poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Drutująca babcia

 

Płeć wnuczęcia do dnia porodu ma znać tylko lekarz. Do takiej sytuacji pasuje jak ulał amarantowo-turkusowa Lana Grossa, czyli dwa w jednym, różówa i niebieska zarazem.

Na pierwszy ogień poszły butki.

Ponieważ trudno robić dwa na raz, a drugi musi być taki sam jak pierwszy, zapisywałam co robię.  A że robiłam z głowy, to powstał wzór na najprostsze buciki dla niemowlaka.

Na początek podeszwa. Nabrałam 29 oczek (trzeba nabrać tyle, by po złożeniu na pół stanowiło to mniej więcej 3/4 długości podeszwy). Aby było w miarę płasko warto skorzystać z metody single cast-on (żeby się nie rozjeżdżało, nie liczę tego pierwszego, łańcuszkowego oczka, które na koniec pruję). 

Potem na dwóch drutach ściegiem francuskim (czyli same prawe)  - znakiem " +" zaznaczyłam miejsca dodawania oczek (kfb, czyli na Youtubie:  knit front and back) :


Podeszwę warto robić na dużo cieńszych drutach niż resztę, tak by była sztywniejsza.

W tym miejscu trzeba niestety przesiąść się na 5 drutów i po złożeniu na pół, wkłuwając w powstały bok nabrać tylne oczka - w moim przypadku było ich 9.


Wygląda to tak:


W tym momencie trzeba podjąć decyzję o tym jak butek ma wyglądać. 

Można zrobić kilka rzędów ściegiem francuski i będzie  z wysokim podbiciem. Ja zrobiłam prawie na płask (jest tylko jeden rząd ściegiem francuskim.


Z przodu można zbierać pośrodku, przerabiając trzy oczka razem na prawo (ale tak przedtem przekładając ich kolejność na drucie, by to środkowe, było "na wierzchu"). Ja zaczęłam zbierać zaraz po przerobieniu jednego rzędu ściegiem francuskim. Przód wyrabiałam zbierając w każdym rzędzie, piętę zbierając w co drugim.


Na schemacie wyglądało to tak:

Efekt końcowy jest taki:

Teraz zamierzam przestudiować czapeczkę w ząbek.

niedziela, 24 kwietnia 2011
Gastrozagłada

Gastrozagłada - tak mój synek celnie określił to, czego doświadczyliśmy w pierwszy dzień świąt.

Zanim nadeszły  święta, z myślą o zdychającej baterii, zamówiłam w necie nowy telefon. Ale kupowanie w Internecie wcale nie jest takie fajne, bo na koniec pojawiają się schody, czyli dostarczenie przesyłki.  Firmy kurierskie założyły, że obsługują głównie nie pracujących rentierów i to do nich dostosowały swój profil usług. Pozostali powinni według nich wziąć urlop, nie wychodzić z domu i czekać.  Jest jeszcze możliwość przekierowania do sąsiadów, ale tylko wtedy gdy odbierze się telefon stojącego pod zamkniętymi drzwiami kuriera. Jak się to nie uda, ma się prawo do jeszcze jednej próby. Jak znów nie uda im się doręczyć tej cholernej przesyłki, trzeba odebrać z magazynu. Na razie w sobotę pojechałam do Złotych Tarasów i kupiłam telefon przewodowy za 30 zł. I jak na złość kilka dni temu musiała być dostawa, bo w Saturnie na półce stał czarny Swissvoice Epure. Gdybym to ja wcześniej wiedziała, to bym w necie nie kupowała !

Do kin w tym tygodniu nie tylko nie wszedł żaden nowy film, ale dodatkowo kina jeszcze ograniczyły ofertę. Więc obejrzałam kolejny bardzo taki sobie film.

Nie wiem co się krytykom w nim podoba. Sam pomysł świetny, ale to za mało. Dwie starsze (mocno po 60-tce) panie po latach przypadkiem znów się spotykają. Znały się dawno, jako podlotki, przez rok się nawet bliżej przyjaźniły. Przeszły przez życie krańcowo różną drogą. Jedna w stabilnym, bezpiecznym i trochę nudnym małżeństwie. Druga jako nauczycielka muzyki w konserwatorium, samotna, jeżeli były w jej życiu związki, to raczej lesbijskie. Takie spotkanie po latach wystarczy na dobry film. Ale moim zdaniem reżyser przedobrzył i dodał tu wątek homo-romansu.  Jak dla mnie tu akurat mało strawny


Książka też taka sobie

Cztery współczesne opowiadania. O warszawskiej rodzinie prywaciarzy, która gdy nastał dziki kapitalizm dorobiła się fortuny, ale miała dwie córki na wydaniu i ta fortuna tej która poszła za głosem serca szczęścia nie dała. O tym jak różnie ułożyło sobie życie liczne rodzeństwo, które na starcie sprzedało ojcowiznę. O biednym chłopcu wychowanym w cieniu wielkiej rodzinnej chwały, który bardzo kochał pieniądze. I o starszej pani, która kiedyś występowała na estradzie i chciałaby raz jeszcze.

W stylu i manierą Balzaka. I jak to u Dehnela, napisane ładną frazą. Takie to wszystko trochę serialowe, ale pasuje do konwencji. Zirytowały mnie publicystyczne wtręty. Nie lubię tego samego i tych samych co Dehnel. Tyle, że tego typu książki to nie miejsce na takie emocje, czy puszczanie oczka do czytelników.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Święta sprzątania

Jak co roku, zanim nadejdą te właściwe święta, trwają święta sprzątania. Czyli zanim zmęczy nas jedzenie, męczymy się krzątając po obejściu. Wprawdzie Kaliningrad spowity kurzem i do świąt to się pewnie nie zmieni, ale to dlatego, że sprzątałam u mamy i chwilowo mam dość.

Naszło mnie w związku z tym wiele refleksji - między innymi uświadomiłam sobie, do jakiego stopnia i w jakim tempie przyłączyliśmy się do cywilizacji producentów śmieci. Moja mama została w starych czasach - to co zepsute, chce reperować.  Nie widzi powodu pozbywania się rzeczy  sprawnych, nawet jeżeli są  mało funkcjonalne. Pomysł by wymienić coś tylko dlatego, że jest brzydkie uważa za niedorzeczny. I tak, to co ja odkładam na stertę "do wyrzucenia", ona odkłada na bok.  Dawniej, gdy nie zamykano jeszcze śmietników, też segregowałam rzeczy i te "najporządniejsze" stawiałam obok. Ale jak stało się to niemożliwe, szybko  przestawiłam się na "wyrzucanie". Ona, mimo że kosztuje ją to sporo zachodu, dalej stara się to oddać, tak by ktoś z tego jeszcze "skorzystał".

Następnie, po pozbyciu się starych rzeczy, dom wypełniają nowo zakupione sprzęty - co z tego, że ładniejsze, skoro  jeszcze mniej trwałe od poprzednich? W dodatku to by były "ładniejsze" też nie zawsze jest łatwe do zrealizowania. Od ponad miesiąca szukam nowego telefonu stacjonarnego - w starym bateria starcza już tylko na kilka minut Najchętniej kupiłabym mixa - czyli tradycyjny telefon z dodatkową bezprzewodową słuchawką. Takich nie ma - są albo tradycyjne, albo bezprzewodowe. Wolałabym też by mniej przypominał komórkę - większą słuchawkę łatwiej trzyma się tylko brodą,  co umożliwia umilanie sobie znienawidzonego prasowania gadaniem przez telefon.

Znalazłam tylko jeden model spełniający taki warunek - jak na świat rozpasanej konsumpcji, nie jest to oszałamiający wybór.

 

Skończyłam w końcu sweterek dla małego Leona. Moim zdaniem, takie ze sklepu są ładniejsze.

Nawet doszycie ładnych guziczków, niewiele zmieni.

Pod Prąd

 

Latynoski Brokeback Mountain. Mała rybacka wioska w Peru. Młody przystojny rybak Miguel ma żonę w zaawansowanej ciąży i kochanka - "obcego", zamożnego malarza, który nie uczestniczy w życiu wioski, tylko z dystansu je fotografuje. Miguel miota się między żoną a kochankiem, nie potrafiąc się zdecydować. W pewnym momencie kochanek znika, tyle że Miguel tak intensyfikuje swoje "miotanie", że tajemnica wychodzi na wierzch. Jak dla mnie za dużo o rozterkach Miguela, za mało o mieszkańcach wsi. Ciut za ckliwy ten melodramat. Gdyby nie postać żony, to by było jeszcze gorzej. A dzięki niej, chwilami jest ten film nawet i ciekawy.

Hiszpański cyrk

Wydziwiony ten film strasznie. Dwóch klaunów walczy o miłość pięknej akrobatki. W tle historia Hiszpanii w XX wiek (wojna domowa, reżym Franco). Trochę w tym bajki, dużo komiksu, sporo też groteski. Słowem miszmasz, ostro podlany cyrkową przesadą. Aluzji do historii tyle, że można ten film odczytywać jako alegorię politycznej walki dwóch zwalczających się na śmierć i życie stron. Z tym, że zbyt mało znam historię Hiszpanii, bym zrozumiała wszystkie podteksty i symbolikę wielu scen.

Jak dla mnie za dużo symboliki, a za mało dobrego kina.


 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli