środa, 30 kwietnia 2008

Książki z 6 kontynentów (3)

Droga - Cormac McCarthy

W moim planie z literatury amerykańskiej wybrałam Drogę C. McCarthy. Wiedziałam, że książka będzie ponura, ale nie że aż tak. Przy tej książce, kiedyś tam przeczytany Ostatni Brzeg to optymistyczna bajeczka.

Świat po zagładzie, w którym nie ma już zwierząt ani roślin, nie jest miejscem ciepłym i przytulnym. Błąkają się po nim nieliczni, którzy przeżyli ten bliżej nie opisany kataklizm. Robi wrażenie jak przejmująco jest to opisane - bez epatowania szczegółami, w przepiękny, poetycki sposób. Tytułową drogą wędruje ojciec i syn. Od czasu do czasu rozmawiają - krótkimi urywanymi zdaniami. I chociażby dla tych rozmów, w których w kilku słowach potrafi bardzo dużo być powiedziane, warto przeczytać tę książkę.


Poza planem przeczytałam azjatycko-europejski Śnieg Orhana Pamuka.

Śnieg był pierwszą książką O. Pamuka, jaka ukazała się w Polsce, ale ja zaczęłam od Nazywam się Czerwień. Tamtą książkę zaliczyłabym do literatury Azji. Narracja była ciężka i zawiła i miała dla mnie coś z ornamentów bliskowschodniego malarstwa (akcja dzieje się w XVI-wiecznym Stambule, w środowisku miniaturzystów). Śnieg jest bardziej "europejski" - wprawdzie akcja toczy się na tureckiej prowincji, ale współcześnie, a głównym bohaterem książki jest Turek, który przyjechał do Karsu z Niemiec, tylko na kilka dni. Zaczyna się tak jak u Agaty Christie - gwałtowne opady śniegu zasypują drogi i Kars zostaje na kilka dni  odcięty od świata. Ale dalej, mimo że co jakiś czas ktoś ginie, nie jest to zwykły, "pudełkowy" kryminał, tylko świetna książka - mającą coś z nastroju baśni, ale bardzo o naszym świecie, w dodatku pełna wyrazistych postaci.

ps. kilka dni temu usłyszałam w radiowej trójce, że w Polsce tylko 2% ludzi czyta książki

niedziela, 27 kwietnia 2008

Drgnęło

Na razie na odcinku wiosny.

Sralucha zdążyła w tym roku zrobić już nawet "drugi obrót" i ponownie zwabiła swoim zapachem kocich kawalerów (to, czym ona ich wabi, mój nos nie wyczuwa, to czym ci dwaj zaznaczają swój teren czuję i to z daleka).

Edek zajął w tym roku koszyk na studni. Jest to świetnie pole obserwacyjne - widać stąd miski z żarciem, a Edek należy do kotów, które żadnej misce nie przepuszczą (w prawym, dolny rogu zdjęcia tegoroczna roślinka, podobno cieniolubna, chciałabym by zarosła "puste pole" pod forsycją).

Z kolei Lolek, po krótkiej wczesnowiosennej przygodzie ze Sraluchą tak się rozbrykał, że postanowił pójść w świat poszukać młodej, ślicznej i powabnej księżniczki. Wrócił po kilku dniach bez oka i odkąd patrzy na świat jednym okiem, Sralucha znów mu się podoba.

Dwa lata temu sadząc te konwalie, miałam nadzieję, że szybko zapełnią całą przestrzeń pod tujami i będę miała ich tyle, że zacznę przesadzać je pod sosny. W tym tempie, to tak się może i stanie, ale za 200 lat (czyli wtedy gdy jako tako zacznie wyglądać mój trawnik).

Trawnik z przodu ostrzygłam już na jeża - sama widzę, że nie jest piękny.
Ale za 200 lat ...

Nie zapomniałam o czapce - tyle, że nie wiem jak ją zrobić. To co zrobiłam, muszę spruć, ale nie wiem co dalej. Ściągacz normalny (i tak się później rozciągnie) i potem najwyżej dodać trochę oczek? Czy od razu robić taki trochę "za szeroki"?

W kinach jeszcze nie tak dawno, chociaż rzadko było na widowni więcej niż 10 osób, było w czym wybierać. Teraz ludzi w kinie więcej, za to filmów brak. W dodatku coraz częściej jak nie obejrzę w pierwszym tygodniu, potem nawet jak jeszcze grają, to w takich godzinach, że gdy ja czekam na bardziej przyjazne, film znika z ekranów na zawsze. Wybieram więc z tego co grają. Wycieczkowicze to typowy czeski film - miły, śmieszny i podobny do wszystkich poprzednich. Ale jak najbardziej da się oglądać. Z kolei Meduzy trochę za bardzo wydumane. Kolejny film, w którym równolegle toczy się kilka odrębnych opowieści, tym razem o samotności mieszkańców Tel Awiwu. Ale według mnie nie udało się z tego sklecić całości. Nie przemówiła też do mnie psychoanalityczna fantasy - nieme dziecko o wielkich oczach które wyłania się z morza i po jakimś czasie znów do niego wraca, symbolizujące dawne "ja" bohaterki jednej z opowieści (nie wie kim jest ten dzieciak, ale od razu Freud jej podpowiada, że ma 5 lat).

niedziela, 20 kwietnia 2008

Wiosenna melancholia

Nastrój mam melancholijny - może dlatego że zupełnie inaczej wyobrażam sobie wiosnę? Zawsze też źle się czułam w towarzystwie zepsutych sprzętów. I jakby było mi mało zepsutej od pół roku blokady w spłuczce, piekarnika (sensorowe guziki), pralki (zbutwiałe gumy), odkurzacza (nie wciskający się włącznik), odtwarzacza na dvx (totalna odmowa działania), sama "poprosiłam o więcej" - gdy w tym tygodniu, 300 metrów od domu spotkałam pana hydraulika, zapewniłam go, że wszystko u mnie działa i może być spokojny, że w najbliższym czasie nie będę mu zawracała głowy (jak tylko zaczyna się sezon budowlany, aż do pierwszych mrozów w zasadzie przed 22 nigdy nie jest wolny). Pół godziny później okazało się, że mam tak zapowietrzony hydrofor, że nawet piec gazowy powoli odmawia z nim współpracy.

Humoru nie poprawia mi też świadomość, że budowa coraz bardziej się ślimaczy i z roku na rok, mam coraz mniej ambitne plany. Po części pewnie i dlatego:

W stosunku do 2007 r. sery podrożały w Polsce o blisko 30 proc., masło o 25 proc. pieczywo o 15 proc., mleko o 18 proc., drób ok. 25 proc., cytryny o 87 proc., margaryna 25 proc., makaron ok. 18 proc., jajka (10 szt.) ok. 17 proc., schab ok. 15 proc., płyn do zmywania naczyń „Ludwik” ok. 16 proc., mydło ok. 10 proc. Podrożały też wizyty u lekarza, przejazdy, w tym bilety kolejowe, autobusowe, woda, opłaty kanalizacyjne o ok. 10–15 proc., wywóz śmieci do 40 proc (...) Prąd już dziś kosztuje o 30 proc. więcej niż w ub.r. (...) Już na maj 2008 r. zapowiadane są kolejne podwyżki cen energii. Nie można się więc dziwić, że widząc ile kosztują nas zakupy w sklepie, nie wierzymy w wyliczenia inflacji przez GUS (na poziomie 4,6 proc.)

(więcej na ten temat tu)

W tej sytuacji, w planach na ten tydzień miałam rozważenie pewnych podstawowych zagadnień egzystencjalnych. Ale to też mi nie wyszło.

Byłam za to w Ośrodku Przygotowań Olimpijskich w Spale. Rozumiem już skąd zapaść polskiego sportu - w dzisiejszych czasach, sport to jest wielki biznes.

A to, że wielki biznes wygląda inaczej, to nawet ja wiem.

Rozczulił mnie design Parku Pokoleń Mistrzów Sportu.

Z Aleją Totalizatora Sportowego.

Nie miałam też za bardzo czasu na kulturalną bezczynność - dalej tak samo trudno, a w tym tempie to przed kolejnym sezonem grzewczym nie zdążę.

Ańćce bardzo podobał się cytat O. Wilda z ubiegłego tygodnia i poprosiła o kolejny, taki specjalnie dla niej, voila: Kiedy naprawdę zapragniesz miłości - będzie ona czekać na ciebie.

wtorek, 15 kwietnia 2008

Wpadło mi w oko

Program I TVP - Poniedziałek 14 kwietnia godz. 22.10

Był kiedyś taki, co nie wiedział, że mówi prozą. Ja do wczoraj byłam przekonana, że nie lubię fantasy (serial mam na płytkach, polecam).

niedziela, 13 kwietnia 2008

O jedną kozę mniej

O tym co się wydarzyło w moim domu, w żadnej gazecie nie napisano, bo to nie człowiek pogryzł psa, ale pies pogryzł człowieka. I tak Gumiś ma obandażowaną ręką, a ja mogę się upajać swoim "a nie mówiłam" - w końcu nie bez powodu z góry zapowiedziałam, że w żadnym wypadku nie zostanę z tym psem sama w domu. Ale i tak, gdy dzień później okazało się, że Kaśka musi wrócić do swojego Gumisiowego Lasu, zrobiło mi się smutno.

Co nie znaczy, że nie ma problemu - nie jest to pierwszy znany mi przypadek, gdy brane ze schroniska psy nie potrafią szybko (a czasami nigdy) poradzić sobie z zaszłymi traumami. Tyle, że nie jest i nie będzie to mój problem, bo te kilka spędzonych z Byronem dni tylko upewniły mnie w tym, że z posiadania psów też wyrosłam. I to nie tylko dlatego, że Byron stratował azalię i irysy, udawał, że pije wodę a tak naprawdę nabierał wodę do swoich faflunów, a potem roznosił ją po całym domu i jak by tego było mało, wyżerał z kociej miski.

Utknęłam z bluzkokamizelką w strukturalne wzory - zrobiłam ściągacz tak jak było zalecane, czyli doczepiając oczka na brzegu roboty i teraz nie umiem zrobić elastycznego zakończenia. Zamykanie w zalecany w takich przypadkach sposób, czyli jedno oczko na lewo, jedno na prawo, pomaga, ale tylko trochę. Co w tym przypadku nie wystarcza.

Jeszcze nie tak dawno, gdy wracałam po ciemku do domu, nie lubiłam przechodzić obok tej działki - nieogrodzona, porośnięta chaszczami krzaków, straszyła workami foliowymi i puszkami po piwie. Prawdopodobnie stojący na tej działce stary dom odzyskali prawowici właściciele - już na jesieni wykarczowali krzaki i posadzili trawę. I teraz jak codziennie mijam to miejsce zastanawiam się, dlaczego im ta trawa tak ładnie rośnie?

Bo mnie rośnie bardzo tak sobie. Może nie wszędzie aż tak sobie jak na tym zdjęciu, ale dobrze to wygląda tylko z daleka (a to zdjęcie zrobiłam po to, by pamiętać gdzie co rośnie, i jesienią wiedzieć gdzie dosadzać kolejne cebulki).

Pomysł z kolorowym trawnikiem przyszedł mi do głowy pod wpływem tej działki, którą codziennie mijam idąc na dworzec - ciekawe ile lat trwało samoistne namnażanie sie tych niebieskich kwiatków - bo sama działka jest dość zaniedbana i tylko wiosną imponuje niebieskim dywanem.

Niedawno uświadomiłam sobie, że odkąd zaczęłam "robić w ogrodzie", uwielbiam deszcz. Zwłaszcza w weekendy. Nie dość, że samo sie podlewa, to bez poczucia winy oddaję się wtedy błogiemu lenistwu. W tym tygodniu "podlewało" tylko w sobotę, w niedzielę mimo, że było wietrznie i zimno, trochę pograbiłam. Cały czas za płotem towarzyszył mi bażant.

W beznadziejnej książce o T. Łomnickim, którą ostatnio przeczytałam, przemówiło do mnie zacytowane w niej zdanie Oscara Wilda Kulturalna bezczynność jest celem człowieka. Skoro tak, w ramach realizacji mego człowieczeństwa, powróciłam do puzzla, który całą zimę marzł w nieogrzewanym pokoju, bo jest taki duży, że nie zmieścił się na żadnym stoliku. Idzie mi to dość powoli, bo łatwy to on nie jest

W tym tygodniu nie mam na co pójść do kina - nawet według piątkowego Co jest grane, żaden z pięciu wchodzących na ekrany w tym tygodniu filmów, nie zapowiada się interesująco. A na ich ocenach i tak coraz mniej można polegać, bo zawyżają i to bardzo. Z tym, że o Juno nie mam pretensji - poszłam, bo Ańćce ciągle jeszcze jest źle i jak twierdzi potrzebuje pozytywnych wibracji. Nawet jeżeli coś tam do niej pozytywnego z tego ekranu wibrowało, to skutecznie to neutralizowały moje syki wściekłości, że jeszcze nie zapomniałam jej Once, a znów siedzę obok niej na jakimś koszmarnym gniocie. W każdym razie te rzekomo inteligentne dialogi Juno, są na poziomie przeciętnego sit-comu i tylko śmiechu z off-u w tym filmie brak.

Z kolei z Półksiężyca nie wszystko zrozumiałam - jak w każdej baśni, sporo w tym filmie symboliki, a ja o Kurdach i ich kulturze wiem tyle, że są i że mają przechlapane. Poprzedni film tego reżysera - Czas pijanych koni, był prostszy w odbiorze (a może po prostu lepszy?).

niedziela, 06 kwietnia 2008

Love me, love my dog

Podobno miłość jest ślepa.

W każdym razie to czarne, to jest Byron - trzyletni, chory na epilepsję rottweiler, którego Gumiś zabrał ze schroniska. Jak się nietrudno domyślić, Byron nie jest kompatybilny z każdym systemem domowym. Blondynka w zielonej kurtce, to oczywiście Gumiś, który od niedzieli zamieszkał na jakiś czas (wstępnie na 10-dni) z Byronem w Kaliningradzie.

U mnie bez zmian - boję się rottweilerów, Byrona też, ale Gumisia kocham bardziej.

W kazdym razie, w najbliższym czasie już nic nie będzie takie jak dawniej. Jedyny warunek jaki postawiłam Gumisiowi, to zakaz gotowania. Wystarczy, że w sobotę byłam na pierwszej 60-tce, na której pochłonęłam całą, przypadającą na najbliższy tydzień normę kalorii.

Wystartowałam z ogrodem, ale szybko zorientowałam się, że to już nie to, co dawnymi laty - roboty dużo mniej i w dodatku przyjemniejszej. Etap ogarniania po budowie przestrzeni wokół domu mam juz za sobą. Inna sprawa, że rośnie w mocno niezadowalającym tempie. Zdjęcia na tym blogu z wiosny 2005 roku przedstawiają pierwsze zasadzone roślinki - Gośka wybrała wtedy na nie miejsce pod tym płotem, od tego czasu dosadzam kolejne, a efekt więcej niż mizerny.

Już jakiś czas temu wznowiłam niedzielne bywanie ze Staśką w Stawisku. Niedawno, z okazji rocznicy urodzin J. Iwaszkiewicza, Szczepkowska czytała m.in. fragment jego dziennika - opis tego co widzi przez okno. Uświadomiłam sobie, że być może patrzył przez to samo okno co ja i że widzę to samo co on (bo i pora roku była ta sama). Obiecałam sobie, że przeczytam całe jego Dzienniki, a nie tylko fragmenty.

W tę niedzielę, był krótki recital akordeonisty - grał międzywojenne szlagiery.

A potem było spotkanie z Konradem Tarasewiczem. Opowiadał o przedwojennych czasach i mimo że ma 98 lat, ciekawie mówił i odpowiadał na pytania z sali - zero demencji, głos wyrażny i donośny, postawa wyprostowana - zasługa genów, a nie tego że całe życie grał w tenisa, ale jest czego zazdrościć.

W ramach "6kontynentów" przeczytałam Mapy dla zaginionych kochanków Nadeena Aslam (recenzja tu), a w ramach zaspakajania babskiej duszy plotkary Król Lear nie żyje - wspomnienia o Tadeuszu Łomnickim, napisane przez czwartą (i ostatnią) jego żonę. Prawdopodobnie, książka napisana przez jedną z poprzednich żon byłaby o niebo ciekawsza. Bo książka Marii Bojarskiej to peany na cześć T. Łomnickiego i wieszanie psów na środowisku przetykane ciekawymi, ale źle napisanymi, dykteryjkami.

W tym tygodniu był tydzień kina hiszpańskiego - seanse były o mało atrakcyjnych godzinach (18.30 i 21.00), więc na żaden nie dotarłam. Byłam za to na Wygnaniu Zwiagincewa. Długie (150 minut), mało się dzieje, a się nie zanudziłam. Takie filmy to potrafią robić tylko Rosjanie. Tak jak i w Powrocie, tak i w tym filmie, przyroda Niziny Wschodnio - Europejskiej jest tak sfilmowana, że zapiera dech, a aktorzy grają, że mucha nie siada. Ale też nie jest tak, że nie ma się czego czepić. Główne zawiązanie intrygi jest mało prawdopodobne. Grają na odludziu dramat godny Szekspira, patrzą na siebie złowieszczo, nic do siebie nie mówiąc. A gdyby się odezwali, wiele rzeczy by się wyjaśniło i zamiast Szekspira, byłby współczesny melodramat.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli