niedziela, 26 kwietnia 2009

Nie pytaj dokąd zmierza świat, bo on właśnie zmierza na zakupy

Usłyszałam ten tekst w radio i coś w tym jest. Postanowiłam naprawić piekarnik - zadzwoniłam do kilku warsztatów i wszędzie słyszałam: paneli z sensorami się nie naprawia, wymieniać nie warto (600 zł) i jedno co warto, to kupić nowy (1000 zł).  Znalazłam w końcu jednego pana, który powiedział, że spróbuje go naprawić, ale z góry uprzedził, że nie koniecznie musi się mu to udać. Aby go nie zniechęcać, umówiłam się z nim, że czas nie gra roli.

To samo z rowerem. W warsztacie w Milanówku usłyszałam, że nie opłaca  się go reperować, bo przy holenderskich rowerach trzeba się nieźle narobić i taniej wychodzi kupienie nowego. Na moje szczęście  Brwi to zapyziała dziura i tu się jeszcze takie rowery naprawia. 


Idąc za ciosem zapakowałam maszynę do szycia do mojego ukochanego wózeczka  i zawiozłam ją do warsztatu w Pruszkowie (w tle forsycja, która już przekwita - zamarzył mi się taki spray, by można było nim popsikać i wstrzymać to obłędne tempo przekwitania wszystkiego). Tyle, że teraz nie mam jak tej maszyny przywieźć - wózeczek odpada,  zanim dowiozłabym ją do domu, byłaby już tak samo rozregulowana.  Namówiłam na to Michała, ale w sobotę, gdy mógł to zrobić, warsztat był zamknięty.  Wolałabym powrót do szycia zacząć od jakiejś mniejszej formy, np. spódnicy,  nie patchworku.  Byłam w paru sklepach z materiałami - jest w czym wybierać, Ale z wykrojami gorzej - w necie też nic ciekawego na ten temat na razie nie znalazłam.


W ręku tej maszyny nie przydźwigam, bo łapa nie boli tylko gdy się jej nie używa jako dźwigni. A używać jej muszę. Bo ten pan, co mi posprzątał ogród, to tak to zrobił, że jedyne co mogę teraz zrobić, to już go więcej  o nic nie prosić. Mnie na wiosnę wychodziło przynajmniej 12 worków, jemu wyszło 6. Drewno też musiałam po nim przełożyć.


Ale jak zaczęłam, to już wsiąkłam. I jak co roku, na znak, że  bomba poszła w górę, posadziłam w oknie czerwone pelargonie. Kupiłam też kolejną Kalinę - ta nowa ma mieć różowe kwiaty i mocno pachnieć, ale też ma listki, nie liście. Szukam więc dalej Kaliny z liściem szerokim.


O ile w ogrodzie łapa cały czas daje mi do wiwatu (nawet chwasty muszę wyrywać lewą ręką), to z drutami aż tak źle nie jest - mogę robić, byle nie za długo naraz. Skończyłam sweter z jednego kawałka - gdybym robiła osobno przód i tył, mogłabym zmniejszyć dekolt, a tak jest jak jest. I już tak zostanie. Zawsze mogło być gorzej.


Już wcześniej zwróciłam uwagę na ten sweterek.


I jak tylko skończyłam kimonowo-tweedowe cuś, zabrałam się za robotę.


Zrobiłam listę fajnych swetrów, które "chodzą" po sieci. Nawet jeżeli nie wszystkie, to któryś z nich na pewno zrobię.


czwartek, 23 kwietnia 2009

Historyczne czytanie (3) 

Szymon Wrzesiński - Oddech śmierci. Życie codzienne podczas epidemii

Po przeczytaniu Tulipanowej gorączki, zweryfikowałam swoją listę i wykreśliłam znajdujące się na niej powieści historyczne - stąd Oddech śmierci. Życie codzienne podczas epidemii Szymona Wrzesińskiego. Z tym, że z tą książką też miałam kłopot. Tym razem dlatego. bo momentami była dla mnie jest zbyt „naukowa” - chociaż jest napisana świetnym językiem i czyta się ją z dużym zainteresowaniem, po pewnym czasie nuży monotonia przedstawianych w niej faktów.

Z tymi epidemiami, nie od początku było tak źle (przynajmniej z punktu widzenia chorych). Jeszcze w XI wieku, chorzy na trąd mogli nosić znamienny przydomek pauperem Christi, przysługujący jedynie tym, których cierpienie miało wymiar uświęcający, widziano w nich ludzi, którzy dostąpili wielkiej łaski - uzyskali możliwość odpokutowania swojej winy i grzechów jeszcze za życia. Niestety później, prawdopodobnie z obawy przed szerzącym się kultem śmierci, trędowatych przestano tolerować i prawne restrykcje ukazywały jedynie chorobę, która dowodziła funkcjonowania resztek heretyckiej duszy w gnijącym ciele.

A jak zaczęli to nie umieli skończyć. Przede wszystkim ktoś musiał być winny i oczywiście byli to obcy i wykluczeni,. Ale nie tylko oni byli narażeni na gniew przerażonego tłumu - poza lekarzami, którzy ściągali na siebie gniew swoją nieporadnością, donosy, spiski i inne matactwa były na porządku dziennym. Z tym, że chociaż fantazję w wymyślaniu różnych sposobów na dręczenie bliźniego  mieli okrutną, katalog stosowanych tortur stanowił listę zamkniętą. Po przeczytaniu tej książki można sobie zadać pytanie, kto i na jakiej podstawie wymyślił, że ludzie są dobrzy.

Nie zdawałam sobie sprawy, do jakiego stopnia to epidemie dyktowały rytm ówczesnego życia i jak często to one ”wygrywały i przegrywały” wojny. W zasadzie aż do początku XIX w. ludzie byli całkowicie bezbronni i bronili się tak jak w przytoczonej w tej książce za Danielem Defoe, autorem Dziennika roku zarazy, historii, która zdarzyła się z w połowie XVII stulecia w Londynie:

„Zamknięto pewien dom w Whitechapel ze względu na jedną dziewczynę dotkniętą zarazą, która, jak się okazało, miała tylko krosty, nie zwykłe znamiona zarazy, i powróciła do zdrowia; jednakże wszystkim mieszkańcom tego domu nie wolno było się ruszyć nawet dla zaczerpnięcia powietrza i zażycia ruchu przez całych dni czterdzieści. Brak powietrza, lęk, gniew, strapienie i wszelkie inne zgryzoty sprawiły, że pani tego domu dostała gorączki, inspektorzy odwiedzili ów dom i powiedzieli, że to zaraza, chociaż lekarze oświadczyli, że tak nie jest. Jednakże rodzina musiała zacząć kwarantannę od nowa na skutek raportu inspektora czy też oglądacza, chociaż do końca pierwotnej zarządzonej kwarantanny brakowało zaledwie kilku dni". Po niemal 80 dniach zamknięcia okazało się, że „większości rodziny zapadła - jedni na jedną chorobę, drudzy na inną; przeważnie na jakieś dolegliwości na tle szkorbutu, tylko jedna na gwałtowną kolkę, aż w końcu, po kilkakrotnym przedłużaniu ich więzienia, któryś z inspektorów przybyłych na kontrolę przywlókł skądś zarazę i zapowietrzył cały dom. Nie potrzeba było wiele czasu, by zmarła większość mieszkańców.”

Takich historii w tej książce moc. Więc jak kogoś ten temat ciekawi, to polecam, bo jak już wspomniałam, książka jest dobrze napisana.

Nicole Avril - Ja, Dora Maar


Książka Ja, Dora Maar nie jest jej biografią, tylko opowieścią o tym jak ta kobieta, która w latach 1937-1944 była jego towarzyszką kochała Pablo Picassa. Potem, gdy została porzucona, dalej kochała go "za bardzo", tyle że już w samotności i ponieważ wierzyła, że po Picassie, już tylko Bóg, popadła w bigoterię. Książka Nicole Avril jest słabiutka, od biedy do przeczytania w jeden wieczór. O ludziach mało, anegdot jeszcze mniej - jest to przede wszystkim pisana w pierwszej osobie opowieść o tym jak bardzo Dora Maar kochała (chociaż może bardziej właściwym słowem byłoby: wielbiła) Pablo Picassa.

Jonathan Wilson - Marc Chagall


Da się czytać, ale bez fajerwerków.

W książce jest kolorowa wkładka, ale są w niej tylko niektóre z omawianych obrazów, więc trzeba wstać, iść do Googla, szukać, słowem z obrazami kłopot. Z kolei o życiu prywatnym za sucho i beznamiętnie - biografia powinna zasysać, a tego o tej książce powiedzieć nie mogę.

Już na okładce jej wydawca zapowiada, że autor tej biografii, pisze również i o tym, co przez innych biografów było marginalizowane lub pomijane. Czasy takie, że przez moment pomyślałam: O Bosz!, kolejny co to teraz się okaże, że był gejem. Ale nie. Marc Chagall malował kolorowo, ale nie tylko dlatego, że był Żydem wiecznym-tułaczem,  nie miał kolorowego życia - niektóre jego czyny też były mało kolorowe. Oprócz tego, że był nieznośnym egocentrykiem i snobem, jego postępowanie czasami było „bardzo kontrowersyjne”.

Na przykład taka historia:

W 1941 roku, we Francji, podczas akcji wyłapywania wszystkich osób „przypominających Żydów” Marc Chagall został aresztowany, Wyreklamował go amerykański dziennikarz, który zagroził artykułem w New York Times - wtedy jeszcze rządowi Vichy zależało na opinii USA (M. Chagall miał farta, bo chwilę później już nie). Ten sam dziennikarz, Varian Fry, wyekspediował Chagalla i jego żonę do USA. Jak łatwo można się domyślić, nie było to wcale takie proste i nie obyło się bez przygód. Tym razem M. Chagall znów miał farta - wkrótce potem jak ich statek odpłynął z Lizbony, Goering zakazał Żydom emigrowania. 25-lat później Międzynarodowy Komitet Pomocy Uchodźcom postanowił wydać album z pracami artystów, których uratowano przed Hitlerem, załatwiając wizy emigracyjne. V. Fry, już jako Sprawiedliwy wśród Narodów Świata (uratował nie tylko M. Chagalla) zwrócił się do niego z prośbą o przekazanie do tego albumu jakiejś grafiki – M. Chagall odmówił jakiegokolwiek udziału w tym przedsięwzięciu.

Może i czasami nie najładniej postępował, ale malował ładnie. Inna sprawa, że ktoś mi mówił, że konfrontacja wyhodowanych na albumach wyobrażeń o jego obrazach z oryginałami, potrafi być bolesna.



niedziela, 19 kwietnia 2009

Uff i po świętach

Z radością dzisiaj odkryłam, że mam już pustą lodówkę, udało mi się zjeść wszystko to co mieli zjeść Anki goście, a nie zjedli i mogę powrócić  do  tego, co stało się moja drugą naturą, czyli do nieefektywnego odchudzania.

Czekając na wyznaczoną na 5 czerwca wizytę u ortopedy, poszłam z Natalią do jej wujka - rehabilitanta. Wujek, który w przeciwieństwie do Natalii jest objętości więcej niż słusznej, zaczął od tego, że wyciszył mnie głaszcząc moje kości swoimi dużymi rękami. Pomyślałam, że jest to na tyle przyjemne, że nawet jeżeli mi to nie pomoże, nie będę żałować, że przyszłam. Chwilę później poczułam się jak bohaterka disneyowskiej kreskówki - odbyło się pierwsze "łup" i tak głośno zachrobotoło, że byłam pewna, że na odcinku szyjnym mam złamany kręgosłup. Siłą rzeczy od tego momentu masaż przestał być przyjemny - wiedziałam, że jest to tylko zapowiedzią kolejnego "łup". Ale za to po wyjściu z gabinetu, z ręką było już dużo, dużo lepiej.

Chwilę później przestało być już aż tak dobrze - po lekarzu poszłam do rodziców, gdzie stoczyłam długą i nierówną walkę z zepsutym tapczanem, ale to już zupełnie inna historia.

Jeszcze gorzej zrobiło się z tą ręką, jak zabrałam się  za druty. Ten sweter skończę (na zdjęciu zbyt dużo nie widać, bo nie umiem pozować z samowyzwalaczem), co będzie dalej nie wiem. Z tym że, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, dawno nie miałam takiej ochoty na drutowanie. 


Przeczytałam kilka książek, ale o tym zrobię osobny wpis. W tym tylko o jednej - Pamiętniku orchidei Z. Kałużyńskiego.


Orchidea, bo do tego kwiatu został przyrównany w jedynym wierszu jaki ponoć powstał na jego temat (autorem był Jonasz Kofta). Książka pełna ciekawostek, tyle że jak  w przypadku wszystkich tego typu książek, czytam z dużym zainteresowaniem, ale niewiele po ich przeczytaniu pamiętam.

Ciekawa - zwłaszcza w obliczu dzisiejszego kryzysu, przytoczona w tej książce opinia Veblena (znanego jako autora Teorii klasy próżniaczej):

Ludzie interesu konspirują przeciwko produkcji, ponieważ lepiej wychodzą na manewrowaniu nią, przerywaniu jej oraz zmianie kierunków, co pozwala im obracać walorami i korzystać z niejasności w celu zysków. Dlatego popierają całą nadbudowę kredytów, pożyczek, akcji, papierów giełdowych i trudnej do uchwycenia kapitalizacji.

Albo taka rozmowa Ludwika Stommy z Janem Dobraczyńskim o przyczynach I wojny światowej:

Stomma wymienił podawane zazwyczaj powody wybuchu wojny: rywalizacja imperiów, konkurencja ekonomiczna, zagrożenie przez carat bądź kaiseryzm, itp. "wszystko to nieistotne" mówi Dobraczyński. "Po prostu, mężczyźni się wtedy nudzili."

Do mojej wsi powoli wchodzi miasto. Dworzec w Brwi to tylko mała betonowa budka, może to i lepiej, przynajmniej nie ma tyle miejsca na graffiti jak w Otwocku - jak tylko wysiadłam na dworcu, od rzuciło mi się w oczy, że "artyści" nie ograniczają się do parteru i wdrapują się nawet na dachy by upiększyć swoje otoczenie.


Na razie w Brwi jest już na rynku bankomat Euronetu, a rzut beretem od mojego domu powstaje kolejne osiedle. Najdłuższy wątek na naszym lokalnym forum, to nie kończąca się litania złorzeczeń mieszkańców osiedla budowanego na drugim końcu wsi. Może w tym przypadku będzie lepiej, bo firma Włodarzewska ma lepszą opinię. Zdjęcie zrobiłam stojąc tuż przy torach kolejowych - w projekcie, między blokami a torami ma być ciąg sklepów - ciekawe jak to będzie wyglądało w praktyce.


Budowę osiedla dodałam do miejsc, jakie obserwuję w mojej co sobotniej wędrówce na targ. Nad stawem, w  tym tygodniu spotkałam dwa pieski, które przyszły na małe kaczkowate co nieco.


W przeciwieństwie do Srali,  mam mieszane uczucia do wiosennego słońca.


Bo z jednej stronie fajnie jak grzeje, ale z drugiej to wiosenne słońce bezlitośnie obnażyło, że ścianom przydałby się lifting. A mnie się nie chce nawet grabek wziąć do rąk, a co tu mówić o pędzlu. Czasy gdy ciotki przyjeżdżały mi pomagać minęły bezpowrotnie - dziś Lucy traktuje Kaliningrad jak dom pracy twórczej.


W tym tygodniu zobaczyłam duński film: Strasznie szczęśliwi. Niby dobry, klimatem przypomina Delikatessen, ale czegoś mu brak. Jak dla mnie zakończenia kolejnych scen są zbyt oczywiste, nie lubię by gdy jeszcze trwają, wiadomo było jak się skończą i co, zanim to nastąpi, będzie jeszcze powiedziane. Ale z drugiej strony, jest w tym filmie ta urocza, niepowtarzalna mroczność duńskich filmów, którą tak bardzo lubię, że  wiele więcej jestem w stanie ścierpieć, by się nią nacieszyć.

Tureckie Mleko jest chyba raczej tylko dla koneserów. Mnie się podobało,  ale zdaję sobie sprawę, że byłam tego dnia w odpowiednim nastroju - pasował  mi ładnie sfilmowany film,  w którym niewiele się dzieje. Samotna matka, która chce sobie jeszcze ułożyć życie i jej wchodzący właśnie w dorosłe życie syn, który tego nie akceptuje. Pokazane to prawie bez słów, tylko gestem, miną, spojrzeniem.



niedziela, 12 kwietnia 2009
Święta

Pierwszy dzień świąt


w ramach zabawy konwencją


spędziłam w układzie: ja, on, nasze dzieci i moi rodzice.


Były to pierwsze święta jakie zrobiłam w swoim życiu. Na razie wiem tyle, że poległam jeżeli chodzi o świąteczną logistykę: sporo wydałam, do końca nie wiem na co i zrobiłam dużo za dużo - nie zmarnuje się tylko dlatego, że Anka przed wyjazdem urządza w Brwi bal. 

W poprzednim odcinku przekonałam się, że ktoś do sprzątania domu jest cudownym rozwiązaniem - w tym odkryłam, że być może jeszcze lepszym rozwiązaniem jest ktoś do sprzątania ogrodu. Gdyby nie ta łapa co dalej boli (w tym tygodniu nie czekając na czerwcową wizytę u ortopedy, idę do rehabilitanta), nigdy bym na ten pomysł nie wpadła.


Mam teraz tylko problem co zrobić z taką stertą suszu,  w Brwi jest zakaz palenia w ogrodzie -  małe ogniska wprawdzie ludzie palą, ale tego jest za dużo.


W kinach minimalnie drgnęło - jest kilka filmów do obejrzenia i mam nadzieję, że zdążę zobaczyć zanim znikną.

Na razie poszłam na Baader - Meinhof.


Podobno skręcono ponad 8 godzin, a następnie wybrano 2,5 - przy takim fresku historycznym, nieuniknione są skróty i uproszczenia, więc przyjęłam to za rzecz oczywistą i nie miałam tego reżyserowi za złe. Tyle że mam spory niedosyt i najchętniej bym teraz na ten temat poczytała.  Działo się to wprawdzie w czasach, które dobrze pamiętam (to, że o czasach mojej młodości kręci się dziś filmy historyczne dawno przestało mnie dziwić), ale  wtedy nawet jeżeli czytałam na ten temat, to interesowało mnie tylko to,  jak poradzą sobie z tym,  że o tych co walczą z kapitalizmem, muszą jednak pisać źle. W tym filmie terroryści z RAF-u też nie są tylko odrażający, brudni i źli - na samym początku nawet trudno nie zrozumieć dławiącej ich wściekłości. Potem z tym zrozumieniem jest coraz gorzej, ale do końca film opowiada historię, a nie osądza jej bohaterów. 

A na koniec przecudowna anegdota - wychodzą dwie nastolatki z filmu o ks. Popiełuszce i jedna mówi do drugiej: Ty zobacz, do końca myślałam, że jednak mu się uda. Osoba, która mi to opowiadała zarzekała się, że to wydarzyło się naprawdę, ale w to akurat niekoniecznie wierzę. 


niedziela, 05 kwietnia 2009
Nie ma tego złego,

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przemknęła mi nawet myśl, by czasem ta reguła nie działała i w drugą stronę - właśnie odkryłam, że najlepsze lata to wcale nie te po 30-tce, tylko te po 50-tce. Hormony dobrze działają na skórę, nie na głowę.

W każdym razie gdyby nie ręka, która gdy tylko chcę ją do czegoś użyć od razu zaczyna boleć, nigdy nie zdecydowałam się na coś, co nie wiedziałam, że jest aż tak dobre. A to bardzo fajne, jak ktoś przychodzi i sprząta. I chociaż należę do tych, co mają porządek w domu, to jeszcze tak czysto to u mnie nie było.

Podczas gdy pani od sprzątania latała na szmacie, ja też porządkowałam, tyle że metodą kuśtyk-kuśtyk. Przede wszystkim poprzesadzałam kwiaty, przypominało to apel poschniętych, bo zimą znów sporo padło. Najwyraźniej ogrzewanie kominkowe im nie służy. Wcześniej, zanim zaczęłam grzać kominkiem, w domu było wprawdzie zimniej, ale nie było aż takich dobowych różnic temperatur. Jedyne kwiaty, które dalej pięknie rosną (przynajmniej jak na razie), to draceny.


Z tą ręką z ogrodem nie ruszę. Szukam kogoś, tyle, że nie mogę nikogo chętnego znaleźć. Na razie pobieliłam drzewa, posprzątałam  w komórce i czekam.


Powraca temat obsadzenia płotu. Dom sąsiadów stoi na tyle blisko, że przydałaby się zielona pergola. Przeszkodą jest Kubuś, który czuje się niedopieszczony i lubi się miziać z płotem. Nawet jak by coś się puściło po płocie, zerwałby ocierając się o siatkę.  

 

Po świętach wracam do drutów, druty są zabronione przy zespole cieśni nadgarstka, a ja mam ewidentnie coś z łokciem. Na razie jednak nie biorę ich do ręki, bo i bez tego czuję, że za dużo ruszam tą ręką. 


W tym tygodniu o dwóch książkach z półki "literatura kobieca".

 

Brama Niebiańskiego Spokoju to takie trochę chińskie romansidło z masakrą na Placu Tienammen w tle. Ona opuszcza plac tuż przed wkroczenia wojska. Ponieważ była tam jedną z kierujących protestem, rusza za nią pościg. Na jego czele staje młody, ślepo wierzący w system chłopak (bardzo trafnie przedstawiony ponadczasowy przypadek gorliwego neofity z awansu społecznego). Książka na szczęście nie jest przesłodzona: on i ona nigdy się nie spotkają.  Zeskanowałam z tej książki kilka zdań - pamiętam, jak jeszcze całkiem niedawno usiłowała mi to tłumaczyć Joluśka, a ja zupełnie nie wiedziałam o czym ona do mnie mówi. Dziś mogę tylko żałować, że nie umiem tak ładnie nazywać swoich myśli.

Dzisiaj nareszcie rozumiem błąd, który o mało nie doprowadził mnie do zguby: za wiele żądałam od życia, myślałam, że jest mi winne szczęście i równowagę ducha. W rzeczywistości życie nie oferuje nam ani dobra, ani zła. Szczęś­cie jest owocem, który trzeba pielęgnować, a potem zbierać w głębi duszy. Nie można go otrzymać z ze­wnątrz. Dlaczego miałabym być ciągle niezadowolona, jak dziecko, które nie dostało prezentu! Przede mną długie lata, w ciągu których mogę być szczęśliwa! 

Nie przeczytałam jeszcze do końca Kieszonkowego atlasu kobiet (jestem mniej więcej w połowie). Książka jest jednak tak rewelacyjna, że nie sądzę bym w drugiej połowie (tej jeszcze przeze mnie nieprzeczytanej), zmieniła na jej temat zdanie.  O tej książce, a raczej o tym co się z nią dzieje, po tym jak została wydana, jej autorka pisze nawet blog. Książka - monolog, potok zdań, nie przepadam za taką manierą pisania (Masłowska mnie zmęczyła), ale ta jest świetnie napisana i dobrze się ją czyta. Najsłabszy jest chyba tytuł. Bo przynajmniej dwie pierwsze postacie to kobiety wykluczone, następne opisywane w niej postacie też  chyba do "winnerów" nie należą, a słowo "atlas" sugeruje bardziej zróżnicowany wybór postaci.  

Próbka stylu:

Polska Matka, wiadomo, nie umiera ot tak sobie, tylko wstępuje do nieba. Normalnie bez biletu, na cwaniaka, siada na odkurzacz okrakiem i pędzi na samą górę. Tam przybija piątkę z Maryją i leci zmywać naczynia po ostatniej wieczerzy. A jeszcze gdera pod nosem: „No cholery jedne, co oni tu nawyprawiali, barłóg taki zostawić na stole, przecież to jak dzicz jakaś, wszystko wylane, okruchy na ziemi, szmatą po łbie zdzielić to by zaczęli szanować pracę cudzą. Najłatwiej to sobie łazić w te i nazad, głosić jakieś kocopały, a posprzątać to już nie łaska, mesjasze zasrane  (...) Prawdziwa władza to ta oddolna, ukryta, zamaskowana stertą talerzy i resztkami podsmażanej kaczki. Kobieta może zaplanować posiłek, czas i sposób jego podania. Pomóc sobie nie da, przepisu nie zdradzi. Natyra się w parnej kuchni, dorobi żylaków przy wiecznym pilnowaniu gazu. W nagrodę zje resztki po obiedzie, wyliże talerze, poobgryza kosteczki. Matka Gastronomiczna, kiedy już wszyscy śpią, skrada się do wysprzątanej kuchni i delikatnie głaszcze sprzęty gospodarstwa domowego. Cicho, śpijcie maluchy, jutro czeka was kolejna praca.

A na koniec mój komentarz na temat polskiego państwa prawa. W tym tygodniu Beata poprosiła mnie o sczytanie popełnionego przez nią tekstu. Natknęłam się na taką perełkę:

W orzecznictwie Naczelnego Sądu Administracyjnego wyrażano już stanowisko, zgodnie z którym w postępowaniu administracyjnym przez wydanie decyzji z naruszeniem prawa rozumie się również takie sytuacje, w których organowi administracji nie można postawić zarzutu naruszenia przepisów w toku wydawania decyzji.

Ponieważ to stanowisko NSA, było przytoczone w tym materiale kilka razy, domyśliłam się, że nie jest to błąd. Ponieważ jednak brzmiało lepiej niż paragraf 22, poszłam dowiedzieć czy te NSA to zupełnie upadło na głowę. Dowiedziałam się, że nie ... tylko takie jest prawo, i w zasadzie powinno być zaskarżone do Trybunału Konstytucyjnego, ale jak na razie nikomu się nie chce.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli