poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Obawiam się, że gdy ogarnę wreszcie dom i ogród, to poczuję już w kościach zbliżającą się jesień. To jest nie do przerobienia, zwłaszcza ogród. Kupione w zeszłym roku żonkilki za chwilę przekwitną, a póki co to jedynie one cieszą moje oczy.


Poszłam za ciosem i do zniszczeń kanalizacyjnych, dołożyłam wycięcie leszczyn i drzew owocowych. Na tym zdjęciu został uwieczniony start:

A na tym koniec:

Świadomość ekologiczna poraża - od jakiegoś czasu co jakiś czas śmierdziało. Sąsiad przeprowadził śledztwo i odkrył, że kilka domów dalej palą płytami z klejem i jak wieje w naszą stronę, śmierdzi. Próbował się z nimi dogadać, zero zrozumienia. Teraz jesteśmy na etapie wzywania policji i straży miejskiej. Przyjeżdzają, powąchają i odjeżdżają - bo podobno nic nie mogą. Aż mi się nie chce w to wierzyć - mam zamiar poczytać na ten temat. Ten sąsiad to żaden wykluczony, willa, rodzina, samochód, truje nie tylko nas, również siebie, ale i swoją rodzinę. I wszystko wskazuje na to, że podoba mu się jego "zaradność", znalazł przecież sposób na tanie ogrzewanie. Gdy próbowałam o tym napisać na lokalnym forum, wyświetlał się komunikat, że mój post to spam i nie będzie opublikowany. Zapytałam admina dlaczego tak i dostałam taką odpowiedź: 

To nie my (redakcja) tylko bot decyduje, czy post nie jest spamem czy też jest. Możliwe, że robot wychwycił nazwy plastik, PCV, poliuretan i zakwalifikował je jako reklamę czyli spam. Może niech postara się Pani jakoś inaczej to sformułować. 

Ale postęp. Z cenzorem można było dyskutować, z botem nie za bardzo ...

Kontynuuję rozpoczęty na zeszłotygodniowych Szarotkach projekt Bluzia. Z tego co miałam w domu, bez wzoru, metodą "na oko". Karczek ma być żakardowy, potem gładko na zielono, a na koniec jakiś fantazyjny ściągacz. Oczywiście bez szwów. Pierwsza wersja został spruta - zrobiłam za ciasny dekolt, nie było miejsca na jakieś fantazyjne wykończenie.  


Tu już w tej lepszej, poprawionej wersji, która mam nadzieję nie będzie już pruta


 

Trochę przez przypadek wylądowałam na Położnicach szpitala św. Zofii, granych w ramach Warszawskich Spotkań Teatralnych.

K

 

Kolejna publicystyka M.Strzępki i P.Demirskiego. Tym razem efekt ich wkurwu na polskie położnictwo (niedawno zostali rodzicami). Prawdopodobnie też którejś z ich znajomych nie zrobili na czas w szpitalu św. Zofii cesarki i dziecko urodziło się z porażeniem mózgowym. Czuć, że sztuka ma sporo aluzji i odniesień do konkretnych wydarzeń. 

Trochę dobrych scen, niezłych piosenek, celnych obserwacji. Nawet kilka niegłupich pytań. Ale może właśnie dlatego, mam sporo "ale". Przede wszystkim przekroczony został poziom dopuszczalnego w takich przypadkach chaosu - chwilami M. Strzępka nie potrafiła nad tym reżyserko zapanować. Mam też takie wrażenie, że autorzy sztuki chodzą w kółko, kłują ten balon polskiej współczesności, ale go nie naruszają. Współczesna Polska jest tematem na dużo ciekawszy "teatr polityczny". 

W dodatku, za mało w tym teatru. Jakoś nie umiem pogodzić się z tym, że aktorzy połykają słowa i można się tylko co najwyżej domyślić co mówią. Nad sceną, na prompterze wyświetlane było angielskie tłumaczenie. Jeszcze chwila i w teatrze będą wyświetlać napisy i po polsku. Może to jest rozwiązanie?

 

Nadrobiłam jeden zaległy film

Ciekawa historia, która mogła się wydarzyć, bo kiedyś nie było netu: o piosenkarzu, który był sławny, tylko o tym nie wiedział. Ale to historia, którą ten film opowiada jest ciekawa. Sam film to typowy dokument, który można obejrzeć w telewizji.   

piątek, 26 kwietnia 2013

dobra książka

Przeczytałam kolejne, poszerzone wydanie biografii Marka Edelmana.

 

Porównania do pierwszego wydania, nie mam, bo go w ręku nie miałam. Taka generalna refleksja: za wcześnie … O Marku Edelmanie jest tyle, ile chciał o sobie powiedzieć, ani zdania więcej i autorzy to uszanowali. Albo będą kolejne, znacznie bardziej poszerzone wydania, albo ktoś inny napisze biografię Edelmana od nowa. Bo ta książka biografią nie jest.  Najbardziej czułam to „za wcześnie” czytając zapis rozmowy M. Edelmana z K. Ratajzerem. Oni wiedzieli o czym dokładnie mówią, czytelnik nie za bardzo.  

Z tym że wcale to nie znaczy, że nie jest warta przeczytania. Po prostu temat tak ciekawy, że chciałoby się jeszcze więcej. Złapałam się na tym, że z dużym zainteresowaniem czytałam nawet i źródła historyczne. 

Niesamowite są jego opowieści powojenne, o sobie w roli lekarza. Chwilami przypomina to Pacjentów Thorwalda. To tak niedawno, jeszcze pamiętam czasy gdy lekarz stawiał diagnozę na podstawie wywiadu i obserwacji, badania tylko potwierdzały jego rozpoznanie. Im lepszy lekarz tym szybciej i tym trafniej diagnozował. Ech, łza się w oku kręci.



W  tzw. międzyczasie przeczytałam kolejną książkę Ian McEvan’a – Niewinni.




Ian McEvan, czyli kolejne czytadło. Tyle, że Na plaży w Chesil, czy Betonowy ogród to to nie jest. Powojenny Berlin. Anglicy i Amerykanie kopią tunel, by podsłuchiwać Rosjan. Między innymi pracuje przy tym młody Anglik, który zakochuje się w Niemce, a potem dzieje się w ich życiu dużo, czasami i trudnych do przewidzenia zdarzeń.. Ale nudne to i topornie napisane.

Jednym słowem - strata czasu.

niedziela, 21 kwietnia 2013
Zapomniałam

Wszyscy z taką tęsknotą wyglądali tej wiosny, że uległam presji tłumu i zapomniałam o sobie.

A ja nie jestem karp, by wyczekiwać wigili.  Zimą, gdy wrócę z pracy, jak tylko napalę w kominku, to mam już czas tylko dla siebie. W spowitym mrokiem domu, nawet jak jest brudno, to tego nie widać. Na ogarnięcie domu wystarcza piątkowy wieczór i jak w sobotę wrócę z targu i naniosę drewna, do poniedziałku już nic nie muszę. 

Wiosna na dzień dobry wita mnie brudną szybą, która mówi: "umyj mnie". Gdzie się nie spojrzę kurz i zimowy brud. I nawet jak w końcu ogarnę dom, to tak dobrze jak zimą nie będzie - np. pralka błyskawicznie będzie się wypełniała brudnymi rzeczami, które pierze się w domu, a nie nosi do pralni (co oznacza potem więcej prasowania).

Plan mam taki, by do majowego weekendu z grubsza się z tym uporać. Mając ten termin w głowie, robię to tak energicznie, że tylko generuję straty - już teraz taniej by wyszło, gdybym wzięła ekipę - zrzuciłam kuchenkę mikrofalową  i nie jestem przekonana, że da się ją nareperować. Sufitu w kuchni też sama nie odkurzę. 

Na razie dałam sobie spokój - jak zaczęłam odkurzać piec gazowy, to rozwaliłam zawór bezpieczeństwa i pan hydraulik musiał przyjechać "na sygnale".

A w Kundlu, w dużym stopniu dzięki Kaśce, prawie 50 książek do przeczytania (wgrywam tam tylko taki, które koniecznie chcę przeczytać.  Na półce czeka kolejny serial, który bym obejrzała, biorąc druty do ręki ...

No i ten ogród ...  

W tym tygodniu podłączyli mnie do miejskiej kanalizacji:


Jak się buduje w Brwi (przynajmniej tak kiedyś było), trzeba było mieć podpis archeologa, że na działce z jego punktu widzenia, nic ciekawego nie widać. Zdjęcie u dołu to potwierdza. Dymarek na mojej działce nie było.  

Teraz trzeba to uporządkować. Tyle, że nawet przez chwilę nie miałam pomysłu, że uporam się z tym sama.

Co nie znaczy, że nie będę robiła w ogrodzie. Ponieważ alternatywą jest zintensyfikowanie jogi, wolę ogród, z uwagi na elastyczny czas zajęć (zaliczona niedawno trauma lustra w przymierzalni tak  zabolała, że energicznie zabrałam się za chudnięcie). Nawet piekę mięsa, by nie skręcać po wyjściu z pracy do baru (polecam ten przepis z namaczaniem indyka w solance):

Były Szarotki. Ewa przyniosła tylko jedną rzecz;

Ja też nie za bardzo mam się czym pochwalić. Kupiona na letnie bluzki włóczka okazała się niewypałem - szary Drops lepiej nadaje się na chustę, granatowa bawełna Lany Grossa ma kiepski, bury odcień. Dłubię z zielonej Lany Grossa bluzkę z melanżowym żakardem, ale bez przekonania.

 

Kino woła ciekawą ofertą - festiwal goni festiwal, a mnie tam nie ma. A jak jestem, to nie na tym filmie na którym było warto.

Film nie tyle o wierze, czy religii ale o sztywnej, ciasnej umysłowo, antypatycznej nieszczęśliwej kobiecie, która swojemu nieszczęśliwemu życiu usiłuje nadać sens uciekając w religię. Nie po to nie chodzę na Krakowskie Przedmieście, by oglądać to w kinie (polskie wydanie czy austriackie, wygląda z grubsza tak samo). Może by i mi to tak nie przeszkadzało, gdyby film sam w sobie był ździebko lepszy. A jest tak samo toporny, jak jego bohaterka.   

Ponadto:

Odebrałam swoje pierwsze w życiu okulary sferyczne i tak jak miałam wątpliwości, tak teraz już wiem, ze była to jedna z moich lepszych inwestycji. Super oszczędność czasu, przestałam go tracić na wieczne poszukiwanie okularów.

Kupiłam cudowny wózek babciny. ma duże kółka i cudownie lekko ciągnie się go za sobą:


Odbyłam pierwszą rozmowę telefoniczną z moim wnukiem:

- Tata?

- Nie babcia, pamiętasz?

- Tak!

- O jak fajnie. Naprawdę mnie pamiętasz mnie?

- Nie! Tata?


Niestety okazało się, że on rozmawia przez telefon tylko z tatą. Rozczuliłam się jak stary siennik, jak zobaczyłam jego imię i nazwisko na liście pasażerów. Podróżuje już jak oddzielna jednostka ludzka! 

niedziela, 14 kwietnia 2013

Przyszła wiosna i mam w planach podbanie o siebie, o dom, o ogród ... Na początek warto byłoby pomieszkać w domu, ale nie za bardzo mi wychodzi.

Ten weekend, zamiast w Brwi, spędziłam na mazowieckiej wsi


Tam gdzie zawsze i robiąc to co zawsze (nawet na spacer nie poszliśmy, tylko cały czas gapiliśmy się w obrazki):

 


Spodobała mi się nazwa agencji ochroniarskiej w pobliskim Socho:

 

W Socho ciągle jeszcze sporo jest drewnianych, przedwojennych chałup. Zastanawiam się, czy ktoś porobił zdjęcia tym ostatnim pamiątkom po dawnych żydowskich miasteczkach. Za chwilę znikną.

Ańćka wyłożyła taras płytką. Ponieważ robiła to tuż przed zimą, na wszelki wypadek, by wszystko dobrze się związało, obłożyła go słomą. Nie mogłam więc ocenić, na ile gres "gryzie" się z drewnianym domem. Ale chyba się gryzie.

 


A zaczyna mnie to  interesować, bo już za chwilę będą mnie podłączać do miejskiej kanalizacji. A gdy już szambiarka przestanie siać zniszczenia w moim ogrodzie, będę chciała wyłożyć ganek czymś, z czego będzie można zmyć ptasie g .... (o tarasie nie myślę, bo kiedyś chciałabym przerobić go na werandę).

Podoba mi się deska kompozytowa


A jeszcze bardziej deska betonowa:


Ale decydujące będzie to, z czego łatwiej zmyć ptasie g.

Już wiem co będę teraz robić na drutach - bawełniane topy (muszę jeszcze kupić bawełnę). Jak na razie to widzę ścisły związek między oglądaniem telewizji a drutowaniem. Zero gapienia się w ekran, zero dzianiny. Z tego powodu zaczęłam się łamać, odkąd Cyfraplus przywróciła tani abonament z Ale kino, wprawdzie nie za 24 zł, ale za 39. Tyle jeszcze jestem w stanie za to zapłacić.

Nie tylko druty leża odłogiem. Kino też czeka. A jest co oglądać, na ekrany wszedł film z moją ulubiona Maggie Smith. A ile do czytania ...

Posiadanie Kundla oznacza, że zamiast stosików, powstają kolejne stosy. Drobny ruch: jedna ciotka coś kupiła, druga coś dokupiła, trzecia przypomniała, że ma coś na dysku, no to aby wyrównać "rachunek", kolejny zakup, jeszcze kilka obrotów, jakieś kody rabatowe - i w ten sposób tylko w tym tygodniu przybyło mi z dziesięć e-książek do przeczytania.  

Czytam teraz biografię Marka Edelmana (tę, która ma mieć premierę 19 kwietnia, a w Publio już jest do kupienia). Spodobało mi się to jego wspomnienie z dzieciństwa (zwłaszcza w kontekście porażek w wiosennym odchudzaniu):

Frania to Frania. Taka gosposia. Chodziła w grubych barchanowych majtkach, a jej spódnica wisiała na haku. bo spódnicę nosiła tylko w niedzielę, do kościoła. A te barchanowe majtki miały taką duża klapę na guziki z tyłu. Dużą, bo Frania była dużą kobietę.

sobota, 13 kwietnia 2013
Przeczytane

Trafny wybór  J.K.Rowling

Wzięłam do ręki "Rowling dla dorosłych" nie obciążona jej Harry Potterem, bo z całej tamtej sagi przeczytałam tylko pierwszy tom i nie tyle koncentrując się na akcji, co starając się znaleźć to "cuś", a po przeczytaniu wiedziałam tylko tyle, że gdybym była wydawcą, nie domyśliłabym się, że trzymam w ręku kurę co będzie mi przez lata znosić złote jaja.

Trafny wybór to taka Agatha Christie, ale bez przestępstwa i dziwacznego Poirota. Ale już Pani Marple mogła by w niej spokojnie wystąpić. 

Akcja toczy się w małym angielskim prowincjonalnym miasteczku. Jedną z głównych osi podziału jego mieszkańców jest stosunek do zbudowanego na obrzeżach miasta osiedla. Formalnie leży ono w granicach administracyjnych miasta, ale rodowici mieszkańcy tego miasteczka, którzy przez swoje zasiedzenie uważają, że mają większe prawo do wypowiadania się w sprawach lokalnych postrzegają je jako ciało obce i chcieliby by zostało przyłączone do sąsiedniego. Opowieść rozpoczyna się gdy nagle umiera przywódca jednego z obozów w toczącym się o graniczne osiedle sporze, w dodatku członek rady miasta. Ponieważ od tego kto zajmie jego miejsce w radzie, może zależeć wynik sporu o osiedle, z chwilą jego śmierci wszyscy zaczynają działać zgodnie z logiką wyborczą: kandydaci się promują, a ich zwolennicy intrygują. Wprawdzie równolegle toczy się zwykłe małomiasteczkowe życie, ale bardzo często opatrznie bywa postrzegane również jako element toczącej się kampanii wyborczej.

Wciągająco to wszystko opowiedziane. Ciekawe, nie zawsze dające się przewidzieć zwroty akcji. I największy plus tej książki: galeria postaci, bez biało-czarnych charakterów. Ci na stracie budzący sympatię, potem pokazują, że mają i sporo wad. Z kolei gdy dowiadujemy się dlaczego ci "niesympatyczni" tak postępują, nie budzą już w nas aż takiej niechęci.
Słowem bardzo dobre czytadło.

Podobno ta książka i dwa tomy o Grey'u zapewniły wydawcom 0,7% zysku za rok 2012. Reklama to potęga, ale też myślę, że ci którzy wzięli ją do ręki zachęceni reklamą, nie żałowali.


Przeczytałam też dwie biografie, jedną bardziej, jedną mniej taką sobie.

Ta "mniej" to Autobiografia Erica Claptona.

Biografia Claptona ciągnie się dwuwątkowo: on jako człowiek i on jako gitarzysta. Ten drugi wątek mało mi mówił, nie znam większości wymienianych nazwisk i tym samym mało kumałam, dlaczego akurat sesja z tym muzykiem była czymś niezwykłym itp. itd. Za to ten pierwszy wątek wciąga, chociaż sam E. Clapton to takie małe popaprane monstrum - nie tylko to jak gra na gitarze, liczba kobiet które zniszczył też jest imponująca. Wprawdzie koło 50-tki się ustatkował, ale przedtem równo jechał po bandzie.

Może dlatego, że jest to spowiedź wyleczonego alkoholika, książka nie ma tej lekkości co autobiografia Keitha Richardsa. Ruch AA odciska piętno na psychice, nawet takiego samca alfa jak E. Clapton. W dodatku, Clapton niestety nie ma tego co Keith, czyli autoironicznego podejścia do samego siebie.

Książka o czasach i idolach mojej młodości, więc mnie się podobała. Ale jeżeli nie dla Claptona, to chyba nie warto. 



Tego 'cuś" nie ma już autobiografia Wspomnienia z niepamięci Gustawa Holoubka.



Gustawa  Holoubka w dość koszmarny sposób upupia i zalewa brązem wdowa - jak tylko usłyszę w radio pisk Magdy Zawadzkiej o Guciu, to co bym nie robiła, rzucam i lecę wyłączyć. W książce o Magdzie Zawadzkiej ani słowa, opowieść kończy się, gdy autor zaczyna dorosłe życie zawodowe.  Ale ta autobiografia wpisuje się w ten klimat, tyle że nie jest tak nieznośna. 

Jak na tego typu książkę jest to trochę dziwna - czyta się ją dla sugestywnych, pięknych nastrojowych opisów, nie faktów (gdy w kwietniowy zimowy wieczór, czytałam opis krakowskich zwyczajów wigilijnych, poczułam nastrój Opowieści wigilijnej Dickensa. Choć jak dla mnie za dużo uczuć, za mało anegdoty.

Dyskrecja, niechęć do odsłonienia się, jest jak najbardziej OK  i wpisuje się w emploi G. Holoubka - tylko wtedy może lepiej nie siadać do pisania autobiografii? 

Tak na osłodę jedna z nielicznych anegdot:

Był rok 1958. kiedy w przeddzień spotkania z dyrektorem jednego z czołowych warszawskich teatrów udałem się do fryzjera w hotelu „Bristol". Było sporo klientów, więc musiałem odczekać około dwóch godzin, zanim usiadłem w fotelu. Energiczny fryzjer wykonał zręczny manewr świeżym prześcieradłem, ale nagle zatrzymał się w pół gestu i spojrzał na mnie uważnie, oczywiście na moje odbicie w lustrze - wszyscy fryzjerzy porozumiewają się z klientami „przez lustro" - i zapytał: „Kto pana strzygł?". -Trochę speszony odpowiedziałem, że fryzjer w Krakowie. Uśmiechnął się szeroko, jakby spodziewał się mojej odpowiedzi, i rzekł: „Tak jest! Proszę pana. z tą głową nie da się nic zrobić". I wyprosił mnie z fotela. Nie przewidywałem wówczas, że to niejasne poczucie winy za związki z Krakowem będzie mi towarzyszyło po dzień dzisiejszy.



Jeden wieczór poświęciłam na coś, czego zupełnie nie polecam. Dawno temu czytałam wspomnienia Mariny Vlady o W. Wysockim. Nawet coś tam z nich pamiętam. Za nim samym nie przepadam (zdecydowanie wolę Okudżawę). Ale ponieważ nie do końca rozumiem, skąd ta jego legenda, więc z nadzieją, że może tym razem coś więcej zrozumiem sięgnęłam po książeczkę (bo trudno te kilkadziesiąt stron nazwać książką) D. Olbrychskiego.

Jak można było się spodziewać, książka jest o Olbrychskim. Jaki to on jest mądry, wspaniały i wielki. Wysocki robi za tło. Można co najwyżej docenić, że jakieś granice zostały zachowane, np. M. Vlady występuje w tych wspomnieniach jako zakochana w Wysockim, nie w Olbrychskim. Ale już jako poeta staje z nim w szranki: oprócz przytoczenia wierszy Wysockiego. D Olbrychski zamieszcza i swój. To jeszcze wytrzymałam. Zmierził mnie dopiero fragment, w którym opisuje jak grał w jakimś filmie z Liv Ulman. Biedniej Liv zupełnie na planie nie wychodziło, nie wiedziała czemu, ale D. Olbrychski w lot pojął jaka jest tego przyczyna: nie umiała wczuć się w rosyjską duszę, bo w samotności słuchała rosyjskiej muzyki poważnej. Podczas gdy nasz bohater słuchał W. Wysockiego, w duszy mu wiatrem grało i na planie jego kunszt budził podziw. W końcu głupiutka Liv przyszła do mistrza na nauki, on jej dał kasetę z Wysockim i wszytko się dobrze skończyło.

Słowem kabotynizm pospolity - szczyt kabotynizmu - długo, długo nic - Daniel Olbrychski.

Ale z drugiej strony, ten Olbrychski kiedyś był Hamletem u Hanuszkiewicza, teraz czasami powie coś niegłupiego w przestrzeni społecznej, więc może  "trzeba na to patrzeć w szerokiej perspektywie"?

poniedziałek, 08 kwietnia 2013
Auu !!!!

Internet ma swoją czarną stronę - nawet na wyjeździe jest się na bieżąco informowanym, w czym, jako obywatel-konsument, jest się robionym w bambuko.

W tzw. sprawie NC+ buntuję się dla zasady, wpienił mnie styl w jakim to zrobiono. Już kilka miesięcy temu, Cyfra+ mnie uprzedziła, że nie mam żadnych szans na przedłużenie obecnej umowy (za 24 zł/miesięcznie mam kilka podstawowych kanałów, w tym TVP Kultura i Ale kino). Umowa kończy się w październiku, fuzja jest pretekstem by wymówić mi ją już w czerwcu. Przeżyję. 

Zdaję sobie sprawę, że to nie o takich jak ja toczy się ta gra, na "musiku" są uzależnieni od transmisji sportowych. Jak nie są z miasta i nie mogą zapisać się do kablówki, obrażając się na NC+, mają do wyboru jedynie Polsat. A pewnie wiedzą, że to żaden wybór. Myślałam, że to co przeżyłam siedem lat temu, by się od nich wypisać, to już zamierzchła przeszłość. Tymczasem ten felieton  uświadomił mi, że nic się pod tym względem nie zmieniło.

Z telewizji mogę zrezygnować bez bólu, ale niestety z Mazowieckich Przewozów Regionalnych już nie. A oni cały czas tylko myślą jak mi życie osłodzić. Teraz, w związku z budową nowej stacji Ursus-Niedźwiadek, przez trzy wakacyjne miesiące pociągi będą jeździć po jednym torze. A gdy ten przystanek oddadzą do użytku to czas dojazdu do pracy wydłuży się o kolejne 5 minut. No i tłok w pociągu będzie proporcjonalnie większy.

W Londynie byłam 11 dni (po odliczeniu dni "dojazdowych"), ale wychodne miałam tylko raz. Powłóczyłam się w sobotę po Camden Town, gdybym była młodsza (i szczuplejsza) kupiłabym kilka rzeczy, a tak to tylko się pogapiłam. Na przykład na sklep z odjazdowymi butami:


Zwróciłam też uwagę na skórzane puffy takie same uszyła moja sąsiadka w ciemnych latach stanu wojennego - trudno było wtedy o meble, a jej się zamarzyła skórzana kanapa. Tyle, że użyła wtedy do tego materiału skóropodobnego, czyli skaju.

 

Z drutami kompletna porażka. Może na tym zdjęciu tak tego nie widać, ale dalej robią "paski". Jedyny sposób na wykorzystanie tej wełny to żakard, kiedyś coś wymyślę. Ale nie teraz.  

 

Gorzej, bo nie mam pomysłu co w zamian. Dawno już tak nie było. W każdym razie cokolwiek by to nie było, muszę kupić na to wełnę.

Ale nic to. Trzeba patrzeć na jaśniejsze strony życia - w autobiografii Holoubka przeczytałam właśnie, że jedyne co jest pewne w przypadku nieszczęścia, to to, że następne będzie większe.

Ważne że już niedługo, w wakacje mam zaplanowane kolejne spotkanie z mężczyzną mojego życia.




poniedziałek, 01 kwietnia 2013
...

Babciuję.

Wnuk jest oczywiście genialny, tyle że inglisz. Przywiozłam mu koparkę, powiedział "ka ..", w pierwszej chwili pomyślałam, że jest taki mądry, że już mówi  po swojemu "koparka", ale chwilę później zrozumialam, że on mówi "car". 


W przerwie baciowania przygotowałam świąteczne śniadanie.


A wieczorami zamiast  się rozwijać, ogłupiam się Sokobanem. Jak na razie nie mam pomysłu jak szybko pokonywać kolejne plansze, co chwilę utykam w jakiejś na dłużej. Pocieszam się, że nie jest to strata czasu, tylko profilaktyka Alzheimera.


Czyli chwilowa przerwa w życiorysie.

Odnotowuję przeczytanie.

Bardzo mocno takie sobie.

Kombatanckie wspomnienia drugiego szeregu opozycji lat 70-tych i 80-tych. Dopuszczeni do głosu, snują te swoje opowieści przeraźliwie się rozdrabniając się, tonąc w szczegółach i tracąc watek, tak jakby długość tych opowieści, miała stanowić miarę ich bohaterstwa. 

Słowem klapa redaktorska na całej linii.  Przebrnęłam, tylko dlatego, bo żyłam w tamtych czasach.  

 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli