niedziela, 29 kwietnia 2012
Co ja tutaj robię

Dzięki temu, że mój synek skomentował na Fejsie poniższe zdjęcie, dowiedziałam się o istnieniu takiego czegoś:


 

W takich chwilach przypominam sobie słowa Kleyfa: nie fetysz granic mnie tu trzyma, lecz miejsca a w tych miejscach przyjaźń. Ale to piosenka mojej młodości, potem rzekomo miało być inaczej. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że powoli podział ze sfery symbolicznej przechodzi do instytucjonalnej (apteki) i "rozlewa" się dalej. Ale, że doszedł do kin to  - gdyby nie ta recenzja - bym się nie domyśliła:

I chociaż znalazł się w filmie słynny wiec w Tbilisi, na którym pięciu szefów państw - z inicjatywy Lecha Kaczyńskiego -po­parło Gruzję, wątek to, trzeba przy­znać, w filmie mocno skromny. Choć polska wersja „5 dni wojny" i tak na po­trzeby naszej publiczności została de­likatnie zmieniona- amerykańscy pro­ducenci zgodzili się, by film rozsze­rzyć o materiały dokumentalne z wy­stąpieniami Kaczyńskiego.

Nie pójdę na ten film i tyle. Pewnie dużo nie stracę. Ciekawe, czy pójdą wycieczki szkolne, na które pewnie dystrybutor,  dzięki temu "zabiegowi" liczy. 

Buduje za to życie moich ciotek, u których cały czas się coś dzieje.

Na przykład Staśka. Tej Staśka skończyła z kupowaniem kolejnych rowerów - ile w końcu można ich mieć, takich przerzutek by bez wysiłku dojechać do Wwy nie ma. Kupiła więc skuter, do kompletu dorzuciła działkę pracowniczą, tak że do zimy wracając z targu herbaty u niej pić nie będę.

Bo też i powoli posiadanie działki rekreacyjnej przez mieszkańca Brwi nabiera sensu - miasto zbliża się do nas wielkimi krokami. Rzut beretem od mojego domu, powstają dwie galerie handlowe. Jedną już niedługo otworzą:

Ale mieszkanie w mieścinie aspirującej do bycia miastem ma i swoje zalety, wreszcie zaczęli robić kanalizację i na mojej ulicy. 

Inna sprawa, że roboty zaczęli z zaskoczenia. A ja niczego nie świadoma, tego dnia wzięłam urlop i na dwunastą zamówiłam drzewo. Gdybym pospała godzinę dłużej, byłby  spory problem. Na szczęście zdążyłam wstrzymać roboty ziemne, "przyspieszyć" przyjazd drzewa i tym samym nie zmarnowałam dnia urlopu.

Funczal czeka na zszycie. Podłubałam też trochę szala. Ale chyba jednak do tego wzoru wykorzystam kupiony już dawno temu jedwab, a tę wełnę zatrzymam na wzór z estońskimi bąbelkami (marzy mi się Sofia Kiri, tylko nie wiem czy mi cierpliwości starczy).


Myślę też o tym, co zrobić z szarego kaszmiru. Spodobał mi się znaleziony w jednym z internetowych sklepów taki sweter.

Wzoru nie ma, ale można by pokombinować na bazie Effortless Cardigan. Tak na pierwszy rzut oka, w obu swetrach ten zwisający koniec tak samo wygląda.


Tyle, że boję się, że mi wełny nie starczy.

Na drutach w tym tygodniu mało co zrobiłam,  bo czytałam  Życie Keitha Richardsa.


W swojej autobiografii K. Richards najwięcej pisze o swoim ćpaniu i pisaniu piosenek. Czasami ciekawie, czasami przeraźliwe nudno. Jak dla mnie, książka mogłaby być albo trochę bardziej skondensowana, albo opisywać więcej, bo im bliżej dzisiejszego dnia, tym mniej konkretów. Jak na razie, ze wszystkich przeczytanych biografii rocka, napisana przez P. Normana biografia J. Lennona była najlepsza. Z tym, że jedną rzecz mają te książki wspólną - w obu najciekawsze są te fragmenty, które opisują drogę na szczyt. 

Książka to autoportret mega popaprańca - pytanie jakim cudem przeżył pozostaje bez odpowiedzi. Przez 10 lat jako "książe ciemności" utrzymywał się na pierwszym miejscu listy artystów którym grozi śmierć  i nadal czuć, jak jest z tego dumny. Z drugiej strony, nie przeszkadzało mu to być profesjonalnym muzykiem. Czytając, warto mieć odpalony komputer i puszczać na Youtubie piosenki o których pisze.

Ale nie polecałabym tej książki nikomu, komu Stonsi kojarzą się tylko z ostatnią wielką trasą koncertową.


środa, 25 kwietnia 2012
Przeczytane

 Tiziano Terzani Koniec jest moim początkiem

Książka to zapis rozmowy, jaką z umierającym na raka dziennikarzem prowadzi jego syn, Folco. W kolejnych rozdziałach T. Terzani opowiada o swoim burzliwym, bardzo ciekawym życiu:  włóczył się jako dziennikarz po powojennym świecie (przez wiele lat by korespondentem Der Spiegla w Azji) i był świadkiem wielu przełomowych wydarzeń XX wieku.  

Tam gdzie opowiada o tym co widział jest ciekawie, gdy zaczyna filozofować robi się czasami trochę zbyt słodko i ckliwie  (w ostatnim magazynie Książki jest artykuł o T. Terzanim, podobno krytycy mówili o nim "Coelho reportażu", nie czytałam żadnej ksiązki T. Terzaniego, ale coś w tym jest, bo wygłaszane przez niego "życiowe prawdy" mają coś z klimatu Coelho). Najbardziej niesamowity w tej książce jest opis świata, który jeszcze nie tak dawno istniał, żyje jeszcze całe mnóstwo ludzi, którzy go dobrze pamiętają, a po którym dziś już nie ma śladu. 

Bardzo ciekawa książka. Czytałam ją z tym większym zainteresowaniem, że porównywałam ją z biografią R. Kapuścińskiego, którą niedawno czytałam. Wszystko wskazuje na to, że R. Kapuściński lepiej pisał, a T. Terzani dużo więcej widział.  

Irena Birnbaum Non omnis moriar. Pamiętnik z getta warszawskiego

Świetna opowieść o życiu w warszawskim getcie. I trochę inna. 

W 1942 roku Irena Birnbaum miała 16 lat. Chodziła na zorganizowane w getcie bezpłatne Kursy Graficzne, gdzie poznała swoją pierwszą, wielką miłością. I ten czas narastającej grozy, gdy coraz bardziej uświadamiano sobie, że zbliża się czas likwidacji getta, był jednocześnie najszczęśliwszym okresem w jej życiu.  Miłość, która z powodu wyniesionych przez nią zasad nigdy nie została skonsumowana - jej ukochanego wywieziono już w pierwszych dniach likwidacji getta - pozostawiła nieprzemijający żal. Bardzo pięknie jest o tym napisane. 

Bardzo ciekawy jest też opis codziennego życie w getcie i czasu jego likwidacji (autorka została przerzucona na aryjską stronę niemal w ostatniej chwili).  Jedna z lepszych książek jakie czytałam na ten temat.

Po książce Ireny Birnbaum zafundowałam sobie dwie odtrutki.

Książka Wendy Berry miała mieć coś z klimatu Downton Abbey, ale niestety nie miała. 

W 1985 roku, Wendy Berry, w wieku więcej niż średnim, miała ochotę na zmianę i zdecydowała się na pracę w Highgrove, wiejskiej rezydencji Karola i Diany. Nigdy wcześniej nie pracowała jako gospodyni domowa, (wcześniej pracowała jako nauczycielka angielskiego). Do Highgrove goście przyjeżdzali głównie na weekendy, w tygodniu nie wiele się działo. Pracowała tam osiem lat, sporo widziała, ale nie umiała, albo powstrzymywana autocenzurą nie chciała, o tym ciekawie napisać. I tak wyszła mocno nudnawa opowieść, tyle że  gdzieniegdzie poprzetykana ciekawą obserwacją, czy anegdotą.  I jak łatwo można się domyśleć, rodzina królewska wygląda jeszcze gorzej niż na zdjęciach.

Kolejną odtrutką była powieść Uczestnicy Wycieczki (na podstawie tej ksiażki został nakręcony film Wycieczkowicze).

Pisarz wybiera się na autokarową wycieczkę do śródziemnomorskiego kurortu, z góry zakładając, że jego obserwacje mają potem stanowić podstawę kolejnej powieści. Tak jak w czeskim filmie - galeria barwnych postaci, śmiesznych scen, dobrych dialogów. Ale zdecydowanie lepiej to obejrzeć na ekranie.

 

niedziela, 22 kwietnia 2012
Betonowe powitanie wiosny

Wiosna przyszła, ogród woła by się z nim pozajmować, a ja siedzę w centrum Wwy i pilnuję kotów mojej mamy. No i ponieważ w tej sytuacji nic to nie kosztuje, karmię się bajkami, co to ja bym w tym ogrodzie nie zrobiła, gdybym tylko miała taką możliwość.

W sobotę wpadłam do Brwi i nawet bym w nim trochę posiedziała, ale przyjechał Moniek. Wpadła tylko na chwilę, bo zostawiła dzieci z Adamem,  ale nie wiem jak ja to robię, ale sama, z własnej inicjatywy wpisała sie w często występujący w Kaliningradzie schemat: "gość w dom, to i obiad będzie, bo go gość zrobi".

Samochód Adama nie miał lusterka, więc Moniek poprosił bym z nim wróciła: ona robiła za kierowcę, ja za lusterko. Dowiozła mnie do Wwy, ale tak mi się spodobało podróżowanie, że pojechałam kolejne 30 kilometrów, tym razem na północny-wschód i wylądowałam w Otwocku.

Okazało się, że Gumisie idą w niedzielę na recital piosenek Jacquesa Brela do Projektu Teatr Warszawa, więc uzgodniłam z Mońkiem, że też pójdziemy.  

 

 

Robert Kudelski potrafi śpiewać, ma bardzo dobrą dykcję i miło się tego słuchało. Tyle, że ja jednak wolę piosenki J. Brela w wykonaniu autora - podobają mi się tym bardziej, że śpiewa je po francusku, więc nie rozumiem tekstu. W dodatku tym razem słuchałam jego piosenek w wynajętej sali w Hotelu Marriot, gdzie nie ma klimatu do słuchania piosenek (ani takich, ani żadnych innych) i gdzie zamiast zapachu wielkiego świata, unosił się jakiś koszmarny, sączący się z klimatyzatorów toaletowy zapach świeżości.

 

Do Otwocka zabrałam ze sobą całą walizkę drucianych dylematów.

Bo - i tu sie pochwalę - od jednej osoby, która ubiera się w Max Marze, nosi torebki Prady itp., dostałam do sprucia taki sweter:



100 % kaszmir. I już na pierwszy rzut oka było widać, że niezły gatunkowo (tak jak wszystko u tej osoby, też firmowy). Na razie nie wiem co z tego zrobić. Podoba mi się ten sweter:

Ale po zrobieniu Igleludzika, przestałam lubić kieszonki. Co go założę, kieszonki wyglądają jeszcze gorzej niż poprzednio. Powoli dojrzewam by je wywalić (Igleludzik jest robiony od góry, więc znowu aż tak dużo by tego prucia nie było).

Więc jak się nie dowiem, że i na kieszonki jest jakiś myk, poszukam wzoru bez kieszonek. Szukając pomysłu na sweter, posiedziałam na Ravelry i znalazłam taki sweter. Dawno coś nie zrobiło na mnie takiego wrażenia.

 

Sweter to twórcze rozwinięcie przez Jettshin wzoru skarpetek Nightingale. Już szukam wełny. Niebieska jest cieniowana, ważne by znaleźć taką, która przy praniu nie będzie puszczała farby.

Ale dzięki temu, że pojechałam do Otwocka, po 2,5 miesiącach rozstałam się z Funczalem. Wzór przewiduje 14 powtórzeń, robiłam z innej wełny i wstępnie założyłam że starczy 11 modułów. Ale dopiero jak Gumiś to moje założenie potwierdził uwierzyłam w to, że to już koniec.

 

Siedząc u Gumisia i gapiąc się w ekran:



 sprułam szary sweter, kupiłam w Magicloop.com.pl płyn do prania:



 

nawinęłam wełnę od Myszopticy (błękitny kłębek na zdjęciu powyżej) i na Ravelry kupiłam wzór na szal - Harathiel Eluchíl Lace Scarf, który z tej wełny zrobię. 



 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli