poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Drutująca babcia

 

Płeć wnuczęcia do dnia porodu ma znać tylko lekarz. Do takiej sytuacji pasuje jak ulał amarantowo-turkusowa Lana Grossa, czyli dwa w jednym, różówa i niebieska zarazem.

Na pierwszy ogień poszły butki.

Ponieważ trudno robić dwa na raz, a drugi musi być taki sam jak pierwszy, zapisywałam co robię.  A że robiłam z głowy, to powstał wzór na najprostsze buciki dla niemowlaka.

Na początek podeszwa. Nabrałam 29 oczek (trzeba nabrać tyle, by po złożeniu na pół stanowiło to mniej więcej 3/4 długości podeszwy). Aby było w miarę płasko warto skorzystać z metody single cast-on (żeby się nie rozjeżdżało, nie liczę tego pierwszego, łańcuszkowego oczka, które na koniec pruję). 

Potem na dwóch drutach ściegiem francuskim (czyli same prawe)  - znakiem " +" zaznaczyłam miejsca dodawania oczek (kfb, czyli na Youtubie:  knit front and back) :


Podeszwę warto robić na dużo cieńszych drutach niż resztę, tak by była sztywniejsza.

W tym miejscu trzeba niestety przesiąść się na 5 drutów i po złożeniu na pół, wkłuwając w powstały bok nabrać tylne oczka - w moim przypadku było ich 9.


Wygląda to tak:


W tym momencie trzeba podjąć decyzję o tym jak butek ma wyglądać. 

Można zrobić kilka rzędów ściegiem francuski i będzie  z wysokim podbiciem. Ja zrobiłam prawie na płask (jest tylko jeden rząd ściegiem francuskim.


Z przodu można zbierać pośrodku, przerabiając trzy oczka razem na prawo (ale tak przedtem przekładając ich kolejność na drucie, by to środkowe, było "na wierzchu"). Ja zaczęłam zbierać zaraz po przerobieniu jednego rzędu ściegiem francuskim. Przód wyrabiałam zbierając w każdym rzędzie, piętę zbierając w co drugim.


Na schemacie wyglądało to tak:

Efekt końcowy jest taki:

Teraz zamierzam przestudiować czapeczkę w ząbek.

niedziela, 24 kwietnia 2011
Gastrozagłada

Gastrozagłada - tak mój synek celnie określił to, czego doświadczyliśmy w pierwszy dzień świąt.

Zanim nadeszły  święta, z myślą o zdychającej baterii, zamówiłam w necie nowy telefon. Ale kupowanie w Internecie wcale nie jest takie fajne, bo na koniec pojawiają się schody, czyli dostarczenie przesyłki.  Firmy kurierskie założyły, że obsługują głównie nie pracujących rentierów i to do nich dostosowały swój profil usług. Pozostali powinni według nich wziąć urlop, nie wychodzić z domu i czekać.  Jest jeszcze możliwość przekierowania do sąsiadów, ale tylko wtedy gdy odbierze się telefon stojącego pod zamkniętymi drzwiami kuriera. Jak się to nie uda, ma się prawo do jeszcze jednej próby. Jak znów nie uda im się doręczyć tej cholernej przesyłki, trzeba odebrać z magazynu. Na razie w sobotę pojechałam do Złotych Tarasów i kupiłam telefon przewodowy za 30 zł. I jak na złość kilka dni temu musiała być dostawa, bo w Saturnie na półce stał czarny Swissvoice Epure. Gdybym to ja wcześniej wiedziała, to bym w necie nie kupowała !

Do kin w tym tygodniu nie tylko nie wszedł żaden nowy film, ale dodatkowo kina jeszcze ograniczyły ofertę. Więc obejrzałam kolejny bardzo taki sobie film.

Nie wiem co się krytykom w nim podoba. Sam pomysł świetny, ale to za mało. Dwie starsze (mocno po 60-tce) panie po latach przypadkiem znów się spotykają. Znały się dawno, jako podlotki, przez rok się nawet bliżej przyjaźniły. Przeszły przez życie krańcowo różną drogą. Jedna w stabilnym, bezpiecznym i trochę nudnym małżeństwie. Druga jako nauczycielka muzyki w konserwatorium, samotna, jeżeli były w jej życiu związki, to raczej lesbijskie. Takie spotkanie po latach wystarczy na dobry film. Ale moim zdaniem reżyser przedobrzył i dodał tu wątek homo-romansu.  Jak dla mnie tu akurat mało strawny


Książka też taka sobie

Cztery współczesne opowiadania. O warszawskiej rodzinie prywaciarzy, która gdy nastał dziki kapitalizm dorobiła się fortuny, ale miała dwie córki na wydaniu i ta fortuna tej która poszła za głosem serca szczęścia nie dała. O tym jak różnie ułożyło sobie życie liczne rodzeństwo, które na starcie sprzedało ojcowiznę. O biednym chłopcu wychowanym w cieniu wielkiej rodzinnej chwały, który bardzo kochał pieniądze. I o starszej pani, która kiedyś występowała na estradzie i chciałaby raz jeszcze.

W stylu i manierą Balzaka. I jak to u Dehnela, napisane ładną frazą. Takie to wszystko trochę serialowe, ale pasuje do konwencji. Zirytowały mnie publicystyczne wtręty. Nie lubię tego samego i tych samych co Dehnel. Tyle, że tego typu książki to nie miejsce na takie emocje, czy puszczanie oczka do czytelników.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Święta sprzątania

Jak co roku, zanim nadejdą te właściwe święta, trwają święta sprzątania. Czyli zanim zmęczy nas jedzenie, męczymy się krzątając po obejściu. Wprawdzie Kaliningrad spowity kurzem i do świąt to się pewnie nie zmieni, ale to dlatego, że sprzątałam u mamy i chwilowo mam dość.

Naszło mnie w związku z tym wiele refleksji - między innymi uświadomiłam sobie, do jakiego stopnia i w jakim tempie przyłączyliśmy się do cywilizacji producentów śmieci. Moja mama została w starych czasach - to co zepsute, chce reperować.  Nie widzi powodu pozbywania się rzeczy  sprawnych, nawet jeżeli są  mało funkcjonalne. Pomysł by wymienić coś tylko dlatego, że jest brzydkie uważa za niedorzeczny. I tak, to co ja odkładam na stertę "do wyrzucenia", ona odkłada na bok.  Dawniej, gdy nie zamykano jeszcze śmietników, też segregowałam rzeczy i te "najporządniejsze" stawiałam obok. Ale jak stało się to niemożliwe, szybko  przestawiłam się na "wyrzucanie". Ona, mimo że kosztuje ją to sporo zachodu, dalej stara się to oddać, tak by ktoś z tego jeszcze "skorzystał".

Następnie, po pozbyciu się starych rzeczy, dom wypełniają nowo zakupione sprzęty - co z tego, że ładniejsze, skoro  jeszcze mniej trwałe od poprzednich? W dodatku to by były "ładniejsze" też nie zawsze jest łatwe do zrealizowania. Od ponad miesiąca szukam nowego telefonu stacjonarnego - w starym bateria starcza już tylko na kilka minut Najchętniej kupiłabym mixa - czyli tradycyjny telefon z dodatkową bezprzewodową słuchawką. Takich nie ma - są albo tradycyjne, albo bezprzewodowe. Wolałabym też by mniej przypominał komórkę - większą słuchawkę łatwiej trzyma się tylko brodą,  co umożliwia umilanie sobie znienawidzonego prasowania gadaniem przez telefon.

Znalazłam tylko jeden model spełniający taki warunek - jak na świat rozpasanej konsumpcji, nie jest to oszałamiający wybór.

 

Skończyłam w końcu sweterek dla małego Leona. Moim zdaniem, takie ze sklepu są ładniejsze.

Nawet doszycie ładnych guziczków, niewiele zmieni.

Pod Prąd

 

Latynoski Brokeback Mountain. Mała rybacka wioska w Peru. Młody przystojny rybak Miguel ma żonę w zaawansowanej ciąży i kochanka - "obcego", zamożnego malarza, który nie uczestniczy w życiu wioski, tylko z dystansu je fotografuje. Miguel miota się między żoną a kochankiem, nie potrafiąc się zdecydować. W pewnym momencie kochanek znika, tyle że Miguel tak intensyfikuje swoje "miotanie", że tajemnica wychodzi na wierzch. Jak dla mnie za dużo o rozterkach Miguela, za mało o mieszkańcach wsi. Ciut za ckliwy ten melodramat. Gdyby nie postać żony, to by było jeszcze gorzej. A dzięki niej, chwilami jest ten film nawet i ciekawy.

Hiszpański cyrk

Wydziwiony ten film strasznie. Dwóch klaunów walczy o miłość pięknej akrobatki. W tle historia Hiszpanii w XX wiek (wojna domowa, reżym Franco). Trochę w tym bajki, dużo komiksu, sporo też groteski. Słowem miszmasz, ostro podlany cyrkową przesadą. Aluzji do historii tyle, że można ten film odczytywać jako alegorię politycznej walki dwóch zwalczających się na śmierć i życie stron. Z tym, że zbyt mało znam historię Hiszpanii, bym zrozumiała wszystkie podteksty i symbolikę wielu scen.

Jak dla mnie za dużo symboliki, a za mało dobrego kina.


piątek, 15 kwietnia 2011
Przeczytane

Dobrnęłam w końcu do końca książki Magdaleny Środy.

Trochę się już zdezaktualizowała. 

 Zdecydowanie wolę Magdalenę Środę w roli naukowca, niż polityka.  Książka trochę "obok" - zbyt podręcznikowa jak na głos w publicznej debacie, a jak na coś "mądrzejszego" zbyt wiele w niej publicystyki i to nie najwyższych lotów.  Zawsze można wyłuskać trochę ciekawych anegdot.  Przemówiła do mnie historyjka o jednym z posłów:

Poszłam kiedyś na posiedzenie sejmowej komisji do spraw mniejszości. Wzięłam ze sobą mnóstwo dokumentów. Chciałam przekonać posłów, że w Polsce jest dyskryminacja i ustawa dotycząca mniejszości jest potrzebna. Miałam ze sobą raporty i sprawozdania dowodzące zachowań ksenofobicznych i agresji, na przykład wobec czarnych zawodników na stadionach piłkarskich. Większość członków komisji była nieczuła na wszelkie argumenty, obstając przy stanowisku, że dyskryminacja w Polsce jest wymysłem feministek i marginesu politycznego. Wiceprzewodniczący komisji, niejaki poseł Lisak, znany z oglądania pism pornograficznych w cza­sie obrad sejmu, na przytaczane przeze mnie przypadki upokarzania (a było ich niemało), a nawet pobicia czarnych zawodników, powiedział mi: „Pani minister, pani nie rozu­mie ducha sportu!! Tu nie chodzi o to, że oni są czarni, ale oto, że źle grają.

Gdyby w przestrzeni publicznej było więcej takich kobiet jak M. Środa, to pewnie i feminizm byłby wyżej w rankingu. Ale niestety można je policzyć na palcach jednej ręki, więc jest jak jest. 

A ja chyba też i nie jestem targetem tej książki - nie trzeba mnie do niczego przekonywać.

  

Serhij Żadan ma dziś 37 lat. Od kilku lat Wydawnictwo Czarne wydaje jego powieści i jak wynika z zapowiedzi wydawniczych, wszystkie jego książki opowiadają o  współczesnej Ukrainie po upadku ZSRR.

Hymn demokratycznej młodzieży opowiada o współczesnym Charkowie. W kilku, luźno ze sobą połączonych rozdziałach przedstawia troglodytów postkomunistycznego społeczeństwa - młodych, silnych, nie za mądrych skinopodobnych biznesmenów w białych skarpetkach, którzy usiłują sobie dać radę w nowej rzeczywistości. Pomysłów mają sporo (m.in. gejowski klub, krematorium), wszystko w najlepszym wypadku na granicy prawa. W świecie, o którym opowiada S. Żadan,  nie tylko nie ma społeczeństwa obywatelskiego i nikt nie myśli o jego zbudowaniu - tam nie żadnego społeczeństwa, które stanowiło by oparcie . Jest  tylko twarda walka o byt, jak zaczyna się jeden z rozdziałów tek książki: Demokracja zaczyna się wtedy, gdy zabijają twojego dilera.

Dość dobrze napisane. Z tym że do bólu przygnębiające.

  

Stefania Grodzieńska - Urodził go "Niebieski Ptak"

 

Urodził go „Niebieski Ptak to opowieść o Fryderyku Járosym. Ale nie tyle o całym jego życiu, ale o latach 37-44, gdy bardzo blisko przyjaźnił się ze Stefanią Grodzieńską i jej mężem, Jerzym Jurandotem.

Budzi szacunek to w jaki sposób S.Grodzieńska pisze o latach 1939-1945 - bez epatowania heroizmem czy martyrologią i jak życzliwie pisze o ludziach. W posłowiu  tak odnosi się do często formułowanej pod adresem jej wspomnień uwagi:

„Pani musiała mieć niezwykłe szczęście w życiu, spotykać zawsze takich wspaniałych ludzi". Otóż wcale nie. Jak każdy, spotykałam w życiu ludzi różnych. Nie omijały mnie nieprawości, złośliwości, intrygi, wreszcie podłości. Tylko nie chcę o nich pamiętać. Po co?

Można się od niej uczyć uśmiechu do życia.

I jak to u Grodzieńskiej anegdota, goni anegdotę. Mnie najbardziej do gustu przypadła ta:

Pan P miał romans z żoną wspomnianego prominenta. Niestety, piękna pani mogła przychodzić na romantyczne spotkania tylko w godzinach rannych pod pozorem bywania u kosmetyczki czy innej masażystki. Mundek Minowicz wychodził na próbę dopiero o dziesiątej, więc trudno było wymagać, żeby się kręcił po ulicy. Zresztą, para była tak zatokowana, że nie zwracała uwagi na współlokatora, siedzącego cichutko w swoim kąciku za szafą, czytającego albo uczącego się roli

Pewnego dnia rozległo się walenie i kopanie w drzwi, po chwili zostały one wyważone i do pokoju wpadł mąż prominent, zastając zakochanych w krytycznej sytuacji. Jak na prominenta przystało, zbił honorowo pana P., zabrał niewierną i poszedł.

Pan P. poddał się obdukcji i zaskarżył prominenta do sądu. Minowicz został powołany przez oskarżonego na świadka na okoliczność emocjonalnego powodu masakry.

- Kto znajdował się w pokoju oprócz świadka?

- Nie mam pojęcia.

- Czy ktoś wszedł? A może przedtem walił w drzwi? A może je wyważył?

- Nie zauważyłem.

- Co świadek takiego robił, że był w pokoju i „nie zauważył"?

- Czytałem gazetę.

 


poniedziałek, 11 kwietnia 2011
W biegu

Dalej jest tak, że w najpóźniej w niedzielę mam zajęty cały "karnecik" na przyszły tydzień. W tym tygodniu nie miałam nawet kiedy pójść do kina. A wyjątkowo było co oglądać - w Lunie nie czekali na lato i już teraz zorganizowali  festiwal Lato Filmów.

Poniedziałek i wtorek - Konstancin.

Pewnie za jakiś czas pojawi się w gazecie notka o pożarze, w którym spłonęła kolejna zabytkowa willa. Nawet jak ktoś to kupi, pewnie nie będzie mu się chciało remontować tego domu. A takich domów  jest w Konstancinie więcej.  Ale z drugiej strony - z tym, że byłam tylko na bardzo krótkim spacerze - żaden jakiś koszmarny gargamel mi w oczy nie wpadł. Więc może ktoś jednak tam czuwa nad architekturą?


Nasza konferencja była zorganizowana w miejscu, które albo ktoś szybko kupi i wyremontuje, albo powoli zacznie popadać w ruinę.

Zauważyłam jedną śmieszną rzecz: teraz jak się prosi o klucz, od razu dostaje się hasło do Wi-Fi. A potem przy stole wszyscy uczestnicy dzielą swoją uwagę między prelegenta, a swoje laptopiki (nie muszę dodawać, ze zwyciężają te ostatnie).

W ostatnich Wysokich obcasach jest felieton Hanny Samson - zżyma się na Agatę Tuszyńską za książkę o Wierze Gran. Według niej nie uszanowała tego, że W. Gran wycofała się z życia publicznego i  wykorzystując jej chorobę psychiczną, podstępnie wkradła się w jej łaski, zdobywając w ten sposób  garść potrzebnych informacji. Moim zdaniem nie ma racji - dzięki tej książce nie pojawią się kolejne oskarżenia o kolaborację  I trudno czynić zarzut, że A. Tuszyńska dystansuje się od wersji W. Gran - według mnie wystarczy, że ją przedstawia. Nie ma żadnych dowodów, że to W. Szpilman  oskarżał W. Gran. Chociaż, trzeba przyznać, że kilka rzeczy w jego postępowaniu dziwi - przez ponad rok dzień, w dzień akompaniował jej, gdy śpiewała w kawiarni Sztuka, przeżyli tylko oni, wszystkich wspomina, jej nigdy.

W pociągu coraz większy tłok - wygląda na to, że coraz więcej dojeżdżających rezygnuje z samochodu. Nie oglądam telewizji, więc nie wiem czy w Japonii już rozpoczęto budowę pomnika upamietniającego ofiary ostatniego trzęsienia ziemi. Może nie mają na to czasu, bo budują drogi?

W każdym razie jeżeli to co tu piszą jest prawdą, to w ciągu 6 dni u nich potrafi zajść taka zmiana:

Wcale nie dziwię się mojemu synkowi, który ze strachu przed ostatnią niedzielą, pojechał stopem do Bośni.

Projekt Babcia, wszedł w nową fazę. Zgodnie z ludowym przesądem można już gromadzić rzeczy. Pierwsza partia to zrzut rzeczy, z których dziecko urodzone kilka miesięcy temu zdążyło już wyrosnąć.

Ja w tym tygodniu zamawiam wełnę na kocyk.

Sweterek dla Leona przyrasta w takim tempie, że jak się nie pospieszę, to zanim skończę, Lewek zdąży z niego wyrosnąć.

Sweterek sfotografowałam na chuście Ańćki - fajny wzór, wygląda na prosty, a jest bardzo efektowny. Na wieszaku siedzą dwie żabki - dostałam je w prezencie od Ańćki - służą do popinania doniczkowych pnączy. Przydatne i pomysłowe.


piątek, 08 kwietnia 2011

Nocne Lektury (2)

Dag Solstad – Noc profesora Andersena

Dziwna książka.

Na pewno nie jest kryminałem, a tego można się spodziewać po przeczytaniu informacji na okładce:

Pål Andersen, pięćdziesięciopięcioletni profesor literatury i zdeklarowany ateista, spędza samotnie Wigilię w swoim mieszkaniu w Oslo (…) Obserwując przez okno budynek naprzeciwko, staje się przypadkowym świadkiem morderstwa: na jego oczach młoda, nieznana mu kobieta zostaje uduszona przez obcego mężczyznę. Profesor Andersen w pierwszym odruchu sięga po telefon, żeby zadzwonić na policję. Z powodów, które nie do końca sobie uświadamia, czuje jednak, że nie może tego zrobić i odkłada słuchawkę. Zamiast zgłosić zajście, zaczyna potajemnie obserwować mordercę.


To, że ta opowieść zaczyna się w wigilijny wieczór też jest bez znaczenia dla dalszych wydarzeń (chociaż można na tę książkę spojrzeć też i jak na współczesną, posępną wersję opowieści wigilijnej). Podobnie jak w tamtych opowieściach, ludzie są przeraźliwie samotni, tyle że świat w którym żyją jest taki, że się przeciw temu ani nie buntują, ani też nie szukają ciepła, czy bliskości.

Pål Andersen, po tym, jak nie zawiadomił policji, powoli oddala się od tych nielicznych ludzi, z którymi utrzymuje towarzyskie kontakty. Doskonale sobie zdaje sprawę z tego co zrobił. Niezrozumiałe jest dla niego, to dlaczego. Jeszcze większa zagadką jest to, że czas gdy można było to jeszcze "naprawić", spędził na rozważaniu, co powstrzymuje go od działania.  Dyskutuje sam ze sobą, rozważa za i przeciw. Zastanawia się nad sobą, swoim pokoleniem, które po buntowniczej młodości, wygodnie urządzone wiedzie po części próżniacze życie. Niektóre z jego przemyśleń są nawet ciekawe. A że książka cienka, to nie zdążą znudzić.

To co ma ta książka wspólnego z kryminałem, to że równie szybko jak się ją czyta, chwilę później "wyparowuje" z głowy.

 

Nie można tego powiedzieć o drugiej przeczytanej przeze mnie książce - Oskarżona Wiera Gran Agaty Tuszyńskiej.

Choć żyją jeszcze ostatni świadkowie opisywanych wydarzeń - Wiera Gran umarła w 2007 roku - prawdopodobnie nigdy nie poznamy odpowiedzi na zadane w tej książce pytanie: kto i za co mścił się na niej przez całe jej życie?

Wiera Gran przed wojną śpiewała w warszawskich kabaretach. W czasie wojny występowała w jednej z kawiarni w warszawskim gettcie. Z tych co w niej wówczas występowali, przeżyła tylko ona i Władysław Szpilman. Jeszcze zanim zaczęła się likwidacja getta, jej mąż załatwił jej przedostanie się na aryjską stronę - znalazł pracę w Babicach (był lekarzem) i tam bezpiecznie doczekali końca wojny. Tuż po wojnie Wiera Gran została oskarżona o kolaborację - W. Szpilman nie tylko jej nie pomógł, ale poparł te oskarżenia. Doszło do procesu sądowego, w którym została oczyszczona z zarzutów.

W tym momencie zaczyna się właściwa opowieść. Przez następne lata nie mogła nigdzie rozwinąć skrzydeł, bo gdzie by się nie zjawiła (wyjechała z Polski w 1950 roku), szły za nią oskarżenia o kolaborację.  Cały czas ktoś za coś się mścił i mimo upływu lat, robił to z taką samą, niszczącą siłą.

Wszystko wskazuje na to, że Wiera Gran nie była kolaborantką, nie znaleziono na to żadnych "twardych" dowodów. A ci którzy tuż po wojnie "legitymowali" prawdziwość wysuwanych pod jej adresem oskarżeń (np. Marek Edelman) po latach przyznali, że nie mieli żadnej wiedzy na ten temat, tylko powtarzali, to co wówczas na jej temat się mówiło.  Kto i dlaczego zniszczył jej życie nie wiadomo.

Przekonywująco  nigdy tego też nie wyjaśniła Wiera Gran. W czasie gdy dotarła do niej A. Tuszyńska, była już bardzo chora, cierpiała na manię prześladowczą. Tłumaczenie, że w ten sposób W. Szpilman zamykał jej usta, by nie opowiedziała światu, że był w gettcie policjantem nie brzmi wiarygodnie. Gdyby tak było, ktoś inny poparł by jej zeznania, W. Szpilman był zbyt znany by ktoś jeszcze, poza nią, nie zapamietał go w czapce policjanta.  Nawet jeżeli W. Szpilman za tym stał, to nie z podawanego przez nią powodu.

Intrugująca historia. Szkoda, że pozostanie tajemnicą


poniedziałek, 04 kwietnia 2011
Pierwsza niedziela miesiąca

A więc Szarotki.

A na nich demonstracje zbiorów:


 

Możliwość skorzystania ze zdobyczy techniki:


i pochwalenia się, że nie tylko drutami człowiek żyje (na zdjęciu Eugenia Gackowej):


Do mnie jakoś lalki zupełnie nie przemawiają. Po zrobieniu babcinego kapturka, zabrałam się za kolejną zaległą robotę - sweterek, który ma być dopełnieniem bucików. Mały Leon występuje na Fejsie jako Lewek, zapytałam więc pana Gugla o jakieś wzory z lwem, wybrałam taki:


I się robi:

 

Na dworze wiosna, więc optymistycznie. Nie skarżę się na swój los, bo znam proporcje i zdaję  sobie sprawę, że jest dobrze, a nawet bardzo dobrze. Jest tylko jedno małe ale -  najbardziej ze wszystkiego lubię się zajmować sobą, a na to zupełnie nie mam czasu.

W tym roku nie miałam jeszcze nawet czasu wyjść do ogrodu. Może i ten ogród ma, jak pisze Hrabina, niesamowity potencjał, ale sam ogród beze mnie nic nie zrobi. Tymczasem ja już trzeci rok z rzędu obiecuję,  że po przekwitnięciu zrobię coś z tym kretyńskim szpalerem żółtych krokusów. Jak przekwitną zapominam o tym, że miałam rozsadzić bulwy. I tak do następnego roku ...


Przez pamięć dla 4 miesięcy, 3 tygodni, 2 dni poszłam na Peryferie tego samego reżysera. Uprzedzali, że tym razem mu się nie udało, więc też i tak bardzo się nie zawiodłam.

Wydumane.  Kobieta zostaje wypuszczona na jednodniową przepustkę z więzienia. Korzystając z tego, spotyka się z rodziną, z byłym facetem i z oddanym do sierocińca synem. Rozpaczliwie chce coś zmienić, planuje ucieczkę, ale jej pomysły są mało realne. W dodatku, jeżeli coś może pójść źle, to wychodzi jej jeszcze gorzej, niż można to było wcześniej zakładać. Trochę jednak za dużo w tym filmie beznadziei, trudno tylko z tego utkać dobry film. Za to nie przypominam sobie aktorki, która miałaby aż tak dzikie zielone oczy jak odtwórczyni głównej roli. W wielu scenach gra tylko tymi oczami. I to wystarczy.

Dawno się tak nie nacięłam. Czułam, że może być nie halo,  idąc do kina kupiłam Co jest grane, zobaczyłam 4 gwiazdki i na swoją  zgubę poszłam.

Dno.

Film opowiada o latach siedemdziesiątych. I jest nakręcony tak, jakby powstał kilkadziesiąt lat temu. Tyle, że tamte komedie francuskie były śmieszne, ta nie jest. Jedna gwiazdka więcej dla Catherine Deneuve. Lubię ją, tyle że tym razem zagrała w fatalnym filmie. Przesłanie tego filmu jest takie, że nadchodzi czas kobiet. W tym przypadku bardzo aktualne jest powiedzenie: Boże chroń mnie przed przyjaciółmi z wrogami sam dam sobie radę

Kolejna przeczytana książka, to zbiór reportaży Martina Pollacka Dlaczego rozstrzelali Stanisławów.


 Podobnie jak jego rodak, Karl-Markus Gauß, Martin Pollack jest zafascynowany Europą środkową, historiami które działy się w jej małych miasteczkach, których bohaterami byli ich zapomiani przez historię mieszkańcy. Tyle, że Gauß dużo ciekawiej o tym pisze.

Kilkanaście ni to esei, ni to reportaży. Niektóre lepsze, niektóre gorsze. Te "gorsze" to reportaże z naszej części Europy z lat dziewięćdziesiątych. Siłą rzeczy straciły już na aktualności, a nie mają "historycznej" podbudowy,  jak te  "lepsze",  które sięgają dawniejszych czasów.

Dwóch tytułowych Stanisławów, to robotnicy przymusowi z jednej z podkrakowskich wsi. Wywiezieni do Austrii, byli dobrze traktowani przez swoich gospodarzy, spokojnie czekali tam czekali na koniec wojny i cieszyli się z tego że zbliża się  armia radziecka i będą mogli wrócić do swoich.  Rosjanie rozstrzelali ich jak tylko wkroczyli, w kwietniu 1945 roku. To co zaciekawiło M. Pollacka, to to, że nikt nie umiał wytłumaczyć dlaczego tak się stało.

Najbardziej zaciekawiła mnie przytoczona w książce wypowiedź Bułgara,  oburzonego tym,  że w Europie traktuje się ich podejrzliwie, jako po części "Azjatów", gdy tymczasem podczas wojny  jako jedyni otwarcie nie zgodzili się na wywiezienie Żydów i postawili na swoim. Nie wiedziałam o tym. Znałam historię Danii, ale nie Bułgrarii.


Zafascynowała mnie głupota zauważonej w metrze reklamy:

A może ja czegoś nie rozumiem?

 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli