piątek, 30 kwietnia 2010

Nagrody literackie (5)

Nagroda Goncourtów

Jacques-Pierre Amette – Kochanka Brechta

Zaciekawiła mnie ta książka z powodu dyskusji o żonie Pawła Jasienicy, jaka toczyła się w związku z filmem Różyczka. Bertold Brecht też miał kochankę, która na niego donosiła (z tą róznicą, że nie została jego żoną).

Kochanka Brechta to podobno powieść z kluczem, ale ponieważ prawie nic nie wiem o Brechcie, ta warstwa książki pozostała dla mnie nieodkryta. Znacznie ważniejsze było dla mnie to, że nie znalazłam w niej tego czego szukałam - czyli historii tej kobiety. Dlaczego to robiła, jak się z tym czuła - pobieżne wytłumaczenie, że to wszystko dlatego, bo platonicznie kochała agenta Stasi, to za mało. Generalnie ksiażka pozostawia taki niedosyt, że raczej należałoby ją uznać jedynie za szkic - zarówno wszystkich zaplątanych w tę historię postaci, jak i ciekawego momentu historii, w którym się to wszystko dzieje.

Z tym, że ten szkic świetnia się czytać a teraz mam zamiar poszukać ciekawej biografii Bertolda Brechta.

Tak na marginesie:  o ile to, że książka została nagrodzona Bookerem  nie jest dla mnie jeszcze żadną rekomendacją, bo przekonałam się że różnie z ta nagrodą bywa, o tyle na Nagrodzie Goncourtów jeszcze się nie zawiodłam.

Ota Pavel – Śmierć pięknych saren

(z tym, że w tym wydaniu obok Śmierci pięknych saren są i opowiadania Jak spotkałem się z rybami).


Dawno nie czytałam tak pięknej i magicznej książki. Z tym, że co tylko chciałam komuś o niej opowiedzieć, słyszałam że przeczytał ją już wieki temu. Tylko ja tak spokojnie sobie przez te lata żyłam i nic niej nie wiedziałam. I gdyby nie noworoczne postanowienie: jak najwięcej czeskiego, to może bym i dalej jej nie wzięła do ręki.

Najpiękniej o tej książce napisał Mariusz Szczygieł:

Istnieje książka, o której często piszę jako o najbardziej antydepresyjnej książce świata. Kupuję ją w ilościach hurtowych i daję znajomym z różnych okazji. Kiedy słyszę (a słyszę coraz częściej): "Jak ja nie lubię czytać", polecam właśnie ją. Uważam, że może zarazić radością czytania, poza tym jest książką o miłości do życia. To "Śmierć pięknych saren" czeskiego pisarza Oty Pavla.

Początkowo podeszłam do niej trochę jak do jeża, bo opowiada o jednej z najbardziej dla mnie abstrakcyjnej czynności, jaką jest łowieniu ryb.  Głównym bohaterem tych autobiograficznych opowiadań, obok Oty Pavla, jest jego ojciec i przyjaciele jego ojca - wszyscy zapaleni wędkarze. Z tym, że jest to wszystko tak napisane, że nawet czytanie o łowieniu ryb było ciekawe.

Opowiada o tym takim językiem:

Dopiero słońce przywróciło nam dobry humor. Można powiedzieć, że słońce jest często wielką żółtą pigułką od niebiańskich psychiatrów, która rozpędza smutek i wy­twarza różowy nastrój. Słońce działa niekiedy skuteczniej niż szwajcarskie proszki noveril czy amerykański aventyl HCI. Słońce jest także żółtym ręcznikiem frotte, który nas samoczynnie wyciera do sucha. Słońce również do­staje się nam do krwi, by ogrzać nasze serca, kiedy są zimne jak psi nochal.

Paradoksalnie pisząc tę książkę, autor walczył w ten sposób z chorobą psychiczną (na marginesie: walkę tę  przegrał, popełniając w wieku 43 lat samobójstwo).

 

W tym tygodniu wątek czeski poruszyła Inblanco. Jak sobie przypomniałam o Mariuszu Szczygle, odwiedziłam jego stronę. Za jego radą poszłam na stronę Pana Slawisty, ale nawet mimo zachęty M. Szczygła książki Oty Pavla o Raszku chyba jednak nie kupię - do listy książek do przeczytania dopisałam tylko jego książkę Jak tata przemierzał Afrykę.

Przy okazji przyjrzałam się trochę moim książkowym zakupom. Ulegając blogowej modzie, swój pierwszy stosik sfotografowałam w grudniu. Jak spojrzałam teraz na to zdjęcia, odkryłam, że od tego czasu z tego stosika ubyła tylko jedna książka: Magdy Dygat Biedna pani Morris. To wszystko przez to, że w tzw. międzyczasie kupiłam 14 książek, które od razu po kupieniu zaczęłam czytać (pozostałe przeczytane książki też nie pochodziły ze stosiku, tylko albo "od kogoś", albo z biblioteki). Czyli z książkami mam jak z wełną, jeżeli zaraz po zakupie nie wezmę jej do ręki, chwilę później mam już inny pomysł i odkładam „na później”.

W tym miesiącu też kupiłam więcej niż przeczytałam i na dzień dzisiejszy stosik 2010 wygląda tak:

E. Safak  Bękart ze Stambułu - bo Padma.

M. Forman  Moje dwa światy - bo czeskie, a tego miało być w tym roku jak najwięcej.

M. Viewegh Zapisywacze ojcowskiej młości - j.w.

W. Aksionow  Moskwa Kwa Kwa - bo dawno nie czytałam czegoś rosyjskiego

ZZ. Packer Pijąć kawę gdzie indziej - bo gdzieś czytałam o tej autorce i postanowiłam "sprawdzić"

C. Sanchez -Andrade Coco - bo po obejrzeniu o niej filmu chciałabym się  dowiedzieć czegoś więcej.

niedziela, 25 kwietnia 2010

Wiosenne potyczki z codziennością

Pamiętałam, że posprzątanie ogrodu po zimie jest możliwe. Ale jak przychodziło co do czego, możliwe wydawało mi się niemożliwe. Nawet wzięłam dzień urlopu, tyle że akurat tego dnia ogarnął mnie taki leń, że za wiele nie zrobiłam. Skończyło się na tym, że ktoś inny za pieniądze zrobił to co było do zrobienia i teraz będę tylko sadzić kwiatki i skubać chwasty.

Słowem - dopóki trawa nie odrośnie - sama przyjemność.

Przez chwilę rozważałam kupienie kompostownika - na Allegro są  estetycznie plastikowe pojemniki, do których podobno chwilę po wrzuceniu góra zielska i dołożeniu paru tabletek, wyjmuje się dolną szufladką kompost. Są tylko dziwnie cosik małe. W tej sytuacji  przerobiłam  stary kompostownik - porządnie zbiłam w nim deski i podzieliłam na dwa korytka: do jednego zwaliłam zeszłoroczny "zbiór" (w przyszłym roku powinien być już z tego kompost), do drugiego będę wrzucać dopiero w tym roku.


W wolnych chwilach gdy nie myślałam o ogrodzie, wpadłam na pomysł jak nosić szale:


Bez tej zapinki szal mi się albo merdał, albo kończył zawinięty wokół szyi jak szalik. A tak można go udrapować, biegać po mieście i wyglądać jak dama (no może z tym ostatnim to lekko przesadziłam). Sama zapinka mogłaby być bardziej twarzowa - na próbę kupiłam najtańszą, teraz poszukam ładniejszej.

Skończyłam Percy.


Ale kończyłam już go "bez serca". Początkowo tak bardzo chciałam go jak najszybciej skończyć, że nie przeszkadzał mi nawet popełniony błąd w bordiurze. Potem doszłam do wniosku, że skoro nie mam do tej chusty serca, więc pewnie ją komuś sprezentuje i  warto by nie miała aż takich niedoróbek. Sprułam i zrobiłam bordiurę jeszcze raz. Zabrało mi to kolejny wieczór - tempo w jakim Dagny robi chusty jest dla mnie niepojęte.

W planach kolejna chusta. Po raz pierwszy z  cienkiej i nie mechacącej się włóczki. Kolejne podejście do estońskiego wzoru Sofia kiri (pisałam o nim tu).


W tym tygodniu wreszcie odbyły się Szarotki. Uczestniczek ze spotkania na spotkanie coraz więcej. Poza tym co zwykle, tym razem zaprezentowane zostało bardzo zmyślne urządzenie do zwijania wełny.


Ma jedną wadę - jest ciut za drogie (pełny komplet ponad 300 zł). Przy takim drutowaniu jak moje szanse  na amortyzację zerowe.

Co innego urządzenie zakupione przez Jacka. Palacze są teraz naprawdę biedni - nie dość że  są coraz bardziej dyskryminowani, by nie pójść zupełnie z torbami, muszą jeszcze znaleźć czas na ręczne kręcenie papierosów.


Przy okazji pobytu w Otwocku kolejny raz przekonałam się, ze podstawą w drutowaniu jest wełna. Gumiś zrobił najprostszy sweter z możliwych, ale z takiej wełny, że dech zapiera.


A w mojej wsi wielka zmiana. Po dwuletniej budowie oddano wreszcie do użytku parking koło dworca. W tym tygodniu odbieram rower z wiosennego przeglądu i wykupuję karnet.


czwartek, 22 kwietnia 2010

Nagrody Literackie (4)

Przeczytałam już ksiązki z mojej wyzwaniowej listy i teraz czytam to co sobie po drodze, dzięki temu wyzwaniu  "wynotowałam".

Booker Prize

Arundhati Roy - Bóg rzeczy małych

Zachwyciła mnie ta książka poezją języka, który pachnie kolorami indyjskich przypraw, są w nim słonie z powykręcanymi trąbami i dużo pięknych drobiazgów w zaśmieconym krajobrazie. W dodatku z poutykanymi wszędzie aforyzmami. Uniwersalnymi:

Wiesz co się dzieje gdy kogoś zranisz? Zaczyna cię mniej kochać. Taki skutek mają nieostrożne słowa. Ludzie zaczynają cię mniej kochać.

I takimi na czasie:

To dziwne, że czasami wspomnienie śmierci trwa znacznie dłużej niż wspomnienie życia, które śmierć zabrała.

Opowieść o spętanych nie tylko kastowymi  przesądami więzach rodzinnych, chociaż to o czym opowiada, czyli że wszystko może się zmienić w jeden dzień, może zdarzyć się wszędzie, niekoniecznie w Indiach.

Wychowywane przez rozwiedzioną matkę bliźniaki Rachel i Estha nie zdają sobie sprawy, że świat ich dzieciństwa zmierza do katastrofy. Razem z nimi zmierzamy do dnia, w którym wszystko się zmieni, przy czym opowieść zatacza kręgi, tak że czasami wybiega naprzód i nie wiedząc jeszcze co się zdarzyło, spoglądamy na ten dzień z perspektywy dorosłej Rachel.  Przejmująco opowiedziane jak ci którzy w środku są  nieszczęśliwi, rozładowują dławiące ich emocje, krzywdząc słabszych od siebie.

W zeszłym roku bardzo mi się spodobały Rozmowy nad Nilem Nadżiba Mahfuza. W planach mam  przeczytanie, zachwalanej na niejednym blogu książki za którą dostał Nobla, czyli Opowieści starego Kairu. Po drodze przeczytałam jego Złodzieja i psy.

 

Aż tak urokliwa jak jego Rozmowy nad Nilem to ta książka nie jest, ale też warta przeczytania. Opowieść rozpoczyna się w momencie gdy Said Mahran wychodzi z więzienia. Siedział tam za kradzieże, z tym że kradł nie tylko dla siebie, wspierał również w ten sposób buntujących się studentów. Gdy on siedział, zmeinił się świat się, żona odeszła do innego a ci których wspierał, pourządzali się w dorosłym życiu. I to nie najgorzej. Said Mahran nie tylko nie umie się z tym pogodzić, ale dyszy nienawiścią i potrzebą zemsty. Dobra opowieść o degradującej sile tych uczuć.

Obie książki były dobre, ale wpadłam na pomysł nowego tagu "świetna książka" dlatego że przeczytałam jeszcze jedną  (potem dodałam ten tag jeszcze do kilku tegorocznych notek).

O Nadchodzi noc Carla-Henninga Wijkmarka dowiedziałam się tu. Natychmiast zaczęłam tej książki szukać, z takim skutkiem, że zanim ją znalazłam, kupiłam bardzo dużo innych książek.

Wieki temu czytałam podobna książkę: W wolnych chwilach przed śmiercią - do dziś ją pamiętam. Tyle, że tam było biograficznie i o białaczce, z której autorce udało sie wyleczyć. Tu wprawdzie nie reportaż, a literatura, ale napisane językiem bliższym temu pierwszemu. Zapis szpitalnego umierania. Etap po etapie. O czym się myśli, o czym się śni, jak się powoli obojętnieje. Powiedzieć, że przejmujące, to mało. Bardzo przejmujące.

A i bez takich książek ciężko na duszy  wiosną, o mało wiosennych temperaturach. Zwłaszcza jak się przeczyta coś takiego. To że przestałam słuchać Trójki, to jeszcze nie powód by tę stację aż tak bezcześcić.

 

niedziela, 18 kwietnia 2010

Tydzień z piosenką w tle

Obraziłam się na ostatnią stację telewizyjną, którą jeszcze czasami oglądałam, czyli TVN 24. Na Gazetę też - rozstanie z Gazetą było o tyle łatwe, że od dawno miałam  do nich żal za  zaprzestanie drukowania Jolki. Z radiem rozstałam się już dawniej, ograniczyłam się do kilku wybranych audycji muzycznych Trójki gdzie jeszcze wciąż nie zawitało nowe.

Nie mam też za bardzo gdzie bywać - teatr poszybował w zbyt pokręcone jak dla mnie klimaty (poza tym, jak się ostatnio przekonałam,  źle znoszę bezpośredni kontakt z rechotem publisi). Z kolei w kinach coraz rzadziej puszczają coś z poza mainstreamu globalnej papki.

Pamiętam, że żyłam już kiedyś w takich czasach, ale wtedy byłam młodsza i piłam alkohol.

Wtedy, w latach 70-tych, przy ognisku śpiewaliśmy m.in. i tę piosenkę:

 

Jak dla mnie przeraźliwie aktualna.

W ostatnich dniach miasto zamieniło się w wielki piknik funeralny.


Tłumy stały tylko przed pałacami - na Torwarze, gdzie stały trumny mniej ważne i zupełnie nieważne, więcej było harcerzy, których zadaniem było układanie  kwiatów i zapalanie świeczek, niż tych co z nimi przyszli.


I tak usiłując zapomnieć o dojmującym uczuciu wyalienowania z rozhisteryzowanego tłumu, wylądowałam na kolejnych dwóch filmach, pokazywanych w ramach Przeglądu Kina Francuskiego.

Gainsbourg

Serge Gainsbourg to dla mnie przede wszystkim autor piosenki Je T'aimes. Postać tak barwna i  ciekawa, że w oparciu o jego biografie można nakręcić niejeden film. Ten opowiadał o całym jego życiu,  więc skróty i przemilczenia były nieuniknione, w dodatku w końcowym słowie reżyser wyjaśnia, że o Gainsbourg'u potrafił mówić tylko dobrze, albo wcale. Ale to nie jedyne zastrzeżenia do tego filmu. Oglądając ten film i słuchając śpiewanych w nim piosenek,  trudno zrozumieć dlaczego był aż tak znany. A był.

Na kolejny film wyświetlany w ramach tego przeglądu, Piosenki o miłości poszłam zachęcona recenzją na tym blogu.

Srogo się zawiodłam. Jakiś czas temu był podobnie zbudowany film (czyli normalny film akcji, przerywany co jakiś czas śpiewanymi przez bohaterów piosenkami, będącymi ilustracją do dziejących się wydarzeń) - Once. W tamtym filmie opowieść była nawet bardziej łzawo-melodramatyczna, ale przynajmniej śpiewane piosenki  "kleiły" się do akcji. W tym filmie miałam wrażenie, że na czas śpiewania bohater wychodzi z akcji i staje na tle blue box-u i zaczyna śpiewać jaby stał na scenie. Sama opowieść też była dla mnie jakaś taka byle jaka - z tymi dialogami i tak opowiedziana nie znudziłaby, gdyby film trwał max 15 minut.

W tym tygodniu był też i deser:

Znów ten Allen jakiego kocham - pełen tryskającego sarkazmem i ironią humoru, cudownych bon-motów i  neurastenicznej refleksji nad życiem. Znów o tym samym - czyli o pokręconych życiowo mieszkańcach Manhattanu. Podobno Allen kręci już dwa następne filmy. Mam nadzieję, ze okres londyński i hiszpański ma już za sobą i na dobre wrócił do Nowego Jorku.

Druty chwilowo odłożyłam na bok - nic nie jest ważne, tylko ogród jest ważny, chciałabym się wyrobić bez brania urlopu, ale chyba  nie dam rady.

Na razie przyjechało drewno - po raz pierwszy zamówiłam buk.

W sobotę na kilka godzin przyjechał mi pomóc Michał  z Tomkiem

Po kilku godzinach mieli z lekka dosyć i z resztą obiecali powalczyć dopiero za tydzień, lub dwa.

Ale bycie matką polką zobowiązuje:


I tak  wczesnym niedzielnym popołudniem tartak widziałam swój ogromny:


Chyba przesadziłam z ilością kupionego drewna (10 m3).

Szukając miejsca na jego ułożenie rozebrałam jeden kompostownik - przy okazji musiałam przenieść i usypać w innym miejscu wyjęty z  niego kompost. Kolejna  wiosenna sprawność zaliczona.


Ale nic to. Jeden weekend wystarczył, by poziom wydzielanych endorfin poszybował gwałtownie w górę i nie chce mi wierzyć, że jeszcze nie tak dano rozważałam możliwość powrotu do miasta.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Przegoniłam wszystkie blondynki świata

Popsuła się klamka w dziwach wejściowych, tak że drzwi można było otworzyć tylko od wewnątrz, na szczęście odkryłam to, gdy w domu był Tomek i bez problemu dostałam się z powrotem. Następnego dnia okazało się, że niestety "samo się nie naprawiło" i byłam bardzo z siebie dumna, gdy w komórce znalazłam zapasową klamkę. Próba odkręcenia starej klamki się nie powiodła, więc zawołałam na pomoc Staśkę, która migiem zamontowała nową.

 

Dopiero wieczorem odkryłam, że z nową klamką jest jeden kłopot - nie ma jak zamknąć domu.

W ten weekend zainaugurowałam sezon - jak zawsze rozpoczęłam od pobielenia drzewek, co to były owocowe, dopóki im w zeszłym roku nie przycięłam gałęzi i od tego czasu robią za pospolicie liściaste.

Przy okazji szukania klamki zrobiłam kipisz w komórce i  przygotowałam stos rzeczy do wywalenia, które teraz będę sukcesywnie  dokładać do kubła. Nie wiem tylko co zrobić z nie dającym się "upchać" styropianem.

Obraz ogrodu po zimie nie wesoły - najbardziej  żal bluszczu - co z tego, że odbije, skoro miną lata zanim znów tak zarośnie sosnę.

Stan trawnika woła o pomstę do nieba, nie wszędzie jest wprawdzie tak  "goło" jak przed domem, ale w wielu miejscach zamiast gołej ziemi jest mech, sama nie wiem co gorsze.

Wysiałam rabatę kwiatową w tym roku wsypałam wszystkie nasiona do słoika i dokładnie wymieszałam. Po zimnej Zośce włożę jeszcze tylko cebulki dalii i mieczyków i posieję malwy.


 

Srala nie doczekawszy się wiosennych wizyt absztyfikantów,  zaczęła znikać. Wyraźnie zaniepokoiło to Edka, który coraz częściej czeka na nią nie u siebie, ale tuż obok jej miski.


Skończyłam jedną część mojej bawełnianej bluzki - wzór daleko odbiega od tego jaki był w gazetce, pozostały pionowe pasy.  Chwilowo, dopóki nie uporam się z ogrodem i tak wielkich przyrostów na drutach nie będzie.


Nie rozumiem dystrybutorów filmowych, wszystko wskazuje na to,  że zamiast zimy, wolą wiosnę, kiedy nie tylko ja mam trawnik na głowie. A Gutek zorganizował jeszcze Przegląd  kina francuskiego.

W ramach tego przeglądu w tym tygodniu obejrzałam Ci którzy zostali.

Jak zwykle Ona i On. Poznają się w szpitalu, gdzie odwiedzają swoich chorych na raka partnerów. Początkowo stanowią dla siebie "odskocznię" od głównego problemu. Potem to się wprawdzie trochę komplikuje, ale na szczęście  żadne łzawe love strory z tego się nie wykluwa. Dzięki czemu jest to naprawdę dobry, wart obejrzenia film. A Emmanuelle Devos, która pamiętam z Coco Chanel jest w tym filmie jeszcze lepsza.

Byłam też po raz pierwszy w życiu na filmie 3D

Jak dla mnie, te efekty to rzecz mocno przereklamowana, przynajmniej w tym filmie (podobno w Avatarze zrobiono duży efekt naprzód).

Książkę L. Carolla czytałam dawno temu,  za bardzo do niej przywiązana nie jestem, więc wizja T. Burtona nie kłóciła się z moją, bo takiej nie mam. "Moja" Alicja była wprawdzie młodsza, ale dopiero lata po przeczytaniu tej książki dowiedziałam się, że symbolika tej bajki ma jednoznacznie seksualne odniesienia - w filmie T. Burtona podane jest to "kawa na ławę". Jego wyobraźnia plastyczna i tym razem nie zawodzi. Do szczęścia brakuje tylko dobrej ścieżki dźwiękowej, przy takiej ferii barw i odjechanych obrazów, brakuje podkładu muzycznego. Tyle, że  film jest tylko ucztą dla oczu, niczym więcej.

Nie do końca rozumiem, że aż taki zachwyt budzi film Była sobie dziewczyna.

Film jest przeuroczy. Ładna opowieść o 16-letniej dziewczynie która zakochuje się w trzydziestokilkuletnim playboyu.  W tle, ciepło przedstawione i ślicznie sfilmowane, lata sześćdziesiąte XX wieku. Film jak najbardziej warto zobaczyć, ale nazywać to arcydziełem to dla mnie mocna przesada.

Wybierałam się jeszcze na nowego Allena, ale z wiadomych powodów nie dotarłam. Na filmie wyświetlanym obecnie przez tzw. historię, przecieram uszy ze zdumienia, jak zawsze gubi mnie to, że póki co  mam dobrą pamięć. A swoją drogą używany do opisu tej sytuacji język, wart jest niejednej dysertacji.

 

czwartek, 08 kwietnia 2010

Amerykańskie Południe - Podsumowanie

 

 Wielkich planów nie miałam: Sługa Boży E. Caldwella, Własność V.Martin i coś Faulknera. Ale nawet tych co miałam, nie zrealizowałam.

 

Amerykańskie Południe do mnie nie przemówiło. Początkowo myślałam, że źle wybrałam. Sługa Boży był bardzo taki sobie. Opowiadania Faulknera też do mnie nie przemówiły. Kupiona na Allegro Własność stoi na półce i  kiedyś przeczytam, ale tylko dlatego, że jest po angielsku. W miarę trwania wyzwania przekonałam się, że to nie wina "złego" wyboru - po raz pierwszy (a w wyzwaniach biorę udział od samego początku), żadna z przeczytanych recenzji nie skłoniła mnie do wpisania recenzowanej książki na moją "listę książek do przeczytania”.

Inna sprawa, że recenzowane książki często się  „powtarzały”, w tej sytuacji jest bardzo prawdopodobne, że jest i taka literatura amerykańskiego południa, która by mnie urzekła, tylko że póki co, nic nie wiem o jej istnieniu.

Przeczytałam Ostatnią wieczerzę Pawła Huelle.

Jest to jego pierwsza książka jaką czytałam (do tej pory czytałam tylko "o nim" i to w tonacji "pudelkowej") -  wiele wskazuje na to, że nie przekonana, sama z siebie po następną jego książkę nie sięgnę. P. Huelle pióro ma świetne, zmysł obserwacji godny podziwu, ale trochę to moim zdaniem rozmienia na drobne.

Gdańsk w niedalekiej przyszłości w upiornej wersji multi-kulti: zamachy, sabotaże, meczety, wojujący Islam, tłumy, korki itp. Opowieść o jednym dniu. Popołudniu ma się odbyć sesja fotograficzna, na której ma zostać uwieczniona  inscenizacja Ostatniej Wieczerzy. Towarzyszymy od rana tym, którzy zostali zaproszeni do udziału w tej sesji.

Książka momentami urocza, niektóre dygresje urzekają. Obraz "tego co za chwilę" więcej niż smutny, ale niestety chyba bardzo prawdziwy.

Ale za dużo w tym osobistych porachunków, zbyt czytelnych aluzji, prostackiej satyry. Też nie przepadam za tymi, z których się P. Huelle naśmiewa, ale to że nie wydaje się już teraz żadnych pism satyrycznych (takich jak np. Szpilki), to jeszcze nie powód, by wylewać żółć na kartach książek.

Nie doszukałam się też w tej ksiażce żadnego rozrachunku z polską religijnością (na okładce zapowiadają "bezlitosną rozprawę). Na tym poziomie uproszczeń, to by mi nie przeszkadzało, gdyby było o Gabonie.

niedziela, 04 kwietnia 2010

Z dziennika Strusia Pędziwiatra

Środa - praca, zakupy (nieudana próba kupienia cienkich rajstop w kolorze monet blue i granatowych zamszaków do spodni), przedłużenie umowy z Plusem, przylot Anki, a na deser: teatr.

Wybierałam się na Wątpliwość, ale szybko zorientowałam się że wylądowałam na Szczęśliwych dniach S. Becketta.

I wszystko byłoby cacy, K. Janda i J. Trela to aktorzy, którzy potrafią taki tekst "udźwignąć", ale poza aktorami w teatrze była jeszcze publisia. Jak tylko K. Janda robiła chwilę przerwy w wygłaszanym monologu, publisia reagowała głupkowatym śmiechem sitcomu (odruch bezwarunkowy, nie potrzebowała do tego używanych na telewizyjnych nagraniach plansz: Oklaski, czy: Śmiejemy się). Zastanawiam się, co czuła K. Janda, gdy reakcją na przejmujący tekst Becketta, było kretyńskie rżenie widowni. Z drugiej strony ten śmiech mnie może uratował. To nie jest sztuka zalecana dla osób, które moment wcześniej towarzyszyły komuś w umieraniu. Ale podana na talerzu razem z irytacją,  już tak przejmująco wnętrzności nie dotyka.

Czwartek - praca, zakupy świąteczne, posprzątanie domu (z tym, że po raz pierwszy nie mam na święta umytych okien), prasowanie itp.

Skończyłam (i zblokowałam) Gothic Revival Shawl.

Szal kojarzy mi się z czymś cieńszym i ozdobnym, w tym przypadku bardziej pasuje określenie: chusta (100% wełna Magic, zużyłam prawie trzy motki).


Zakończenie wzięłam "z głowy", były dwa falstarty, "może być" powiedziałam dopiero za trzecim razem. Teraz muszę jeszcze wykombinować bordiurę dla Percy, ale póki co, nie mam pomysłu.

Piątek - z plecakiem do pracy, kino, a po kinie Otwock, gdzie inni robili dużo, ja mało, ale jak każe przedświąteczny obyczaj, z kuchni nie wychodziłam.


To małe czarne to Uszy - jest dziewczynką, ma dopiero kilka miesięcy i chyba jeszcze nie zdaje sobie sprawy z tego, że z taką urodą nie będzie jej w życiu łatwo (zwłaszcza, że mądra też nie jest).


Gadało się miło, spać poszłam po trzeciej, cały czas robiłam na drutach, ale dużo nie zrobiłam: co zrobiłam parę rządków, odkrywałam, że znów coś nie tak i trzeba pruć - na zdjęciu obok robótki,  kupiony w szmateksie miś (a raczej misia).

Miała być to bluzka do wyboru:  z Małej Diany - VI 2001 lub Damy w swetrze - VI/2004.


Ale już na wstępie robienie według wzoru wzięło w łeb. W gazetkach mieszanka bawełny, w której 5 dag motek ma 145 m, ja robię ze 100% bawełny (5 dag =125 m). To jednak nie tłumaczy, dlaczego zamiast podanych w opisie 135 oczek,  aby zgadzało się w centymetrach, na drucie mam 80.

Potem przestał mi się podobać wzór. A teraz to już sama nie wiem co nie tak, ale jest "nie tak".

Przed Otwockiem, zahaczyłam o Kinotekę.

Przez pierwszą godzinę zastanawiałam się jak nazwać ten nowy-stary nurt. Socrealizm-bis? IPN-orealizm? Na szczęście pod koniec film przestaje być aż tak denerwująco biało czarny, gdzie ubek jest wszystkim tym co najgorsze, opozycjonista wszystkim tym co najlepsze, partyjny bonzo obleśnym tłustym wieprzem, dziewczyna głupią naiwną gęsią itp, itd. Najciekawszą postacią tego dramatu jest dla mnie tytułowa Różyczka - ale zarówno gdy czytam teraz wspomnienia o P. Jasienicy, tak i po obejrzeniu tego filmu, czuję niedosyt. Ciekawa postać i można by o niej nakręcić dużo ciekawszy film. Wartością dodatkową było dla mnie przypomnienie sobie lat 60-tych, tego jak były brzydkie i jak bardzo nie było je za co lubić.

Na poczatku tygodnia byłam jeszcze na jednym filmie: Plaże Agnes.


Zbliżająca się do 80-tki Agnes Verdy, francuska reżyserka francuskiej Nowej Fali, nakręciła autobiograficzny film o sobie, wspomina w nim ludzi których znała, ważne dla siebie miejsca itp. Film uroczy. Ale jeżeli kogoś nie uwiedzie ten urok (mnie uwiódł), może drażnić swoją nieporadnością.

A potem zaczęły się święta. Łatwo nie jest, zwłaszcza że w tym roku wystartowałam dzień wcześniej, w sobotę, od słodkiego spotkania z rodziną mojego zięcia, co to go nabyłam dwa tygodnie temu.

Do niedzielnego śniadania siadło 16 osób (jak by siadło 50, też nie wstali by głodni).


Teraz poszukuję poradnika Jak jeść i chudnąć?

czwartek, 01 kwietnia 2010

Amerykańskie Południe

William Faulkner – Czerwone liście

Przeczytałam i chyba nie prędko (jeżeli w ogóle) sięgnę jeszcze po książkę W. Faulknera. Nie podobało mi się. Mniej więcej od połowy czytałam głównie po to, by zobaczyć dlaczego mi się nie podoba.

Czerwone liście to zbiór opowiadań - intryga krótka, co to znudzić nie zdąży, a czasami nawet i wciąga. Przemówiła mi do wyobrażani opowieść o Murzynie, który latami patrzył z góry na "swoich", ciężko harujących na plantacjach bawełny. W tym czasie sam wylegiwał się w cieniu, bo jego pan (Indianin) spędzał całe dnie drzemiąc w hamaku. Pewnego dnia Indianin umarł i tradycja nakazywała, by do Krainy Wiecznych Łowów udał się razem ze swoim służącym, koniem i  psem. Opowiadanie o tym jak Murzyn usiłuje uciec od swojego losu i o tym - jak to śpiewał L. Cohen, że nie tak łatwo jest zwiać.

Tyle, że we wszystkich, zamieszczonych w tym tomie opowiadaniach:

  • intryga jest przeraźliwie przewidywalna,
  • dialogi archaiczne (prawdopodobnie gdyby teraz były tłumaczone, język został by „uwspółcześniony”),
  • opisy przyrody czasami zbyt długie, ale rzadko zaciekawiające. Przy czym przedstawiony w tych opowiadaniach świat jest tak brzydki, że piękno przyrody i tak na niewiele się zdaje,
  • bohaterowie nie wzbudzają sympatii, nawet jak ktoś nie jest taki zły, to drażni „głupkowatością”,  generalnie: kaci i ofiary, po środku nie za wiele.

Może po części moje nastawienie wzięło się stąd, że w pierwszym opowiadaniu w przejmujący sposób opowiedziane jest jak obcinają choremu nogę i juz na wstępie nastawiłam się do tego czytania jak do jeża, obawiając kolejnych, tego typu „atrakcji”. Takich nie było,  były za to inne, bo okrucieństwa w tych opowiadaniach tyle, że na długo mi starczy.

Momentami czułam się, jakbym odrabiała prace domową i nie ukrywam, że gdy dobrnęłam do ostatniej strony, z radością zatopiłam się w książce Iana McEvana Na plaży Chesil.

O istnieniu Ian McEvana dowiedziałam się dzięki wyzwaniu Nagrody Literackie.

Zakochałam się w nim, gdy czekając na zakupiony na Allegro Amsterdam przeczytałam jego Betonowy Ogród.

Ale Amsterdamem już tak zachwycona nie byłam.

Teraz, po przeczytaniu Na plaży Chesil, tamten zachwyt powrócił.

Początek lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Noc poślubna, świeżo poślubieniu nie mają żadnych doświadczeń seksualnych, umiejętności mówienia o swoich uczuciach, potrzebach czy oczekiwaniach. Mają za to dużo lęku, obaw i kompleksów.

Świetnie opowiedziana historia.

Jak to u mnie często się zdarza pokręciłam nosem nad zakończeniem. Z tym że jak trochę nad nim podumałam, to na żadne lepsze nie wpadłam.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli