niedziela, 30 marca 2014

To oni! To ta dzielna pięcioosobowa drużyna remontuje tory na trasie Warszawa - Skierniewice. Koszt, tej zaplanowanej na lata 2009-2015 inwestycji to 2,2 mld. Malutko. Dobrze, że przynajmniej na jedną koparkę dla nich wysupłali.


Plany są takie, że inwestycja ma być przedłużona do 2022 roku - wtedy pewnie przekwalifikują brygadę budowlaną na brygadę remontową (nie wykluczone, że koparka zostanie ta sama) i biznes będzie się kręcił dalej. A w międzyczasie firma szwagra postawi na całej linii ekrany (złoty interes, bo te ekrany też potem będzie trzeba konserwować). 

Nie wiem dlaczego, ale wszystko co wiąże się z koleją jest powykręcane.

Na dworcu Warszawa Śródmieście jest już winda, ale aby z niej skorzystać trzeba zadzwonić po obsługę (oczywiście nie dzwonkiem, to by było za proste, tylko własną komórką). Zaparłam się, bo walizka była ciężka:


Po 10 minutach przyszło dwóch (!) panów i pojechałam. Słowem rozwiązanie dla cierpliwych.

Gdzie indziej coś tam idzie ku lepszemu - np. bez zarzutu działa powiadamianie sms-em o nadejściu przesyłki poleconej - ale nie wiedzieć czemu, wszędzie jest to możliwe, tylko nie na kolei. 

Jedna z moich samochodowych ciotek jechała w tym tygodniu autobusem, czyni to rzadko więc postanowiła nie zanurzać nosa w gazecie, tylko posłuchać co mówi lud. Siadło przed nią dwóch panów, jeden z nich naprawia sprzęt, drugi robi instalacje elektryczne. Przez całą drogę opowiadali sobie jak to robią klientów w konia, i jacy ci klienci durni, że dają się na ich wisty nabierać. Wiele razy miałam poczucie, że spotkałam na swojej drodze takich panów i jak tylko mogę, omijam konsumenckie rafy. Od kilku miesięcy, w coraz większej ilości sklepów, można kupić Kindla. Kupując w tym tygodniu, wybrałam jednak droższego Amazona - wolę ich gwarancję, niż któregoś z polskich sklepów. Zamówiłam w poniedziałek wieczorem, miałam już w piątek. O tym, że ekran w Paperwhite jest bajeczny wiedziałam, ale o tym że nie można na nim słuchać audiobooków, już nie. Czyli jak zwykle, coś za coś. 

Dotarłam wreszcie do Centrum Kopernik. Zawsze przerażały mnie kolejki po bilety. Nie wiedziałam, że raz w miesiącu organizowane są wieczory dla dorosłych, na które bilety zamawia się on-line. Dzięki temu spędziłam fajny wieczór - jedyny zgrzyt, to adresowana do "publisi" konferansjerka w planetarium.    


Najbardziej podobała mi się gra, w której steruje się myślami leżącą na stole kulką. Następnym razem zrobię zdjęcie. Tym razem uwieczniłam tylko jazdę na rowerze, połączoną z możliwością obserwowania, jak rusza się przy tym nasz nasz szkielet.

A z moim szkieletem klopsik. Ponieważ rezonans nic nie wykazał, a trzy serie kriokomory nie przyniosły odczuwalnej poprawy, poszłam w kierunku wkładek ortopedycznych. Są bardzo ładne i kolorowe - robi się je na wymiar: formuje się nagrzaną wkładkę, tak by wymuszała prostą postawę i po zastygnięciu wkładka jest gotowa do użycia. Miałam obawy czy się do nich przyzwyczaję, ale to akurat poszło jak z płatka. Pogodziłam się też z tym, że muszę zrezygnować z butów, do których te wkładki nie pasują. Jest tylko jedno ale ... od tygodnia chodzę po sklepach i takich półbutów, by weszła do nich po włożeniu wkładki, również moja, cechująca się wysokim podpiciem stopa, nie ma. 

Złość do Pianina mi trochę przeszła. Pogodziłam się z tym, że sweter nie będzie tak ładny, jak planowałam. Może w przyszłym tygodniu będę mogła coś już pokazać.

piątek, 28 marca 2014
Przeczytane

dobra książka

Maestro  Marcin Kącki

Wesoła to ta książka nie jest.  Opowiada o tym, jak to przez kilkadziesiąt lat Wojciech Krolopp dyrygował chłopięcym chórem, nawet nie specjalnie kryjąc się z tym, że jest pedofilem. Nie przeszkadzało mu to być gwiazdą towarzystwa, brylować zarówno na państwowych jak i kościelnych salonach oraz cieszyć się pełnym zaufaniem rodziców. Część o tym wiedziała, pozostali się domyślali, ale nie znalazł się nawet jeden sprawiedliwy, który postanowił coś z tym zrobić (wprawdzie na przestrzeni tych lat były pojedyncze osoby, które mniej lub bardziej głośno protestowały, ale nie czując wsparcia, bardzo szybko odpuszczały). Mnie najbardziej i zniesmaczyła, ale i zaciekawiła, postawa rodziców, którzy mając pełną świadomość co się dzieje w chórze Kroloppa, umieszczali w nim swoje dzieci: ważne było dla niech jedynie to, by to nie ich dziecko było "używane" przez dyrygenta.

Świetnie się to czyta. Szczególnie polecam tym, którzy wątpią, że eksperymenty Millgrama, czy Zimbardo pokazały prawdę o naturze ludzkiej.  

Inna sprawa, że po odejściu Kroloppa, nikomu nie udało się ani zatrzymać destrukcji rozpadającego się po jego wyrzuceniu chóru, ani  zbudować na jego miejsce czegoś, na równie wysokim poziomie.


Osiem zeszytów Heloneida Studart

Seria z z miotłą, a więc z góry wiadomo, że tzw. "literatura kobieca. Tym razem Ameryka Południowa. Dwie siostry w średnim wieku; jedna dusi się w nieszczęśliwym małżeństwie, Druga rozpamiętuje swoje roztrzaskane po śmierci dziecka życie, czytając pamiętniki zmarłej ciotki (tytułowe osiem zeszytów). W tych pamiętnikach wychowana w tradycyjnej katolickiej rodzinie ciotka opisuje swoją młodość, gdy w imię zasad zarówno  jej, jak i jej siostrom, zniszczono życie. 

Jak to w tego typu książkach, przeszłość przeplata się z teraźniejszością. Na szczęście wszystko to jest polane tym charakterystycznym dla prozy iberoamerykańskiej ciężkim aromatycznym klimatem, i chociaż daleko temu do Marqueza, też przyjemnie się czyta.

Z tym, że ja tego zapowiadanego na okładce wojującego feminizmu, nie zauważyłam

 

Broniewski w potrzasku uczuć Dariusz Pachocki

Ciekawe uzupełnienie niedawno przeczytanej biografii Broniewskiego autorstwa Urbanka.

Tym razem epizod z lat 30-tych. Kilka lat po ślubie (do którego o mały włos, by nie doszło, ponieważ tuż przed okazało się, że Broniewski wdał się w jakąś awanturkę miłosną, panna zaszła w ciążę i "nie chciała jechać do Poronina"), poeta znów się zakochał. Tym razem w kilkanaście lat młodszej studentce.

Książka to korespondencja między kochankami + bardzo ciekawe wprowadzenie autorstwa Dariusza Pachockiego. Nie przepadam za czytaniem listów, ale ponieważ ta książka nie należy do obszernych, więc się nie zdążyłam znudzić. A galeria postaci, jaka wyłania się z kart tej książki bajeczna.  

 

nie warto brać do ręki 

Watykan niedyskretnie Caroline Pigozzi

Mniej więcej po przeczytaniu 10% rzuciłam w kąt ten landrynkowy panegiryk. Zawsze w tego typu przypadkach przypomina mi się opowiedziana we wspomnieniach Boya anegdota o tym, jak to malarz Jan Styka malował Matkę Boską. Nie pamiętam kto, widząc co powstaje zawołał: "Jasiu nie maluj na klęczkach, tylko maluj dobrze!". 

niedziela, 23 marca 2014
Kaprun

Tam gdzie byłam, w dolinach była już wiosna:

Było nawet i kilka rzeczy do zobaczenia, na przykład romański zamek (na dziedzińcu jest amfiteatr i odbywają się tam koncerty):


ale główną atrakcją, dla tych którzy tam przyjeżdżają, jest lodowiec. Z wiosennej doliny jedzie się pierwszą kolejką trochę wyżej (te rusztowania po lewej stronie, to pozostałości po po katastrofie sprzed kilkunastu lat, gdy w tunelu spłonęło ponad 150 osób).


 Potem przesiada się do drugiej kolejki:

która dowozi już do śniegu:

 

Można tam zostać, albo - kolejną kolejką - wjechać jeszcze wyżej:

Gdzie (oprócz kolejnych wyciągów) można sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie:

I przejść 360 metrów skalnym korytarzem na drugą stronę góry:

 

Ledwo te wszystkie kolejki linowe przeżyłam (wyjątkowo nie lubię nimi jeździć).

Zdecydowanie przyjemniej było w dolinie, gdzie był cudowny kompleks basenowy, z całym mnóstwem najrozmaitszych biczy wodnych, prąd i tego typu atrakcji. Część basenów była na dworze.


Słowem pełny reset.

 

Jeżeli chodzi o Pianino, zależy mi już tylko na tym by go skończyć. Za dużo mam już pozaczynanych robótek, by i tą rzucić w kąt, ale serce do tego swetra straciłam.


babcia trendsetterka

Na wyjeździe bardzo sprawdziła się prenumerata Gazety Wyborczej, wykupiona na stronie ich stronie i "podpięta" do konta na publio.pl (poprzednio miałam wykupioną prenumeratę bezpośrednio na publio i nie mogłam korzystać ze wszystkich opcji). Teraz mogę zarówno bez ograniczeń  buszować po stronach Gazety, jak i mieć ją codziennie rano w moim Kindlu. Jeszcze gdyby zrobili interaktywną wersję Jolki ...

Ale dzięki temu, że na wyjeździe czytałam Gazetę Wyborczą, mogę napisać kolejny odcinek 

pamiętnika wk ... konsumentki

Niedawno ktoś mnie zapytał dlaczego przeniosłam się z Wwy akurat do Brwi. Zgodnie z prawdą, powiedziałam, że wtedy za Brwi przemawiało połączenie kolejowe z Wwą. Tymczasem, oni już planują następny remont na lata 2017-2022. Ratunku !!!

Tu tekst źródłowy

niedziela, 16 marca 2014

Zanim z Ańćką pojedziemy przejść się po Central Parku i zapolować na bizony (krok do W samo południe już ćwiczy):

dałam się wywieźć jako "czwarta do benzyny" w Alpy. Jestem w takich wyprawach poręczna, bo nie jeżdżę na nartach, więc nie aspiruję do tego, by w samochodzie znalazło się miejsce i na mój sprzęt. Inna sprawa, że dawniej w cztery osoby jeździło się maluchem do Hiszpanii, teraz na tydzień w Alpy pożycza się duży samochód, którym na co dzień jeżdżą psy na wystawy. 

Nocowaliśmy w słowackim miasteczku  Mikulov. Jak przyjechaliśmy zapadał mrok, tyle zobaczyłam co można było zobaczyć wieczorem. Rano tylko spojrzałyśmy jeszcze raz na górujący nad miastem zamek:


i udaliśmy się w drogę do Salzburga, gdzie głównym punktem zwiedzania miał być Hangar 7 (obok trzech dziewczynek, w drużynie jest jeden chłopiec).


Obejrzałam całe mnóstwo zabawek dużych chłopców, między innymi skafander Felix'a Baumgartnera jak robił za Ikara, czy kosmicznego motyla.


W ostatniej przeczytanej przeze mnie książce (Beksińscy), wywożony w celu pokazania świata Tomasz Beksiński, anglista, genialny tłumacz (m.in. przetłumaczył Monty Pythona) na pokazywane mu zabytki reagował w bardzo osobliwy sposób:

(…) zawiózł mnie najpierw na Tower Bridge. Spoglądając nerwowo na zegarek, lustrowałem wzrokiem Tamizę w nadziei, że wypłynie trup nagiej panny z krawatem okręconym wokół szyi (Alfred Hitchcock „Szał”) – ale niestety. Następnie pojechaliśmy oglądać Big Bena. Robert Powell nie wisiał na wskazówce („39 stopni”), za to wokół tłoczyli się skośnoocy fotografujący wujka Ito na tle Parlamentu. Znów nie wydarzyło się nic sensacyjnego. Wsiedliśmy w autobus, z którego zobaczyłem jeszcze kolumnę Nelsona (ale nie przeleciał na nią balon z Umą Thurman walczący z Umą Thurman – to miało się wydarzyć w „the Avengers” dopiero w 1988 roku (…) dał mi spokój z pokazywaniem Londynu. Zrozumiał, że wszystko i tak dawno już widziałem w znacznie ciekawszym sosie. 

To co by powiedział dziś, gdy dziś zabytki wyglądają tak:


Oczywiście, Tomek Beksiński mówił o dużych zabytkach, a to są tylko rzeźby. Myślę jednak, że to czas przejściowy. Niedługo i wieża Eiffla będzie pod folią. 

Alpy też nie mają już tego uroku, który tak ciepło wspominał autor niedawno przeze mnie przeczytanego Pensjonatu. Powoli tutejsze doliny zamieniają się w betonowe osiedla. I to coraz mniej urokliwe.


Tu gdzie jestem, zostawili jedną chałupkę, żeby czymś się dało oko nacieszyć.


Pocieszające jest to, że w sprawach ostatecznych, miejscowi hołdują tradycji. Na cmentarzu w Salzburgu nie ma lastrico (i chińskiego marmuru też).


Inna sprawa, że może to tylko odpowiednik cmentarza w Laskach, a na głównym cmentarzu tak piknie już nie jest. 

ps. aż boje się, że zapeszę, ale robię ostatni rząd listwy od Pianina i jak na razie nie widzę większych błędów.

czwartek, 13 marca 2014
Przeczytane

Beksińscy Magdalena Grzebałtowska

Rewelacyjna biografia.

Materiałów dokumentujących życie bohaterów jest bardzo dużo: kompulsywnie dokumentowali swoje życie, dzienniki, listy, nagrania (dodatkowo Zdzisław Beksiński z myślą o przyszłych biografach, tworzył wzajemnie sprzeczne historie). To jak Magdalena Grzebałtowska sobie poradziła z tym materiałem  i styl w jakim to zrobiła, budzi podziw. 

 

Gdyby bohaterem tej książki był tylko Zdzisław Beksiński, książka aż tak ciekawa by nie była. Oczywiście, miał całe mnóstwo dziwactw, ale zważywszy na to że był artystą, nie odbiegały one od przyjętej dla tej grupy standardów. A jak jeszcze wziąć pod uwagę to. jak wyglądały jego obrazy, był zadziwiająco normalny. Może było tak, jak niektórzy sugerowali, że jego twórczość była wentylem bezpieczeństwa, dla dławiącego go szaleństwa?

Takiego wentylu nie miał jego syn, Tomasz. I to własnie on, ze swoim skrajnym niedostosowaniem  jest według mnie właściwym bohaterem tej książki. Pytanie, które przewija się przez tę książkę, to na ile ten brak instynktu życia miał zapisany w genach, a na ile "winny" temu był dom. Dzięki tej książce można zrozumieć dlaczego gdy umierał w swoim mieszkaniu, Ania Ortodox i jego ojciec, postanowili uszanować jego decyzję, nie wszczynać żadnej akcji, nie wyważać drzwi.  I to nie dlatego, że nie było między nimi (tzn. ojcem i synem), miłości. 

Cichym, występującym tylko jako tło bohaterem tej opowieści jest żona Beksińskiego, Zofia. Milcząca, nie widoczna, świeciła odbitym światłem. Co myślała, co czuła nie wiadomo, nie dokumentowała swojego życia. A to ona jest według mnie najciekawszą postacią w tej rodzinie.

Poplątane u Beksińskich było wszystko okrutnie, ale Grzebałtowska pokazała, że można pisać o tym ciekawie, bez uciekania się do sensacji i tabloidowej konwencji. Należą się jej za to wielkie brawa. 

Wartością dodaną jest to jak zostało przedstawione tło historyczne, zwłaszcza PRL. O tym ostatnim lepszej książki chyba nie czytałam - zarówno bez martyrologii jak i robienia oka, że tak było to to samo, co teraz, tylko w trochę brzydszych dekoracjach. Ci co nie pamiętają, może będą potrafili zrozumieć oczywistą, oczywistość takiego rozumowania, że gdy zaproponowano mu stypendium twórcze, aby przestał kraść potrzebne mu materiały, Beksiński powiedział:

"Moje poczucie moralności zgadza się z kradzieżą, cwaniactwem i oszustwem, jeśli ono ma właśnie taki wygląd, a nie inny. Jeśli natomiast miałbym się domagać albo prosić u 'obywatela posła' uznania dla 'wartości', jakie 'reprezentuję' i w związku z tym synekury (...), czułbym się w nader obrzydliwej roli w stosunku do reszty społeczeństwa, którym jak dotychczas w miarę ochoty mogę pogardzać lub które w miarę ochoty mogę sobie miłować".

niedziela, 09 marca 2014

 

Pospieszyłam się. Chciałam zdążyć na Szarotki, pochwalić się. No i podobnie jak w zeszłym tygodniu, coś mi się na krawędzi nie spodobało, postanowiłam poprawić ... i poszło ...


W szóstym tygodniu od startu, zaczynam z Pianinem od nowa. Że zacytuję klasyka: teraz zacznę budować od dymu z komina

Przynajmniej mogę pocieszyć oko widokiem posprzątanego ogrodu.  

A na Szarotkach mogłam co najwyżej podziwiać kolejne wikliny Ewy, poszła w owale już na całego (i pewnie nie poprawiała, w ostatniej chwili wychodząc z domu). 

Babcia trendsetterka

Dojrzałam do kupienia torby u kaletnika. Zwróciłam na nią uwagę z powodu trzech osobnych komór - dzięki temu przestanę szukając czegoś w torebce wszystko wywalać na chodnik. Będę teraz miała osobno rzeczy ważne (np. portfel), niezbędnik podróżnika  (kindle, komórka i słuchawki) i robótkę na drutach. A jak jeszcze się dowiedziałam, że w ramach ceny torbę można dopasować do potrzeb klientki, zrozumiałam że jest mi przeznaczona. To, że jest z prawdziwej skóry potraktowałam jedynie jako wartość dodaną. Pan wmontował mi troczki - od dawna noszę na smyczy klucze, bilet miesięczny i  identyfikator, ale teraz będę to miała elegancko ukryte, a nie tak jak dotychczas przyczepione do rączek. I  mam się jeszcze zastanowić, czy nie potrzebuje dodatkowych kieszonek! 

Z pamiętnika wk ... konsumentki

Napisałam kolejne pismo:

Na podstawie art. 2 ustawy o dostępie do informacji publicznej z 6 września 2001 roku, zwracam się o wskazanie podstawy prawnej (nie ma o tym wzmianki w ogólnodostępnym Regulaminie odprawy i przewozu), że pomimo udokumentowania uprawnienia do przejazdu sp. Koleje Mazowieckie odstępują od dochodzenia opłaty taryfowej oraz opłaty dodatkowej „jedynie w drodze wyjątku i bez precedensu”. O tym, że Koleje Mazowieckie stosują ww. procedurę dowiedziałam się z pisma z dnia 26 lutego br.

Jednocześnie informuję, że zawarte na końcu ww. pisma wyjaśnienie, w żaden sposób nie odnosi się do zadanego przeze mnie, w piśmie z dnia 19 lutego pytania.

Przypominam, że zwróciłam się o wyjaśnienie w jaki sposób – wysyłając list zwykłą pocztą – ustają Państwo czy i w jakim terminie pismo zostało odebrane. Ma to bardzo duże znaczenie, w sytuacji w której od tej daty liczą Państwo termin do udzielenia odpowiedzi i zgodnie z tym, co jest napisane w takim piśmie, brak odpowiedzi skutkuje skierowaniem sprawy do sądu. Jednocześnie, z uwagi na to, że nie jest to jednostkowa sytuacja, tylko wynika z procedury, której zasady nie są podane do wiadomości klientów Kolei Mazowieckich (chociaż bezpośrednio ich dotyczą). Tym samym zasadne jest skierowanie ww. zapytania w trybie informacji publicznej. 

czwartek, 06 marca 2014
Przeczytane

Marlena Angeliki Kuźmiak

Na pewno ta książka Angeliki Kuźmiak jest lepsza od jej książki o Papuszy, co wcale nie znaczy, że jest dobra. Tylko lepsza. 

Nie jest to biografia Marleny Dietrich - opowieść zaczyna się gdy ma ponad 60 lat i przyjeżdża z pierwszą wizytą do Polski. Garść ciekawych faktów. Trochę anegdot. Brakuje próby pokazania opisywanych faktów z kilku perspektyw, sięgnięcia do wielu źródeł. 

Można z nich ułożyć opowieść o tym, że trzeba wiedzieć kiedy zejść ze sceny. 

1964 rok, pierwsza podróż do Polski:

Sztuk bagażu jest trzydzieści pięć. Kufry ogromne jak szafy, w dwóch odcieniach szarości, ozdobione czarnymi inicjałami MD i mosiężnymi guzikami. Spis tego, co zawiera jedna z walizek (…), znajduję w archiwum, w wyblakłej niebieskiej kopercie. Walizka szara. Zawartość: żakiet beżowy, żakiet czarny, futro czarne i beżowe; ubranie wełniane; kamizelki niebieska, biała; cztery nocne koszule; trzy szaliki wełniane; dwie pary rękawiczek wełnianych, cztery pary rękawiczek skórzanych, cztery pary skarpet wełnianych; kapelusze futrzane, czarne i białe; buty beżowe, czarne, czarne długie; dwie pary majtek wełnianych, bluzka czerwona; gruba kamizelka czarna; dwa swetry czarne; płaszcz kąpielowy zielony; czerwony tużurek; okrycie zielone. (…)

Boi się latać. Tuż przed startem w jej dłoniach pojawia się złoty łańcuch, na którym wiszą: krzyż, medalik z Matką Boską, jej znak zodiaku: koziorożec, gwiazda Dawida, medalion ze świętym Krzysztofem, patronem podróżnych, i zajęcza łapka.

Tak zachowała się gdy rozpoznano u niej raka

 Pod koniec sierpnia zapisuje wizytę u lekarza. Diagnozę pozna tylko jej córka, Maria Riva: rak szyjki macicy. To ona ustala z lekarzem: matka nie będzie operowana. Zostanie poddana radioterapii. 6 marca 1965 roku Dietrich przechodzi pierwsze naświetlanie. 27 marca 1965 – drugie. Skuteczne. Trzy i pół tygodnia później Dietrich leci do Południowej Afryki. Trzeba wypełnić kontrakt. Śpiewa w Johannesburgu. Dwadzieścia razy.

Gdy ma 72 lata:

 Koniec koncertu. Orkiestra gra melodię z Błękitnego anioła. Marlena zbliża się do skraju sceny, kłania się, jak zwykle głęboko. Prawą ręką wskazuje na muzyków. – Zobaczyłem, że traci równowagę i lada moment wpadnie do kanału orkiestry. Wskoczyłem na stołek, ale nie zdążyłem jej przytrzymać – opowiada Steven Freeman, dyrygent. – Dietrich leżała na podłodze w kałuży krwi i krzyczała: „Idźcie do domu, idźcie!”. Ale publiczność ciągle klaskała. Nie wiedzieli, co się stało. – W końcu wyszeptała: „Czego oni chcą? Mam jeszcze raz wystąpić?” – dodaje Bernard Hall. Dzwonią do Marii. Córka każe wezwać lekarza Kennedy’ego. Znają się dobrze. Ale on nie może przyjechać. Marlena nie zgadza się, żeby ranę obejrzał ktoś inny. Czeka godzinę, może dwie. W hotelu obwiązuje nogę ręcznikiem. Dopiero następnego dnia pozwoli się zbadać innemu lekarzowi. Rana jest tak rozległa, że trzeba zrobić przeszczep skóry. Nie chce zostać w szpitalu. – Nie teraz – mówi. – Przede wszystkim obowiązki. One sprawiają, że życie jest wartościowe. To nic takiego. Na froncie po zapaleniu płuc śpiewałam cztery razy dziennie. Leci na koncerty do Montrealu i Toronto. Słabnie z bólu, ale śpiewa. Za każdym razem siedemdziesiąt pięć minut. Po powrocie lekarz oznajmia, że konieczne jest założenie bajpasów w nogach. Inaczej je straci. To ją przekonuje. Czeka na operację i nadzoruje przygotowania do koncertów w Londynie. Przegląda filtry do lamp. Zapisuje kolejność, w której mają być nakładane. Akceptuje wygląd plakatów. Organizatorzy drukują na nich na srebrnym tle jej portret autorstwa René Bouché. Po operacji Marlena wraca do Paryża. Czas na przygotowanie kostiumów. Podczas pracy łamie nogę, tym razem w swoim apartamencie. Wkładają jej w kość kilkucentymetrową śrubę.

Rok później:

9 września 1974 roku na koncert w Londynie za kulisy podwożą ją na wózku inwalidzkim. Bernard Hall pyta: – Jak w ogóle możesz oddychać na scenie, kiedy wszystko masz połamane? Dietrich mówi: – Oddycham ramionami, których sobie jeszcze nie złamałam.

W następnym roku

Rok później, jesienią, jedzie na tournée do Australii. W Sydney chce się przytrzymać kurtyny i traci równowagę. (...) przerywa tournée. Samolotem przewożą ją do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszka jej córka. W szpitalu spędzi kilka tygodni. Na scenie nie wystąpi już nigdy.

Po powrocie do Paryża zamyka się w swoim apartamencie (przez prawie siedemnaście lat opuści go tylko kilka razy). Największą słabością tej książki jest nie podjęcie próby odpowiedzi na pytanie, dlaczego się na to zdecydowała.


Kolejna książka to Uciekinierka Alice Munro

Nie wiem o co chodzi z Alice Munro, wszyscy się nią zachwycają, a mnie jakoś nie umie zachwycić.

Bohaterkami wszystkich zamieszczonych w tym tomie opowiadań są kobiety i ich dramaty rozgrywające się w cieniu powoli toczącego się życia prowincjonalnych kanadyjskich miasteczek. Nostalgiczna, bardzo tradycyjna, nieco rozwlekła narracja. Taka współczesna Eliza Orzeszkowa. Głębi w tym tyle, ile w studni Murakamiego.

Bardzo chciałabym aby mi ktoś wytłumaczył, dlaczego opowiadania Alce Munro zaliczane są  do literatury przez duże "L", a nie do chic lit. 

środa, 05 marca 2014
Misie

Ja wiem, że są to misie o bardzo małym rozumku. Ale żeby aż tak?

Teraz muszę się zebrać i odpisać.

Bo tak sobie myślę: skoro tylko w drodze wyjątku i bez precedensu na przyszłość, to muszą prowadzić bazę osób, które już skorzystały z ich łaskawości.  Ciekawe czy zarejestrowali ją w Giodo? 

niedziela, 02 marca 2014
Slow knitting

Wiecznie zaczytana ogłosiła manifest slow reading. Mój slow reading wynika z braku czasu - jest niedziela wieczorem, a ja jeszcze nie zabrałam się za czwartkową Jolkę. Wszystkiego jest za dużo, dobrych książek do przeczytania też, trudno tak z tego świadomie rezygnować. 

Za to uprawiam z powodzeniem i z wewnętrzną zgodą slow knitting: po miesiącu od startu z Pianinem  mam pięć centymetrów dolnej listwy:

Pierwotnie robiona podwójnym ściegiem listwa miała być zrobiona dwukolorowym dżersejem wzorem: jedno oczko białe/jedno oczko czarne. Ale jakoś mi to dobrze nie wychodziło. Dwa na dwa wychodzi dużo lepiej i bardziej pasuje do zaplanowanego wzoru (na jednym z przodów ma być wyrobiony wzór klawiatury). 

 

Mam świadomość, że świat ma większe problemy. Nikt nie będzie się pochylać z troską nad tym, że od 24 lutego zaczęli remont wiaduktu w Brwi i wywiesili nowy, jeszcze gorszy rozkład. Jak by tego było im mało, od 8 marca powiedzieli, że rozszerzają front i przystępują do remontu mostu średnicowego w Wwie. Tradycyjnie remonty  "średnicówki" były zawsze "przykrywką" redukcji liczby pociągów w sezonie wakacyjnym,  ale ponieważ nikt im nie patrzył na ręce i ich z tego nie rozliczał, w tym roku postanowili ogłosić doroczny remont średnicówki już w marcu. Tyle, że aby na pierwszy rzut oka nie było widać, że poszli na całość i zaplanowali mniej więcej 1/4 tych pociągów co kiedyś, w rozkładzie osobno umieścili: Warszawę Zachodnią, Warszawę Śródmieście i Warszawę Wschodnią;

Przeczytałam w Gazecie Wyborczej coś takiego:  

Naszym priorytetem jest ciągłe podnoszenie standardu usług. Inwestycje w tabor są w tym zakresie niezwykle ważne. Wierzę, że podróżni docenią starania  Kolei Mazowieckich mówi Czesław Sulima, dyrektor eksploatacyjny Kolei Mazowieckich.

Czas przestać się koncentrować na capo di tutti capi i zacząć tworzyć poczet władców tej spółki. 


Dziś noc Oskarów. Z tych filmów, które widziałam jedynie Kate Blanchett w Blue Jasmine zasługuje na Oskara (pomijam Maryl Streep, bo ona zasługuje na Oscara zawsze).

Jednym z nominowanych są Tajemnice Filomeny, ale chyba tylko jako ilustracja zasady "na bezrybiu i rak ryba". 

 Dziwny film - z jednej strony dobrze się to ogląda: świetna gra, błyskotliwe dialogi. 

Ale potem przychodzi refleksja, że film opowiada bardzo przejmującą historię, w plastikowy sposób, tak aby nikogo nie "urazić". Nawet jeżeli oddanie do adopcji nieślubnego dziecka, urodzonego przez dziewczynę której wyrzekła się rodzina, było w tamtych czasach usankcjonowanym i powszechnie akceptowanym rozwiązaniem, to uniemożliwienie by po latach to dziecko odnalazło swoją matkę było zbrodnią.  

Jak dla mnie za ważny problem, by w taki miałki sposób go opowiadać. 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli