niedziela, 29 marca 2015

Wróciłam.

Spojrzałam do lustra i uznałam, ze jednak zdrowsze jest jeżdżenie z samymi babami. Ile by ich nie było, jedno jest pewne, wszystkie będą na diecie. A tak, to jeden rodzynek wystarczył, by w domu było cały czas dużo jedzenia i jeszcze więcej słodyczy.  Efekt tego, przynajmniej w moim przypadku,  jest bardzo "widoczny".

Wybyczyłam się. W  dzień basen:

Wieczorem Scrabble, a w międzyczasie druty:


Tyle, że na koniec podjęłam decyzję o rzuceniu tego co zrobiłam w kąt. Przez chwilę zastanawiałam się jeszcze nad nazwą: Żygaczek, Womitek, Gó ...nko?


Ale na koniec uznałam, że to jest tak kolorystycznie paskudne, że nawet na nazwę nie zasługuje.

I tak w pierwszym kwartale tego roku, liczba skończonych robótek wynosi zero. A była to pora roku gdy - przynajmniej teoretycznie - miałam na to czas. Teraz za chwilę zacznie się wiosenna krzątanina wokół domu, ogród, itp. W związku z moim "tętnem sportowca" mam mieć w tym miesiącu Holtera. Szkoda, że nie ma takiego urządzenia, które pokazałoby, na co poświęca się czas. Ciekawi  mnie, co ja z tym czasem robię, że nawet jak nie idę do pracy, to gdzieś się przede mną chowa i ledwie wstanę, jest już wieczór. 

Na wyjeździe brzęczał mi w uchu kolejny audiobook, Przez ciemne zwierciadło.  

Kalifornia, lata 90-te ubiegłego stulecia. Przygnębiająco prawdziwa opowieść o narkomanach. Bez uciekania się w heroizm, czy romantyzm, smród, bród i beznadzieja. Autor  wiedział o czym pisał, bo sam miał z tym problem. 

Mój problem z tą książką jest taki, że ani przez chwilę nie zaciekawił mnie główny wątek: opowieść o policjancie, który rozpracowując środowisko narkomanów, powoli staje się jednym z nich. Nie rzuciłam w kąt, bo co się dzieje obok, dialogi sytuacje są warte tego by tego posłuchać.

Czytane jest to poprawne, bez jakichkolwiek prób interpretacji. Ani nie porywa, ani nie drażni.

Na marginesie

Zastanawiam się, co zrobić z komentarzem pod moim ostatnim wpisem. Z jednej strony, rozsądniejsze jest spuszczenie zasłony milczenia Bo co można odpowiedzieć na pretensję autora, że jego książkę uznałam jedynie za przyjemną w czytaniu, podczas gdy należało wyrazić zachwyt i to na klęczkach. Z drugiej strony, przebija z tego komentarza pogarda "wielkiego autora" dla "maluczkiego blogera" i korci mnie by mu napisać, by zszedł na ziemię. Od tego, że przeprowadza wywiady z mądrymi, ciekawymi kobietami, nie stanie się tak samo mądry i ciekawy. Jest chłopcem i warto by znał swoje ograniczenia.   

piątek, 27 marca 2015
Przeczytane

 Obfite piersi, pełne biodra Mo Yan


Poddałam się po przeczytaniu 45% . Bezmiar nudy epickiego rozmachu.  

Losy wiejskiej rodziny, na tle historii zeszłego stulecia w Chinach. Z jednej strony trudno się w tym połapać: liczna rodzina (matka, osiem córek i syn) + całe mnóstwo innych postaci, wszyscy prawie tak samo się nazywają, w dodatku w trudny do zapamiętania sposób. Z drugiej strony, wszystko toczy się w monotonny (chociaż upiorny rytm) i wszyscy doświadczają tego samego: mężczyźni walczą i giną, kobiety rodzą i cierpią. 

A ja im dłużej czytałam, tym bardziej się nudziłam i mniej więcej w połowie dałam sobie spokój. Czytanie książki ma być przyjemnością, nie poświęceniem.  

Ale jeżeli ktoś lubi epicką, na swój sposób baśniową opowieść, nie będzie rozczarowany, to nie jest zła książka. Tylko nie każdemu będzie się podobać. 

 

 

Z kolei książkę, Obecność Remigiusza Grzeli, przeczytałam z przyjemnością. Byłam na spotkaniu w Teatrze Studio, gdzie ją po raz pierwszy prezentował. 

 

Chociaż ...

Obecność to wywiady z ludźmi którzy doświadczyli straty. Niektóre z tych wywiadów - m.in. z  Krystyną Jandą, czy Anną (Marią, słuszna uwaga w komentarzu, a to że pisałam to z głowy, nie jest wystarczającym usprawiedliwieniem) Iwaszkiewicz, są nie tylko ciekawe ale i dające wiele do myślenia. Ten pierwszy rozpoczyna książkę i bardzo wysoko podnosi poprzeczkę. Inne pełne ciekawych anegdot, pokazujące znane historie z troszeczkę innej perspektywy.

Ale też zadałam sobie pytanie, na ile Remigiusz Grzela, przez swoją pasywność i wycofanie nie jest narzędziem, które jego rozmówcy wykorzystują do kreowania własnej wersji historii. Ot choćby znany motyw: wdowa, która po śmierci męża, wreszcie może występować w roli żony. W przestrzeni publicznej najsłynniejszą jest Zuzanna Kurtyka, tu w tej roli występuje Alicja Kapuścińska. Z kolei kiedyś wprawdzie tylko na moment otarłam się o jeden z opisywanych domów, na tyle jednak, by spostrzec malowanie rzeczywistości. W sumie jak to z wywiadami: niektóre świetne, inne dalekie od tego. Najbardziej rozczarował mnie wywiad z Julią Hartwig. Nawet nie dlatego, że najsłabszy, tylko że jest to za ciekawa postać, na tak byle jaki wywiad.

Fabryka absolutu Karel Čapek 


Książka wyszła w nowej serii Stehlik - będą się w niej ukazywały ulubione czeskie książki Mariusza Szczygła. Może być ciekawie.

Fabryka Absolutu opowiada o tym, co się stało gdy jeden z czeski wynalazców wynalazł maszynę, która spalając minimalną ilość węgla (bliżej jej było do do perpetum mobile niż do kotła) wytwarzała nie tylko energię, ale i absolut. - boskość wydobywała się z niej w postaci oparów.

Pierwsza część książki cudowna, druga może już nie tak wspaniała, ale nawet wydobywający się z tej książki zapaszek stęchlizny, nie przeszkadza. Patrząc na to co pisał, trudno oprzeć się wrażeniu, że Karel Čapek był wizjonerem.

 

A tak na deser - fragment artykułu Sebastiana Dudy z dodatku do GW z 2 marca Ale historia. Wszystkim go opowiadam, więc czas go i tu przytoczyć:

Późną zimę 1648 r. Władysław IV Waza spędzał w Wilnie. Mróz był siarczysty, więc para królewska odwlekała powrót do Warszawy - postanowiono wreszcie wracać po wiosennych roztopach. Niespełna 53-letni władca od dawna cierpiał na boleści nerkowe, nękały go podagra, reumatyzm, wyniszczał syfilis - ale nie odmawiał sobie uciech seksualnych: na Litwie komentowano po cichu jego wyczyny łóżkowe z niejaką Szycikową z Grodna oraz Salomonową z Wilna. Dworzanie donosili otyłego władcę do kochanek na krześle, bo chodzić mógł już tylko z największym trudem. Kiedy na sejmach posłowie wypominali mu, że tyle wydaje na niecności, odpowiadał: "Niech to tak będzie, żem ja te kilkakroć sto tysięcy kurwom moim rozdał".

niedziela, 22 marca 2015

Robiąc za balast dokładający się do benzyny i mieszkania:

znów jestem w Kaprun.

Ale zanim się tu znalazłam spędziłam jeden dzień w czeskim Krumlovie. Miasto jak z bajki, dziwię się że tak mało popularne jest to miejsce w Polsce (nie słyszałam o wycieczkach do Krumlova). Niezniszczone średniowieczne miasteczko w zakolach malowniczo wijącej się w tym miejscu Wełtawy. 


  Nad miastem króluje ogromny zamek

Ale niestety o tej porze roku można jedynie zwiedzić muzeum i wejść na wieżę, zwiedzanie komnat jest możliwe dopiero od kwietnia.

W Czechach przaśniej niż u nas, ale też i bez zadęcia. W knajpach się normalnie pali, a w tej w której byliśmy w jednej z sal zgromadzono pamiątki z poprzedniej epoki i nikt nie uważał tego za propagowanie komunizmu.

 

Sweter Pani Ani (SPA) zostawiłam w domu, na wyjazd z szafki wyciągnęłam rzucony jakiś czas temu w kąt Color Affection. Nazwałam go Buras:

 

Spojrzałam na moje szaro-czarno-bure zapasy wełny i zapragnęłam koloru. Dobrze że SPA jest mniej bury.

Zanim wyjechałam byłam w kinie na Grze tajemnic


Poszłam dla tematu - złamanie kodu Enigmy oraz dla Benedicta Cumberbatch'a.

Nie szłam na arcydzieło, ale na sprawnie zrobiony film w modnej obecnie konwencji: luźna adaptacja autentycznej historii. Tym razem o tym jak złamano kod Enigmy, o Polakach są dwa zdania. Z filmu wynika, że przetarliśmy jedynie szlak zdobywając jeden z egzemplarzy i łamiąc wcześniej stosowany, mniej skomplikowany kod. Równolegle z tym jak łamano kod Enigmy, obserwujemy jak złamano po wojnie autora tego sukcesu, Miał pecha, był homoseksualistą. W tamtych czasach jeżeli nie poprzestawało się na fantazjach, było to przestępstwem. 

Słowem ciekawa historia, sprawnie zrobiony film, ale bez rewelacji.

 

Byłam też na spotkaniu z Remigiuszem Grzelą.


Książkę przeczytałam, niebawem napiszę o niej kilka zdań. A spotkanie miłe. Sporo ludzi przyszło. 

 

Mam też "przeczytany" kolejny audiobook.


Hm. Był czas w moim życiu na Lema, ale zatrzymałam się wtedy na Zajdlu i do niego nie doszłam. A teraz jest już na niego za późno. I o ile bajeczki Kołakowskiego pewnie przeczytałabym z dużą przyjemnością, to z Lema, przynajmniej takiego, wyrosłam (na pytanie czy jest inny Lem, nie znam odpowiedzi). 

niedziela, 15 marca 2015

Właśnie przeczytałam, że Rada programowa RDC wywaliła Elizę Michalik, bo była zbyt wyrazista. Za nią akurat nie przepadam, ale wywalanie kogoś, za to, że ma wyraziste poglądy coś mi przypomina ... Podobno Rada (podali nazwiska, żadne nic mi nie mówi) zażądała też wyjaśnień na temat "Niedziela filozofów" - pretekstem stała się audycja w której Tomasz Stawiszyński odważył się dyskutować o herezji z prof. Bartosiem. 

Widocznie u nas zawsze demokracja musi być jakaś. Z tym, że w czasach gdy budowali demokrację socjalistyczną, kabarety były lepsze. Byłam w tym tygodniu na Pożarze w Burdelu, to mam porównanie.

Jak dla mnie za długie (2 godziny 40 minut), przez co kilka dobrych tekstów, czy celnych puent nie wybrzmiało, tylko zginęło w morzu słów (głównie śpiewanych).

Ten walentynkowy odcinek był grany w Teatrze Polskim, jako gość wystąpił Andrzej Seweryn, który  całkiem dobrze dawał sobie radę z kabaretową konwencją. Lepiej niż niejeden z tych kabaretowych (delikatnie rzecz ujmując, poziom ich umiejętności był bardzo zróżnicowany).  

Ale dało się oglądać. Mimo wszystko adresowane jest to do ludzi, którzy może nie wiedzą dużo o Grotowskim, ale o tym że taki ktoś był, to jednak wiedzą.

Na najnowszy film Szumowskiej, Body/Ciało poszłam dla Janusza Gajosa

Tym, którym podobał się jej film 33 sceny z życia (należę do nich), ten też się będzie podobał. Tym razem o życiu po stracie. A raczej o nieumiejętności życia po stracie. Główny bohater (gra go Gajos) po śmierci żony broni się cynizmem i wypijaną wieczorem wódką. Jego córka ma zaburzenia odżywiania, a terapeutka (jej z kolei umarło dziecko) by jakoś żyć, została medium i robi za osobę, kontaktująca się z duchami zmarłych.

Sporo bardzo fajnych scenek, dialogów. I dwuminutowy epizod z Ewą Dałkowską. Siła tego epizodu jest dla mnie porównywalna z "wagonową sceną"  Kaliny Jędrusik w Ziemi Obiecanej (z tamtej starej, nie pociętej przez Wajdę wersji). 

W sobotę u Tuptupa był wielki zlot. Dużo nas było, bo zapowiedziani zostali goście specjalni: Pimposhka i Fiubzdziu. 

 

A ja nie zjadłam żadnego ciastka (nawet Doroty!) i skonsultowałam Sweter Pani Ani (widać go na zdjęciu po prawej stronie). Diagnoza: rzędy skrócone. Zabieram się do tego jak pies do jeża.

z pamiętnika mega wk ... konsumentki

Dawno dawno temu, gdy nie było gmaila, outlooka itp. a zwykłe skrzynki pocztowe nie miały dobrych antyspamerów, dostałam w prezencie, wykupiony na "wieczne czasy" adres mailowy na home.pl. Założyłam konto kalina@.... i podawałam je wszędzie tam, gdzie nie chciałam ujawniać nazwiska. Na co dzień go nie używałam, a to co tam przychodziło, było przekierowane na gmaila, więc home postanowiło się mnie pozbyć. Do tego momentu wszystko rozumiem i nic mnie nie wk ... Zwykłe konsumenckie życie.

Wk ... mnie to, jak to zrobili.W dniu 6 marca zmienili mi hasło, wysyłając zawiadomienie ... na konto, na którym zmienili hasło. Powodem było rzekome rozsyłanie znacznej ilości wiadomości typu SPAM przez mój zawirusowany komputer, Jest to o tyle mało prawdopodobne, że nie mam zawirusowanego kompa, a ciągu tego roku logowałam się na konto home.pl może z dwa razy. 

Ponieważ w wielu miejscach (nie mam listy w jakich) podawałam ten adres, i mam tam zarchiwizowanych kilka ważnych sentymentalnie listów, postanowiłam odzyskać kontrolę nad kontem. Tym bardziej, że konto nie jest zamknięte, więc ci co tam do mnie piszą, nie wiedzą, że nie odbiorę tego maila. Ale okazało się, że jedyną formą autoryzacji wniosku o nowe hasło, jest przesłanie im skanu dokumentu tożsamości. Gdy usiłowałam zaprotestować - dowiedziałam się, ze w 2009 roku wdrożyli standardy zarządzania bezpieczeństwem informacji według rygorystycznej normy ISO 27001. Dodatkowo w 2012 roku uzyskali unikatowy certyfikat europejskiej normy jakości EN 15838 powstałej z inicjatywy Komisji Europejskiej. Chwalą się też o tym na stronie. Ale już opisu obowiązujących procedur (musieli takie opracować, gdy starali się o te normy) na stronie nie publikują.   

Tak  łatwo im nie odpuszczę - chciałabym zamknąć to konto, w zbyt wielu miejscach podałam ten adres. Ale dowodu im nie dam. Teraz trochę może tylko trochę żałuję, że zamiast wchodzić z nimi w dyskusje (a babcia Iwony mówiła: z głupimi się nie dyskutuje!) nie wysłałam im skanu starego  (samego dowodu już nie mam, ale skan i owszem),  jest zastrzeżony, żadnego kredytu nikt na niego nie dostanie.

Słowem kolejna firma na mojej czarnej liście.

niedziela, 08 marca 2015

W ramach kolekcjonowania badań potrzebnych do otrzymania skierowanie do sanatorium (planujemy z Ańćką trzytygodniowe SPA) zrobiłam EKG. Najpierw siostra, potem lekarka zadały mi to samo pytanie: czy pani intensywnie uprawia sport? Okazało się, że takie tętno (mam poniżej 50) mają sportowcy. Traktuję mój wynik EKG jako dowód na to, że nie muszę uprawiać sportu - nawet teraz, kiedy zbliża się wiosna.

Moje malkontenctwo zostało ukarane - Gumiś nie zabrał mnie na Opowieści afrykańskie, twierdząc, że moje miny odbierają mu przyjemność zachwycania się Warlikowskim. I nie zważając na moje protesty, zapowiedział, ze nie zmieni zdania. W tej sytuacji, uznałam że nie mam wyjścia i dla "poddierżki razgawora" ze światem zewnętrznym, pojechałam na brydża. Tylko jeżeli w tygodniu pracując często nocuję u mamy, a weekendy poświęcę na podtrzymywanie kontaktów społecznych, to kiedy mam mieć czas dla siebie? A jak już byłam na tym brydżu, to podziwiałam Agnieszki kwiaty, moje drzewka szczęścia dziczeją i łysieją, a u niej rosną takie:



W przyszłą sobotę wielki spęd u Tuptupa - prawdopodobnie będzie nas tyle, że wylejemy się ze sklepu na podwórze. Liczę na to, ze ktoś poradzi mi jak zrobić kołnierz w Swetrze Pani Ani


Bo gdybym robiła ten kołnierz pojedynczo pomogły by skrócone rzędy. A tak jak zrobić taki, który będzie się dobrze układał, a który jest podwójną, składaną  plisą? Nie przeskoczę tego, że górny górny brzeg jest dużo krótszy od dolnego. Na schemacie wygląda to tak - pomarańczowa kreska, to miejsce złożenia plisy. 

 

Nie wiem jak długo utrzymam rytm: jeden audiobook/tydzień, ale już trzeci tydzień pod rząd się go trzymam. Tyle, że w tym tempie za chwilę nie będę miała czego słuchać. Oferta audiobooków jest dość uboga, W dodatku w tej formie wydawane są przede wszystkim książki cienkie, a akurat audiobooki to ja lubię długie. Fajnie byłoby móc posłuchać ostatnią Tokarczuk, Franzena, Myśliwskiego, Catton. A tak to z takich dłuższych audiobooków to mam na liście tylko  biografię Steva Jobsa i albo doczekam się promocji, albo się poddam i kupię za 45 zł. 

 

Bracia sisters to urocza powieść przygodowa - akcja dzieje się w czasach gorączki złota w Kalifornii. Czuć atmosferę westernu. Opowieść o dwóch braciach z Oregonu, którzy jadą do Kalifornii wykonać wyrok śmierci wydany przez szefa ich bandy.  Tak jak to w westernach, na skróty, bez głębi postaci. Ale strzelają i coś się dzieje. 

Czyta Marcin Perchuć, chwilami jego głos przypomina w klimacie głos Piotra Fronczewskiego. Z tym, że bez tej przerysowanej maniery. 

sobota, 07 marca 2015
Przeczytane

Wystarczy przejść przez rzekę Ludmiła Włodek


Szkice z podróży po Azji (Tadżykistan, Uzbekistan, Kirgistan, Kazachstan i Turkmenistan). O spotkanych po drodze ludziach, przeprowadzonych z nimi rozmowach. Na tle tych jednostkowych historii, autorka stara się pokazać złożoności tamtego świata, bez typowych europocentrycznych skrótów. 

Tyle że szkice, a nie reportaże, czegoś im brak i ten barwny, ciekawie opisany świat, chwilę po przeczytaniu, zlewa się  w jedną postsowiecką pulpę.  

Świetnie się czyta, ale po poprzedniej książce tej autorki (Pra) miałam większe oczekiwania. 

 

dobra książka

Wspomnienia z Polski Noach Lasman 


Chociaż Noach Lasman miał w chwili wybuchu wojny 15 lat, to nie jest jeszcze jedna książka o Holocauście. Swoje wspomnienia zaczyna w chwili wkroczenia Armii Czerwonej, zamyka gdy na początku lat sześćdziesiątych wyjeżdża z Polski (to co zdarzyło się w jego życiu od tego momentu, do 1995 roku, kiedy spisał te wspomnienia, zamyka na kilku stronach). 

Opowieść o powojennej Polsce opowiedziana z perspektywy człowieka wychowanego w zasymilowanej poznańskiej rodzinie, który dopiero w czasie wojny został zmuszony do "bycia" Żydem i któremu po wojnie, ani na chwilę nie pozwolono o tym swoim pochodzeniu zapomnieć.

Autor stara się być obiektywny, widzieć tło historyczne, nie generalizować  - to nie tak, że na kartach tej książki większość Polaków to antysemici. Ale chociaż o większości spotkanych po wojnie ludzi, opowiada z dużym ciepłem i zrozumieniem, nie zmienia faktu, że jest to bardzo smutna opowieść. 

niedziela, 01 marca 2015

Wiosna!

Lolek sąsiadów wygrzewa się w słoneczku, kwiatki wschodzą:


Zazielenił się nawet dach (z tym, że z tym będę musiała coś zrobić)

W kościach czuje wiosenny przypływ mocy - inna sprawa że jak się bardzo sprężę, to być może w tym tygodniu załatwię wszystkie sprawy, które miałam zaplanowane na styczeń.

Pod wpływem artykułu w Newsweeku, a zwłaszcza tego fragmentu:

W 1990 r. amerykański pisarz i prawnik Mike Godwin obserwował dyskusje w raczkującym podówczas Internecie. Zauważył, że im dłużej trwa wymiana zdań na jakiś temat, tym pewniejsze, że ktoś w końcu odniesie się do nazizmu albo Hitlera. Pół żartem pół serio sformułował więc prawo, wedle którego z czasem prawdopodobieństwo wystąpienia porównania do Hitlera lub nazizmu „dąży do 1” (kiedy osiągnie 1, mamy stuprocentową pewność, że coś się zdarzy). Zdanie nazwano „prawem Godwina”. Dziś odnosi się je nie tylko do dyskusji na forach internetowych, ale także debaty publicznej, w 2012 r. hasło trafiło nawet do Słownika Oxfordzkiego. 

wymyśliłam "prawo mamuni" (może w przypadku pełnych rodzin da się to rozłożyć na dwoje rodziców).  

W niedzielę przemaszerowałam z Gabrysią 8 km (a ja jeszcze dodatkowo 2 km do Gabrysi). Cel ten sam - dobre jedzenie. Szkoda może tylko psa, bo jak my siedzimy w knajpie, psina czeka na nas uwiązana do płota.



Zadania z listy rzeczy do zrobienia realizuję w podobnym tempie co flagowy noworoczny projekt - Sweter Pani Ani (w skrócie SPA). Postanowiłam jednak, że zrobię go jeszcze raz, trochę więcej oczek, inne proporcje dobierania oczek itp.

Na koniec pewnie wyląduję po prawej stronie krzywej Gausa i ogrom włożonej w ten sweter pracy w żadnym stopniu nie przełoży się na efekt.

Osiągnięcia drutowe to dość mizerne podsumowanie kolejnego miesiąca.

Ale Szczygła czytam! 

 

Jestem już w 1932 roku - opuściłam kolejny reportaż, tym razem wakacyjne wspomnienia Jana  Parandowskiego z Grecji. Z trudem przebrnęłam przez reportaż Staniewskiego o strajku we Wrześni. Z kolei reportaże Strumph- Wojtkiewicza o zamachu majowym, czy emocjonalne wspomnienie Iłłakowiczówny o zabójstwie Narutowicza, może nie są najgorzej napisane, ale temat dość oklepany,  same reportaże nic nowego nie wnoszą. Natomiast bardzo  ciekawy jest reportaż z 1926 roku Moszyńskiego o podróży do Ameryki, fascynacji technika radiową. 

– Mówiom ludzie w mieście, że przez te wasze haparaty można by pogodoć z moim Frankiem z Hameryki. Chcę mu powiedzieć tylko, żeby mi co rychlej trochę dolarów przysłał. I długo przekonywać go musiano, że jest to jeszcze teraz niemożliwe, gdyż technika radiowa, pomimo wielkiego postępu, nie osiągnęła u nas jeszcze takiego stopnia rozwoju. Niedowierzająco słuchał tych objaśnień, twierdząc uporczywie, że skoro Ignacowa słuchała wczoraj mowy ludzkiej z Paryża, to czemu by on nie miał rozmówić się z Hameryką? Wreszcie, zmartwiony bardzo, poskrobawszy się w głowę, odjechał, oświadczając, że w takim razie powróci tu za rok – to może już wówczas można będzie rozmówić się z Frankiem.

 

Poszłam na Lewiatana, zobaczyć z czym wygrała Ida.

E tam. Poetyka kina moralnego niepokoju z lat osiemdziesiątych. Jego (tzn Andrieja Zwiagincewa) Powrót miał w sposobie filmowania przyrody magię, którą do dziś pamiętam. O Lewiatanie tego powiedzieć nie można. Też dobre zdjęcia, ale już nie zapadają tak w pamięć. Sama historia smutna, banalna i niestety z tych z "życia wziętych". Jednostki wygrywają z lokalnym "układem" jedynie w amerykańskich filmach, a i to nie zawsze. 



dobry audiobook

Miedzianka Filip Springer

 

W sumie to nie tyle dobry audiobook, ile dobra książka.

Historia miasteczka które istniało kilkaset lat i istniało by pewnie do dziś, gdyby nie to że położone było na szczycie góry, w której znajdował się uran. Rabunkowe wydobycie w latach pięćdziesiątych spowodowało, że miasteczko wpadło do wnętrza góry.

Świetny reportaż. Wciąga jak powieść. Jak ktoś potrzebuje dowodów na to, że prawdziwe historie są dużo ciekawsze niż te wymyślone, to Miedzianka jest na to świetnym przykładem. 

W wersji audiobooka nie powala, ale się broni.


Na Fejsie dyskutuję z burmistrzem, który m.in. odpowiadając na moje uwagi napisał:

Cieszę się, że wreszcie są modernizowane, co poprawi nie tylko komfort ale również bezpieczeństwo podróży. W latach 2010-2012 złorzeczyliśmy na uciążliwości związane z budową autostrady A2 a dzisiaj? - dzisiaj doceniamy jak bardzo poprawiła ona naszą komunikację z Warszawą i Łodzią... Tak samo będzie z modernizacją linii kolejowych.

Ale dzięki tej dyskusji wiem, ze burmistrz martwi się o moje bezpieczeństwo i to dla mojego dobra nie ma pociągów:

Dopiero po tych pracach podróżowanie z Brwinowa do Warszawy będzie w pełni bezpieczne i dużo bardziej komfortowe. Bez tych prac/modernizacji prędzej czy później może dojść do jakiejś poważnej awarii - tragicznej w skutkach. Nie chciałbym, żeby dotknęła mieszkańców mojej gminy!

Zastanawiam się, czy jak się dowie, jak niebezpieczne jest podróżowanie samochodem, zabroni nam wsiadania do aut?


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli