niedziela, 29 kwietnia 2012
Co ja tutaj robię

Dzięki temu, że mój synek skomentował na Fejsie poniższe zdjęcie, dowiedziałam się o istnieniu takiego czegoś:


 

W takich chwilach przypominam sobie słowa Kleyfa: nie fetysz granic mnie tu trzyma, lecz miejsca a w tych miejscach przyjaźń. Ale to piosenka mojej młodości, potem rzekomo miało być inaczej. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że powoli podział ze sfery symbolicznej przechodzi do instytucjonalnej (apteki) i "rozlewa" się dalej. Ale, że doszedł do kin to  - gdyby nie ta recenzja - bym się nie domyśliła:

I chociaż znalazł się w filmie słynny wiec w Tbilisi, na którym pięciu szefów państw - z inicjatywy Lecha Kaczyńskiego -po­parło Gruzję, wątek to, trzeba przy­znać, w filmie mocno skromny. Choć polska wersja „5 dni wojny" i tak na po­trzeby naszej publiczności została de­likatnie zmieniona- amerykańscy pro­ducenci zgodzili się, by film rozsze­rzyć o materiały dokumentalne z wy­stąpieniami Kaczyńskiego.

Nie pójdę na ten film i tyle. Pewnie dużo nie stracę. Ciekawe, czy pójdą wycieczki szkolne, na które pewnie dystrybutor,  dzięki temu "zabiegowi" liczy. 

Buduje za to życie moich ciotek, u których cały czas się coś dzieje.

Na przykład Staśka. Tej Staśka skończyła z kupowaniem kolejnych rowerów - ile w końcu można ich mieć, takich przerzutek by bez wysiłku dojechać do Wwy nie ma. Kupiła więc skuter, do kompletu dorzuciła działkę pracowniczą, tak że do zimy wracając z targu herbaty u niej pić nie będę.

Bo też i powoli posiadanie działki rekreacyjnej przez mieszkańca Brwi nabiera sensu - miasto zbliża się do nas wielkimi krokami. Rzut beretem od mojego domu, powstają dwie galerie handlowe. Jedną już niedługo otworzą:

Ale mieszkanie w mieścinie aspirującej do bycia miastem ma i swoje zalety, wreszcie zaczęli robić kanalizację i na mojej ulicy. 

Inna sprawa, że roboty zaczęli z zaskoczenia. A ja niczego nie świadoma, tego dnia wzięłam urlop i na dwunastą zamówiłam drzewo. Gdybym pospała godzinę dłużej, byłby  spory problem. Na szczęście zdążyłam wstrzymać roboty ziemne, "przyspieszyć" przyjazd drzewa i tym samym nie zmarnowałam dnia urlopu.

Funczal czeka na zszycie. Podłubałam też trochę szala. Ale chyba jednak do tego wzoru wykorzystam kupiony już dawno temu jedwab, a tę wełnę zatrzymam na wzór z estońskimi bąbelkami (marzy mi się Sofia Kiri, tylko nie wiem czy mi cierpliwości starczy).


Myślę też o tym, co zrobić z szarego kaszmiru. Spodobał mi się znaleziony w jednym z internetowych sklepów taki sweter.

Wzoru nie ma, ale można by pokombinować na bazie Effortless Cardigan. Tak na pierwszy rzut oka, w obu swetrach ten zwisający koniec tak samo wygląda.


Tyle, że boję się, że mi wełny nie starczy.

Na drutach w tym tygodniu mało co zrobiłam,  bo czytałam  Życie Keitha Richardsa.


W swojej autobiografii K. Richards najwięcej pisze o swoim ćpaniu i pisaniu piosenek. Czasami ciekawie, czasami przeraźliwe nudno. Jak dla mnie, książka mogłaby być albo trochę bardziej skondensowana, albo opisywać więcej, bo im bliżej dzisiejszego dnia, tym mniej konkretów. Jak na razie, ze wszystkich przeczytanych biografii rocka, napisana przez P. Normana biografia J. Lennona była najlepsza. Z tym, że jedną rzecz mają te książki wspólną - w obu najciekawsze są te fragmenty, które opisują drogę na szczyt. 

Książka to autoportret mega popaprańca - pytanie jakim cudem przeżył pozostaje bez odpowiedzi. Przez 10 lat jako "książe ciemności" utrzymywał się na pierwszym miejscu listy artystów którym grozi śmierć  i nadal czuć, jak jest z tego dumny. Z drugiej strony, nie przeszkadzało mu to być profesjonalnym muzykiem. Czytając, warto mieć odpalony komputer i puszczać na Youtubie piosenki o których pisze.

Ale nie polecałabym tej książki nikomu, komu Stonsi kojarzą się tylko z ostatnią wielką trasą koncertową.


środa, 25 kwietnia 2012
Przeczytane

 Tiziano Terzani Koniec jest moim początkiem

Książka to zapis rozmowy, jaką z umierającym na raka dziennikarzem prowadzi jego syn, Folco. W kolejnych rozdziałach T. Terzani opowiada o swoim burzliwym, bardzo ciekawym życiu:  włóczył się jako dziennikarz po powojennym świecie (przez wiele lat by korespondentem Der Spiegla w Azji) i był świadkiem wielu przełomowych wydarzeń XX wieku.  

Tam gdzie opowiada o tym co widział jest ciekawie, gdy zaczyna filozofować robi się czasami trochę zbyt słodko i ckliwie  (w ostatnim magazynie Książki jest artykuł o T. Terzanim, podobno krytycy mówili o nim "Coelho reportażu", nie czytałam żadnej ksiązki T. Terzaniego, ale coś w tym jest, bo wygłaszane przez niego "życiowe prawdy" mają coś z klimatu Coelho). Najbardziej niesamowity w tej książce jest opis świata, który jeszcze nie tak dawno istniał, żyje jeszcze całe mnóstwo ludzi, którzy go dobrze pamiętają, a po którym dziś już nie ma śladu. 

Bardzo ciekawa książka. Czytałam ją z tym większym zainteresowaniem, że porównywałam ją z biografią R. Kapuścińskiego, którą niedawno czytałam. Wszystko wskazuje na to, że R. Kapuściński lepiej pisał, a T. Terzani dużo więcej widział.  

Irena Birnbaum Non omnis moriar. Pamiętnik z getta warszawskiego

Świetna opowieść o życiu w warszawskim getcie. I trochę inna. 

W 1942 roku Irena Birnbaum miała 16 lat. Chodziła na zorganizowane w getcie bezpłatne Kursy Graficzne, gdzie poznała swoją pierwszą, wielką miłością. I ten czas narastającej grozy, gdy coraz bardziej uświadamiano sobie, że zbliża się czas likwidacji getta, był jednocześnie najszczęśliwszym okresem w jej życiu.  Miłość, która z powodu wyniesionych przez nią zasad nigdy nie została skonsumowana - jej ukochanego wywieziono już w pierwszych dniach likwidacji getta - pozostawiła nieprzemijający żal. Bardzo pięknie jest o tym napisane. 

Bardzo ciekawy jest też opis codziennego życie w getcie i czasu jego likwidacji (autorka została przerzucona na aryjską stronę niemal w ostatniej chwili).  Jedna z lepszych książek jakie czytałam na ten temat.

Po książce Ireny Birnbaum zafundowałam sobie dwie odtrutki.

Książka Wendy Berry miała mieć coś z klimatu Downton Abbey, ale niestety nie miała. 

W 1985 roku, Wendy Berry, w wieku więcej niż średnim, miała ochotę na zmianę i zdecydowała się na pracę w Highgrove, wiejskiej rezydencji Karola i Diany. Nigdy wcześniej nie pracowała jako gospodyni domowa, (wcześniej pracowała jako nauczycielka angielskiego). Do Highgrove goście przyjeżdzali głównie na weekendy, w tygodniu nie wiele się działo. Pracowała tam osiem lat, sporo widziała, ale nie umiała, albo powstrzymywana autocenzurą nie chciała, o tym ciekawie napisać. I tak wyszła mocno nudnawa opowieść, tyle że  gdzieniegdzie poprzetykana ciekawą obserwacją, czy anegdotą.  I jak łatwo można się domyśleć, rodzina królewska wygląda jeszcze gorzej niż na zdjęciach.

Kolejną odtrutką była powieść Uczestnicy Wycieczki (na podstawie tej ksiażki został nakręcony film Wycieczkowicze).

Pisarz wybiera się na autokarową wycieczkę do śródziemnomorskiego kurortu, z góry zakładając, że jego obserwacje mają potem stanowić podstawę kolejnej powieści. Tak jak w czeskim filmie - galeria barwnych postaci, śmiesznych scen, dobrych dialogów. Ale zdecydowanie lepiej to obejrzeć na ekranie.

 

niedziela, 22 kwietnia 2012
Betonowe powitanie wiosny

Wiosna przyszła, ogród woła by się z nim pozajmować, a ja siedzę w centrum Wwy i pilnuję kotów mojej mamy. No i ponieważ w tej sytuacji nic to nie kosztuje, karmię się bajkami, co to ja bym w tym ogrodzie nie zrobiła, gdybym tylko miała taką możliwość.

W sobotę wpadłam do Brwi i nawet bym w nim trochę posiedziała, ale przyjechał Moniek. Wpadła tylko na chwilę, bo zostawiła dzieci z Adamem,  ale nie wiem jak ja to robię, ale sama, z własnej inicjatywy wpisała sie w często występujący w Kaliningradzie schemat: "gość w dom, to i obiad będzie, bo go gość zrobi".

Samochód Adama nie miał lusterka, więc Moniek poprosił bym z nim wróciła: ona robiła za kierowcę, ja za lusterko. Dowiozła mnie do Wwy, ale tak mi się spodobało podróżowanie, że pojechałam kolejne 30 kilometrów, tym razem na północny-wschód i wylądowałam w Otwocku.

Okazało się, że Gumisie idą w niedzielę na recital piosenek Jacquesa Brela do Projektu Teatr Warszawa, więc uzgodniłam z Mońkiem, że też pójdziemy.  

 

 

Robert Kudelski potrafi śpiewać, ma bardzo dobrą dykcję i miło się tego słuchało. Tyle, że ja jednak wolę piosenki J. Brela w wykonaniu autora - podobają mi się tym bardziej, że śpiewa je po francusku, więc nie rozumiem tekstu. W dodatku tym razem słuchałam jego piosenek w wynajętej sali w Hotelu Marriot, gdzie nie ma klimatu do słuchania piosenek (ani takich, ani żadnych innych) i gdzie zamiast zapachu wielkiego świata, unosił się jakiś koszmarny, sączący się z klimatyzatorów toaletowy zapach świeżości.

 

Do Otwocka zabrałam ze sobą całą walizkę drucianych dylematów.

Bo - i tu sie pochwalę - od jednej osoby, która ubiera się w Max Marze, nosi torebki Prady itp., dostałam do sprucia taki sweter:



100 % kaszmir. I już na pierwszy rzut oka było widać, że niezły gatunkowo (tak jak wszystko u tej osoby, też firmowy). Na razie nie wiem co z tego zrobić. Podoba mi się ten sweter:

Ale po zrobieniu Igleludzika, przestałam lubić kieszonki. Co go założę, kieszonki wyglądają jeszcze gorzej niż poprzednio. Powoli dojrzewam by je wywalić (Igleludzik jest robiony od góry, więc znowu aż tak dużo by tego prucia nie było).

Więc jak się nie dowiem, że i na kieszonki jest jakiś myk, poszukam wzoru bez kieszonek. Szukając pomysłu na sweter, posiedziałam na Ravelry i znalazłam taki sweter. Dawno coś nie zrobiło na mnie takiego wrażenia.

 

Sweter to twórcze rozwinięcie przez Jettshin wzoru skarpetek Nightingale. Już szukam wełny. Niebieska jest cieniowana, ważne by znaleźć taką, która przy praniu nie będzie puszczała farby.

Ale dzięki temu, że pojechałam do Otwocka, po 2,5 miesiącach rozstałam się z Funczalem. Wzór przewiduje 14 powtórzeń, robiłam z innej wełny i wstępnie założyłam że starczy 11 modułów. Ale dopiero jak Gumiś to moje założenie potwierdził uwierzyłam w to, że to już koniec.

 

Siedząc u Gumisia i gapiąc się w ekran:



 sprułam szary sweter, kupiłam w Magicloop.com.pl płyn do prania:



 

nawinęłam wełnę od Myszopticy (błękitny kłębek na zdjęciu powyżej) i na Ravelry kupiłam wzór na szal - Harathiel Eluchíl Lace Scarf, który z tej wełny zrobię. 



czwartek, 19 kwietnia 2012
Porażek konsumenckich ciag dalszy

Jeszcze nie skończył się mecz Megamarket : Kaliningrad, wynik to nadal 2:0 (tzn. mają moje pieniądze i monitor, Powiatowy Rzecznik Konsumenta wysłał do nich pismo. Jego może nie zlekceważą, bo jak nie zareagują na to pismo, sąd może im przywalić karę 2 tysiące i więcej).


A tymczasem rozpoczął się kolejny mecz, tym razem
Euro Agd : Kaliningrad, na dzień dzisiejszy wynik 1:1

Przedmiot sporu:

 

Mój ruch:

Uprzejmie informuję, że w związku z tym, że zakupiony przeze mnie w dniu 17 kwietnia br. parowar nie spełnia określonych w instrukcji parametrów, odstępuję od umowy i proszę o zwrot ceny ww. parowara  - 219 zł, przelewem na moje konto (...).

Parowar został przeze mnie użyty dwukrotnie. Raz, użyłam dwóch komór – zgodnie z instrukcją do jednej włożyłam (używając dołączonego do parowara w komplecie pojemnika)100 g. kaszy jęczmiennej, do drugiej komory jednego pokrojonego brokuła. Po 25 minutach brokuł był już wprawdzie zdatny do jedzenia, ale dalej twardy (czyli ciągle jeszcze  niedogotowany), natomiast kasza jęczmienna surowa. Zdjęłam pojemnik z brokułem i dalej gotowałam już samą kaszę - po 40 minutach gotowania nadal miała jeszcze dużo surowych ziaren, tak na oko 10%. Drugiego dnia, do jednej komory włożyłam 100 gr. ryżu. Po godzinie ryż nadal był w zasadzie surowy. W tej sytuacji wyłączyłam parowar i więcej już z niego nie korzystałam.  

W sklepie dowiedziałam się że mam zabrać sprzęt do domu. Dopisałam więc ręcznie:

Sklep odmówił przyjęcia sprzetu na czas trwania załatwiana sprawy. Dlatego zabrałam sprzet do dom.Ale nie będę z niego korzystać, bo się do tego nie nadaje. 

niedziela, 15 kwietnia 2012

Dalej bawię się skanerem. Ale zrezygnowałam z poprawiania zdjęć przy skanowaniu. Uznałam, że lepiej zrobić to później w programie graficznym (mam Jasc Paint Pro 7). 

W sobotę miałam zacząć sprzątać ogród, skończyło się na umyciu jednego okna. Bawiłam się z przerabianiem tego zdjęcia i odkrywaniem narzędzi - dopiero przede mną poznanie pracy na warstwach, na razie "obrabiam" w jpg.

To zdjęcie jest znacznie bardziej zniszczone, niż widać na ekranie: 


Tak mi wyszło:


Chciałabym jeszcze poprawić Tomkowi plamę na czole po prawej stronie i "zdjąć" trochę zieleni z fotela. Natomiast zupełnie nie mam pomysłu co zrobić z tymi fragmentami (na zdjęciach na ekranie są one ledwo widoczne), gdzie podczas skanowania zrobiła się tęcza. I też nie mam pojęcia, co robię źle, że się tak robi.

Za to w przypadku takich zdjęć nie wiem co robić, by wydobyć obraz. To, co po usunięciu wszystkich zanieczyszczeń,  na koniec podpowiedziała Picasa, zrobiło z Tomka luminescencyjnego ufoludka:


Przez to skanowanie nie skończyłam Funczala. Plan był taki, by pochwalić się nim na Szarotkach. No ale nie wyszło. I już nie wyjdzie, bo aż do jesieni musimy się przenieść z Szarotkami gdzieś indziej. A jednak najpóźniej do weekendu majowego, chciałabym go skończyć.

Przed Szarotkami Gumiś zaciągnął mnie na kolejną babską "wymiankę". Było trochę bab, które chciały się pozbyć ciuchów, ale zabrakło takich które chciałyby je kupić.

Wyszłam z tej imprezy ze swetrem w kolorze brudnego różu, podobno jest mi w tym kolorze dobrze, w każdym razie dałam sobie to wmówić. Ale przyjemność z posiadania nowych ciuchów, to pieśń dalekiej przyszłości. Na razie wybieram się na kolejną dietę (tym razem pięciu garści) i chciałabym by chociaż tym razem mi się udało.

Filmów biograficznych huk. Zobaczyłam kolejny - tym razem wyjątkowo kiepski.



Osią opowieści jest proces przeciwko wydawcy "Skowytu" (obrońcą gra aktor znany jako Dan Draper z Mad Men i jest to jeden z nielicznych plusów tego filmu). Te znane i z innych filmów, amerykańskie potyczki sądowe pomiędzy napuszonym prokuratorem a obrońcą, są akurat w tym filmie mało ciekawe. Co najwyżej "rozczulają" opinie przedstawiane przez niektórych biegłych. To co dzieje się na sali sądowej przeplatane jest fragmentami wywiadu jakiego udziela w tym czasie Allen Ginsberg, przebitkami z klubów w których recytuje swój wiersz  i psychodelicznymi animacjami będącymi ilustracją mówionego z off-u wiersza.

Kilka scenek pokazujących Amerykę  z lat 50-tych ciekawych, ale to za mało by za taki uznać cały film. Taki miszmasz, jak dla mnie trochę nudny.



Poszłam też na mocno reklamowanych Nietykalnych

Phi. Fajna Komedia. Świetnie zagrana. Ale bez przesady. Żadne arydzieło.

O ty jak sparaliżowany od szyi w dół milioner, zatrudnia jako pielęgniarza młodego lumpa ze slumsów To, że jest Murzynem, jest tutaj bez znaczenia, bo żaden fundamentalny konflikt światopoglądowy miedzy nimi nie występuje.

Delikatnie rzecz ujmując, mają zasadniczo różny "kapitał społeczny".  

Albo nie byłam w humorze i nie zauważyłam tej głębi i oryginalności, albo jej tam po prostu nie ma. Ale jak dla nie nic specjalnego. Jeszcze jedna, typowa francuska komedyjka. 


poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Teraz ja

Trzy dni po moim powrocie z Londynu, przyleciała Anka z rodziną, więc dalej intensywnie babciowałam. Wyjechała jeszcze przed świętami, tak że spędziłam te dwa dni w pidżamie, nabierając sił i ochoty na dalsze działanie. Nie do końca wyszło zgodnie z planem, bo zamiast wiosennej energii, mam wielki niedosyt nicnierobienia. 

Zeskanowałam na próbę kilka starych zdjęć. Tak jak i z aparatem cyfrowym, skaner świetny, ale nie za bardzo wiem jak wykorzystać jego rozliczne funkcje. Jakość zdjęć kiepska, kolory zdjęć z początku lat 80-tych mocno umowne. W dodatku część jest mocno zniszczone. Słowem przed wywołaniem konieczny jest retusz, a ja nie za bardzo wiem jak się za to zabrać. Ze ślubu Sąsiada jest tylko jedna fotografia.

Przeczytałam, że trzeba usunąć zabrudzenia, usunęłam, ale razem z fragmentami zdjęcia ...

"Wycięłam" białe plamy:

I sama widzę, że pamiątka ślubna mocno taka sobie. Poszłabym na warsztaty obróbki starych fotografii, ale nic takiego Pan Gugiel nie potrafił mi zaproponować. Będę szukać dalej. 

Robię Funczala, ale końca dalej nie widać. Poniżej dokumentacja tego, ile w tym tygodniu przybyło:

Mam trochę zaległych książek do zrecenzowania. Na początek rozliczenie z Kundelkiem. 

Do czasu jak wejdzie na Polski rynek Amazon i nie narzuci swoich standardów (zakładam, że jedno z drugim jest nierozerwalnie związane)  polskich książek na Kundlu czytać się nie da. Drwala kupiłam w księgarni Virtualo, nawet reklamowałam, ale ponieważ kolejny udostępniony plik był też zwalony, dałam sobie spokój. Napisałam tylko na Fejsie do autora, że jeżeli e-booki będą takiej jakości, to ludzie będą piratować, trudno się im dziwić i na miejscu pisarzy, coś bym z tym zrobiła. Bo kupiony przeze mnie e-book był tak zwalony, że nawet nie mogę mieć pewności czy przeczytałam na Kundlu cały tekst.

A sama książka dowcipna. Autor z dużym wdziękiem dystansuje się do samego siebie. Warszawski celebryta odwiedza po sezonie Międzyzdroje. Galeria postaci, głupawa intryga kryminalna to pretekst do napisanych świetnym językiem żywych obserwacji o współczesnej Polsce. Wprawdzie momentami mocno przerysowane, ale tego typu książki tak mieć muszą.

Cukiernia pod Amorem – trzy tomy

 

Czytając pierwszy tom, przypomniały mi się przygody Pana Samochodzika, nie umiałam się tylko zdecydować czy ta książka to wersja dla dorosłych, czy tak jak tamta seria i ta jest skierowana do młodzieży, tylko ja zdziecinniałam i to czytam.

Bo choć wielka literatura to nie była, czytać się dało, a na urlopowa głupawkę była wręcz daniem smacznym.

Książka to saga opowiadająca losy kilku rodzin związanych z małym miasteczkiem, Gutowo. Równolegle do opowieści bieżącej (1995 rok) prowadzona jest opowieść o przeszłych czasach, Dopóki począwszy od drugiej połowy XIX wieku. jest to XIX wiek, jeszcze jako tako. Wprawdzie razi infantylny optymizm, ale ociera się to jeszcze o prawdę, bo jednak bohaterowie umierają i to nie zawsze dożywając późnej starości.

Ale już lata międzywojenne drażnią uproszczeniem, a nad czasem wojny i okupacji lepiej spuścić zasłonę milczenia.

Wprawdzie autorka bardzo starannie przygotowała się do pisania tej książki, zgromadziła ogromy materiał i trudno  nie docenić dbałości o historyczne detale, to zatrzymała się na czajniczkach, imbryczkach i haftowanych obrusach. Dalej było za trudno, więc przemilczała. A by było ciekawie, losy niektórych swoich bohaterów, tak ubarwiła, że przygody Jamesa Bonda to pikuś. 

Słowem  takie „kochajmy się” na sarmacką nutę.


W tym tygodniu udało mi się zobaczyć dwa całkiem fajne filmy. Jeden - rosyjskia Elena, robi wrażenie. 

  

Tytułowa Elena, prosta kobieta z ludu, żyje w luksusowym apartamencie razem ze swoim drugim mężem. Poznała go gdy w szpitalu opiekowała się nim jako pielęgniarka. Jako żona jest jego sprzątaczką, kucharką, opiekunką. Czasami też pogotowiem seksualnym. Pochodzą z tak różnych światów, że porozumienie dusz, a tym bardziej umysłów, nie jest możliwe. Elena ma syna z pierwszego małżeństwa, stroniącego od pracy drobnego lumpa. Dzięki temu jak się na starość "ustawiła", swoją emeryturę może w całości przekazywać na utrzymanie swojego syna.

Ale pewnego dnia okazuje się, że ten układ nie może trwać dalej. 

Spokojna ballada o życiu. A że film rosyjski, a nie amerykański, to z prawdziwym, "życiowym" zakończeniu. Takim, że dreszcze przechodzą. 

Trochę dłużyzn, dlatego tylko cztery gwiazdki.

 Drugi film zabawny, ale też i gorzki

.

O zabitej dechami libańskiej wiosce, w której obok żyją siebie prawosławni i muzułmanie.  Zabawna, trochę bajkowa opowieść o babskich sposobach, którymi mieszkanki tej wsi usiłują uniemożliwić mężczyznom skoczenie sobie do gardeł.

Smutne, gdy opowiada o tym co realne i prawdziwe, czyli o religijnym fanatyzmie. Zabawne, gdy ucieka w bajkową opowieść, o tym, że można temu zaradzić. 

A mój synek to nawet w te święta do kościoła trafił: 

Czytałam wywiad z artystą. Mówił, że kontynuuje dzieło poprzedników, Leonardo da Vinci, Tycjana ....

niedziela, 01 kwietnia 2012

Godzinę po wylądowaniu "cała" byłam już w Polsce.

Na Heathrow jechałam nie ekspresem za 25 funtów, tylko zwykłym pociągiem za 9. Tuż przed lotniskiem pociąg stanął, chwilę później usłyszałam przez megafon, że czekamy na możliwość wjazdu na peron, potrwa to najwyżej 5 minut i żeby się nie martwić, bo będziemy o czasie ...

Z Okęcia dojechałam na Wwę Ochotę, gdzie wsiadłam do Mazowieckich Przewozów Regionalnych, po 3 minutach pociąg stanął przed Wwą Zachodnią. Po 10 minutach przypomniałam sobie, że już jestem w domu, gdzie obowiązują inne reguły gry,  wyjęłam laptop, założyłam słuchawki i zarzuciłam pełny relaks. Ruszyliśmy po 40 minutach ... (tu też są megafony, prawdopodobnie nowocześniejsze od tych londyńskich, bo u nas jak chłopcy kupują zabawki elektroniczne, to zawsze z najwyższej półki, ale przez te kilkanaście lat tylko raz widziałam je w użyciu).

Uwolnienie się z londyńskiej pułapki, jak łatwo się domyśleć, było tylko kwestią pieniędzy. By nawet moment, ze rozważałam autobus. I nie rozumiem, dlaczego pociągi są aż tak drogie? A musiałam zdążyć, bo pomijając urlop, ostatni weekend marca to tradycyjnie urodziny Gumisia.

Podczas mojej nieobecności w Otwocku zamieszkał kolejny pies (tzn. przypisany jest do innego mieszkania, ale nie dziwię się psu, że będzie wolał las i świeże powietrze, niż IV piętro w bloku.

W przyszłości Yusuf będzie równie pokraczny jak jego starsza ciocia, ale póki co jest bardzo pocieszny.

Tym razem na urodzinach Gumisia  ludzi było całe mnóstwo, nie ze wszystkimi udało mi się zamienić jedno zdanie. Ruszyła się nawet ciotka Beata starsza ze Sztokholmu. Mnie i Gumisiowi przywiozła dziwny prezent. Jak dostałam ten zwój wełny, myślałam, że nosi się go jak naszyjnik:

A tymczasem, trzeba pociąć to na kawałki i "nawlec" na dołączony do tego zwoju wełny, sznurek:

Na koniec po zmoczeniu i odwirowaniu, ma z tego wyjść takie boa:

Sprzedawane jest to przez tą Panią.

Od przyjazdu z Londynu, nie miałam nawet chwili czasu by podgonić Finczala. Ładny jest, ale dalej nie wiem do czego ja go będę nosić.

A z czasem będzie jeszcze gorzej, bo do wszystkich nieszczęść świata, doszła jeszcze ładna pogoda i musiałam wyjść do ogrodu. Cztery godziny zajęło mi przełożenie drewna, wybranie przemoczonych kawałków i rozłożenie ich w czymś na kształt suszarni. Może będzie przynajmniej mniej roboty z trawą, bo w zasadzie została prawie w całości wyparta przez mech.

Filmów do oglądania całe mnóstwo, ale w tym tygodniu zaliczyłam dwie porażki.

Histeria. Romantyczna historia wibratora

Miała być zabawna komedia:  urok XIX wieku, lekkość, wdzięk, urok angielskiej listy dialogowej. 

A była przewidywalna do bólu, schematyczna, łopatologiczna opowiastka o tym, jak doszło do wynalezienia wibratora (nietulone, marznące w zimnych łóżkach angielskie damy, leczone były przez specjalistę od chorób kobiecych "masażem", ale mimo zatrudnienia młodego pomocnika, zapokojenie wszystkich chętnych nie było możliwe, ręka odmawiała posłuszeństwa, a one dalej chciały ... na szczęście w tym samym czasie wynaleziono prąd). Plus schematyczna historia miłosna. Tyle, że dobrze zagrane.

Wszystkie odloty Cheyenne'a

Film jest podobno dobry. Ale ja tego nie zauważyłam.

Sean Pean gra starego rockmana, który snuje się po ekranie jakby był naćpany po kokardkę, chociaż z tego co mówi, wynika, ze już od dawna jest "czysty". Żeby widz ni wyszedł z kina, co jakiś czas akcja przyspiesza i wtedy Sean Pean na moment porusza się z taką werwą, jak finalista Wimbledonu.

Pewnego dnia, ta wytapetowana w stylu drug qeeen, mamrocząca pod nosem zjawa, dowiaduje się o śmierci ojca: Żyda, byłego więźnia Oświęcimia. I do wszystkich filozoficzno-psychodelicznych dołów i pagórków, dochodzi jeszcze Holocaust i "podróż życia" naszego bohatera. Odniesień do schematu "mądrości prostaczka" huk, ale dla mnie tworzy to tylko mało strawny  pseudointelektualny bełkot.

I jak by tego było mało, kiepsko zagrane.

 

Z frontu konsumenckiej porażki

Megamarket: Kaliningrad nadal 2:0

Upoważniłam Rzecznika Praw Konsumentów by się boksował w moim imieniu i czekamy. Swoją drogą podziwiam ich tupet. Zachowują się tak, jakby zupełne ich nie uwierało.

 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli