piątek, 29 marca 2013
Przeczytane

Poznawanie Franzena miałam zacząć od kupionych na Kundla Korekt, ale że z rozmachu kupiłam Darii Wolność, to jak mi przyniosła po przeczytaniu, wypadało - skoro jej ją polecałam - samej też przeczytać.

No i tak jak zawsze przy nadmuchanym balonie oczekiwań ...

To nie jest żadne arcydzieło, Franzen nie otwiera żadnych nowych drzwi. Zacytowane na okładce ochy i achy wielkich tego świata są dla mnie lekko nie zrozumiałe. Wolność to kolejna świetnie skonstruowana współczesna epicka saga - panoramiczna powieść o współczesnym patchworkowym życiu rodzinnym. Taki Irving, tylko bardziej współczesny - bez wypchanych niedźwiedzi, zapasów czy tartaku.  

Głównych bohaterów, Patty i Waldena, poznajemy tuż po ślubie na początku lat 80-tych i żegnamy sie z nimi gdy są już na emeryturze. Po drodze są klęski i sukcesy zawodowe, wychowanie dzieci, małżeńskie kryzysy. W tle współczesna Ameryka. Czyta się to świetnie. Aż tyle, ale i tylko tyle.  

 

Nie czytałam Kawioru i popiołu Marci Shore - słyszałam o tej książce, ale biorąc do ręki Smak popiołow, nie kojarzyłam autorki. Pewnie obok kolejnej jej książki też przeszłabym bokiem - zdanie na okładce: O dziedzictwie totalitaryzmu w Europie Wschodniej odstrasza, ale jak już położono mi ją na biurku, to wzięłam do ręki. I nie żałuję. 

 

Autorka jest Amerykanką, która po 1989 r. zainteresowała się Europą Wschodnią. Poprzednia jej książka, Kawior i Popiół, jest o pisarzach, którzy dali się uwieść komunizmowi. Smak popiołu jest o wszystkich, nie tylko o tych których uwiódł komunizm. Niezależnie od ich historycznych wyborów, jedno ich połączyło: na swoje nieszczęście żyli w tych ciekawych czasach. Arcyciekawa gawęda o poplątanych ludzkich losach, bez inkwizytorskiego zacięcia, z góry przyjętej tezy i poprzycinanych do niej faktów.

Ciekawe spojrzenie osoby "z zewnątrz",  bardzo spostrzegawczej, potrafiącej celnie kojarzyć i mającej do tego o czym pisze dystans, jaki można mieć tylko wtedy, gdy pisze się o cudzej historii. Takie skrzyżowanie reportażu z esejem lirycznym o najnowszej historii tej części Europy (przede wszystkim o Polsce i Czechosłowacji).

Można się oczywiście czepiać, że jest to bardzo subiektywny zapis, nie ma co też ukrywać: książka jest bardzo "wybiórcza". Ale mnie akurat to nie przeszkadza. W  dodatku jest świetnie napisana.

poniedziałek, 25 marca 2013

Kilka lat temu Mazowieckie Koleje Regionalne postanowiły na mocno obłożonej skierniewickiej trasie, puścić piętrowe pociągi. Dopiero jak kupiono odpowiednie składy ktoś sobie przypomniał, że za Wwą Zachodnią jest wiadukt, w którym te pociągi się nie zmieszczą. Po kilku latach przebudowano wiadukt i pojawiły się wreszcie na mojej trasie.


Tyle, że przerwa pomiędzy pociągiem a peronem jest tak duża, że nie wiem jak sobie poradzą osoby mniej sprawne.  O niepełnosprawnych nie ma co wspominać, bo po remoncie dworca schody wyglądają tak: 

O tyle jestem zła, bo nie mogę jeździć rowerem do pracy - codzienne wnoszenie roweru po tych schodach nie wchodzi w grę. 

Tradycyjnie w ostatni weekend marca obżarłam się na urodzinach Gumisia. Na torcie urodzinowym zamiast świeczek było coś, co przypominało palnik acetylenowy. Nie gasi się tego, tylko spokojnie czeka aż samo zgaśnie. Takie to sobie. Zero nastroju.


Ale sam tort był smaczny. Miłe było też to, że tak tłumnie wszyscy się zjawili. Przykładowe tematy rozmowy:

- czyj wzięty ze schroniska pies ma większą traumę - miarą była liczba zagryzionych stworzeń (kotów, psów sąsiadów itp).

- jak to jest gdy się kończy 60-lat (ci co skończyli, opowiadali o swoich wrażeniach tym, którzy mają to jeszcze przed sobą),

- opieka nad którym rodzicem jest trudniejsza i dlaczego?

 

No i obejrzałam wreszcie rewelacyjny film


 Dziecko w przedszkolu coś tam powiedziało o wychowawcy, my (czyli widzowie) wiemy dlaczego, ale nie wiedzą tego dorośli z filmu. Jednoznacznie to interpretują i na tej podstawie oskarżają wychowawcę o seksualne wykorzystanie dzieciaka.  

Filmów na ten temat nakręcono już wprawdzie sporo, ale ten jest naprawdę dobry i warto go zobaczyć. 

poniedziałek, 18 marca 2013
I jak tu nie narzekać

Może i jest lekką przesadą porównanie zapowiedzi zlikwidowania w lipcu tego roku Google Readera ze spaleniem Biblioteki Aleksandryjskiej. Ale coś w tym jest.

Tymczasem wpisałam kolejną księgarnię, Woblink,  na moją czarna listę.  

Pierwsza na listę została wpisana księgarnia Virtualo, kupiłam u nich Drwala, miał tyle błędów, że aż przeszkadzało to w czytaniu. Wszystko wskazywało na to, że plik mobi był przekonwertowanym, bez żadnej korekty, pdf-em. Teraz, po roku kupiłam u nich Cwaniary, ale jeszcze nie zaczęłam czytać, więc się nie wypowiadam. Dałam im szansę, bo doszłam do wniosku, że może to nie oni ponoszą za to odpowiedzialność, może to wydawnictwa przygotowują ebooki i "wstawiają" do księgarń?

Teraz podpadł mi Woblink. I to na całego. Nie zraziło mnie to, że zamiast różnych formatów do wyboru, dali tylko jeden i to taki dziwny (zamiast pliku, dali link, którym otwiera się książkę  w Adobe Digital Edition), bo książka była tego warta (Intryga małżeńska Eugenidesa podobno jest dużo lepsza od Middlesexu). Weszłam więc na stronę Świat czytników, zainstalowałam Adobe DE, ale jak chciałam otworzyć, to powiedział bym się wypchała, bo klucz już pobrałam i drugiego mi nie da. Wysłałam nawet do Woblinku reklamację, trzeci dzień i cisza. Widocznie w weekend nie pracują. 15 zł nie majątek, mam co czytać, ale szlag trafia.

 Byłam na Szarotkach.

Ewa przyniosła kolejną porcję wikliny

a Gackowa pochwaliła się niesamowitą czapką. Jest tak piękna, że nawet to, że jak każda czapka, tak i ona jest nietwarzowa, zupełnie nie przeszkadza. Zanim Dorota prześle mi zdjęcie tamtej czapki, fotka innej. Nie tak pięknej jak tamtej, ale fajnej.

 

W ramach  Tygodnia filmu hiszpańskiego poszłam na komedię o dwóch braciach, zwariowanych ekologach:

I chociaż miło się to oglądało, to jednak jak już jest taki Tydzień, to oczekuję że będą pokazane filmy jeżeli nawet  nie wybitne, to przynajmniej oryginalne. A to taka milusia farsa z  Geraldine Chaplin (stara, a szczupła, jak ona to robi?). W  filmie Po co komu niedźwiedź gra nianię, która wpoiła swoim wychowankom miłość do przyrody. Teraz jeden bada na Antarktydzie zbliżające się ocieplenie. Drugi mieszka w lesie na drzewie, gdzie wypatruje niedźwiedzia, bo tylko wtedy będzie mógł uniemożliwić wykrojenie części lasu na kolejne osiedle.



Ponieważ zraziłam się do Dni filmu hiszpańskiego, następnego dnia poszłam na Weekend z królem

Film, to marne popłuczyny po Jak zostać królem.

Król Jerzy z żoną odwiedzają w letnim domu prezydenta Roosevelta. Chcą, w obliczu zbliżającej się wojny,  porozmawiać o ewentualnej pomocy USA dla Wlk. Brytanii. W tle ździebko rozpasane i mocno poplątane życie miłosne prezydenta.

Nie dość, że film taki sobie, to w dodatku jak na taką obsadę, kiepsko zagrany. Kilka fajnych dialogów i ładne dekoracje wiosny nie czynią.

Jak poszłyśmy z Ańćką na Weekend  z królem, miałyśmy do wyboru Hitchcocka. Poszłam już na ten film sama.

Jak na tak doborową obsadę, to cienko. W zasadzie tylko Helen Mirren gra przekonywująco.

Film opowiada o tym, jak 60-letni Hitchcock, czując swoje lata, postanawia jeszcze raz poczuć emocje jakie kiedyś towarzyszyły mu przy kręceniu filmów i zrobić film inny od tych, jakie ostatnio kręcił. Pomysł nie zyskuje poparcia wytwórni filmowej i by móc go zrealizować, musi zastawić swój majątek.

Wyszło mu, odniósł sukces (film który nakręcił to Psychoza), choć po drodze nie zawsze było łatwo, zaliczył też lekki kryzysik małżeński.

Tyle, że jako mistrz suspensu zasługiwał chyba na coś więcej, niż tylko drętwo-poprawny film.

Obejrzałam też kolejny film, który był w tym roku nominowany do Oskara.

Film o polowaniu na Osamę Bin Ladena.

Nie wiem dlaczego uhonorowano Oskarami Argo, a ten film pominięto, moim zdaniem jest lepszy.

Te dwa filmy pokazują nową jakość amerykańskich filmów o dzielnej Ameryce. Tak samo jak dawniej ratuje ona świat, ale na zakończenie, nie patrzymy na uśmiechnięte twarze dzielnej drużyny złożonej z białych (w tym  przynajmniej jednego Żyda), czarnych i skośnookich. Teraz świat ratują przede wszystkim biali. I nie są herosami, tylko zaplątanymi we własne świry popaprańcami.

I chyba w braku pomysłu na to, jak przedstawić współczesnego herosa tkwi problem. We Wrogu numer jeden Osamę tropi agentka CIA, która poświęciła na to 12 lat życia. Ale o tym co działo się z nią przez te 12 lat nic się nie dowiadujemy, widzimy ją tylko w pracy, o jej życiu prywatnym, o tym co myśli, czy czuje, nie wiemy nic. Po pewnym czasie zaczyna to przeszkadzać. Trudno oglądać film, w którym reżyser odgrodził widzów szklaną szybą od głównej bohaterki, prawie przez cały czas widocznej na ekranie. Inna sprawa, że już nawet i w CIA, w najważniejszych akcjach,  kobiety górą ...

 

Dokrętka:

to ta niesamowitej urody czapka Gackowej





 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli