piątek, 30 kwietnia 2010

Nagrody literackie (5)

Nagroda Goncourtów

Jacques-Pierre Amette – Kochanka Brechta

Zaciekawiła mnie ta książka z powodu dyskusji o żonie Pawła Jasienicy, jaka toczyła się w związku z filmem Różyczka. Bertold Brecht też miał kochankę, która na niego donosiła (z tą róznicą, że nie została jego żoną).

Kochanka Brechta to podobno powieść z kluczem, ale ponieważ prawie nic nie wiem o Brechcie, ta warstwa książki pozostała dla mnie nieodkryta. Znacznie ważniejsze było dla mnie to, że nie znalazłam w niej tego czego szukałam - czyli historii tej kobiety. Dlaczego to robiła, jak się z tym czuła - pobieżne wytłumaczenie, że to wszystko dlatego, bo platonicznie kochała agenta Stasi, to za mało. Generalnie ksiażka pozostawia taki niedosyt, że raczej należałoby ją uznać jedynie za szkic - zarówno wszystkich zaplątanych w tę historię postaci, jak i ciekawego momentu historii, w którym się to wszystko dzieje.

Z tym, że ten szkic świetnia się czytać a teraz mam zamiar poszukać ciekawej biografii Bertolda Brechta.

Tak na marginesie:  o ile to, że książka została nagrodzona Bookerem  nie jest dla mnie jeszcze żadną rekomendacją, bo przekonałam się że różnie z ta nagrodą bywa, o tyle na Nagrodzie Goncourtów jeszcze się nie zawiodłam.

Ota Pavel – Śmierć pięknych saren

(z tym, że w tym wydaniu obok Śmierci pięknych saren są i opowiadania Jak spotkałem się z rybami).


Dawno nie czytałam tak pięknej i magicznej książki. Z tym, że co tylko chciałam komuś o niej opowiedzieć, słyszałam że przeczytał ją już wieki temu. Tylko ja tak spokojnie sobie przez te lata żyłam i nic niej nie wiedziałam. I gdyby nie noworoczne postanowienie: jak najwięcej czeskiego, to może bym i dalej jej nie wzięła do ręki.

Najpiękniej o tej książce napisał Mariusz Szczygieł:

Istnieje książka, o której często piszę jako o najbardziej antydepresyjnej książce świata. Kupuję ją w ilościach hurtowych i daję znajomym z różnych okazji. Kiedy słyszę (a słyszę coraz częściej): "Jak ja nie lubię czytać", polecam właśnie ją. Uważam, że może zarazić radością czytania, poza tym jest książką o miłości do życia. To "Śmierć pięknych saren" czeskiego pisarza Oty Pavla.

Początkowo podeszłam do niej trochę jak do jeża, bo opowiada o jednej z najbardziej dla mnie abstrakcyjnej czynności, jaką jest łowieniu ryb.  Głównym bohaterem tych autobiograficznych opowiadań, obok Oty Pavla, jest jego ojciec i przyjaciele jego ojca - wszyscy zapaleni wędkarze. Z tym, że jest to wszystko tak napisane, że nawet czytanie o łowieniu ryb było ciekawe.

Opowiada o tym takim językiem:

Dopiero słońce przywróciło nam dobry humor. Można powiedzieć, że słońce jest często wielką żółtą pigułką od niebiańskich psychiatrów, która rozpędza smutek i wy­twarza różowy nastrój. Słońce działa niekiedy skuteczniej niż szwajcarskie proszki noveril czy amerykański aventyl HCI. Słońce jest także żółtym ręcznikiem frotte, który nas samoczynnie wyciera do sucha. Słońce również do­staje się nam do krwi, by ogrzać nasze serca, kiedy są zimne jak psi nochal.

Paradoksalnie pisząc tę książkę, autor walczył w ten sposób z chorobą psychiczną (na marginesie: walkę tę  przegrał, popełniając w wieku 43 lat samobójstwo).

 

W tym tygodniu wątek czeski poruszyła Inblanco. Jak sobie przypomniałam o Mariuszu Szczygle, odwiedziłam jego stronę. Za jego radą poszłam na stronę Pana Slawisty, ale nawet mimo zachęty M. Szczygła książki Oty Pavla o Raszku chyba jednak nie kupię - do listy książek do przeczytania dopisałam tylko jego książkę Jak tata przemierzał Afrykę.

Przy okazji przyjrzałam się trochę moim książkowym zakupom. Ulegając blogowej modzie, swój pierwszy stosik sfotografowałam w grudniu. Jak spojrzałam teraz na to zdjęcia, odkryłam, że od tego czasu z tego stosika ubyła tylko jedna książka: Magdy Dygat Biedna pani Morris. To wszystko przez to, że w tzw. międzyczasie kupiłam 14 książek, które od razu po kupieniu zaczęłam czytać (pozostałe przeczytane książki też nie pochodziły ze stosiku, tylko albo "od kogoś", albo z biblioteki). Czyli z książkami mam jak z wełną, jeżeli zaraz po zakupie nie wezmę jej do ręki, chwilę później mam już inny pomysł i odkładam „na później”.

W tym miesiącu też kupiłam więcej niż przeczytałam i na dzień dzisiejszy stosik 2010 wygląda tak:

E. Safak  Bękart ze Stambułu - bo Padma.

M. Forman  Moje dwa światy - bo czeskie, a tego miało być w tym roku jak najwięcej.

M. Viewegh Zapisywacze ojcowskiej młości - j.w.

W. Aksionow  Moskwa Kwa Kwa - bo dawno nie czytałam czegoś rosyjskiego

ZZ. Packer Pijąć kawę gdzie indziej - bo gdzieś czytałam o tej autorce i postanowiłam "sprawdzić"

C. Sanchez -Andrade Coco - bo po obejrzeniu o niej filmu chciałabym się  dowiedzieć czegoś więcej.

niedziela, 25 kwietnia 2010

Wiosenne potyczki z codziennością

Pamiętałam, że posprzątanie ogrodu po zimie jest możliwe. Ale jak przychodziło co do czego, możliwe wydawało mi się niemożliwe. Nawet wzięłam dzień urlopu, tyle że akurat tego dnia ogarnął mnie taki leń, że za wiele nie zrobiłam. Skończyło się na tym, że ktoś inny za pieniądze zrobił to co było do zrobienia i teraz będę tylko sadzić kwiatki i skubać chwasty.

Słowem - dopóki trawa nie odrośnie - sama przyjemność.

Przez chwilę rozważałam kupienie kompostownika - na Allegro są  estetycznie plastikowe pojemniki, do których podobno chwilę po wrzuceniu góra zielska i dołożeniu paru tabletek, wyjmuje się dolną szufladką kompost. Są tylko dziwnie cosik małe. W tej sytuacji  przerobiłam  stary kompostownik - porządnie zbiłam w nim deski i podzieliłam na dwa korytka: do jednego zwaliłam zeszłoroczny "zbiór" (w przyszłym roku powinien być już z tego kompost), do drugiego będę wrzucać dopiero w tym roku.


W wolnych chwilach gdy nie myślałam o ogrodzie, wpadłam na pomysł jak nosić szale:


Bez tej zapinki szal mi się albo merdał, albo kończył zawinięty wokół szyi jak szalik. A tak można go udrapować, biegać po mieście i wyglądać jak dama (no może z tym ostatnim to lekko przesadziłam). Sama zapinka mogłaby być bardziej twarzowa - na próbę kupiłam najtańszą, teraz poszukam ładniejszej.

Skończyłam Percy.


Ale kończyłam już go "bez serca". Początkowo tak bardzo chciałam go jak najszybciej skończyć, że nie przeszkadzał mi nawet popełniony błąd w bordiurze. Potem doszłam do wniosku, że skoro nie mam do tej chusty serca, więc pewnie ją komuś sprezentuje i  warto by nie miała aż takich niedoróbek. Sprułam i zrobiłam bordiurę jeszcze raz. Zabrało mi to kolejny wieczór - tempo w jakim Dagny robi chusty jest dla mnie niepojęte.

W planach kolejna chusta. Po raz pierwszy z  cienkiej i nie mechacącej się włóczki. Kolejne podejście do estońskiego wzoru Sofia kiri (pisałam o nim tu).


W tym tygodniu wreszcie odbyły się Szarotki. Uczestniczek ze spotkania na spotkanie coraz więcej. Poza tym co zwykle, tym razem zaprezentowane zostało bardzo zmyślne urządzenie do zwijania wełny.


Ma jedną wadę - jest ciut za drogie (pełny komplet ponad 300 zł). Przy takim drutowaniu jak moje szanse  na amortyzację zerowe.

Co innego urządzenie zakupione przez Jacka. Palacze są teraz naprawdę biedni - nie dość że  są coraz bardziej dyskryminowani, by nie pójść zupełnie z torbami, muszą jeszcze znaleźć czas na ręczne kręcenie papierosów.


Przy okazji pobytu w Otwocku kolejny raz przekonałam się, ze podstawą w drutowaniu jest wełna. Gumiś zrobił najprostszy sweter z możliwych, ale z takiej wełny, że dech zapiera.


A w mojej wsi wielka zmiana. Po dwuletniej budowie oddano wreszcie do użytku parking koło dworca. W tym tygodniu odbieram rower z wiosennego przeglądu i wykupuję karnet.


czwartek, 22 kwietnia 2010

Nagrody Literackie (4)

Przeczytałam już ksiązki z mojej wyzwaniowej listy i teraz czytam to co sobie po drodze, dzięki temu wyzwaniu  "wynotowałam".

Booker Prize

Arundhati Roy - Bóg rzeczy małych

Zachwyciła mnie ta książka poezją języka, który pachnie kolorami indyjskich przypraw, są w nim słonie z powykręcanymi trąbami i dużo pięknych drobiazgów w zaśmieconym krajobrazie. W dodatku z poutykanymi wszędzie aforyzmami. Uniwersalnymi:

Wiesz co się dzieje gdy kogoś zranisz? Zaczyna cię mniej kochać. Taki skutek mają nieostrożne słowa. Ludzie zaczynają cię mniej kochać.

I takimi na czasie:

To dziwne, że czasami wspomnienie śmierci trwa znacznie dłużej niż wspomnienie życia, które śmierć zabrała.

Opowieść o spętanych nie tylko kastowymi  przesądami więzach rodzinnych, chociaż to o czym opowiada, czyli że wszystko może się zmienić w jeden dzień, może zdarzyć się wszędzie, niekoniecznie w Indiach.

Wychowywane przez rozwiedzioną matkę bliźniaki Rachel i Estha nie zdają sobie sprawy, że świat ich dzieciństwa zmierza do katastrofy. Razem z nimi zmierzamy do dnia, w którym wszystko się zmieni, przy czym opowieść zatacza kręgi, tak że czasami wybiega naprzód i nie wiedząc jeszcze co się zdarzyło, spoglądamy na ten dzień z perspektywy dorosłej Rachel.  Przejmująco opowiedziane jak ci którzy w środku są  nieszczęśliwi, rozładowują dławiące ich emocje, krzywdząc słabszych od siebie.

W zeszłym roku bardzo mi się spodobały Rozmowy nad Nilem Nadżiba Mahfuza. W planach mam  przeczytanie, zachwalanej na niejednym blogu książki za którą dostał Nobla, czyli Opowieści starego Kairu. Po drodze przeczytałam jego Złodzieja i psy.

 

Aż tak urokliwa jak jego Rozmowy nad Nilem to ta książka nie jest, ale też warta przeczytania. Opowieść rozpoczyna się w momencie gdy Said Mahran wychodzi z więzienia. Siedział tam za kradzieże, z tym że kradł nie tylko dla siebie, wspierał również w ten sposób buntujących się studentów. Gdy on siedział, zmeinił się świat się, żona odeszła do innego a ci których wspierał, pourządzali się w dorosłym życiu. I to nie najgorzej. Said Mahran nie tylko nie umie się z tym pogodzić, ale dyszy nienawiścią i potrzebą zemsty. Dobra opowieść o degradującej sile tych uczuć.

Obie książki były dobre, ale wpadłam na pomysł nowego tagu "świetna książka" dlatego że przeczytałam jeszcze jedną  (potem dodałam ten tag jeszcze do kilku tegorocznych notek).

O Nadchodzi noc Carla-Henninga Wijkmarka dowiedziałam się tu. Natychmiast zaczęłam tej książki szukać, z takim skutkiem, że zanim ją znalazłam, kupiłam bardzo dużo innych książek.

Wieki temu czytałam podobna książkę: W wolnych chwilach przed śmiercią - do dziś ją pamiętam. Tyle, że tam było biograficznie i o białaczce, z której autorce udało sie wyleczyć. Tu wprawdzie nie reportaż, a literatura, ale napisane językiem bliższym temu pierwszemu. Zapis szpitalnego umierania. Etap po etapie. O czym się myśli, o czym się śni, jak się powoli obojętnieje. Powiedzieć, że przejmujące, to mało. Bardzo przejmujące.

A i bez takich książek ciężko na duszy  wiosną, o mało wiosennych temperaturach. Zwłaszcza jak się przeczyta coś takiego. To że przestałam słuchać Trójki, to jeszcze nie powód by tę stację aż tak bezcześcić.

 

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli