niedziela, 29 marca 2015

Wróciłam.

Spojrzałam do lustra i uznałam, ze jednak zdrowsze jest jeżdżenie z samymi babami. Ile by ich nie było, jedno jest pewne, wszystkie będą na diecie. A tak, to jeden rodzynek wystarczył, by w domu było cały czas dużo jedzenia i jeszcze więcej słodyczy.  Efekt tego, przynajmniej w moim przypadku,  jest bardzo "widoczny".

Wybyczyłam się. W  dzień basen:

Wieczorem Scrabble, a w międzyczasie druty:


Tyle, że na koniec podjęłam decyzję o rzuceniu tego co zrobiłam w kąt. Przez chwilę zastanawiałam się jeszcze nad nazwą: Żygaczek, Womitek, Gó ...nko?


Ale na koniec uznałam, że to jest tak kolorystycznie paskudne, że nawet na nazwę nie zasługuje.

I tak w pierwszym kwartale tego roku, liczba skończonych robótek wynosi zero. A była to pora roku gdy - przynajmniej teoretycznie - miałam na to czas. Teraz za chwilę zacznie się wiosenna krzątanina wokół domu, ogród, itp. W związku z moim "tętnem sportowca" mam mieć w tym miesiącu Holtera. Szkoda, że nie ma takiego urządzenia, które pokazałoby, na co poświęca się czas. Ciekawi  mnie, co ja z tym czasem robię, że nawet jak nie idę do pracy, to gdzieś się przede mną chowa i ledwie wstanę, jest już wieczór. 

Na wyjeździe brzęczał mi w uchu kolejny audiobook, Przez ciemne zwierciadło.  

Kalifornia, lata 90-te ubiegłego stulecia. Przygnębiająco prawdziwa opowieść o narkomanach. Bez uciekania się w heroizm, czy romantyzm, smród, bród i beznadzieja. Autor  wiedział o czym pisał, bo sam miał z tym problem. 

Mój problem z tą książką jest taki, że ani przez chwilę nie zaciekawił mnie główny wątek: opowieść o policjancie, który rozpracowując środowisko narkomanów, powoli staje się jednym z nich. Nie rzuciłam w kąt, bo co się dzieje obok, dialogi sytuacje są warte tego by tego posłuchać.

Czytane jest to poprawne, bez jakichkolwiek prób interpretacji. Ani nie porywa, ani nie drażni.

Na marginesie

Zastanawiam się, co zrobić z komentarzem pod moim ostatnim wpisem. Z jednej strony, rozsądniejsze jest spuszczenie zasłony milczenia Bo co można odpowiedzieć na pretensję autora, że jego książkę uznałam jedynie za przyjemną w czytaniu, podczas gdy należało wyrazić zachwyt i to na klęczkach. Z drugiej strony, przebija z tego komentarza pogarda "wielkiego autora" dla "maluczkiego blogera" i korci mnie by mu napisać, by zszedł na ziemię. Od tego, że przeprowadza wywiady z mądrymi, ciekawymi kobietami, nie stanie się tak samo mądry i ciekawy. Jest chłopcem i warto by znał swoje ograniczenia.   

piątek, 27 marca 2015
Przeczytane

 Obfite piersi, pełne biodra Mo Yan


Poddałam się po przeczytaniu 45% . Bezmiar nudy epickiego rozmachu.  

Losy wiejskiej rodziny, na tle historii zeszłego stulecia w Chinach. Z jednej strony trudno się w tym połapać: liczna rodzina (matka, osiem córek i syn) + całe mnóstwo innych postaci, wszyscy prawie tak samo się nazywają, w dodatku w trudny do zapamiętania sposób. Z drugiej strony, wszystko toczy się w monotonny (chociaż upiorny rytm) i wszyscy doświadczają tego samego: mężczyźni walczą i giną, kobiety rodzą i cierpią. 

A ja im dłużej czytałam, tym bardziej się nudziłam i mniej więcej w połowie dałam sobie spokój. Czytanie książki ma być przyjemnością, nie poświęceniem.  

Ale jeżeli ktoś lubi epicką, na swój sposób baśniową opowieść, nie będzie rozczarowany, to nie jest zła książka. Tylko nie każdemu będzie się podobać. 

 

 

Z kolei książkę, Obecność Remigiusza Grzeli, przeczytałam z przyjemnością. Byłam na spotkaniu w Teatrze Studio, gdzie ją po raz pierwszy prezentował. 

 

Chociaż ...

Obecność to wywiady z ludźmi którzy doświadczyli straty. Niektóre z tych wywiadów - m.in. z  Krystyną Jandą, czy Anną (Marią, słuszna uwaga w komentarzu, a to że pisałam to z głowy, nie jest wystarczającym usprawiedliwieniem) Iwaszkiewicz, są nie tylko ciekawe ale i dające wiele do myślenia. Ten pierwszy rozpoczyna książkę i bardzo wysoko podnosi poprzeczkę. Inne pełne ciekawych anegdot, pokazujące znane historie z troszeczkę innej perspektywy.

Ale też zadałam sobie pytanie, na ile Remigiusz Grzela, przez swoją pasywność i wycofanie nie jest narzędziem, które jego rozmówcy wykorzystują do kreowania własnej wersji historii. Ot choćby znany motyw: wdowa, która po śmierci męża, wreszcie może występować w roli żony. W przestrzeni publicznej najsłynniejszą jest Zuzanna Kurtyka, tu w tej roli występuje Alicja Kapuścińska. Z kolei kiedyś wprawdzie tylko na moment otarłam się o jeden z opisywanych domów, na tyle jednak, by spostrzec malowanie rzeczywistości. W sumie jak to z wywiadami: niektóre świetne, inne dalekie od tego. Najbardziej rozczarował mnie wywiad z Julią Hartwig. Nawet nie dlatego, że najsłabszy, tylko że jest to za ciekawa postać, na tak byle jaki wywiad.

Fabryka absolutu Karel Čapek 


Książka wyszła w nowej serii Stehlik - będą się w niej ukazywały ulubione czeskie książki Mariusza Szczygła. Może być ciekawie.

Fabryka Absolutu opowiada o tym, co się stało gdy jeden z czeski wynalazców wynalazł maszynę, która spalając minimalną ilość węgla (bliżej jej było do do perpetum mobile niż do kotła) wytwarzała nie tylko energię, ale i absolut. - boskość wydobywała się z niej w postaci oparów.

Pierwsza część książki cudowna, druga może już nie tak wspaniała, ale nawet wydobywający się z tej książki zapaszek stęchlizny, nie przeszkadza. Patrząc na to co pisał, trudno oprzeć się wrażeniu, że Karel Čapek był wizjonerem.

 

A tak na deser - fragment artykułu Sebastiana Dudy z dodatku do GW z 2 marca Ale historia. Wszystkim go opowiadam, więc czas go i tu przytoczyć:

Późną zimę 1648 r. Władysław IV Waza spędzał w Wilnie. Mróz był siarczysty, więc para królewska odwlekała powrót do Warszawy - postanowiono wreszcie wracać po wiosennych roztopach. Niespełna 53-letni władca od dawna cierpiał na boleści nerkowe, nękały go podagra, reumatyzm, wyniszczał syfilis - ale nie odmawiał sobie uciech seksualnych: na Litwie komentowano po cichu jego wyczyny łóżkowe z niejaką Szycikową z Grodna oraz Salomonową z Wilna. Dworzanie donosili otyłego władcę do kochanek na krześle, bo chodzić mógł już tylko z największym trudem. Kiedy na sejmach posłowie wypominali mu, że tyle wydaje na niecności, odpowiadał: "Niech to tak będzie, żem ja te kilkakroć sto tysięcy kurwom moim rozdał".

niedziela, 22 marca 2015

Robiąc za balast dokładający się do benzyny i mieszkania:

znów jestem w Kaprun.

Ale zanim się tu znalazłam spędziłam jeden dzień w czeskim Krumlovie. Miasto jak z bajki, dziwię się że tak mało popularne jest to miejsce w Polsce (nie słyszałam o wycieczkach do Krumlova). Niezniszczone średniowieczne miasteczko w zakolach malowniczo wijącej się w tym miejscu Wełtawy. 


  Nad miastem króluje ogromny zamek

Ale niestety o tej porze roku można jedynie zwiedzić muzeum i wejść na wieżę, zwiedzanie komnat jest możliwe dopiero od kwietnia.

W Czechach przaśniej niż u nas, ale też i bez zadęcia. W knajpach się normalnie pali, a w tej w której byliśmy w jednej z sal zgromadzono pamiątki z poprzedniej epoki i nikt nie uważał tego za propagowanie komunizmu.

 

Sweter Pani Ani (SPA) zostawiłam w domu, na wyjazd z szafki wyciągnęłam rzucony jakiś czas temu w kąt Color Affection. Nazwałam go Buras:

 

Spojrzałam na moje szaro-czarno-bure zapasy wełny i zapragnęłam koloru. Dobrze że SPA jest mniej bury.

Zanim wyjechałam byłam w kinie na Grze tajemnic


Poszłam dla tematu - złamanie kodu Enigmy oraz dla Benedicta Cumberbatch'a.

Nie szłam na arcydzieło, ale na sprawnie zrobiony film w modnej obecnie konwencji: luźna adaptacja autentycznej historii. Tym razem o tym jak złamano kod Enigmy, o Polakach są dwa zdania. Z filmu wynika, że przetarliśmy jedynie szlak zdobywając jeden z egzemplarzy i łamiąc wcześniej stosowany, mniej skomplikowany kod. Równolegle z tym jak łamano kod Enigmy, obserwujemy jak złamano po wojnie autora tego sukcesu, Miał pecha, był homoseksualistą. W tamtych czasach jeżeli nie poprzestawało się na fantazjach, było to przestępstwem. 

Słowem ciekawa historia, sprawnie zrobiony film, ale bez rewelacji.

 

Byłam też na spotkaniu z Remigiuszem Grzelą.


Książkę przeczytałam, niebawem napiszę o niej kilka zdań. A spotkanie miłe. Sporo ludzi przyszło. 

 

Mam też "przeczytany" kolejny audiobook.


Hm. Był czas w moim życiu na Lema, ale zatrzymałam się wtedy na Zajdlu i do niego nie doszłam. A teraz jest już na niego za późno. I o ile bajeczki Kołakowskiego pewnie przeczytałabym z dużą przyjemnością, to z Lema, przynajmniej takiego, wyrosłam (na pytanie czy jest inny Lem, nie znam odpowiedzi). 

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli