niedziela, 30 kwietnia 2006

Przedwyjazdowe zwariowane lotnisko

Miałam zrobić w tym tygodniu mnóstwo rzeczy, a nawet nie udało mi się opracować wzoru fuksjowego swetra - chciałabym odtworzyć oryginalny wzór, ale jak na razie zmarnowałam jedynie sporo czasu.

Prawie cały ten tydzień poświęciłam na wypełnianie pitów. Dzięki wolnym weekendom i wieczorom rozszerzyłam nawet katalog usług - usługa ekspresowa polegała na wprowadzeniu do arkusza podyktowanych mi przez telefon sum, i już chwilę później, w informacji zwrotnej, podawałam wysokość podatku. Jednego tylko nie rozumiem, dlaczego z roku na rok wypełniam coraz więcej pitów - kiedyś wydawało mi się, że z biegiem lat grupa samosiów będzie się zwiększać, a nie maleć.

Sralucha (od niedawna pieszczotliwie zwana Anorką) powoli wraca do zdrowia - z tym że nie wiem jakim cudem, bo dalej nic nie je. Te kawałki na podłodze (po prawej stronie) to gotowany kurczak - kicia wprawdzie tego też nie je, ale przynajmniej lubi się tym pobawić.

282

Nic w przyrodzie nie ginie, to czego nie zje Sralucha, zjada Heniutek, który z dnia na dzień wygląda coraz bardziej imponująco (na łapie ma kolejną ranę, bo ma za wysoki poziom testosteronu):




Trudno przewidzieć, w jakim stanie będzie Sralucha gdy wrócę z Siedmiogrodu. Z kotami zostaje Paweł, który twierdzi (z tym, że póki co przez telefon), że nawet bez takiego przyrządu do skarmiania kotów tabletkami:




będzie potrafił podawać jej przepisane przez weterynarza proszki (ja się poddałam już pierwszego dnia). W każdym razie wygląda na to, że dzięki temu, że Sralucha korzysta (za moje pieniądze) z opieki lekarskiej na najwyższym poziomie, jeszcze sporo czasu pomieszkam z kotem, który nie uznaje kuwety i swoje potrzeby załatwia gdziekolwiek, byle nie na dworze.

Zwłaszcza, że na koniec okazało się, że jak się jest bardziej upartym niż ja, kot jest bezbronny gdy strzela się do niego tabletkami z tego dziwnego przyrządu i Srala (przynajmniej przez 8 dni, bo tyle nie będzie mnie w domu) będzie brać to co jej przepisano:



A na deser, dla tych co przeoczyli - perełka

niedziela, 23 kwietnia 2006
Przeczytane gdzieś na forum:

Całe szczęście, że PiS traci władzę, bo już mi się pluszaki w lodówce nie mieszczą" - podatnik

A tak w ogóle jest dobrze.

Święta trwały krótko - dzięki temu hasałam "żywieniowo" tylko dwa dni i teraz nie tracę nadziei, że uda mi się "opanować" sytuację. Coraz bardziej podoba mi się też wypracowana przeze mnie tradycja obchodzenia świąt z jednodniowym opóźnieniem - resztki z innych świątecznych stołów są na pewno smaczniejsze niż to, co zrobiłabym sama. A tak zupełnie bez czegoś dobrego w święta, byłoby jednak trochę smutno:




Dopiero teraz (czyli pod koniec tygodnia), kończą mi się przywiezione przez nich smakołyki. Razem z całym transportem żarcia, dostałam też zdjęcia kwitnących w gumisiowym ogrodzie krokusów (w moim ogrodzie prawie nic nie przeżyło zimy - najbardziej mi żal trójklapkowych winobluszczy).




W piątek rano, ze Sralcią było już tak źle, że gdy wieczorem wracałam do domu sprawdziłam, czy na niebie są gwiazdy, bo tak sobie kabotyńsko pomyślałam że gdy się nocą samotnie kopie grób, gwiazdy na niebie być muszą. Na szczęście było jeszcze do kogo wołać weterynarza, dał kolejne ileś tam zastrzyków i z kotem zrobiło się lepiej. Ponieważ przywykłam do swojej karmy, nie protestowałam gdy okazało się, że nawet za to czy kot przeżyje czy nie, też jestem odpowiedzialna. Bo kot będzie żył, jak będzie jadł. A Sralucha właśnie załapała anoreksję (mówię już do niej pieszczotliwie: Anorka) i z obrzydzeniem odwraca pysk nawet od mielonej wołowiny (takiej bez tłuszczu, na tatar). Zamiast tego, cały czas chce być lulana na rączkach w taki sposób, że jedną ręką mam ją trzymać, a drugą głaskać:



Przy okazji weterynarz powtórzył mi taką swoją rozmowę:

- Proszę o przyjechanie i zaszczepienie mojego psa na ptasią grypę.
- Dlaczego ?
- Bo gania po podwórku koty.
- Przecież on je tylko gania, nie zjada.
- No tak, ale koty polują na ptaki.
- I co z tego, w naszej okolicy nie ma ptasiej grypy.
- To pan nie wie? - na bazarze w Pruszkowie powiedzieli, że już jest.

Weterynarza do domu raczej nie wołają przedstawiciele underclass, ale mnie już dawno nie dziwi nic. Za to ciągle jeszcze coś dziwi mojego synka i na swoim "blogasku" zamieścił takie coś:

Uchwała o zakazie wchodzenia w jakiekolwiek koalicje z Samoobroną i SLD została podjęta 13 kwietnia 2002 roku z myślą o wyborach samorządowych. Mimo iż na stronie internetowej partii znajdują się wszystkie dokumenty - tego akurat próżno szukać. Ktoś go usunął. "Przepraszamy, strona o podanym adresie nie istnieje" - taki komunikat pojawia się w miejscu, gdzie jeszcze do niedawna można było zapoznać się z uchwałą nr 2. Co stało się z dokumentem, nie wiedzą w biurze partii. Gdzieś "zapodział się" nawet oryginał. - Niestety nasze archiwum nie sięga tak daleko, stopuje chęci "Super Expressu" do zapoznania się z pismem Anna Ostrowska z biura prasowego PiS.

A teraz ja Uchwały owszem nie ma: ale jest kopia google: eh, chyba pisiory będą musiały podpisać podobne porozumienie z googlem, co rząd chiński :)

A tak serio to żenujące, zamiast wydać nową uchwalę, to się usuwa starą, to już mi jedzie nieco pracą Winstona w Ministerstwie Prawdy.


Wygląda na to, że mój synek jeszcze nie zrozumiał, że to tylko w piosenkach to już było i nie wróci więcej. Zaczynam podejrzewać, że powiedzenie o tym, że to co wraca to tylko farsa tego co było, nie do końca jest prawdziwe. Farsą to jest dla tych co pamiętają poprzednią wersję. Ci co przeżywają to po raz pierwszy, chyba nie odbierają tego w ten sposób. Mnie w każdym razie, do tego by poczuć że jest już tak jak dawniej, brakuje wielogodzinnych przemówień transmitowanych w obu kanałach telewizji. Pamiętam jak kiedyś szłam przez miasto, był upał, z otwartych okien dochodził monotonny bełkot, a ja nadziwić się nie mogłam, że ludzie tego słuchają i w dodatku, po to by nie uronić ani słowa, tak głośno.


Za ogród zabiorę się dopiero po powrocie z Siedmiogrodu. Na razie dopieszczając odperzony kawałek ogrodu, przytargałam od Staśki wapno i zgodnie z zasadą lepiej późno niż wcale, zrobiłam coś, co gdyby było zrobione o czasie, pewnie zapobiegło by mszycom:



W tym tygodniu miałam i swój mały sukces - metodą prób i błędów rozpracowałam "butki" (ciąg dalszy w Siedmiogrodzie):




Przypomniałam sobie za to o fuksji. Do sprawy podeszłam profesjonalnie - na początek przeanalizowałam dostępne wzory. I tak wzór w rosyjskiej gazetce to kombinacja warkoczy, czyli nie to:



Wzoru z chińskiej gazetki nie rozumiem:



Uważnie przeanalizowałam schemat, jaki zamieściły dziewczyny na moim ulubionym forum, ale i to było "nie to". Potem próbowałam bazować na własnej inwencji - też mi nie wyszło. Na koniec wysłałam wszystko Gośce.

W tym tygodniu zakręciła mnie nowa elektroniczna zabawka (jestem nawet dla niej gotowa przejść do Plusa, tyle tylko, że dopiero za trzy miesiące kończy mi się umowa w Orange).



Zobaczyłam ten telefon u mojego synka trzy dni temu i od tego momentu jestem absolutnie przekonana o tym, że posiadanie takiej zabawki jest w moim przypadku niezbędne. Np. gdybym miała ją w tym tygodniu, mogłabym zamieścić zdjęcie trzech starych ciotek (średnią wieku w naszej grupie zaniżał dwuletni facet) podrygujących wśród morza gówniarzy na ulicznym koncercie T.Love (aparat w mojej komórce nie nadawał się nawet do zrobienia zdjęć wielkanocnych koszyczków).

Łyknęłam też kultury w kinie - poszłam z córką na Salto, a następnie zamieściłam na forum następującą recenzję:

Można iść, można nie iść. Przydługie to okrutnie, ale momentami urocze. Kolejny film o dojrzewaniu, o tym, że w dzisiejszych czasach łatwiej pójść do z kimś łóżka, niż z nim pogadać, że ludzie chcą, a nie potrafią itp. W dodatku nie dość, że temat oklepany, to i nie ma w nim nic, czego by nie było w poprzednich filmach. Słowem 100% przewidywalność.

sobota, 15 kwietnia 2006

Konkurs na wielkanocny koszyczek


Gosia:



Gumiś:



Moniek:



Joanna:


 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli