niedziela, 31 marca 2019

Pierwszy kwartał 2019 przeleciał nie wiadomo kiedy. Cały czas budzę się z galopadą myśli. Znak, że remont i związane z nim napięcie cały czas mnie jeszcze trzyma. Dni remontowe są coraz rzadsze, dyktują je terminy umawianych ekip. Ja na razie tylko powoli odgruzowuję komórkę i zalesiam dom. 



Z drutami dramat. Tyle rzeczy mi się podoba, tyle rzeczy chciałabym zrobić, a na żadnym poletku  rzeczywistość tak nie skrzeczy, jak na tym. Teraz robię coś, co ma przyrastać 10 cm tygodniowo. Z trudem mi to wychodzi: cienkie druty (2.5), nowa technika nowa ("dwie strony na raz") i wredna włóczka (bawełna). 



Ale jak drutkuję to i gapię się w ekran

dobry serial

 
Genialna przyjaciółka


Ekranizacja pierwszej powieści  Ferrante. 
O mieszkańcach biednej dzielnicy powojennego Neapolu. 
Nie wiem czy ten serial by mi się podobał, gdybym wcześniej nie czytała tej książki. A tak to patrzyłam ze zdumieniem, bo zupełnie inaczej wyobrażałam sobie jej bohaterów. I do do ostatniego odcinka siedziałam z wybałuszonymi oczami - no jak to, oni  i ich świat naprawdę tak wyglądali? Chyba tak, bo nieprzesłodzona scenografia, to jeden z atutów tego  serialu. A ja - co sobie uświadamiałam oglądając ten serial - widziałam ich przez holywoodzkie okulary.



Siedzę  w pokoju z tłumaczami języka rosyjskiego i gdy pokazałam kolejny mój album, tym razem o Portugalii, powiedzieli, że o takich jak ja to się mówi mastier na wsie ruki. Miłe to. 


W planie na kwiecień album o Tajlandii.
W ramach przygotowań do akcji Żonkile poszłam na zorganizowane w Polin spotkanie ze świadkiem historii, Panią Krystyną Budnicką. Nie byłam targetem, na widowni chyba byłam jedyną osobą w tym wieku. Ale nie żałuje, ze poszłam. Miałam poczucie, że na żywo obserwuję coś, co bym nazwała „infantylizacją Holocaustu”.
Pani Krystyna Budnicka ma sztandarowy życiorys dziecka Holocaustu. W chwili wybuchu wojny miała 7 lat i wychowywała się w bardzo licznej, tradycyjnej rodzinie. Jej ociec był stolarzem, mieszkali na Placu Muranowskim. Wojnę przeżyła tylko ona i bratowa. Podczas powstania w getcie, a potem do września 1943 roku ukrywała się w bunkrze, Potem na aryjskiej stronie,  powstanie warszawskie, obóz w Pruszkowie,. Po wojnie wygląda na to, że na długo rozstała się ze swoim żydowskim losem: sierociniec prowadzony przez siostry zakonne, studia na KUL-u, praca jako pedagog. To chyba to ostatnie zaważyło na tym, że nie najlepiej odbierałam to jak mówi. Z tym, że nie był to istotny szczegół.  
Jest dla mnie więcej niż dyskusyjne, czy świadkowie powinni być aktorami akcji edukacyjnych. Koloryzowanie rzeczywistości, emocje jakie rządzą tego typu przekazem nie są budujące, Czekałam tylko na użycie słowa ‘Holocauścik”. A może to jej wiek, może kiedyś jej przekaz był mniej emocjonalny? Ale też nie był to pierwszy raz, gdy zgrzytało we mnie instrumentalne wykorzystywanie tych ludzi.


Nie zachwycił mnie też fabularyzowany dokument. o archiwum Ringelbluma: Kto napisze naszą historię 




Dobra obsada (Karolina Gruszka i Adrian Brody), pewnie nie najmniejszy budżet (w projekt zaangażowana była siostra Spielberga), ale arcydzieło z tego nie wyszło. 
Nie jestem targetem tego typu filmów. Nie lubię "domyślać" się, gdzie kończy się prawda, gdzie zaczyna fantazja twórcy.
A może z wiekiem jestem coraz bardziej wyczulona na emocjonalne szantaże i gdy tylko coś takiego czuję, odrzuca mnie.
Z drugiej strony, film nie był kręcony z myślą o Oscarze, tylko o rozpowszechnieniu wiedzy o archiwum Ringelbluma.
Myślę, że nawet w Polsce  mało kto o nim wie i pewnie nie uczą o tym w szkole. A przecież Oneg Szabat to z jeden trzech polskich akcentów obejmującej najcenniejsze zabytki światowego piśmiennictwa liście Pamięć świata (pozostałe dwa to dzieło Kopernika i nuty Chopina).


Kolejne spotkanie też dotyczyło tematyki około żydowskiej, ale było całkowicie z innej półki: spotkanie z Tomaszem Żukowskim, autorem książki Wielki retusz. Jak zapomnieliśmy, że Polacy zabijali Żydów. Na widowni Tomasz Gross, przed wejściem policja – organizatorzy powiedzieli, ze nie prosili o ochronę. Sami przyszli.  


Spotkanie prowadziła Magdalena Kicińska, trzeba przyznać że rewelacyjnie. Opowieść autora mega ciekawa, dyskusja może już mniej, ale też bez „obcych elementów”. Na tyle mnie to wszystko zainteresowała, że kupiłam książkę, ale nie tam, tylko w domu, na Kindle.

A rzeczywistość nie przestaje mi zadziwiać.

I to już ostatni wpis na bloxie. W tym tygodniu, jak się tylko do końca umoszczę w nowym miejscu, podam nowy adres. Przeniosłam całe 15 lat blogowania. 

I myślę, ze warto pożegnać się z tym miejscem osobnym wpisem. 

czwartek, 28 marca 2019
Przeczytane 2019.3

Niewyjaśnione okoliczności - Dr. Richard Shepherd




O medycynie sądowej postrzeganej jako wyrafinowana sztuka dochodzenia prawdy.
Autor to czołowy patolog angielski, tyle że ta "czołowość" wybija z każdej strony i szybko staje się nudna. Coś takiego mógł  napisać tylko facet. Bo jakkolwiek różne są i lokatorki na tej ziemi, tak rozbuchane ego w parze z chromosomami XX w przyrodzie nie występuje i jeżeli istniałby kościół medycyny sądowej, autor z pewnością byłby w niej papieżem.
Ale może to być też wina tłumaczenia i denerwującego języka tych opisów.
Opis kolejnych przypadków, kryminalnych zagadek, które wraz z tym jak rośnie jego pozycja zawodowa, coraz częściej były opisywane na pierwszych stronach gazet.
Jest tu na tyle ciekawych rzeczy, że warto wziąć do ręki. Ale Godzina detektywów Jurgena Thotnwald to to nie jest


Komu bije Big Ben Milena Rachid Chebab



Zbiór reportaży o współczesnej Wlk. Brytanii. 
Bohaterami kolejnych rozdziałów są ludzie, którzy z bardzo różnych powodów, wybijają się ponad przeciętność, rzucają się oczy. Czy reprezentują to co odchodzi (dziennikarstwo z Fleet Street) i to co nadchodzi (radykalny kaznodzieja).
Bardzo nierówna książka.
Są rozdziały bardzo ciekawe i przez które z trudem przebrnęłam.


Zbrodnie kościoła Giuseppe Staffa


Najważniejsze i najdonioślejsze "osiągnięcia" kościoła katolickiego na tym polu.Od mroków wczesnego średniowiecza: intryg, zbrodni i fałszerstw w jakich wykluwał się podział na kościół wschodni i zachodni, przez kolejne stulecia aż po Rwandę.
Jedno mnie zawsze dziwi, gdy o tym czytam. Chociaż nikt nie kwestionuje faktów i wielu w historii było tym delikatnie to określając "zniesmaczonych", to w zasadzie jedynie kontra Lutra odniosła sukces (co z ty dalej zrobiono to już inna bajka).
Nie wiem tylko dla kogo jest tak książka. Z jednej strony autor zakłada, że czytelnik ma podstawową wiedzę o tle historycznym i zaledwie go szkicuje (pewnie i dlatego by zmieścić się w jednym tomie). Ale tak wyrobiony czytelnik, pewnie dużą część przedstawianych w tej książce faktów zna.
Z drugiej strony, ta książka to coś więcej niż tylko opisy zbrodni  przetykane garściami zgrabnych anegdot i więc wyrasta ponad "pudelkową sieczkę".
Takie podręczne kompendium. Ale sam temat wart głębszego zbadania.

niedziela, 24 marca 2019
Tydzień w nowym domu.

Pomieszkałam przez tydzień w moim domu. Jak zwykle plany miałam, że ho, ho! A skończyło się na jednej książce, i nawet drutów do reki nie wzięłam. W domu też prawie nic nie zrobiłam. Jak już, robili to inni. Dzięki nim, bardzo powoli, ale odhaczane są kolejne pozycje, z listy rzeczy do zrobienia. 
Między innymi w toalecie pod schodami są drzwi.

A moja szafa ma już uszy.


Ten oleander to jeden z nielicznych kwiatków, które przeżyły tułaczkę po znajomych. 
Będę teraz odtwarzać, ale w "tradycyjnych" doniczkach. Łada dość skutecznie wybiła mi z głowy hydroponikę: dałam się przekonać, że drogo (odżywki) i wcale nie prościej. Dzięki Ładzie zaoszczędziłam też 700 złotych. Gotowa byłam w outlecie kupić sobie takie pudełko - wydawało mi się mniej pracochłonne niż akwarium, a równie ładne. Ale ponieważ zioła maja tak różne wymagania,Łada mnie przekonała, że tylko na obrazku tak chętnie rosną sobie razem. 

Btw. nie pamiętam w której książce pisanej przez lekarza przeczytałam, ze w pokojach lekarskich, w których przekazuje się bliskim kiepskie informacje, często instaluje się akwaria.  


Napaliłam w kominku, rozwiesiłam pranie na tarasie.




Słowem może jeszcze go do końca nie oswoiłam tego domu, ale "poczułam", że go mam. 

Szafy stoją w zasadzie puste, a w komórce strach otworzyć drzwi. Z jednej strony, skoro od ponad roku obywam się bez upchniętych w tej komórce rzeczy, do niczego nie są mi tak naprawdę potrzebne. Z drugiej strony, wywalić z zamkniętymi oczami do kontenera nie potrafię.  


Zaliczyłam też mega wpadkę. 
Na stronie Ikei teoretycznie można sobie złożyć samemu np. szafę, ale tylko teoretycznie. Tak naprawdę jest do wyboru kilkanaście sztywnych zestawów, a zaplanować to sobie można co najwyżej klamki, albo nóżki. Jakiekolwiek odstępstwo w proponowanym zestawie oznacza konieczność udania się do sklepu (w tzw. plannerowi wizyty umawia się jak u dentysty, na konkretny dzień i godzinę). 
Pani była bardzo miła, zamówiona przeze mnie szafa bardzo prosta (to o tę prostotę chodziło, wszystkie oferowane na stronie zestawy, maja całe mnóstwo niepotrzebnych dodatków). Szafa przyjechała w 61 kawałkach i nigdzie nie było napisane jaki będzie jej docelowy wymiar, Dopiero jak chłopaki ją złożyły, odkryłam że to nie tak miało być.



Zamówiona szafa miała mieć 220 cm (dwie 80-tki i jedna 60-tka). Ale widocznie pani w "planerowni" źle zrozumiała i dostałam jedną 80-tke i dwie 60-tki. Ładnie wyglądało na rysunku, dołączona do rachunku lista zamówionych części miała kilka stron i założyłam, ze obie z panią mówiłyśmy o tej samej szafie. 
Moja wina, nie sprawdziłam. I teraz muszę oddać jedną 60-tkę, zamówić 80-tkę ... Co oznacza nie tylko kłopot, ale i dodatkowe koszty (Ikea liczy sobie za transport jak za zboże). 


Miałam też przenieść blog, ale na to też nie znalazłam w tym tygodniu czasu. Może w następnym tygodniu?

niedziela, 17 marca 2019
Dlaczego tobie się tak wiecznie coś przydarza

Mama zadała mi pytanie: Dlaczego tobie się tak wiecznie coś przydarza?

No właśnie.

Trwa batalia sądowa i prędko się nie skończy, następna sprawa sądowa dopiero na jesieni. Ale "rokuje". ZUS do kapitału początkowego przyjął 101% średniej, na podstawie przedstawionych przeze mnie oryginałów zaświadczeń powinno mu wyjść 123%, gdyby sąd uwzględnił książeczkę ubezpieczalni byłoby 133 %, a gdyby jeszcze uznał świadectwa pracy i ksera pitów mogłabym "dostać"143 %. Czuję, mam szanse na 133%. A może i coś więcej?

Przy okazji sąd zgodził się z moją propozycją by w mojej sprawie zrezygnować z usług Poczty Polskiej.

Na tym polu zapowiada się kolejna batalia: jeżeli potwierdzą się moje podejrzenia, że poczta w Brwi wpadła na nowy pomysł i "doręcza" listy polecone wrzucając je po prostu do skrzynek, chyba jednak zdecyduję się na wystąpienie na wojenną ścieżkę.

Na razie napisałam do jednego z nadawców otrzymanych przeze mnie listów taki mail:

Dziś w skrzynce pocztowej znalazłam pęk listów poleconych, między innymi od Państwa firmy. W skierowanym do mnie liście widnieje takie zdanie: potwierdzenie odbioru (żółte potwierdzenie odbioru) będzie traktowane jako korespondencja odebrana. Zapoznałam się z przesłaną do mnie korespondencją, mimo że Państwo nie otrzymali żółtego potwierdzenia odbioru. Proszę tylko o potwierdzenie, ze nie dostali Państwo żółtego potwierdzenia odbioru. Bo jeżeli ktoś się na nim podpisał, jest to równoznaczne z tym, że doszło do fałszerstwa i zamierzam w taki przypadku podjąć stosowne kroki. Chciałabym przy okazji poinformować, że korzystanie z usług Poczty Polskiej, w Brwinowie jest działaniem pozbawionym jakiegokolwiek sensu i przysłowiowym wywalaniem pieniędzy w błoto. Poczta Polska w Brwinowie nie dostarcza listów poleconych. Tradycyjnych papierowych zawiadomień o przesyłkach nie dostarcza, bo nie ma listonoszy. Zawiadamianie sms-em też im nie wychodzi, bo system, który za to odpowiada co rusz im się wywala, a po przywróceniu nie powraca do poprzednich ustawień co oznacza, że zgubił nierozesłane zawiadomienia. Do tej pory Poczta odsyłała listy do nadawców, którzy mieli przynajmniej świadomość, że list nie został dostarczony. Najwyraźniej obecnie postanowili poradzić sobie z dostarczaniem listów poleconych wsadzając je do wiszących na płotach skrzynek. Ta nowa "praktyka" niesie z sobą jeszcze większe zagrożenia niż poprzednie

To nie wszystko. Nie tylko Poczta Polska jest z dykty. Bankomat też.

Poprosiłam bankomat o 400 zł, dał 380, ale powiedział światu (czyli systemom bankowym, że 400). Zgłosiłam, ale nie spodziewam się niczego. Zastanawiam się czy nie wrócić do okienka bankowego.

Nowy podatek bankowy?

 

Bardzo powoli, krok po kroczku realizuję program "urządzanie domu" W tym tygodniu, za pomocą pudełek z Jysku, poukładałam w szafce płyty CD. Kosztowało mnie to 110 zł, Stojaki do płyt były jedynie w Amazonie i najprostszy wariant kosztował trzy razy tyle. Na grupie na Fejsie poradzono mi skorzystanie z drukarni 3D. Sam wydruk formy nie byłby nawet drogi, ale pod warunkiem że przyszłabym z własnym projektem. Odpuściłam sobie. Doszłam do wniosku, że umiejętność projektowania 3D nie jest mi do niczego potrzebna..

 

Planowanie i tak mnie dopadło, przy okazji zakupu szafy Ikea.Z bliska wcale nie jest to takie piękne i przyjazne. Na stronie internetowej, w udostępnionym przez Ikeę programie jest tak naprawdę do wyboru kilka dodatkowych możliwości. Jeżeli nie chce się skorzystać z gotowych propozycji, trzeba jechać do sklepu. A tam ... można się jedynie umówić na wolny termin. Ciekawe co ma zrobić mieszkaniec Płońska, czy Radomia?

Jak dla mnie blamaż.

Ale - i to się im chwali - można u nich dostać normalny czajnik, na którym można postawić czajniczek.


 

Poniżej symboliczny opis otaczającej nas rzeczywistości, (fragment artykułu Julisza Ćwielucha z Polityki)

 

 

Jeżeli chodzi o wyprowadzkę z bloxa.

W tym tygodniu siedzę na zwolnieniu i jest to jedna ze spraw jaką mam do "ogarnięcia". Na dzień dobry muszę zatytułować wszystkie wpisy, bo tylko takie, z "tytułem", widzą udostępnione przez Blox narzędzia do importu. Potem jeszcze grafika.

Ale do końca miesiąca się powinnam się z tym uporać.

 

niedziela, 10 marca 2019
Dylemat

Mam dylemat, które hasło ma większą nośność: ZUS twoja mać, czy Poczta twoja mać?

W środę sąd zadecyduje, czy uwzględni mój wniosek o przywrócenie terminu. Odwołałam się do sądu od decyzji ZUS o ustaleniu kapitału początkowego i po jakimś czasie dowiedziałam się że w mojej sprawie zapadł prawomocny wyrok. Sprawa toczyła się bez mojego udziału, bo nie dostałam żadnego powiadomienia. O rozprawie w środę też bym nie wiedziała, gdybym nie zadzwoniła do sądu. W aktach są nieodebrane, kierowane do mnie z sądu pisma. Jakiś czas temu zamówiłam na poczcie zawiadamianie o przesyłkach sms-em. Ale jak się przekonałam też nie można na tym polegać, poinformowano mnie, że tak się zdarza, bo "system się czasami zawiesza".

Z drugiej strony, ZUS bardziej boli: wyliczył mi kapitał początkowy uznając trzy lata pracy w jednej ze szkół, ale nie uznając wysokości wykazanego wynagrodzenia. Za te lata policzył mi stawkę minimalną. Swoje stanowisko uzasadnił tym, że przedłożony przeze mnie dokument jest kopią.

W domu nie opuszcza mnie remont. Podobno jeszcze raz trzeba było pomalować belki w kuchni, siłą rzeczy znowu wydłużył się przez to czas oczekiwania na Wielki Dzień Zakończenia Remontu.

 

Ale generalnie w tym tygodniu powiało optymizmem. Był Pan z kamerką termowizyjną i powiedział, że nie jest źle. Sama to widzę, ale dopiero po wyregulowaniu okien, Szkoda tylko, że zrobiono to w marcu, w przeddzień termowizji, a nie w listopadzie.

Z pamiętnika wk ... konsumentki 

Skycash

Jeżdżę do Brwi raz koleją (szybciej i z dworca mam 1,3 km) raz WKD (częściej, niezawodnie, ale do przejścia 1,8, w dodatku przynajmniej połowa drogi prowadzi przez teren niezabudowany). W dodatku nie codzienni, bo często dalej nocuję u mamy. Tym samym bilet miesięczny mi się nie opłaca. Kasy kolejowe to osobny temat - zazwyczaj nie miałam jeszcze biletu w ręku gdy pociąg wjeżdżał na peron i miałam do wyboru: czekać na następny, czy kupić w pociągu z dopłatą 6,8 za wypisanie.

 

Dla takich jak ja wymyślili aplikacje do kupowania biletów w telefonie. Do tej pory używałam bardzo wygodnej apki Skycash, ale pewnego dnia zażądała ode mnie danych osobowych - pesel. nr. dowodu. itp. Powołała się na regulację UE, co jest wierutna bzdurą bo dotyczy transakcji powyżej 50 euro. Mam nadzieję, że mało kto na to poszedł, ale pewnie byli i tacy co się na to nabrali. Skycash dał furtkę: napisali że jak ktoś przejdzie na płatność kartą to może tych danych nie podawać. Skoro dali taka możliwość to z nimi zostałam, bo sama apka jest fajna w obsłudze. Tyle, że po wyznaczonym dniu przestała ze mną gadać, cały czas żądając ode mnie danych w celu weryfikacji konta. Odcięłam mnie od wszystkiego, również od moich pieniędzy, które trzymałam w tzw. podręcznej portmonetce. Dużo ich nie było, niecałe 3 złote, ale grosz do grosza.... BOK tej firmy na maile nie odpowiada. Nie zdziwię się, gdy za jakiś czas przeczytamy o kolejnej aferze. Btw. Mpay jest równie przyjazną apką, a nie żąda danych.

 

Blogować będę. Na ten moment zakładam, że archiwum przeniosę na Wordpress. A jeszcze nie wiem, czy bloga będę prowadzić tam czy na blogspocie, Musze mieć chwilę czasu by na spokojnie zobaczyć na czym ten Wordpress polega.

pooglądać.

niedziela, 03 marca 2019
Zamykają Bloxa
Zamykają Bloxa.
W zasadzie spodziewałam się tego od 2016 roku, kiedy zaczęło być słychać, widać i czuć, jak przestali rozwijać ten segment. Z miesiąca na miesiąc, obserwując jak kolejne popularne blogi przenosiły się na inne platformy, coraz mniej rozumiałam, dlaczego dalej do tego dokładają.
Nikły odzew i cienki pisk protestujących stanowi tylko dowód, że zostały tu prawie same pamiętnikarskie niedobitki.
Blox proponuje przeniesienie się na platformę Wordpress, oferuje skrypty. Ci co poszli tą drogą piszą, że tylko tekst łatwo się kopiuje, z fotami gorzej. Ale prawdopodobnie jakiś łapski bloxer i na to wpadnie
Przeczuwając nieuniknione zamknięcie Bloxa trzy lata temu założyłam, bloga na Blogspocie, miałam wtedy taki plan by się tam przenieść, nic z tego nie wyszło, ale sporą część bloga od 2016 roku mam tam skopiowaną. Więc jeżeli nie porzucę blogowania, a pewnie nie, to się tam przeniosę. Muszę tylko nauczyć się obsługiwać coś więcej, niż kilka podstawowych funkcji.
Tyle, że Blogspot ma jedną podstawową wadę - prowadzi go Google, które ma zwyczaj porzucać swoje najlepsze aplikację, znienacka przestaje je wspierać, chwilę później zamyka, nie dając nic w zamian. Tak było w w przypadku Google Reader, czy Picasy (tu zaproponowali badziewne, pozbawione najważniejszych funkcji, czyli operacji na wielu zdjęciach naraz, Google Photo.

Byłam na kolejnym cywilnym pogrzebie w formacie: spotkanie przy bramie i marsz do miejsca pochówku. Tym razem były też obecne i pewne elementy ceremonii: muzyka, mikrofon aby żegnający słyszeli słowa pożegnania, najbliższa rodzina nie musiała stać, było kilka krzeseł pod postawionym na drodze namiotem.

Tyle, że jednak wspólne posłuchanie o zmarłym lepiej wychodzi w pomieszczeniu. Nawet jak jest pogoda.
Domów pogrzebowych jest mało i  rodziny, nie chcąc brnąć w koszty wybierają tak "okrojony" format. Szkoda, że kaplice cmentarne nie są użyczane do pogrzebów cywilnych.
No i niestety jadłam nie tylko na stypie:


Na ostatnim, ostatkowym przyjęciu, wyjęłam druty:'
Jak nie przyspieszę z tym szalem, do końca roku nie skończę.
Po chwili przerwy, reaktywuję program dom. W tym tygodniu znowu przychodzi ekipa.
Ale w sercu cały czas go noszę, myśląc jak otaczającą mnie pustkę rozsądnie zapełnić, unikając przy tym zagracenia. Łatwo nie jest. Nawet tak wydawałaby się prosta rzecz jak ułożenie płyt CD w szufladzie. Najbliższy sklep amazon.de. Cena lekko powala. Szukam dalej, bo 280 zł za trochę plastiku umożliwiające ułożenie 120 płyt to trochę dużo.


Może dlatego po raz pierwszy w życiu kupiłam durnostojkę. Uważam, że mój wielkanocny zając (ksywa: Bezczelak) cudownie będzie się komponował z białymi doniczkami.

Byłam bardzo zainteresowana tym spotkaniem:

Wejściówki miały być wydawane w piątek od godziny 12. Wysłałam mamę, była o 12.30. Po wejściówkach nie było już śladu. Rozeszły się w kilka minut. 
No i mam problem z laptopikiem. Starutki jest i wywala się przy aktualizacji 1803. 62% i klops. Jedyne co potrafię, to jak znów zaczyna aktualizować, wyłączam w Menadżerze  coś co energicznie pracuje i co podejrzewam jest silnikiem aktualizacji. Ale działa to tylko przez jakiś czas. Windowsy mnie starszą;
Ale ponieważ  nie daję się tak łatwo zastraszyć, znów same z siebie zaczynają się aktualizować komputer się kolejny raz zwala i wracam do punktu wyjścia. 
piątek, 01 marca 2019
Przeczytane 2019.2

Zamykają blox. Na razie myślę. Przypomniałam sobie o wierszu Miłosza. Tu dwie zwrotki Piosenki na koniec świata:

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

 

Miłość Ignacy Karpowicz

 

Nie jest to najlepsza książka Karpowicza.

Nie jest to powieść, ale trzy opowiadania z homomiłością w tle.

Luźne wariacje na temat tego co mogło się zdarzyć w Stawisku, dystopia o świecie w którym „takie rzeczy” się naprawia i baśń o królewiczu i jego przyjacielu z ludu.

Niestety autor nie udźwignął tematu. Tak jak by temat był mu zbyt bliski, nie pozwalał się zdystansować, ciągnął go w stronę publicystyki. To co było zawsze siłą Karpowicza: ostry język, błyskotliwe dialogi, zastąpiła ckliwa egzaltacja.

Słowem rozczarowanie.

 

Seniorzy w natarciu Catharina Ingelman-Sundberg

 

Bohaterzy to mieszkańcy domu seniora 75+. Znudzeni wiejąca z każdego kąta nudą, postanawiają ubarwić swoje życie.

Zachowują się jak młodzież licealna na wycieczce szkolnej – w głowie im tylko przygody i romanse. Niczym Gang Olsena rabują (tu: obrazy z muzeum), w przerwie zatrzymując się w hotelach gdzie piją wino i się migdalą.

Może nie są za mądrzy, ale wszystko wskazuje na to, że to nie demencja starcza, tylko wada wrodzona.

Czasami wprawdzie występuje jakiś rekwizyt– np. balkonik - który przypomina że nasi bohaterzy to nie młodzieniaszki, ale  potem jak dzieje się „przygoda” oni sprawnie pomykają, jak nie jeden młodzik.

Dawno nie czytałam czegoś równie głupiego.

Sama się sobie dziwię, że dobrnęłam do końca.

 

Sprzedawczyk Paul Beaty

 

Man Booker Prize. Książka roku Newsweek’a. Słowem miało być dobrze. Nie było.

Podobno ta książka jest bardzo śmieszna. Nie zauważyłam.

Z mapy Ameryki znika miasto Dickens. Nasz bohater, Afroamerykanin, postanawia przywrócić je do życie. Tyle, że na podstawie dotychczas zebranych doświadczeń opowiada się za przywróceniem segregacji i niewolnictwa.

Może jest tak, że trzeba znać kontekst, by rozsmakować się w smaczkach tej książki.

Może jest źle przetłumaczona.

Może.

Ale to co miałam w ręku, było tylko trochę lepsiejsze od Seniorów w natarciu. Ale o to nie trudno. 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli