niedziela, 27 kwietnia 2014
Buty bikini

Powoli wracam do życia. Wprawdzie cały czas miałam świadomość, że to co ostatnio mi się przydarzyło to kłopoty, a nie tragedie życiowe, ale nastrój miałam minorowy. Świadomość, że to co mnie przygniotło miało ciężar kartonowych pudeł, nie przeszkadzała mi się widowiskowo użalać nad sobą. Teraz zgodnie z moją ulubioną maksymą: jaki by nie był powód łez, w końcu i tak trzeba wytrzeć nos, wygląda na to że w końcu się wygrzebałam.

W tym tygodniu wszystkie popołudnia spędziłam na zwiedzaniu warszawskich salonów obuwniczych. To co tam sprzedają nazwałam: "buty-bikini", niektóre są nawet ładne, ale wszystkie szyte tak, by zużyć jak najmniej materiału. W efekcie, do części z nich moja płetwowata stopa z wysokim podbiciem nie wchodzi nawet bez wkładki. Na szczęście - dzięki temu że mój wpis o butach skomentowała tajemnicza Mt7 - pojawiło się światełko w tunelu. Podany przez nią salon jest w Częstochowie. Znalazłam warszawski odpowiednik, z tym że ma dużo mniejszy wybór. Milczą też na temat cen. W tym tygodniu tam pojadę, bo wszystko skazuje na to, że nie mam wyjścia i jestem skazana na kupowanie butów w takich miejscach.

Cały czas chodzi mi po głowie, by w podobny sposób rozwiązać sprawę ciuchów. Z tym, że trochę ostudziła mnie \wizyta w sklepie z materiałami.  Porozmawiałam z panią na temat gramatury sprzedawanych tkanin i jasno z tej rozmowy wynikało, że inwestowanie w krawcową,  wymagało by poszukania "prawdziwych" tkanin. Pytanie, czy ktoś je jeszcze tka? 

Pianinem dalej w impasie. Zanim zacznę robić rękawy, usiłuję zrobić wykończenie dekoltu. Robiłam już na wiele sposobów, ale nic nie nadaje się do pokazania. Może w przyszłym tygodniu coś się wreszcie uda?

niedziela, 20 kwietnia 2014

Wybierając się na święta do Londynu zabrałam:

- dwa pierwsze tomy Kwintetu Aragońskiego Durella,

- Pianino, w którym trzeba zrobić rękawy i wykończenie dekoltu, 

- wełnę na szal, na wypadek gdybym skończyła Pianino,

- trzy audiobooki wgrane na komórkę

Z tego wszystkiego udało mi się skończyć na Kindlu Cud Kasprowicza i to przede wszystkim dlatego, że trochę czasu jednak podróż zabiera.

Trzyletnie dziecko potrafi być absorbujące. W ramach akcji "fajna babcia", byłam z nim w wesołym miasteczku:


Takie klasyczne, z całym mnóstwem karuzel i to w dobrym stanie. No i co ważne nie było rollercoasteru - byłam niewiele starsza od Tomka gdy naciągnęłam na to moją babcię, wesołe miasteczko było wówczas obok Dworca Głównego i do dziś pamiętam wrażenie, jakie to na tej mojej biednej, gotowej do poświęceń, babci zrobiło. A na pewno było do tylko namiastka prawdziwego rollerscoasteru.

Poszłam też z nim do National History Museum. Naopowiadałam mu, że zobaczy dinozaura, ale gdy wysiadłam z metra zastanawiałam się jak się z tego wykręcić. Zwątpiłam, bo takiej kolejki to chyba nawet do Muzeum Kopernika u nas nie ma. Na szczęście byłam z mamą: nie zdążyłam pomyśleć co dalej, gdy ktoś z obsługi, wskazując na nią, zapytał czy jesteśmy razem. Gdy potwierdziłam, powiedział że mamy wejść bez  kolejki. Gdy podeszłyśmy do wejścia, już na nas czekano (na marginesie: na ulicach Londynu dzieci całe mnóstwo, ale starych ludzi, takich w wieku mojej mamy prawie się nie spotyka).

I tak mój wnuk zobaczył dinozaura.



Ciekawe, czy zapamięta tę wycieczkę?

 

Z pamiętnika wk ... konsumentki

Odezwały się Koleje Mazowieckie. (podkreślenia moje)

Koleje Mazowieckie – KM” sp. z o.o. Wydział Windykacji – informuje, że warunkiem anulowania opłaty dodatkowej jest przedstawienie odpowiednich dokumentów oraz wniesienie opłaty manipulacyjnej w ciągu 7 dni nie licząc daty otrzymania wezwania do zapłaty. Pani nie dopełniła ww. wymogu (podstawa prawna: rozporządzenie Ministra Infrastruktury z dnia 20 stycznia 2005 r. (Dz. U. Nr 14, poz. 117). Wezwanie do zapłaty otrzymała Pani 4 stycznia 2014 r. a odwołanie wpłynęło 13 stycznia 2014 r. tj. po terminie 7 dni. Odwołanie nie zawierało również informacji z ZTM o ważności WKM w dniu przejazdu, jak i brak było pełnej wpłaty opłaty manipulacyjnej, co naraziło Spółkę na poniesienie dodatkowych kosztów korespondencji. W związku z tym „Koleje Mazowieckie – KM” sp. z o.o. w drodze szczególnego wyjątku bez precedensu na przyszłość ograniczyła należność do opłaty manipulacyjnej w kwocie 16,00 zł a nie do pełnej kwoty. Operator publiczny, czyli Poczta Polska powinien doręczać listy w ramach powszechnej usługi pocztowej: - nie później niż w 4 dniu po dniu nadania – w przypadku przesyłki listowej priorytetowej, - nie później niż w 6 dniu po dniu nadania – w przypadku przesyłki listowej zwykłej. „Koleje Mazowieckie – KM” sp. z o.o. przyjęła zasadę, że od 14-ego dnia po dniu nadania – rozpoczyna proces windykacji należności w wypadku braku reakcji ze strony podróżnego na wysłaną przez Spółkę decyzję, tj. do 14 dnia od daty nadania wstrzymane są działania windykacyjne.

Niezależnie od tego gdzie skieruję swoją skargę (muszę się zastanowić kogo wybrać, rzecznika od praw obywatelskich czy od konsumentów), mam zamiar im wytknąć, by zanim zaczną wymagać od innych, przyjrzeli się sobie. Ich żadne rozkłady jazdy nie obowiązują, ale inni, np. poczta, mają chodzić według zegarka. 

Przeczytane

Róża  Róża Thun

Milusia ta książka w czytaniu, ale też z tego akurat trudno czynić  zarzut.

Pierwsza część książki to lek na pokiereszowane nerwy i na zagonienie w codziennym patataj. Cudowna ballada o udanym życiu. Pewnie trochę polukrowana, z pochowanymi do rodzinnej szafy trupami, ale z niesamowitą dawką optymizmu. Powojenny Kraków, środowisko Tygodnika Powszechnego. Rodzina z tradycjami, galeria barwnych postaci, z ciekawymi życiorysami. Potem ślub z niemieckim arystokratą. I tak do momentu, gdy razem z mężem lądują w Katmandu.

Stamtąd - jest rok 1989 - wzywa ich do powrotu polityka. Od tego momentu książka powoli przeistacza się w polityczną agitkę. Zgrabną, dobrze napisaną, czasami doprawioną ciekawą anegdotą, ale jednak agitką. I o ile  przemilczenia w pierwszej części książki nie drażniły, o tyle w drugiej części drażniły, to już nie chodziło o  ochronę rodziny, tylko o polityczne kalkulacje.

Oczywiście wolę by w UE reprezentowali mnie tacy ludzie jak Róża Thun, a nie bokser Adamek. Ale po to by to wiedzieć, nie musiałam czytać tej książki.


Cud Ignacy Karpowicz

Ości tego autora bardzo mi się podobały, Gesty też. Z kolei jego Balladyny i Romanse bardzo chwalił Gumiś i Ańćka. Więc Cud wzięłam do ręki niczym pewniaka.

I się zawiodłam. Postmodernistyczna papka.

Śpieszący się na zajęcia student Mikołaj umiera po tym, jak potrącił go samochód, a z jego ciałem dzieje się tytułowy cud - zamiast stygnąc, po śmierci nadal utrzymuje temperaturę i nie ulega rozkładowi. Lekarze mają nadzieję, że stanie się dla nich przepustką do światowej kariery, lud wierzy w jego ozdrowieńczą moc, a kościół zastanawia się, jak ustawić się do wiatru. Mikołaj dorobił się po śmierci nawet narzeczonej. O tym kim był zanim umarł, dowiadujemy się z pijackiej gawędy jego ojca.

Powieść z tzw. kluczem, nie wykluczam nawet, że jest bardzo mądra. Przebąkuje się w niej o Trzecim przymierzu, ale i bez tego zbyt czytelne są aluzje by nie zauważyć, że tą książką Karpowicz zabrał głos w dyskusji o obecności Boga i religii we współczesnym świecie. Tyle, że mnie przynajmniej zmęczyły popisy błyskotliwej prozy (co jak co, ale Karpowicz potrafi to robić) - miałam wrażenie że za dużo w tym ornamentów, za mało treści.

No i tak sobie myślę, że jak się pisze obrazoburczą powieść o współczesnej Polsce, to obsadzony w jednej z głównych ról kościół, mógłby być katolicki, nie prawosławny.

 

A teraz:

Tydzie temu, w Niedzieli filozofów w RDC prowadzący audycję, powiedział że Kwartet aleksandryjski Durrella, to jedna z najlepszych książek, jakie zostały napisanego. Kwartetu w moje bibliotece nie było, był za to Kwintet Awinioński tego autora.

Przeczytam i zobaczę, czym się ludzie zachwycają. Bo ceny jego książek na Allegro dają do myślenia.

 

niedziela, 13 kwietnia 2014

Los pokarał mnie za moją pychę. Duch reorganizacji zmiótł moją wyspę szczęśliwości i jedyne co mi pozostało, to być wściekłą i złą - póki co, to się w tym pławię. 

Była nadzieja, że się odspawam od Robbo, trudno się gra w zręcznościówki bez joysticka. Znudziło mi się przechodzenie tych samych komnat, zanim  dojdzie się do miejsca gdzie się utknęło (system zapisuje etapami, co cztery plansze). Niestety odkryłam to miejsce i kolejny weekend stracony.

Przez Robbo nie wzięłam do ręki drutów. Dostałam od Kasi.eire ksiażkę Susan Maushart E-migranci. Pół roku bez internetu, telefonu i telewizji. Chyba powinnam po nią szybko sięgnąć. Tyle, że to nie jedna pozycja na moim Kindlu, od której chciałabym zacząć. Przybywa tych książek w jakimś zawrotnym tempie.

Kwiecień spisałam na straty, a w maju będzie już za późno na ogród, który nie wiadomo kiedy "się" zapuścił. Prawie na pewno machnę ręką, odpuszczę sobie trawnik i zacznę hodować chwastnik.


Bo dobrze to już było. 

I to na każdym froncie. Mam tylko jedną parę butów, tzw. "saszki", czarne i skórzane które w maju, do letnich rzeczy będą wyglądać śmiesznie. Ale już nawet przestałam chodzić po sklepach. Klasycznych normalnych butów, takich do spódnicy, do których po włożeniu wkładki, można by jeszcze włożyć stopę, nie ma. Nawet z adidasami miałam kłopot, w końcu musiałam kupić Timberlandy

A do tak zwanych markowych ciuchów podchodzę jak do jeża. Ja rozumiem, ze się teraz nie kupuje ubrań na lata. Ale tak wyglądają spodnie z  COS-u po pieciu pralniach. Przesada.

 

Ale leżały świetnie ... Przyjemnie było w nich chodzić. 

Przypomniała sobie że Mazowieckie Przewozy Regionalne nie odpowiedziały na moje zapytanie w trybie informacji publicznej. Już zacieram ręce.

piątek, 11 kwietnia 2014
Przeczytane

Przekleństwa niewinności Jeffrey Eugenides


Zanim przeczytam Intrygę małżeńską Jeffrey’a Eugenidesa (czeka w kolejce) sięgnęłam po jego Przekleństwa niewinności. Ponownie obejrzałam też, nakręcony na podstawie tej książki, film Sophii Coppoli.

Książka jest dużo lepsza niż film. To akurat często się zdarza, dziwne jest co najwyżej to, że wygrywa i w tak „filmowej” konkurencji, jak klimat, w jakim snuta jest ta opowieść. Gdy czytałam książkę (a nie gdy oglądałam film), przypominały mi się kadry z Pikniku pod wiszącą skałą. Tyle, że tym razem nie o nastolatkach z Australii, tylko z przedmieść Detroit w latach 70-tych. 13-letnia Cecilia Lisbon popełnia samobójstwo, rok później odbierają sobie życie pozostałe cztery córki państwa Lisbon. Opowieść  o tym co się działo w tej rodzinie pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami. Przy czym śledzimy to z perspektywy ulicznego obserwatora i wiemy o nich tylko tyle, ile zdołają się dowiedzieć zafascynowani siostrami Lisbon ich koledzy ze szkolnej ławki.

Na pytanie dlaczego odebrały sobie życie, autor nie udziela odpowiedzi. Sophia Coppola w swoim filmie, w zasadzie też tego nie robi, ale jednak nie potrzebnie „podkręca” pewne sceny sugerując, że to może z nich poszła iskra.


O kolejnych dwóch książkach dowiedziałam się z blogosfery.

Guguły Wioletta Grzegorzewska


Biorąc pod uwagę to, że Guguły to powieściowy debiut literacki, autorka już odniosła sukces: jej książka została zauważona. Pytanie co będzie dalej, bo chociaż w stopce nie ma o tym ani słowa, prawie na pewno książka jest oparta na wątkach autobiograficznych. Czy autorka ma pomysł na następne dopiero się dowiemy, w każdym razie pisze nieźle. Bohaterką książki jest Wiolka, wiejska jedynaczka wychowująca się w przeciętnej, chłoporobotniczej rodzinie w czasach późnego PRL-u. Kadry z codziennego życia, bez podkręcanych scen, traum, dramatów, składające się na spójną opowieść o dorastaniu. W tle obraz tamtej polskiej wsi, zabobonnej i pogańskiej. Taki przaśno-wiejski realizm magiczny.  Ciekawe.

 

Zorkownia Agnieszka Kaługa


Ostatnio ktoś mi opowiadał, że w podręczniku do czwartej klasy szkoły podstawowej, życie człowieka zaczyna się w chwili poczęcia, a kończy na starości. Ta książka przypomina, że jest jeszcze jeden przystanek

Wspomnienia wolontariuszki z warszawskiego hospicjum. Dobrze napisane, ale zbyt jednostajnie. W pewnym momencie te wszystkie śmierci, pożegnania, bóle i cierpienia, zlewają się w jedną monotonną opowieść i książka zaczyna męczyć. 


Jeszcze nie wieczór Kira Gałczyńska

 

Po Zorkowni postanowiłam wziąć do ręki coś lżejszego. Myślałam, że spod pióra tej autorki wyjdzie coś co da się czytać i się bardzo rozczarowałam. Nie wiem co Kira Gałczyńska ma po tatusiu, ale na pewno nie lekkość pióra. 

O kobiecie w "późnym wieku średnim", która nie potrafi się wygodnie umościć w życiu. Irytuje ją polityczna rzeczywistość, męczy zawieszenie w związku, w którym nie umie się na nic zdecydować, martwią kłopoty ze zdrowiem (w kolejnych operacjach kolana, ortopedzi zamiast poprawić, pogarszają tylko sytuację). Wszystko to opowiedziane w konwencji serialu, gdzie bohaterom tak przyziemne sprawy jak pieniądze, nie zaprzątają głowy. Jedynym ciekawym zabiegiem, jest drugi plan tej opowieści - we wspomnieniach bohaterki występuje "warszawka" drugiej połowy ubiegłego wieku. nawet jeżeli występują pod pseudonimami, bardzo łatwa jest ich identyfikacja. Ale jest to tak drętwo napisane, że po jakimś czasie nawet ta historyczno-anegdotyczna warstwa książki przestaje bawić.

 

nie warto brać do ręki 

Bomba - Alfabet polskiego szołbiznesu Karolina Piotrowska

Prawdopodobnie dałoby się z tej książki wyłuskać kilka ciekawych anegdot. Ale trzeba by było się przedzierać przez pretensjonalny bełkot. A nawet Pudelek jest ciekawszy.

Książka ciekawa dla osób w niej opisanych. Chyba dla nikogo więcej.

niedziela, 06 kwietnia 2014
Powrót do młodości

W pracy trzęsienie ziemi. Stanęłam koło ściany nośnej, trzymam się framugi i czekam. Ale przez te życiowe patataj, mimo ambitnych planów ani drutów, ani książki w weekend do rąk nie wzięłam. Za to przypomniałam sobie o szczęśliwych latach młodości i w sobotę wieczorem, za jedyne 10 zł kupiłam grę Robbo. Jak siadłam, nie umiałam przestać.

Gdy zasypiałam  w głowie ciągle jeszcze trwała gra ... Ta wersja Robbo ma 130 plansz - nie pamiętam ile miała tamta na Atari, ale na pewno mniej. Tak jak w tamtej, każdy poziom składa się z czterech plansz. O dziwo jakoś daje sobie radę bez joysticka i waląc w klawiaturę dojechałam do piątego poziomu. Niestety, nie mogę wziąć w tym tygodniu urlopu  - nie pozostaje mi nic innego, niż z wytęsknieniem czekać na następny weekend. 

Wcześniej w sobotę odgruzowywałam mieszkanie: jakiś czas temu synek zwiózł mi "trochę" swoich" rzeczy i musiałam znaleźć na nie miejsce.

Poprzedni taki transport był trzy lata temu, wtedy spokojnie na wszystko znalazłam miejsce. Teraz poutykałam książki w każde wolne miejsce, nie wiem co będzie dalej, bo wywalać książek nie umiem ...

Chwilami rozważam powrót do Wwy, ale co ja wtedy zrobię z tą ilością rzeczy?

A Wwa kusi. Gdy po pracy zadzwoniłam do jednej z ciotek, że nie chcę wracać do Brwi, okazało się, że zamiast standardowo wybrać się do kina, możemy iść na wernisaż Tola. w domu kultury na Saskiej Kępie. Znam go wieki całe, a on przez te kilkadziesiąt lat jak strugał w zapałkach, tak struga.  

Ojciec Szpiler mnie lekko zawiódł


Zdjęcia jak z folderu biura podróży - miejsce akcji: chorwackie miasteczko na malutkiej wysepce, świetnie się do tej roli nadaje.  Ale jest jeszcze warstwa fabularna, a z tym gorzej. Wyspa się wyludnia i aby temu zapobiec, w porozumieniu z kioskarzem i aptekarzem, ksiądz proboszcz zaczyna dziurawić prezerwatywy. Może by i się to nadawało na komedię, ale musiało by to być jeszcze śmieszne, a nie jest. Przegadane, nie najlepiej zagrane.

I jak by tego było mało, ma to wszystko pseudo-antyklerykalny wydźwięk. Po Tajemnicy Filomeny drugi taki film. Może to jakiś trend?



Na szczęście rumuński film Pozycja dziecka już mnie tak nie zawiódł.  

Film jest świetny i ma tylko jedną wadę, jest bardzo podobny do innych, ostatnio bijących rekordy popularności "rumuńskich filmów społecznych".

Główna bohaterka to  60-letnia kobieta sukcesu, dobrze ustawiona pani architekt. Tyle że głęboko nieszczęśliwa - nie umie się pogodzić z tym, że jej syn odciął pępowinę i postanowił żyć swoim życiem, w dodatku z kobietą, której nie akceptuje. Gdy dowiaduje się, że syn spowodował śmiertelny wypadek samochodowy, dostrzega w tym szanse na odzyskanie dawnej pozycji: jej pieniądze i znajomości mogą go uchronić od odpowiedzialności. Obok zaborczej mamusi i niemrawego synka, jest jeszcze bezwolny tatuś, narzeczona synka i cała galeria ludzi od których zależy to, czy synek pójdzie siedzieć. No i jest również i rodzina ofiary.

Z jednej strony opowieść o toksycznych ludziach żyjących w toksycznych związkach, gdy kogoś poznajemy, chwilę później mamy za co go nie lubić.  Z drugiej wszystko to opowiedziane jest w konwencji ballady o zwykłym życiu, bez cięć i błyskotliwych ripost. Konsekwentnie idzie to głównym nurtem, z tym że w niektórych scenach aż szkoda, że reżyser nie pociągnął, skręcając lekko w bok, tego wątku dalej.

Jest coś w tym z klimatu kina niepokoju moralnego. Z gatunku tych do myślenia. Zwłaszcza jak się ma dorosłe dzieci.

 

Hotel Grand Budapeszt to dobry film, ale to co było w nim fajne, to było już w Moonrise Kingdom  i za drugim razem aż tak nie bawi. 

Najważniejsza jest w tym filmie scenografia. Kolejne, bardzo starannie  wypracowane z myślą o każdym detalu  kadry, walą po oczach jaskrawymi kolorami, przesytem kiczu i przerysowaniem typowym dla filmów  rysunkowych. Współgra z tym gra aktorów, przypominająca momentami nieme filmy. Słowem dla koneserów Wesa Andersona. A sam film, którego akcja toczy się na początku XX-wieku w przypominającym Austro-Węgry państwie Zubrowka, opowiada o przyjaźni hotelowego kamerdynera i zatrudnionego przez niego boy'a. Tyle, że ważne jest tutaj nie to co, ale jak się to opowiada. 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli