niedziela, 29 kwietnia 2007

Geszeft

Ostatnio jeżdżę do pracy na śledzia (nawet nie próbuję zrozumieć logiki PKP, zgodnie z którą z powodu remontu torów na odcinku Grodzisk Mazowiecki - Skierniewice, nie tylko pociągi ze Skierniewic, ale i te z Grodziska pojawiają się kiedy chcą, w dodatku najczęściej o połowę krótsze).

Jak w poniedziałek rano z trudem wcisnęłam się do pociągu, myślałam że to zła wróżba i zapowiada się koszmarny tydzień, tymczasem spotkałam Teresę, która tego dnia wieczorem wylatywała do Jerozolimy i zaproponowała bym napisała list do Pana Boga, to włoży go do Ściany Płaczu. Nie mając czasu do namysłu napisałam żeby: 1) Zośka wyzdrowiała; 2) Tomek z Teresą zrealizowali swoje marzenia o podróżach; 3) Anka była szczęśliwa z tym swoim Misiakiem; 4) mnie było przynajmniej tak jak jest (z tym że nie mam nic przeciwko aby było lepiej). Chwilę później w pracy uświadomiono mi, że tylko pierwsza prośba ma jakiś sens – w liście nie było słowa o tym, że chciałabym, by Tomek z Teresą zrealizowali swoje marzenia o podróżach bez sprzedawania mieszkania, a Anka była szczęśliwa z tym swoim Misiakiem tu, a nie tam.

Czyli nawet sensownego geszeftu z Jehową nie potrafiłam zrobić.

Dopiero potem uświadomiłam sobie, o ilu rzeczach mogłam napisać. Bo wprawdzie pora roku taka, że ładnie wyglądają nawet mlecze, czy rosnące przy bramie drzewko,

ale o sobie tego powiedzieć nie mogę (w dodatku mam katar, co jest równoznaczne z tym, że umieram). A tu już za dwa tygodnie wielka majówka i chciałabym do tego czasu zdążyć przynajmniej z częścią dawnych planów.

Za to ciotki w tym tygodniu przeszły same siebie - Gośka wreszcie skończyła witraż, Beata zdała egzamin na drugą specjalizację, a Lucy złożyła wymówienie i pojechała w Bieszczady.

Gdzie mi do nich – ja tylko pojechałam z Kaśką na zakupy i wydałam straszne mnóstwo pieniędzy, nie kupując prawie niczego z listy rzeczy do kupienia.


Teraz w najbliższych dniach czeka mnie kolejna partia w grze Check your own IQ - na poczatek spróbuję podłączyć zraszacz. Następnie, po zrobieniu ramki z listewek, spróbuję opanować posługiwanie się tackerem (leży w szufladzie nieużywany od pół roku) i zrobić kociatierę - w tym sezonie ma być na zawiasach (zeszłoroczna wersja na gwoździach się nie sprawdziła, bo ciągle spadała).
Postanowiłam oszczędzić na nawozie – ponieważ do 500 m2 zachwaszczonego trawnika kosztował 85 zł, kupiłam za 5 zł nawóz do warzyw, a środki chwastobójcze mam zamiar kupić osobno.

Bo trawnik ładnie wygląda tylko z daleka, z bliska już dużo gorzej, bo prawie cały został opanowany przez trawnikowego płożaka wredniastego.


Nadałam mu takie imię, bo to cholerstwo przylega do ziemi i gdy jadę kosiarką, ma do niej taki stosunek, jak ja do samolotów co mi latają nad głową. Nie da się też ukryć, że pomaga mu w tym to, że trawa została posiana na terenie płaskim inaczej.

Oprócz rzeczy mniej lub bardziej niepotrzebnych kupiłam tez kolejne kwiatki.


1 – goździki

2 - jakieś inne kwiatki (zdążyłam zapomnieć jakie)

3 – kalinę

4 - azalię

5 – szałwię

6 – dzwonek

7 - komarzycę

Jak co roku, mam zamiar wysadzić w skrzynkach czerwone wiszące pelargonie.


Poprzednio kupowałam już pięknie rozrośnięte. Tym razem dostałam jedynie ledwo odrośnięte od ziemi chuchra, z których mogę mieć tylko nadzieję że wyrosną czerwone pelargonie.

Byłam też w kinie.


Euforia - piękna żona reżysera bardzo chciała zagrać w filmie i wymogła na mężu by nakręcił film - hołd dla jej urody. Więc reżyser porobił jej sporo zdjęć i skleił w 75 minutowy film.

Scoop – Woody Allen bardzo lubi przebywać ze Scarlett Johansson, ale ona w przeciwieństwie do niego musi dopiero pracować na swoje nazwisko i nie może sobie pozwolić na błogie lenistwo. Dlatego by móc z nią przebywać, Woody Allen wymyśla filmy, w których ona gra. Jednocześnie, ma nadzieje, że ona podoba się nie tylko jemu i jak w filmie pojawi się jeszcze kilka jego tekstów, wszyscy będą zadowoleni.

niedziela, 22 kwietnia 2007

Matka XXI wieku

Część tradycyjna

Wracam z Mazur.


Dom posprzątany (w czasie mojej nieobecności balowało w nim jedno dziecko). Tym samym mniej więcej wiadomo co w tym czasie robiło.

Na marginesie: kolejny raz zostało sporo nie wypitego alkoholu (zakładając, że pamięć mi dopisuje, nie przypominam sobie takich sytuacji z czasów mojej młodości).

Część współczesna

Po powrocie z Mazur


otwiera się w Picasa album drugiego dziecka. I też się wie co robiło.

W ogrodzie ostatnie dni, kiedy można podziwiać kiczowate połączenie kwitnącej forsycji i migdałowca.


Później niż u Staśki, ale w końcu wyszły zasadzone w zeszłym roku konwalie.


Zaraz po przyjeździe z Mazur, poszłam na Stawisko, na koncert muzyki klezmerskiej. Tradycyjnie zajęłyśmy stojącą w rogu skórzaną kanapę. Tym razem była z nami Natalia z Janką – miejsca starczyło dla wszystkich.

Stanęłam z robotą ażurowej sukienki – po zrobieniu spódniczki a przed przystąpieniem do karczku, muszę się zdecydować jak ma się zapinać – nie robiłam dziurek, a plisy czy szydełkowych pętelek nie chcę.


czwartek, 19 kwietnia 2007

Łoś w dom

Był Łoś.

Tego dnia odebrałam wysłane wcześniej Internetem zdjęcia (kolejna usługa, której stałam się wielką fanką), więc siłą rzeczy na początek trochę powspominaliśmy.

Wprawdzie już od dawna moja łazienka nie straszy, tak jak kiedyś.


Ale już jakiś czas temu położona dwa lata temu tapeta straciła swój młodzieńczy urok (przy czym od początku miałyśmy z Lucy świadomość, że nie wyszło to nam perfekcyjnie). Nawet miałyśmy pomysł, że zamalujemy szpary, ale zanim kupiłam pasująca farbkę, coś tam się naddarło i tak już zostało.


Co z tego, że co jakiś czas przybywał w łazience jakiś gadżet lub pamiątka, skoro szpary w tapecie straszyły tak jak dawniej.


Rozrobił więc Łoś na palecie (robiło za nią pudełko po klawiaturze) kupione przeze mnie w sklepie dla plastyków akryle, zatkał uszy słuchawkani Ipoda i wymalował mi nie tylko tapetę,


ale i wannę.


Mam jeszcze sporo pomysłów czym by tu jeszcze „ubogacić” łazienkę i postaram się do 12 maja (czyli do wielkiej majówki) zdążyć.

Tym razem Łoś nie zapomniał zabrać ze sobą pantonu.

Z tym, że niewiele to dało, bo żaden z 1950 kolorów wzornika nie pasował do tych, jakie ja mam na ścianach.


Tak to bywa jak artysta malarz dom maluje.

Komentarz do zamieszczonego poniżej zdjęcia - mimo, że znana jestem jako „wielka miłośniczka” kotów, to w przeciwieństwie do kilku znanych mi ciotek, nigdy nie wpadłam na pomysł by je kąpać.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli