poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Obawiam się, że gdy ogarnę wreszcie dom i ogród, to poczuję już w kościach zbliżającą się jesień. To jest nie do przerobienia, zwłaszcza ogród. Kupione w zeszłym roku żonkilki za chwilę przekwitną, a póki co to jedynie one cieszą moje oczy.


Poszłam za ciosem i do zniszczeń kanalizacyjnych, dołożyłam wycięcie leszczyn i drzew owocowych. Na tym zdjęciu został uwieczniony start:

A na tym koniec:

Świadomość ekologiczna poraża - od jakiegoś czasu co jakiś czas śmierdziało. Sąsiad przeprowadził śledztwo i odkrył, że kilka domów dalej palą płytami z klejem i jak wieje w naszą stronę, śmierdzi. Próbował się z nimi dogadać, zero zrozumienia. Teraz jesteśmy na etapie wzywania policji i straży miejskiej. Przyjeżdzają, powąchają i odjeżdżają - bo podobno nic nie mogą. Aż mi się nie chce w to wierzyć - mam zamiar poczytać na ten temat. Ten sąsiad to żaden wykluczony, willa, rodzina, samochód, truje nie tylko nas, również siebie, ale i swoją rodzinę. I wszystko wskazuje na to, że podoba mu się jego "zaradność", znalazł przecież sposób na tanie ogrzewanie. Gdy próbowałam o tym napisać na lokalnym forum, wyświetlał się komunikat, że mój post to spam i nie będzie opublikowany. Zapytałam admina dlaczego tak i dostałam taką odpowiedź: 

To nie my (redakcja) tylko bot decyduje, czy post nie jest spamem czy też jest. Możliwe, że robot wychwycił nazwy plastik, PCV, poliuretan i zakwalifikował je jako reklamę czyli spam. Może niech postara się Pani jakoś inaczej to sformułować. 

Ale postęp. Z cenzorem można było dyskutować, z botem nie za bardzo ...

Kontynuuję rozpoczęty na zeszłotygodniowych Szarotkach projekt Bluzia. Z tego co miałam w domu, bez wzoru, metodą "na oko". Karczek ma być żakardowy, potem gładko na zielono, a na koniec jakiś fantazyjny ściągacz. Oczywiście bez szwów. Pierwsza wersja został spruta - zrobiłam za ciasny dekolt, nie było miejsca na jakieś fantazyjne wykończenie.  


Tu już w tej lepszej, poprawionej wersji, która mam nadzieję nie będzie już pruta


 

Trochę przez przypadek wylądowałam na Położnicach szpitala św. Zofii, granych w ramach Warszawskich Spotkań Teatralnych.

K

 

Kolejna publicystyka M.Strzępki i P.Demirskiego. Tym razem efekt ich wkurwu na polskie położnictwo (niedawno zostali rodzicami). Prawdopodobnie też którejś z ich znajomych nie zrobili na czas w szpitalu św. Zofii cesarki i dziecko urodziło się z porażeniem mózgowym. Czuć, że sztuka ma sporo aluzji i odniesień do konkretnych wydarzeń. 

Trochę dobrych scen, niezłych piosenek, celnych obserwacji. Nawet kilka niegłupich pytań. Ale może właśnie dlatego, mam sporo "ale". Przede wszystkim przekroczony został poziom dopuszczalnego w takich przypadkach chaosu - chwilami M. Strzępka nie potrafiła nad tym reżyserko zapanować. Mam też takie wrażenie, że autorzy sztuki chodzą w kółko, kłują ten balon polskiej współczesności, ale go nie naruszają. Współczesna Polska jest tematem na dużo ciekawszy "teatr polityczny". 

W dodatku, za mało w tym teatru. Jakoś nie umiem pogodzić się z tym, że aktorzy połykają słowa i można się tylko co najwyżej domyślić co mówią. Nad sceną, na prompterze wyświetlane było angielskie tłumaczenie. Jeszcze chwila i w teatrze będą wyświetlać napisy i po polsku. Może to jest rozwiązanie?

 

Nadrobiłam jeden zaległy film

Ciekawa historia, która mogła się wydarzyć, bo kiedyś nie było netu: o piosenkarzu, który był sławny, tylko o tym nie wiedział. Ale to historia, którą ten film opowiada jest ciekawa. Sam film to typowy dokument, który można obejrzeć w telewizji.   

piątek, 26 kwietnia 2013

dobra książka

Przeczytałam kolejne, poszerzone wydanie biografii Marka Edelmana.

 

Porównania do pierwszego wydania, nie mam, bo go w ręku nie miałam. Taka generalna refleksja: za wcześnie … O Marku Edelmanie jest tyle, ile chciał o sobie powiedzieć, ani zdania więcej i autorzy to uszanowali. Albo będą kolejne, znacznie bardziej poszerzone wydania, albo ktoś inny napisze biografię Edelmana od nowa. Bo ta książka biografią nie jest.  Najbardziej czułam to „za wcześnie” czytając zapis rozmowy M. Edelmana z K. Ratajzerem. Oni wiedzieli o czym dokładnie mówią, czytelnik nie za bardzo.  

Z tym że wcale to nie znaczy, że nie jest warta przeczytania. Po prostu temat tak ciekawy, że chciałoby się jeszcze więcej. Złapałam się na tym, że z dużym zainteresowaniem czytałam nawet i źródła historyczne. 

Niesamowite są jego opowieści powojenne, o sobie w roli lekarza. Chwilami przypomina to Pacjentów Thorwalda. To tak niedawno, jeszcze pamiętam czasy gdy lekarz stawiał diagnozę na podstawie wywiadu i obserwacji, badania tylko potwierdzały jego rozpoznanie. Im lepszy lekarz tym szybciej i tym trafniej diagnozował. Ech, łza się w oku kręci.



W  tzw. międzyczasie przeczytałam kolejną książkę Ian McEvan’a – Niewinni.




Ian McEvan, czyli kolejne czytadło. Tyle, że Na plaży w Chesil, czy Betonowy ogród to to nie jest. Powojenny Berlin. Anglicy i Amerykanie kopią tunel, by podsłuchiwać Rosjan. Między innymi pracuje przy tym młody Anglik, który zakochuje się w Niemce, a potem dzieje się w ich życiu dużo, czasami i trudnych do przewidzenia zdarzeń.. Ale nudne to i topornie napisane.

Jednym słowem - strata czasu.

niedziela, 21 kwietnia 2013
Zapomniałam

Wszyscy z taką tęsknotą wyglądali tej wiosny, że uległam presji tłumu i zapomniałam o sobie.

A ja nie jestem karp, by wyczekiwać wigili.  Zimą, gdy wrócę z pracy, jak tylko napalę w kominku, to mam już czas tylko dla siebie. W spowitym mrokiem domu, nawet jak jest brudno, to tego nie widać. Na ogarnięcie domu wystarcza piątkowy wieczór i jak w sobotę wrócę z targu i naniosę drewna, do poniedziałku już nic nie muszę. 

Wiosna na dzień dobry wita mnie brudną szybą, która mówi: "umyj mnie". Gdzie się nie spojrzę kurz i zimowy brud. I nawet jak w końcu ogarnę dom, to tak dobrze jak zimą nie będzie - np. pralka błyskawicznie będzie się wypełniała brudnymi rzeczami, które pierze się w domu, a nie nosi do pralni (co oznacza potem więcej prasowania).

Plan mam taki, by do majowego weekendu z grubsza się z tym uporać. Mając ten termin w głowie, robię to tak energicznie, że tylko generuję straty - już teraz taniej by wyszło, gdybym wzięła ekipę - zrzuciłam kuchenkę mikrofalową  i nie jestem przekonana, że da się ją nareperować. Sufitu w kuchni też sama nie odkurzę. 

Na razie dałam sobie spokój - jak zaczęłam odkurzać piec gazowy, to rozwaliłam zawór bezpieczeństwa i pan hydraulik musiał przyjechać "na sygnale".

A w Kundlu, w dużym stopniu dzięki Kaśce, prawie 50 książek do przeczytania (wgrywam tam tylko taki, które koniecznie chcę przeczytać.  Na półce czeka kolejny serial, który bym obejrzała, biorąc druty do ręki ...

No i ten ogród ...  

W tym tygodniu podłączyli mnie do miejskiej kanalizacji:


Jak się buduje w Brwi (przynajmniej tak kiedyś było), trzeba było mieć podpis archeologa, że na działce z jego punktu widzenia, nic ciekawego nie widać. Zdjęcie u dołu to potwierdza. Dymarek na mojej działce nie było.  

Teraz trzeba to uporządkować. Tyle, że nawet przez chwilę nie miałam pomysłu, że uporam się z tym sama.

Co nie znaczy, że nie będę robiła w ogrodzie. Ponieważ alternatywą jest zintensyfikowanie jogi, wolę ogród, z uwagi na elastyczny czas zajęć (zaliczona niedawno trauma lustra w przymierzalni tak  zabolała, że energicznie zabrałam się za chudnięcie). Nawet piekę mięsa, by nie skręcać po wyjściu z pracy do baru (polecam ten przepis z namaczaniem indyka w solance):

Były Szarotki. Ewa przyniosła tylko jedną rzecz;

Ja też nie za bardzo mam się czym pochwalić. Kupiona na letnie bluzki włóczka okazała się niewypałem - szary Drops lepiej nadaje się na chustę, granatowa bawełna Lany Grossa ma kiepski, bury odcień. Dłubię z zielonej Lany Grossa bluzkę z melanżowym żakardem, ale bez przekonania.

 

Kino woła ciekawą ofertą - festiwal goni festiwal, a mnie tam nie ma. A jak jestem, to nie na tym filmie na którym było warto.

Film nie tyle o wierze, czy religii ale o sztywnej, ciasnej umysłowo, antypatycznej nieszczęśliwej kobiecie, która swojemu nieszczęśliwemu życiu usiłuje nadać sens uciekając w religię. Nie po to nie chodzę na Krakowskie Przedmieście, by oglądać to w kinie (polskie wydanie czy austriackie, wygląda z grubsza tak samo). Może by i mi to tak nie przeszkadzało, gdyby film sam w sobie był ździebko lepszy. A jest tak samo toporny, jak jego bohaterka.   

Ponadto:

Odebrałam swoje pierwsze w życiu okulary sferyczne i tak jak miałam wątpliwości, tak teraz już wiem, ze była to jedna z moich lepszych inwestycji. Super oszczędność czasu, przestałam go tracić na wieczne poszukiwanie okularów.

Kupiłam cudowny wózek babciny. ma duże kółka i cudownie lekko ciągnie się go za sobą:


Odbyłam pierwszą rozmowę telefoniczną z moim wnukiem:

- Tata?

- Nie babcia, pamiętasz?

- Tak!

- O jak fajnie. Naprawdę mnie pamiętasz mnie?

- Nie! Tata?


Niestety okazało się, że on rozmawia przez telefon tylko z tatą. Rozczuliłam się jak stary siennik, jak zobaczyłam jego imię i nazwisko na liście pasażerów. Podróżuje już jak oddzielna jednostka ludzka! 

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli