niedziela, 27 marca 2016

Znów mam na ręku tracker (Fitbit Charge HR), co oznacza, że wróciłam do monitorowania swojego życia. Miałam przerwę bo się popsuł i zanim znalazłam dowód zakupu i upewniłam się że nie ma u nas serwisu, minęło trochę czasu. Ale jak już się zebrałam napisałam do nich maila, zaraz na niego odpowiedzieli i po godzinie, dwa maile dalej, poprosili o podanie adresu na który mają przysłać nowy. Na koniec zapytałam co mam zrobić z tym popsutym, gdzie go odesłać i zostałam pouczona, że w trosce o środowisko powinnam poszukać w swojej okolicy kosza na elektrośmieci.

Gdyby nie ten tracker, to na przykład dziś nie wyszłabym z domu. A tak ubrałam się i poszłam "nabić" przynajmniej 10 tys. kroków. Przy okazji spotkałam na dworze rozśpiewaną ptakami wiosnę.   

Jak już wyszłam na dwór, to zrobiłam kolejne zdjęcie Miosokocyka 4 - w maju rodzi sie dzieciak, który go dostanie.

i sfotografowałam, to co teraz mam na drutach. Robię z wełny ze sprutej kamizelki (Malabrigo Rios) i kłębka Cascade 220, jaki mi został po zrobieniu z PoleGole. Zainspirował mnie ten wzór, też ma to być kamizelka.

Wiem już jaki kocyk zrobię z moich bawełnianych resztówek. Wzór taki jak w tej kamizelce na zdjęciu. Ale nie będę się przejmować nitkami z lewej strony. Podszyję to jakimś pasującym do tego kolorystycznie materiałem  (np. flanelą). Może to bardzo fajnie wyglądać. 


dobry film 

Australijski Powrót to współczesna wariacja na temat Dzikiej kaczki

Film garściami bierze z Ibsena, więc bieg wypadków nie zaskakuje. Ale warto pójść - jest świetnie zagrany, bardzo celnie pokazuje niedojrzałość dzisiejszych dorosłych chłopców i cenę jaką za to płacimy. 

 Dama w Vanie

Na ten film poszłam dla Maggie Smith. Tym razem nie gra zgryźliwej arystokratki (uwielbiam ją w tej roli w Downtown Abbey), ale ekscentryczną, bezdomną staruszkę, mieszkająca na jednej z ulic londyńskiego Camden.

Film oparty na faktach. Pewnego dnia, ta starsza pani zaparkowała przed domem angielskiego pisarza. Od pewnego czasu stawała na kilka dni przed kolejnymi domami na tej ulicy. Tym razem też miała zostać na chwilę, została na kilkanaście lat, zamieniając podjazd domu w śmietnik. Nie tylko z powodu higieny nie była łatwą lokatorką. Niezrównoważona psychicznie, ekscentryczna, balansująca na granicy choroby psychicznej. Pisarz przed domem którego zaparkowała, nie potrafiąc się temu przeciwstawić, pogodził się z tym, a nawet postanowił to wykorzystać, traktując to jako temat w swojej twórczości. Film, który jest ekranizacją książki, stanowi dowód, że mu to wyszło. 

Ale sama historia ma w sobie coś z horroru. Tym bardziej, ze zdarzyła się naprawdę 

Carol

Na ten film poszłam dla Cate Blanchet.

Jest świetna, Nawet w tak przewidywalnym, schematycznym melodramacie. Dodatkowy bonus to stylizacje z lat 50-tych. 

piątek, 25 marca 2016
Przeczytane (9)

dobra książka 

Dwa morderstwa w moim dwoistym życiu Josef Škvorecký 

Jedno z dwóch tytułowych morderstw to morderstwo profesora matematyki na kanadyjskim uniwersytecie. Czytelnik, tak jak w klasycznym kryminale, śledzi mozolne dochodzenie do prawdy.

Drugie - symboliczne - to morderstwo duszy żony narratora, która znalazła się na opublikowanej w Czechach liście byłych współpracowników bezpieki, czyli historia żony autora, Zdeny Silvarowej. Prawdopodobnie, nie tylko Havel, Forman czy Kundera, ale wielu innych bohaterów tego wątku, ma swoich odpowiedników w realu.  Przejmująca historia o lustracyjnym chichocie historii.

 

 

Po mnie choćby potop Jerzy Hoffman 

Gawęda o czasie, który jeszcze pamiętam. Czyli z jednej strony prawie wszystko na wariackich papierach, załatwiane przez bufet, przez kolegę, na ostatnią chwilę.  Z drugiej strony profesjonalizm, umiejętności społeczne. 

I o tym wszystkim opowiedziane życzliwą anegdotą. Jedna tych co mnie urzekła:

Gorzej poszło Panu w Bieszczadach z owczarkami niemieckimi udającymi wilki.

Franciszek Szydełko dostał specjalne diety na karmienie trenowanych psów. W końcu nadszedł termin zdjęć. Ekipa z pługami śnieżnymi jechała kilkanaście kilometrów od bazy. Wychodząc z sań, słyszę dziwne: „Uuuuu! Uuuuu!”. I co widzę? Szydełko stoi przed psami, zadziera głowę i wyje: „Uuuuu!”. A psy mają go kompletnie w dupie. Myślałem, że szlag mnie trafi, cały dzień stracony. Powiedziałem: „Zostawić go w lesie z psami, dopóki ich nie nauczy wycia”. Po godzinie oprzytomniałem, że Szydełko prędzej tam zginie, więc kazałem go zgarnąć do bazy. Potem się poprawił i powstała wiarygodna scena z wilkami.

Podobno obciążaliście psom ogony.

Trochę, bo owczarki mają tendencję do zadzierania ogonów, a wilki nigdy tego nie robią. Po tym się między innymi poznaje, czy to wilk, czy pies.

 

Świetnie się to czyta.  

poniedziałek, 21 marca 2016

Poszłam ci ja w tym tygodniu na spotkanie w Agorze z Wacławem Radziwinowiczem. Bardzo ciekawie - bo anegdotą, opowiadał o Rosji i o swojej kotce Marusi. Podobno w Moskwie nie chciala jeść niczego co kupował jej na targu, mięso niechętnie, a jak już to tylko halal. Za to w Polsce je wszystko. Radzinowicz twierdzi, że Marusia zna się na tym jak mało kto. Jeżeli ma rację, to może z naszym żarciem nie jest jeszcze tak źle. 

Spotkanie było dla prenumeratorów Gazety Wyborczej, zabrałam ze sobą Kasię.eire więc z założenia miało być swojsko, ale to co się zdarzyło przeroslo moje oczekiwania. Wchodząc wpadłam na przyjaciół jeszcze z liceum - jeden z nich mieszka w Sydney i był przejazdem w Warszawie. Tylko z przyjaciółmi z młodości można po kilkudziesięciu latach siąść w knajpie i gadać tak, jakby tych lat rozłąki nie było.

Poszłam też - nie była to moja inicjatywa, ale miałam ochotę na tzw. obserwację uczestniczącą - po raz pierwszy (i na pewno po raz ostatni) do Teatru Roma

Przeceniłam swoją wytrzymałość.

Jedyny plus - obserwujac reakcję publisi, przestałam dziwić się sondażom.

 

Powszechne jest cieszenie się z nadejścia wiosny. Tymczasem dla mnie oznacza to koniec weekendowego wylegiwania się przy kominku. Zaczęłam od sterty gałęzi za komórką - zimą z trudem wyciągałam z niej pojedyncze gałęzie.

Teraz za komórką jest ślicznie


za to przed komórką straszy sterta igliwia i kikuty choinek:


A to wszytko przez to, że władze Brwi krok po kroku wycofują sie z reformy śmieciowej. Nasz burmistrz najchętniej wyburzył by domki i postawił blokowiska, jedyna nadzieja w tym, że ludzie nie będą zainteresowani kupnem mieszkań tak daleko od centrum. Na razie, aby utrzymać bardzo niską opłatę za wywóz śmieci wycofał z abonamentu wywóz odpadów zielonych i zarządził, że za jeden worek zielonego mamy płacić 6 złoty. Co robić z gałęziami nie powiedział (palić też nie można).

A rzut beretem w Milanówku gmina wywozi liście. Joanna ma posprzątany już cały ogród:

Inna sprawa, że pakowanie śmieci, które mają być skompostowane w plastikowe worki, to absurd.

niedziela, 13 marca 2016

Kochany pamiętniczku

Z dietą gorzej niż źle. Co się zawezmę i sobie po odmawiam, chwilę później przypominam sobie wspomnienia ludzi, którzy w zły czas mieli sobie za złe, że nie korzystali. gdy jeszcze była taka możliwość i na konto tego co może się zdarzyć, postanawiam brać garściami, póki jeszcze  mogę.

I tak w kółko. W dodatku okazja goni okazje. W tym tygodniu przyjęcie u Majki, gdzie były bardzo dobre pieczone gruszki, które w pierwszej chwili wzięłam za ziemniaki.

Wiosenny spacer z Gabrysią po Podkowie Leśnej:


Zakończony obiadem w Werandzie


Spotkanie z Kasią.Eire która za chwilę wyda swoją pierwszą książkę, a ponieważ towarzyszyłam temu projektowi od początku, to  mimo że na co dzień nie czytam książek z tego segmentu, w tym przypadku niecierpliwie czekam kiedy wezmę ją do ręki:

I Szarotki, jak zawsze z ciastem Doroty

i na które Gosia przytargała worki estońskiej kauni i lnu. Na len się nie skusiłam, na kauni jak najbardziej. 

 

Na szczęście nie wszystkie sytuacje, w które się wplątuje kojarzą się z suto zastawionym stołem. W tym tygodniu poszłam na rozmowę o duchowej kondycji Polaków: 


Wołanie na puszczy. Dobrze że ciągle jeszcze są takie miejsca gdzie się stawia pytania i nie oczekuje łatwych odpowiedzi. Spotkanie z Wojciechem Burszą jest ostatnim z tego cyklu i zamierzam na nie podreptać - odsłuchanie w necie to nie to samo. 

Poczułam się też jak prawdziwy kinoman. Poszłam na film, o którym wiedziałam, że chociaż gra w nim  Rachel Weisz i Colin Farrell jest filmem niszowym 


Ale był w klimacie tak podobny do greckiego Kła, że aż zahaczał w tym o plagiat. Po przyjściu do domu okazało się, że nic w tym dziwnego bo oba filmy nakręcił ten sam reżyser, Yorgos Lanthimos 

Social fiction, świat w którym nie można być samotnym. Chwilę po stracie partnera, jest się zabieranym do pensjonatu gdzie ma się 42 dwa dni na stworzenie następnego związku. W przypadku porażki, jest się zamienianym w wybrane przez siebie zwierzę. Sama historia, nawet biorąc pod uwag że to gatunek "fiction", jest mało spójna, tyle że nie o to w tym filmie chodzi. Urok tego filmu to pure nonsense scenki, które w całości składają się na film grozy. 

poniedziałek, 07 marca 2016

Tego typu dylamaty jedna z moich ciotek określa: Adamie. wybierz sobie Ewę:

A tymczasem wiosna w rozkwicie


Tyle, że zamiast z grabiami po działce, leżę i zastanawiam się, czy czasem od tego profilaktycznego dbania o siebie, tak sobie nie zaszkodziłam, że teraz już będę tylko inwalidką. Krzywo chodziłam, ścierałam obcasy i coś mnie naszło, że tak nie może być i trzeba coś z tym zrobić (o ile pamiętam lekko zirytowało mnie, że zdarcie gumy w tenisówkach zabrało mi niecały miesiąc). Zamówiłam wkładki na miarę i początkowo było świetnie - dopiero jak zaczęły mnie boleć stopy zauważyłam, że wkładki się "rozwarstwiły". Wyjęłam wkładki, ale było już za późno: stopy dalej bolały a ja siłą rzeczy starałam się chodzić tak, by nie bolało, No i od tego unikania bólu (czyli krzywego stawiania stóp), teraz tak bolą kolana, że ledwo chodzę. Weekend w domu na Woltarenie trochę pomógł, boli dużo mniej, Ale pewnie jak pójdę do pracy zacznie się od nowa.

W ogrodzie nie podobają mi się sosny: wszystkie na jednej wysokości mają "pościerane" rude obręcze. Choroba je toczy, czy to już starość?

 

Na sobotnim sabaciku. ciotki zamiast mi współczuć napadły na mnie, że te moje kłopoty z kolanami to przez to, że się zapasłam - do soboty aż tak tragicznie tego swojego zapasienia nie widziałam. Chyba zabolało, bo chwilowo straciłam apetyt. I tak czując pismo nosem, ugościłam je dietetycznie. Wprawdzie sprzedawany w sklepie na rynku śledź w oleju się popsuł i tak jak był rewelacyjny, tak teraz capi olejem silnikowym, ale ryba w galarecie dalej jest jadalna. Kroję w plastry, dodaje to co trzeba, zalewam żelatyną i wychodzę na dobrą panią domu.

Skończyłam Misookocyk 4 - jak wciągnę nitki i wypiorę będzie ładniejsze zdjęcie:

Jednego jestem pewna, była to moja ostatnia robótka z bawełny Dropsa. Nigdy więcej nie uwiodą mnie jej piękne, soczyste kolory. Nie wiem komu dam ten kocyk - powstał w ramach postanowienia robienia z tego co mam w domu. Zostało mi jeszcze sporo bawełny (na szczęście już nie Dropsa), na razie nie ma  pomysłu jak je połączyć.


Yona

 

Obejrzałam ten film w jednym z moich ukochanych miejsc - w kinie Apolonia. Fabularyzowana biografia poetki, podobno bardzo znanej izraelskiej poetki, Tworzyła w latach 60-tych (wcześnie umarła, w wieku 41 lat na raka piersi). Buntowała się przeciwko przeciwko patriarchatowi, który panował i na poetyckim parnasie, miała popaprane życie emocjonalne, zaburzenia osobowości. Słowem ówczesny standard artystycznych środowisk. Sam film nie porywa. Ale czas i świat o którym opowiada tak ciekawy, że z przyjemnością gapiłam się w ekran. Myślę, że na długo zapamiętam to jak psychiatra - ponieważ nie umiała mówić o swoich traumach - postanowił je poznać, podając jej LSD. Pacjentka przerażona uciekała, gonił ją lekarz prowadzący krzycząc: "powiedz co czujesz", a za nimi leciał cały, zaangażowany w eksperyment leczniczy personel. Klimatem pasowało to do Królestwa Thiera, ale tam to była fantazja, tu rzeczywistość.

sobota, 05 marca 2016
Przeczytane (7)

dobra książka 

W gąszczu metropolii Karl-Markus Gauß

Bardzo lubię gawędy Gaussa o Europie, z tym jego pochylaniem się nad zapomnianymi perełkami architektury, historiami z drugich, czy nawet trzecich stron gazet,  szukaniem śladów dawnych wydarzeń. Tyle, że te jego erudycyjne popisy tak samo jak szybko się czyta, tak i szybko zapomina. Zanotowałam, jedną "książkową" historię.:

Danem Brownem z początku XIX wieku był Szkot Walter Scott, którego książki czytało mnóstwo ludzi w całej Europie i które znajdowały również naśladowców. Willibald Alexis, niechętnie odfajkowujący godziny pracy w urzędzie kryminalnym i marzący o tym, żeby żyć z pisarstwa, w wieku dwudziestu pięciu lat napisał imponującą powieść historyczną Walladmor, która stała się jego największym sukcesem i stworzyła mu okazję do rezygnacji z pracy w urzędzie, tak by w przyszłości mógł pracować jako niezależny pisarz. Właściwie jednak Alexis zamierzał tą grubą książką historyczną dotyczącą szkockiego średniowiecza pozwolić sobie na podwójny żart. Po pierwsze, opublikował ją pod nazwiskiem Walter Scott, tak że zachwycona publiczność niemiecka myślała, iż trzyma w rękach oryginalną powieść sławnego Szkota. Po drugie, napisał tę książkę z intencją parodystyczną, chcąc, zwłaszcza dzięki zastosowaniu chwytu przesady, obnażyć stylistyczne banały Scotta jako wyraźnie kiczowate.  W pewnym momencie do uszu Waltera Scotta dotarła pogłoska, że ktoś w Niemczech z dużym sukcesem opublikował powieść pod jego nazwiskiem, postanowił więc nie wnosić skargi do Trybunału Europejskiego, który przecież wówczas nie istniał, tylko zrobić coś bardziej wyrafinowanego: sam przetłumaczył na język angielski tę niemiecką powieść, która i tak była jemu przypisana, znacznie przy tym zmieniając treść, ale sparodiowany styl tylko w niewielkim stopniu, dzięki czemu dał zachwyconej publiczności brytyjskiej do rąk nowe arcydzieło. Alexis już niebawem dowiedział się o przywłaszczeniu sobie przez Scotta książki, dla której potrzeb sam przywłaszczył sobie jego nazwisko. Alexis napisał pod swoim nazwiskiem jeszcze wiele powieści historycznych (…)  czytano je coraz rzadziej. (…) wszystkie jego projekty czasopiśmiennicze zakończyły się fiaskiem.(…)


Żniwa zła Robert Galbraith

 

Kolejny kryminał z dedektywem Cormoranem Strike'iem. Nic odkrywczego, żadne ajwaj, typowa sieczka. Tyle że wyraźnie widać jak powoli wszystkie jej kryminały (Wołanie kukułki, Jedwabnik) łącza się w jedną całość.

Ja też popadam w rutynę - jak napisałą kolejny kryminał, kupuję audiobook ze Stuhrem i słucham.  


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli