu i że musiałam zaliczyć nieplanowane wizyty u dentysty pisałam już wcześniej.

Po raz pierwszy to, że  przestrzeń wokół  mnie przejęły złe moce, poczułam gdy z dwóch wizyt u dentysty, zrobiły się cztery.

Potem dwa dni przed wyjazdem, wyszła na jaw jedna sprawa, którą jak zaczęłam przeżywać, to przestałam spać i zamiast przygotowywać się do wyjazdu, wisiałam na telefonie.

Ale mimo tych przeciwności losu, nie zrezygnowałam z wcześniej zamówionych jazd dokształcających (na wakacjach mam robić za kierowcę, mając wnuka na pokładzie). Tyle, że aby to wszystko jakoś ze sobą powiązać, wzięłam dodatkowe dni urlopu.

 I nadszedł dzień wyjazdu. Miałam wszystko wyliczone co do minuty. Samolot o 14.40. Wcześniej 9-10.30 jazdy  dokształcające. Ostatnie zakupy na rynku. Powrót do domu kilka minut po 11. O 11.45 wyjście z domu.

 Wróciłam z jazd dokształcających zgodnie z planem. Herbata przed wyjściem. Zapinam walizkę … Trach !!! Poszedł zamek. Nie do naprawy.

W panice przepakowuję rzeczy do dwóch małych walizek,  kilka rzeczy się nie mieści, odkładam na bok i w panice wybiegam z domu. Biegnie mi się ciężko, bo jedna z tych walizek ma rozwaloną rączkę.

 Nagle czuję że coś nie halo. Patrzę w dół … prawy but rozkleił się „na krokodylka” i dlatego się potykam.  W jeszcze większej panice zmieniam na jedyne buty na zmianę, które wzięłam - chodaki i biegnę dalej.

 Jak już jestem niedaleko dworca, widzę odjeżdżający pociąg. Następny jest za 25 minut. Oznacza to, że odjechała szansa na kupienie walizki na Dworcu Centralnym.

 Zaczynam wydzwaniać po ludziach. Jest tak mało czasu, że nawet jak ktoś ma dużą walizkę i może urwać się z pracy, to mieszka na tyle daleko, że nie ma szans by zdążył się przebić przez warszawskie korki po walizkę, a potem podrzucić ją jeszcze na lotnisko. Mama ma czas, ale ma tylko małą walizkę.       

Nie mam wyjścia. Wybieram mamę z małą walizką i proszę by przyjechała z nią na lotnisko. Przepakowuje się do dwóch walizek. Rezygnuję jeszcze z kilku rzeczy, tak by razem bagaż nie ważył więcej niż 20 kg i lecę.

 Na lotnisku w Londynie idę kupić bilet na pociąg – karta nie działa. Sprawdzam gdzie indziej – to samo. Mam przy sobie jeszcze kartę kredytową, ale używam ją tylko do płacenia w necie, więc nie jestem pewna PIN-u. Postanawiam kupić bilet w pociągu (zakładam, że nawet jak nie zapłacę to bliżej centrum i Ance będzie łatwiej mnie „wykupić”).

 Na szczęście w pociągu płaci się kartą bez podawania PIN-u, więc bez problemu dojeżdżam na Paddington.

 Kartę do metra postanawiam doładować w automacie (maszynie łatwiej się przyznać do nieznajomości PIN-u). Dwie próby: porażka. Nagle olśnienie. Przypominam sobie dobry PIN. Wchodzi !!!

I już bez problemu dojeżdżam do Anki.

niedziela, 04 marca 2012
Być rentierem

Podobno jak się czegoś bardzo, bardzo chce, to się to dostaje.

To ja poproszę bycie rentierem ...

Czytam teraz wywiad-rzekę jaki przeprowadził z Tiziano Terzanini jego syn. W tym wywiadzie, śmiertelnie chory T. Terzanini opowiada o swoim życiu i zaczyna swoją opowieść od zapewnienia, że nawet gdyby ktoś zaproponował mu lekarstwo pozwalające przeżyć jeszcze 10 lat życia, to on już by z tej propozycji nie skorzystał - tego co przeżył, nawet tego co było przyjemne, drugi przeżywać by już nie chciał, a nowe doświadczenia go nie interesują.

Nawet jeżeli jest możliwe osiągnięcie takiego spokoju ducha, to jestem od niego jak najdalej. Moje życie to nieustające patataj. Teraz jeszcze dodatkowo przyspieszyłam, bo z jednej strony Anka poprosiła bym przyjechała kilka dni wcześniej, a drugiej wypadło mi kilka nieplanowanych wcześniej wizyt u dentysty. 

To wszystko nałożyło się na to, co wcześniej było już zaplanowane. Sobotni brydż w Brwi:

Jeżeli chodzi o nakarmienie zaproszonych gości, to synek nie chciał się poczuć, ale na szczęście jest Gumiś. W ostatniej chwili chciała jeszcze dosolić zupę, nie wiedziała że pokrywka w moim pojemniku na sól to atrapa i zamiast szczypty, w garnku wylądowało pół opakowania. 

W niedzielę były Szarotki. Wyszłam z nich z kolejną wełną na szal, szaro-czarnym kauni:

Ela pokazała mi jak się zszywa graftingiem, niestety nie sfilmowałam jej wykładu. Zrobiłam tylko zdjęcie mojego szwu. 

Sfilmowałam za to wykład na temat i-cordu,  jest w telefonie i dopiero jak znajdę kabelek, zobaczę co mi z tego wyszło. Pomysł by filmować pokazywane na Szarotkach druciane myki i zmyki  uważam za świetny, ale nie wiem jak będzie z jego realizacją.

W blogosferze toczy się obecnie dyskusja na temat używania angielskich terminów. Myślę, że jest to nieuniknione. Bronienie czystości polskiej robótkowej mowy nie ma sensu. Część technik nie była wcześniej znana. Po co wymyślać polskie nazwy, gdy zadomowiły się już angielskie określenia?  

Powoli dłubię mojego Funczala. Zamiast przyspieszać, idzie mi coraz wolniej.

Na froncie wojny w Mediamarketem cisza.

Olali moje wezwanie zwrotu pieniędzy. Nic nie wskazuje na to, by uwierało ich to że mają mój monitor, więc pewnie skończy się to sądem.

Zastanawiam się czy nie pójść na całość i nie wystąpić i przeciwko Ceneo. W udzielonej automatycznie na mój mail odpowiedzi, zobowiązali się do tego, że w przeciągu 24 godzin otrzymam odpowiedź. Minął tydzień i cisza.

Na razie monitor pożyczył mi Jack. Musiałam tylko zmienić kartę graficzną, na taką, która obsługuje panoramiczny ekran 

Przy okazji kupiłam jeszcze jedną zabawkę - skaner Epson Perfection V33. Chcę zeskanować zdjęcia dla syna Karola, jakiś czas temu proszono mnie o zeskanowanie zdjęć dla innych osieroconych dzieci. Zakup jak najbardziej uzasadniony. Wprawdzie bawiłam się tym skanerem tylko przez chwilę, ale zrobił na mnie jak najlepsze wrażenie. Pełna gama możliwości różnych ustawień oraz - co mnie do niego przekonało - przystawka do książek.

 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli