poniedziałek, 27 marca 2017

Doszłam do wniosku, że samo zarzucanie, że to wszystko trochę w poprzek doktryny która głoszą, to za mało. Zaczęłam się dokształcać. Na przykład w tym tygodniu szukałam odpowiedzi, czy na wszystkie grzechy można uzyskać rozgrzeszenie. Byłam przekonana, że tak. Co najwyżej niektóre musi odpuścić biskup, czy w wyjątkowych przypadkach papież. Ale nie. Jest grzech, którego nawet i papież nie odpuści.

„Każdy grzech i bluźnierstwo będą odpuszczone ludziom, ale bluźnierstwo przeciwko Duchowi nie będzie odpuszczone. Jeśli ktoś powie słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie mu odpuszczone, lecz jeśli powie przeciwko Duchowi Świętemu, nie będzie mu odpuszczone ani w tym wieku, ani w przyszłym” (Mt 12, 31n.).   

Poza tym jest wiosna. Z trudem się ją zauważa, bo otaczająca głupota powala. Na fejsie zamieściłam screen z Twittera i wydawało mi się, że mój komentarz wyrażający zdziwienie, że Polak i Murzyn występują pojedynczo, a Arabów trzeba do tego całej bandy, nie można inaczej odczytać jako sarkazm. 

Ale doszliśmy do takiej ściany, że nawet o tym można dyskutować, podobno nawet w tym wyraża się wyższość naszej kultury!

Więc jakoś tak mi się porobiło, że wiosnę zauważam, ale się nią nie cieszę tak jak dawniej. 


Tym bardziej, że zanosi się na to, że już drugi rok nie będę miała nikogo do pomocy w ogrodzie. Jak żyć? Szlag mnie trafia, widząc ile mam do zrobienia. Może to i zdrowe, ale jak dla mnie zbyt czasochłonne.

Wolę czytać. I robić na drutach. Byłam na Szarotkach. Powoli przestajemy być kameralną grupą dziergaczek. To wszystko przez fejsa. Za chwilę będzie nas tak dużo, że nie zmieścimy się w żadnym z udostępnianych nam lokali. Trochę żal "tamtych" Szarotek.

Jola pokazała jak robić sznurki z wełen i zademonstrowała zrobione przez siebie urządzenie do skręcania sznurków. Dwie deseczki połączone na tyle luźno haczykami, że można nimi kręcić i zaczep (taki, by po skręceniu możliwe było zdjęcie wełny). 

 

Najpierw skręca się go tym ustrojstwem, potem pozwala mu się "dokręcić" samemu.


Przechodząc między stołami zauważyłam, że furorę robią szydełkowe, bardzo kolorowe torebki,  tzw. mochile.


Ale mnie urzekła kamizelka, są to dwa zszyte z sobą prostokąty z pozostawioną przerwą na ręce.

 

Cudo. 

Kiedy ja to wszystko zrobię? 

Mr Gaga

Mr Gaga to opowieść o izraelskim tancerzu, Ohada Naharina, który stworzył własny język tańca (tytułowy Gaga)

Bardzo dobry film dokumentalny, ale też zostawił we mnie dużo pytań – przeszkadzało mi to, że opowiadaną historię, trzeba wielokrotnie kleić domysłami. Trochę zrozumiałam, jak przeczytałam o tym jak ten film był robiony – trwające wiele lat pochody, by namówić bohatera na ten film, dopiero urodzenie dziecka rozmiękczyło jego opór i nieoczekiwanie udostępnił swoje archiwum.

Zaszokowało mnie to, że Ohad Naharin tak na serio zainteresował się tańcem w wieku 22 lata - zgłosił się na przesłuchanie i został przyjęty do wiodącej w Izraelu szkoły tańca. Nie chodził do żadnej szkoły baletowej, tylko lubił tańczyć i miał bardzo giętkie ciało. Potem pojechał do NY tańczyć w najlepszych zespołach świata. I tak zaczęła się jego kariera. Tyle, że pochodził z artystycznej rodziny, więc to że wżyciu będzie żył sztuką miał wdrukowany już jako dziecko.  

Captain Fantastic

 

Ojciec sześciorga dzieci żyje z nimi w dzikich odstępach amerykańskich lasów. W dzień funduje im hardcorową szkołę przetrwania, wieczorem wlewa do ich głów ogromne dawki wiedzy.

 Ich matka jest w szpitalu, chwilę później umiera. Jadą wiec na drugi koniec Ameryki, by wziąć udział w pogrzebie.

Czyli kolejny film: konsumpcjonizm vs. dzika wolność. Ale nie tylko, też i o przeżywaniu żałoby, wychowywaniu dzieci, które nawet jak jest wpajaniem wolności sprowadza się do tresury.

Ciekawy (mimo, że amerykański!). Świetne postacie dzieci, niektóre sceny i dialogi powalają. Ale całości czegoś brak. A może ja się zestarzałam i widzę więcej odcieni szarości? Z tym, że chociaż sympatie w wyraźny sposób są po stronie „anarchistycznej”, nie odmawia się też racji drugiej stronie.

 

Pokot

 

Ekranizacja książki Olgi Tokarczuk Prowadź swój pług przez kości umarłych.

Moniek na fejsie napisał o tym filmie "życie zaczyna się po 60-tce. Coś jest w tym na rzeczy. Jedyne co mi w tym filmie się nie podobało, to zakończenie. Z drugiej strony gdyby nie było baśniowe, człek by zupełnie załamany z kina wyszedł, taki prawdziwy to o naszej rzeczywistości ten film. 

W moim pojmowaniu świata, nie ma czegoś takiego jak „opętanie przez szatana” Ale gdybym w to wierzyła, tak określałabym ludzi, którzy znajdują przyjemność w zadawaniu bólu i cierpienia. Więc podzielam sprzeciw Holland/Tokarczuk przeciwko polskiemu macho; wersja „myśliwy”.

 

Jesteśmy w ciąży

Przemiła, rodzinna, komedyjka obejrzana w ramach Tygodnia Kina Hiszpańskiego. O pokoleniu które ciążę traktuje jako kolejny, realizowany w życiu projekt. 

Myślę że w ciągu dwóch dni zapomnę, że byłam na tym w kinie.

piątek, 24 marca 2017
Przeczytane

Belgravia Julian Fellowes


Miał być nastrój jak z Downton Abbey (Julian Fellowes jest twórcą tego serialu). Ale  nie było Maggie Smith, więc tak nie smakowało

Wszystko zaczyna się w przededniu bitwy pod Waterloo. Jest bal. Jedną z tańczących par jest córka wojskowego dostawcy i syn arystokratycznego rodu. Już od jakiego czasu łączy ich uczucie. Ale on chwilę później ginie na polu bitwy.

Życie toczy się dalej, opowieść przenosi się do XIX- wiecznego Londynu  i z bohaterami książki rozstajemy się dopiero za kilkadziesiąt lat.

Powieść spełnia wszelkie wymogi stawiane tego typu powieściom. A w formie audiobooka, gdy dzierga się na drutach (Belgravia stanowiła tło do słowiczych getrów) jest do tego idealna. 


Słowik Kristin Hannah


Francja, okupacja niemiecka, losy dwóch sióstr Isabelle i Vianne  Isabelle, dość długo stara się tylko przeżyć w nic się nie angażując. Vianne angażuje się prawie od razu w ruch oporu.  

Momentami zwroty akcji ocierają się o taki poziom braku dbałości o realia, że mocno irytują.

Na przykład w pewnym momencie:

Vianne zostaje aresztowana. Gestapo podejrzewa że jest osobą której szukają. Ojciec postanawia jej pomóc, Zgłasza się na posterunek Gestapo, wchodzi do pokoju, gdzie Vianne jest przesłuchiwana, rozmawia z nią na boku tłumacząc jej, ze weźmie jej winę na siebie. Po czym to robi. Gestapo wprawdzie nie zwalnia Vianne, ale też i jej nie zabija … Jedzie do obozu koncentracyjnego, Przedtem, z okna swojej celi patrzy na egzekucję ojca.

Jako muzyczne tło do dziergania od biedy się nadaje (dalej dziergałam przy niej słowicze getry). Ale już niekoniecznie do czegoś więcej


God hates Poland Michał R. Wiśniewski


Odsłuchałam, a powinnam przeczytać (może to jeszcze kiedyś zrobię).

Układanka, w której kilka opowieści toczy się w równoległych światach. W jednym dwa zaprzyjaźnione małżeństwa, na wczasach all inclusive gdzieś na krańcu świata, pewnego dnia nagle konfrontują się z sytuacją, że Polski nie ma. Nie że znikła, tylko nigdy jej nie było.

Mam mieszane uczucia – z jednej strony celny język, fajne porównania. Z drugiej strony, gubiłam się w fabule, nie łapałam co dzieje się w realu, co w rzeczywistości wirtualnej i na koniec zostałam z poczuciem, że to takie trochę „przekombinowane”. Może dlatego, że słuchałam, a nie czytałam?

niedziela, 19 marca 2017

W sobotę urządziłyśmy wietnamskie party.

Było naprawdę udane. Nieskromnie się chwaląc dostałam podziękowanie-mail, w którym przeczytałam, że jestem: mistrzynią kreatorką cudownych ludzkich relacji i pysznych kolacji. 

Może dlatego się udają, bo lubię sadzać gości przy stole? Nie wszyscy przychodzą z kimś, nie wszyscy się znają  i takie siedzenie przy stole wymusza rozmowę. A że wszyscy z podobnej bajki, rozmowy nie prowadzą do scysji. Tyle, że doszłam do ściany, gdyby przyszli wszyscy zaproszeni, nie miałabym ich jak usadzić. Przed następną imprezą muszę kupić składane krzesełka (stół w komórce jeszcze jeden jest). 

Zaczęłyśmy od warsztatów jedzenia pałeczkami - goście ćwiczyli na kukurydzy i zielonym groszku.

Na stole postawiłyśmy: 

  • Zupę Pho, na wołowinie. Wszystko zrobiłam zgodnie przepisem, nawet cynamon był nie mielony, tylko w laskach. Po raz pierwszy też kupiłam i użyłam gwiazdek anyżu.
  • Smażone kawałki kurczaka i dużo różnej zieleniny, Wszystko to miało być zawijane w papier ryżowy i maczane w sosach. Ten punkt nie za bardzo wyszedł - papier ryżowy był twardy i mimo zmoczenia, łamał się.
  • Owoce, w tym dragonfruty. Ańćka wiozła je z Wietnamu na prezenty, do głowy jej nie przyszło, że można je kupić nawet i w Biedronce.

Goście nie zawiedli i przynieśli wino. 

W programie był pokaz zdjęć, podczas którego my, przed stojąc obok ekranu, opowiadałyśmy o naszych przygodach. Można było też obejrzeć nasz świeżo wydrukowany album. 

Pokazałam robiony w Wietnamie szal. Ciotka pędzący królik tak się nim zachwyciła, że jej go dałam - był jeszcze przed blokowaniem, wiec mam tylko jego jedno, zrobione na pamiątkę zdjęcie.

 


Potem się okazało, że te co mówiły, że im się podoba też by go chciały dostać. No ale tylko jedna powiedziała to na głos ...

Teraz, w ramach redukcji domowych zapasów,  będę robić Color affection. 

Jeszcze nie wiem czy w wersji zimno-szarej, czy ciepło-brązowej (tu nie jestem pewna tego brązu). Jest jeszcze środkowy wariant.


Transpotting 2 

  

Po 20-tu latach pamiętałam tylko, że Trainspotting mi się podobał, chociaż porażała mnie jego punkowo-ćpuńska obsceniczność. Trainspotting 2 pokazuje bohaterów tamtego filmu, którzy dalej żyją na marginesie, na bakier z prawem. Grają ich ci sami aktorzy, chyba jest to jeden z lepszych pomysłów tego filmu.  Film nie ma już tego nerwu, tempa i błyskotliwości, co tamten sprzed 20-lat, ale obejrzałam go przyjemnością. Z tym, że trudno powiedzieć na ile dlatego, że w miarę jak oglądałam, przypominałam sobie tamten film sprzed 20-lat.     

Zwariować ze szczęścia

 

Opowieść o dwóch pacjentkach szpitala psychiatrycznego (jedna cierpi na psychozę dwubiegunową, druga na ciężką depresję), które uciekają ze szpitala. W tle piękne krajobrazy północnych Włoch.

Nie jest to najgorzej zagrane, całkiem ciekawie pokazany jest świat widziany od tej drugiej, nazwanej "chorą" strony, ale ... w filmach z tej półki, czyli przedstawiających jakieś społeczne problemy, oczekuję dużej dawki realizmu. Tymczasem tutaj, miałam chwilami wrażenie, ze jestem na jakimś kiepskim Bondzie.    

Ucieczka z kina polskość

Żenua.

Nawet mi się klaskać na koniec nie chciało. Ani zostać i posłuchać śpiewanych na bisy  piosenek z poprzednich spektakli.

Z pamiętnika wk ....konsumentki

Kolejny raz zaatakowało  mnie Solid Security, twierdząc że brakuje im wpłaty z lipca 2013 roku. Odwinęłam się i wywaliłam epistołę, w której m.in. stwierdziłam, że mam dość bycia ofiarą tego, że w ich programie księgowym nie można zarejestrować  sytuacji, że ktoś w czerwcu zapłacił dwa razy, a potem w lipcu już nie. Albo nawet można, ale przerasta to możliwości pracowników księgowości. Zamiast mnie przeprosić, dowiedziałam się, że brakuje im wpłaty z lipca 2013, bo tę podwójną, z czerwca 2013, zaksięgowali jako zapłatę za listopad 2011, bo podobno wtedy też nie zapłaciłam.

No to im odpisałam: 

Ponieważ o braku wpłaty za listopad 2011 dowiedziałam się pierwszy raz dopiero teraz, w marcu 2017 roku, informuję że po tylu latach nie jestem w stanie się do tego ustosunkować. Nie posiadam dowodów na opłacenie rachunków wystawionych w 2011 roku i na mocy art. 118 Kpc nie jestem do tego zobowiązana. Niezależnie od tego, nawet gdyby w listopadzie 2011 na moim koncie nie została zaksięgowana comiesięczna wpłata, to wspomniany przez Panią art. 451 Kpc w żadnym wypadku nie upoważniał do „przesuwania” w następnych miesiącach moich wpłat, bez uprzedniego poinformowania mnie o ujemnym saldzie na moim koncie („dłużnik wskazuje” i dopiero „wobec braku oświadczenia dłużnika …. pełnione świadczenie zalicza się przede wszystkim na poczet długu wymagalnego”). Na marginesie: zasadne jest pytanie dlaczego o braku wpłaty za listopad 2011 roku Dział windykacji poinformował mnie dopiero marcu 2017 roku? I dlaczego nie zostało to wykazane w przekazanym 9 sierpnia 2016 roku przez Dział windykacji wydruku mojego konta?

Zamilkli. Nie wiem czy ich przekonałam, czy postanowili uderzyć oficjalnym wezwaniem do zapłaty.   

niedziela, 12 marca 2017
Powycieczkowa depresja

Mam objawy depresji powycieczkowej. Podchodzę do wszystkiego jak pies do jeża i najchętniej tępo gapiłabym się w sufit.  Inna sprawa, że patrząc na to co dzieje się za oknem, trudno się temu dziwić. Co z tego, że nie mam telewizji, kiedy jest Twitter. Zachować tamten azjatycki luz nie sposób, jeszcze kilka dni w świrlandii i zapomnę, że jest to w ogóle jest możliwe.

Było mi tam bardzo dobrze. Już nie pamiętam kiedy, tak dobrze wychodziłam na zdjęciach


Z kolei to zdjęcie ustawiłam jako tapetę w telefonie, ale nie działa, tak jak miało (czyli jako antydepresant). 

.

Złapałam tam taki spokój, że nie miałam żadnych strachów wsiadając z moim synkiem na motor - tu sobie tego nie wyobrażam.

Jasne, że nie jest to raj. Wprawdzie autobusy turystyczne są mega wygodne - pierwszy raz w życiu jechałam autobusową kuszetką

Ale pociągi przypominają te, które pamiętam z młodości (tylko raz, właśnie w pociągu, natknęłam się na brudną toaletę).

Obrobiłam zdjęcia i zamówiłam w Empiku fotoalbum. Dostępne w grafice Gugla zdjęcia wietnamskiej przyrody są dużo lepsze niż te, które zrobiłyśmy. W dodatku, występując na zdjęciach, urody im nie dodajemy. A jak jeszcze do tego się doda nasze umiejętności, ten fotoalbum zrobiłam ze zdjęć co najwyżej dobrych i takich sobie. Mają wartość sentymentalną, nie artystyczną.

Kilka refleksji.

Historia tej sajgońskiej fontanny, brzmi znajomo. Były pieniądze do wyprania. Wódz oznajmił, że feng szui jest takie, że wojny się nie wygra. By to zmienić, trzeba zbudować pomnik, którego koniec uwolni ogon smoka. Koszt budowy przekroczył roczny budżet na obronę.

Sieć energetyczna wygląda u nich tak:

A jakoś klimatyzacja wszędzie działa.

 

Papierosy są tanie (podobno najtańsze w Azji). Na ulicach nie widać dużo osób z papierosem, ale jak ktoś pali to nie ma z tym problemów. Sprzedawca świeczek w świątyni koło ołtarza, nie musi wychodzić na zewnątrz.

Też mają krajobraz upstrzony 'świebodzińskimi Buddami":

Ale takiego naprawdę dużego położyli i jest "śpiącym Buddą". A rzecz ma miejsce w górach, więc dało by się ten pomnik krajobrazowo upchnąć.


Czosnek kupuje na targu, u sprawdzonych sprzedawców, by mieć pewność że kupuję ten "nasz, dobry, polski". Ale już nie jestem taka pewna, czy ten azjatycki jest taki zły. W każdym razie maja zdecydowanie większy wybór.

Gumiś twierdzi, że zamiast rozmyślać o zbliżającej katastrofie, trzeba brać przykład z doktora Rieux i pchać swój wózek codzienności. 

Staram się. Rozebrałam choinkę

I poszłam na Szarotki:


 Fajne torby - może jeszcze w marcu będzie warsztat jak robić tę pierwszą;

Wracam do bloga, książek drutów, kina. Czy mi się uda, nie wiem.

czwartek, 02 marca 2017
przepis na podróż po Wietnamie

Wróciłam i teraz przechodzę powolną readaptację. Było więcej niż cudownie, dawno nie byłam tak szczęśliwa i zadowolona z życia. Aby tylko zdrowie i fundusze pozwoliły na kolejne takie wyjazdy. 

Poniżej mój autorski przepis na podróż po Wietnamie (przemknęła mi myśl, by już nie wracać do bloga, ale znając siebie wiem, że jeżeli tu przestanę tu pisać, to niezależnie od tego co sobie obiecam, żadnych innych zapisów systematycznie nie będzię. A niejednokrotnie się przekonałam, że warto coś na kształt pamiętnika nawet w tak okrojonej formie jak ten blog, prowadzić).

Na początek przepis na podróż do Wietnamu. Nasz plan był dobry i się sprawdził. ale dziś wiem, że mógłby być jeszcze lepszy( na czerwono to, czego nie udało nam się zobaczyć).     

1 dzień

Sajgon

Aklimatyzacja, Sajgon  + wycieczka po delcie Mekongu. Nocny autobus do Mui ne. Jak dzień dłużej, wycieczka do tuneli z czasów wojny

2 dzień

3 dzień

4 dzień

+ 1 dzień

 

5 dzień

Mui ne

Plaża w Mui ne + wycieczki. Jedna może być i na skuterze:  wydmy, czerwona rzeczka, port rybacki, wieże Czamów. Trochę dalej jest świątynia śpiącego Buddy, tam trzeba pojechać samochodem

6 dzień

7 dzień

+ 1 dzień

8 dzień

Dalat

Autobusem z Muine do Dalat. Dalat. Wieczorem autobusem do Hoi an

+ 1 dzień

9 dzień

Hoi an

Hoi an. Wieczorem autobusem z Hoi an do Hue

10 dzień

Hue

Na Hue trzeba mieć dwa dni, bo porozrzucane wokół miasta grobowce warto zwiedzić na skuterze. Z Hue do Hanoi można jechać zarówno pociągiem jak i autobusem

11 dzień

Hanoi

2 dni w Hanoi +  3  wycieczki: rejs po Zatoce Ha Long, jaskinie, góry Sepa (ta ostatnia wycieczka jest dwudniowa).

12 dzień

13 dzień

14 dzień

15 dzień

16 dzień

+ 1 dzień

 

1. Przede wszystkim synek miał rację – bez komórki z dostępem do Internetu się nie da. Nie wyobrażam sobie poruszania się po mieście bez nawigacji. Nie wiem też, jak w inny sposób można wytłumaczyć taksówkarzowi gdzie ma jechać. Rezerwacja hoteli, informacja na temat zwiedzanych miejsc – też tylko w necie.   

2. Polecam bilet lotniczy multicity (my przyleciałyśmy do |Sajgonu, a odleciałyśmy z Hanoi). Miejsca, które warto zobaczyć są od siebie sporo oddalone, a ponieważ Wietnam jest długi i wąski, krążyć w kółko się nie da.

3. Najtrudniejszym do zaplanowania punktem jest sposób poruszania się po Wietnamie. Najwygodniejszym rozwiązaniem jest motor i znam takich, którzy zwiedzili Wietnam na kupionym motorze, który przed wyjazdem sprzedali, ale trudno to rozwiązanie polecać tym, którzy planują 2-3 tygodniowy urlop.

Pozostaje:

1)  Autobus „turystyczny”. w którym podróżuje się na piętrowo ułożonych leżankach (bilety kupuje się w punktach sprzedających wycieczki, są na każdym kroku). Tak jechałyśmy z |Sajgonu do Mui ne. Ale można się przejechać i kupić bilet na taki autobus, a wylądować w zatłoczonym do granic możliwości busiku (tak wracałyśmy z Ha long do Hanoi). Jest możliwość wykupienia biletu "open" - jak nie motor, chyba jest to najsensowniejsze rozwiązanie, 

2) Jest też pociąg Hanoi-Sajgon. Da się przeżyć, ale jedzie wolno i nie jest w nim najczyściej (to jedyne miejsce, gdzie toalety pozostawiały dużo do życzenia). Nie da się też pociągiem dojechać do wszystkich, wartych odwiedzenia miejsc.

My jechałyśmy pociągiem dwa razy. Raz nocnym z Mui ne do Danang: wystrój kuszetki przypominał pociągi mojej młodości, po nerach dawała klimatyzacja i nie było jak się przed nią schować, bo do przykrycia było tylko cienkie prześcieradło. W sąsiednim przedziale jechał z nami kogut, więc świtem obudziło nas jego pianie. Za drugim spędziłyśmy pół dnia w pociągu na jednodniowej wycieczce Danang-Hue-Danang (z Danangu do Hue jest 100 km i pociąg pokonuje ten dystans w 4 godziny). Wprawdzie w dzień można podziwiać za oknem widoki, ale o 22 w zbiorczym wagonie gaszone jest światło i jak się nie ma latarki-czołówki, jedyne co pozostaje to czytanie Kindla

     Autobus „turystyczny”. w którym podróżuje się na piętrowo ułożonych leżankach (bilety kupuje się w punktach sprzedających wycieczki, są na każdym kroku). Tak jechałyśmy z |Sajgonu do Mui ne. Ale można się przejechać i kupić bilet na taki autobus, a wylądować w zatłoczonym do granic możliwości busiku - tak wracałyśmy z Ha long do Hanoi. Jest możliwość wykupienia biletu "open" - chyba po motorze, jest to najsensowniejsze rozwiązanie, 

3)  Autobus „PKS”. Takie autobusy są ale nie wiem jak dowiedzieć się o tym jak kursują. Nam w Hanoi udało się dotrzeć na dworzec autobusowy i wsiąść w taki autobus do Ha long tyle, że jako „białasy” zapłaciłyśmy za podróż tyle samo ile płaci się na tej trasie za autobus turystyczny.

4. Nie stanowi za to żadnego problemu poruszanie się po najbliższej okolicy. Można skorzystać z taksówki, wypożyczyć skuter (albo rower) czy wykupić wycieczkę – przy czym często taka wycieczka to samochód z kierowcą, który obwiezie po okolicy (do ceny takiej wycieczki, należy doliczyć bilety wstępu). 

My tradycyjnie (czyli zbiorowo z przewodnikiem) pływałyśmy po delcie Mekongu i zatoce Ha long, przez dwa dni kierowca obwoził nas po okolicy Mui ne, a na wypożyczonych skuterach pojechałyśmy na wycieczkę z Danang do Hoi an.

5.   Noclegi rezerwowałyśmy na booking.com. Wybór jest duży, tak jak wszędzie standard zależy od ceny, ale ciepła woda jest zawsze (leci umieszczonych na dachach, nagrzewających się w ciągu dnia zbiorników).

Dobrze, że wzięłyśmy

  • cienką dużą chustę, jest niezbędna: jako okrycie gdy wchodzi się do klimatyzowanych pomieszczeń, jako ochrona przed słońcem, pod kask itp. 

Czego nie wzięłyśmy, a szkoda:

  • grzałki - (nie zawsze w pokoju jest czajnik), a jak grzałka to i kubek by się przydał i coś, w czym można by potem było pić też
  • śpiworków – bez włączonej klimatyzacji duszno, z kolei gdy klimatyzacja jest włączona, pod prześcieradłem wieje chłodem

Jak zobaczyłam po powrocie  swoje przypominające skórę jaszczurki dłonie, żałowałam, że nie wzięłam rękawiczek (moim zdaniem łatwiej chodzić w rękawiczkach, niż za każdym razem, gdy myje się ręce pamiętać o posmarowaniu filtrem).   

No i mnie brakowało herbaty, bo tam niestety króluje Lipton (na północ jest trochę z tym lepiej i udało mi się upolować Achmed Tea),

Niepotrzebnie wzięłyśmy:

  • baterię leków, w tym płyn antybakteryjny
  • drobiazgi do rozdawania dzieciom
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli