czwartek, 30 kwietnia 2015
Przeczytane

Boginie z Zitkovej  Kateřina Tučkova

Jeżeli ktoś lubi dobre powieści, to to jest dobra powieść.

To, że mnie nie urzekła, to insza, inszość.

O XX-wiecznych morawskich czarownicach, kobietach żyjących w bardzo ubogim górski rejonie, które od wieków parały się wróżeniem, zamawianiem (takie nasze szeptuchy ze ściany wschodniej). Ich tropem idzie ostatnia z nich, która nie przejęła ich posłannictwa, wychowała się w domu dziecka i jako etnograf, chce udokumentować ich historię. Przy okazji wyjaśnić dlaczego ciotka, która ją wychowała, była prześladowana przez bezpiekę. 

W przejmujący sposób przedstawiona niemoc "zwykłego" człowieka wobec historii. socjalistyczna duchota, ludzka podłość. Perełką są spreparowane, niby autentyczne, urzędowe dokumenty czy donosy. Ale też ludzie nie są tu źli, bo tacy się urodzili - nawet ci najgorsi mają tu swoją opowieść, która ich nie wprawdzie usprawiedliwia, ale pozwala zrozumieć.

Tym bardziej zasadne jest pytanie, dlaczego mnie ta powieść nie urzekła. Może przez to jak jest napisana, czyli duszno i ciężko? Może przez zgrzebność wiejskiej nędzy? Nie wiem. Nie urzekła i już. 

 

 

Kwietniowe czytanie Marcina Szczygła


Malutko tego było (przypomniałam sobie pod sam koniec miesiąca).

 

1933 rok. Miasto bezrobotnych Konrad Wrzos

Reportaż z Zawiercia, miasta bezrobotnych. W tamtym momencie, 3/4 mieszkańców było na utrzymaniu gminy. Bezrobotny otrzymywał miesięcznie:

trzy ćwierci kilograma słoniny, osiemnaście kilogramów mąki żytniej, dziewięć kilo mąki pszennej, trzy kilo grochu, trzy ćwierci mydła, trzy ćwierci soli i trzy paczki mieszanki cukrowo-kawowej, i ziemniaki.

W 2008 roku śladami Wrzosa pojechał reporter Witold Szabłowski. Jak łatwo można się domyślić, to co dzisiaj nazywamy biedą, inaczej wygląda.

  

1938 rok. Produkuję poczucie psychiczne Melchior Wańkowicz

Reportaż o Centralnym Ośrodku Przemysłowym. Totalna porażka. Najgorszej wody produkcyjniak. nawet język mnie drażnił swoim napuszeniem i propagandowym dźwiękiem. Zaczęłam się zastanawiać, czy to dobry pomysł by ponownie przeczytać  Karafki. Może lepiej nie psuć wspomnień? 

 

1932 rok Moja podróż do Rosji Antoni Słonimski

Przynajmniej tu się nie zawiodłam. Już jak we wstępie przeczytałam te jego kilka tak dobrze znanych zdań, zapomniałam o Wańkowiczu:

Zaczyna się od uczenia na pamięć bardzo słabego wierszyka Konopnickiej pod tytułem Rota: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. Jest to dość minimalne jako program polityczny, oznacza to bowiem, że każdy inny może nam pluć w twarz, aby nie Niemiec, i że Niemiec też może pluć, aby nie w twarz.

Zwiedzając Moskwę widzi i się nie zachwyca. Historia lubi się powtarzać, znów na ulicach miast straszą puste witryny sklepów. W bolszewickiej Rosji tak rozwiązano ten problem:

W magazynach i sklepach po prostu mieszczą się urzędy. Za wielkimi szybami siedzą urzędnicy i przykładają stempelki do spiętrzonych stosów papierów. Przepisują kawałki, wkładają w teczki, rejestrują, kopiują, spinają spinaczami. Zamiast wędlin, butów, zegarków, kapeluszy męskich i wystaw konfekcji widzi się twarze wysuszone jak wędliny, plecy zgarbione nad aktami, całe tłumy urzędników ...

Narzekano wówczas również na jakość materiałów:

Przed sklepem z ubraniami stoi tłum w ogonku. Na stronie widać jakąś kobiecinę, która beczy. Opowiada coś, żywo gestykulując, ale nie rozumiem ani słowa. Pytam jakiegoś wyrostka, co się tu stało. – To Tatarka – odpowiada – sprzedali jej papierowe ubranie dla męża. Głupia. Myślała, że za dwadzieścia rubli dostanie z sukna.

 

1931 rok. Kot w nieznanym ogrodzie Stanisław Cat -Mackiewicz

Ten sam temat co u Słonimskiego: Rosja. To samo widzą, ale Słonimski pisze o tym z właściwą sobie ironią, Cat-Mackiewicza oburza los liszeńców (tak w tedy nazywali tam wrogów klasowych). Najlepsze są przygotowania do reportażu - Cat-Mackiewicz  przedstawia pytania, na które chce w trakcie swojej podroży odpowiedzieć. Na przykład jedno z nich brzmi:

Czy w razie wojny ościennej w Rosji obudzi się patriotyzm państwowy, który zacznie pomagać rządowi sowieckiemu w walce z wrogiem, cudzoziemcem, czy też przeciwnie, wybuch wojny wywoła kontrrewolucję w Rosji?

Sam potem przyznaje, że te pytania pokazywały tylko jego ignorancję. Przy okazji,  opis praktyk sądowych zabrzmiał mi "znajomo":

„Biednota” zabrała chłopu liszeńcowi (właścicielowi konia i dwóch krów) siano. Chłop nie miał czym karmić swych krów. Sędzia, rozpatrując sprawę według dynamiki rewolucyjnej, kazał liszeńcowi, aby oddał krowy swoim grabicielom, motywując to, że skoro nie ma on teraz siana, krowy mu są niepotrzebne, ponieważ i tak zdechną. Drugi przykład cytuję na podstawie wydawnictwa sowieckiego o „prawnych formach małżeństwa”, gdzie ten przykład wskazany jest jako prawidłowe rozstrzygnięcie dla orientowania sędziów. Para starych, bezdzietnych chłopów przyjęła na służbę dziewczynę siedemnastoletnią, którą „pokochali jak córkę”. Dziewczyna jednak po upływie pół roku chciała wyjść za mąż za człowieka, który się nie podobał staruszkom. Wymówili więc dziewczynie dom. Sędzia kazał tym staruszkom wydzielić dziewczynie część swego gruntu, taką, jakby była ich córką, jakkolwiek żadnego aktu „usynowienia” dziewczyny nikt ze starej pary nie popełnił. Wystarczyło, że sędzia stwierdził, że przez pół roku stara para chłopska „kochała” dziewczynę jak córkę

Z innym noworocznym czytelniczym zobowiązaniem - redukcją analogowego stosiku - też idzie tak sobie. Przejrzałam zapiski, od początku roku przeczytałam 11 książek w analogu, z tego 2 pożyczone, 6 świeżo kupionych, a tylko 3 ze stosiku. 

poniedziałek, 27 kwietnia 2015
Paradne!

Paradne. Gdzieś natknęłam się na to słowo i uświadomiłam sobie jak bardzo mi się podoba. Tyle, że nie mam go gdzie użyć.

Do opisu moich dentystycznych przygód się nie nadaje.

W sierpniu na Mazurach trochę bolało mnie dziąsło, zaczęłam, małpując Joannę żuć olej kokosowy, trochę pomogło, ale po powrocie poszłam dentysty → kazał zrobić zdjęcie, powiedział "ojoj", trzeba wyrwać ząb, ale dla pewności dał skierowanie na pantograf → jak obejrzał pantograf, powiedział ojojoj - trzeba rwać dwa zęby, pierwsze podejście do rwania nie wyszło (nie zadziałało znieczulenie) i na koniec wyrwałam je na chirurgii szczękowej → poszłam porozmawiać o protetyce, usłyszałam, że dla pewności lepiej zrobić jeszcze tomograf szczęki → pokazałam tomograf, usłyszałam "ojojojoj", po drugiej stronie konieczny jest zabieg (rwanie zęba to tak tylko przy okazji) → potem dowiedziałam się, że jest jeszcze konieczny jeden zabieg. Tak już byłam wprawiona w tych marszach, że nie przemyślałam tego co przeczytałam w Guglu. I na zabieg wybrałam dzień przed weekendem, gdy Gumiś był w Krakowie, Joanna w Lublinie, Ańćka na wsi a synek w Nidzicy.

A ten zabieg, to nie był taki sobie zabieg, tylko 1,5 godziny masakry piłą mechaniczną i  teraz wyglądam tak:

 

  

i w ramach roztkliwiania się nad sobą, robię sobie selfie i rozsyłam po znajomych, podpisując się jako "chomik".

A życie nie pieści. W niedzielne popołudnie Śniadanie z Filozofią było krótsze, przełączyłam na Trójkę, a tam produkowały się jakieś "Dziewczyny wyklęte", co to z  Malajonkiem ze swoimi śpiewami patriotycznymi Polskę objeżdżają. Już nawet radia nie można sobie tak po prostu włączyć, tylko trzeba się wstrzelać w konkretne audycje. Ale sądząc z artykułów w "ich" gazetach, jak by doszło do "zmiennej jesiennej", to nawet nie będzie się w co wstrzelać, bo tych audycji, co ja słucham pewnie już nie będzie. 

Motyl. Still Alice.

Oscar należał się Julie Moore za tę rolę, jak psu kość.

Przygnębiające studium zapadania się w Alzheimera. Choroba dopada główną bohaterkę, gdy ma 50-lat, pracuje naukowo (lingwistyka) na Uniwersytecie Columbia, ma udane małżeństwo, trójkę fajnych, dorosłych dzieci. Gdy dowiaduje się na co jest chora, usiłuje zaplanować swoją przyszłość, rozpaczliwie starając się opóźnić postępującą degradację. 

Film to kreacja Julie Moore. Inni w zasadzie są tylko tłem (może z wyjątkiem Kristin Stewart, tej ze Zmierzchu, też świetnie zagrała) Jest to trochę wadą tego filmu, taka choroba to tragedia całej rodziny. 

dobry audiobook

Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya Jacek Dehnel

I książka dobra i audiobook dobry.

Rozpisana na trzy głosy: Francisco Goi, jego syna Javiera i wnuka Mariano historia rodziny malarza. Niejednokrotnie daną historię poznajemy najpierw od strony ojca, by tym jak dalej się ona potoczyła, dowiedzieć się z perspektywy syna. Panowie się bardzo nie lubili. Francisco nie lubił Javiera (z wzajemnością). Mariano nie lubił Javiera. Javier nie lubił nikogo. Kobiety w tej opowieści występują w dalekim tle. 

W książce słynne czarne obrazy maluje nie Francisco, a jego syn Javier (w posłowiu Dehnel zarzeka, że nie on pierwszy wpadł na taki pomysł). Podobnie z tezą, że malarza łączyło coś więcej niż przyjaźń z jednym z jego przyjaciół.

Ale niezależnie od tego na ile poniosła Dehnela fantazja, ciekawie przedstawiona historia toksycznych relacji rodzinnych. W dodatku dobrze przeczytana na trzy głosy (L.Filipowicz, R.Siemianowski, J.Zadura), każdy mężczyzna - narrator tej opowieści ma nie tylko odmienny od pozostałych pogląd na to o czym opowiada, ale i inny tembr głosu. 

sobota, 25 kwietnia 2015
Przeczytane

Książek w bród.

Przed chwilą gadali o Dziewczynie z kamienia Izabeli Cywińskiej (kupiłam mamie w analogu), teraz na tapecie jest najnowsza książka Grzebałtowskiej (mam w ebooku). Nawet byłam na spotkaniu w kinie Atlantic. Prowadził je Michał Nogaś, ale po 15 minutach musiał wyjść po dostał telefon, że żona zaczęła rodzić.


A ja tymczasem sięgnęłam po starsze pozycje.

 

Jerzy Stefan Stawiński Młodego warszawiaka zapiski z urodzin.

Kolumbowie Bratnego w pigułce - zamiast trzech tomów, niecałe 200 stron.

Opis czterech dni urodzin - 17-tych we wrześniu 1938 roku, a następnie tych we wrześniu 1939, 1943 i 1944 roku.

Jeżeli cokolwiek wie się o autorze, to nawet bez przeczytania na obwolucie kilku zdań jego komentarza, już po pierwszych kilku stronach jest jasne, że ta książka ma bardzo dużo z autobiografii. Urodziny w 1938 roku, mimo nadciągającej wojny urzekają klimatem epoki. Kolejne rozdziały, czyli urodziny w 1943 i w 1944 roku, dalej - mimo narastającej grozy - dobrze się czyta. Załamuje się to wszystko przy powstaniu. Na to co tworzyło klimat: dialogi, sytuacje ciekawe postacie nie ma tu już miejsca. To co w zamian - ujęcie powstania w opisie jednego dnia, moim zdaniem się nie powiodło. Może dlatego, że autor chciał na kartach tej książki uwiecznić za dużo postaci (prawie na pewno każda ma swój pierwowzór), czy przeżytych sytuacji. Może już myślał o adaptacji, a scenariusz filmowy rządzi się innymi prawami. W każdym razie klops. A tak na marginesie: film na Youtubie zaczęłam nawet oglądać, ale szybko dałem sobie spokój.


Everyman Philip Roth

 

Króciutki (niewiele ponad 150 stron) moralitecik.

Poznajemy głównego bohatera, gdy po skończonej ceremonii pogrzebowej żałobnicy odeszli od grobu, pozostawiając go samego w trumnie.

Retrospektywnie dowiadujemy się jak przeżył życie. Na pierwszy rzut oka można je uznać za w miarę udane, przynajmniej do czasu gdy zaczęły się kłopoty ze zdrowiem (miażdżyca). Grafik w nowojorskich agencjach reklamowych, trójka dzieci z trzech małżeństw, starość w luksusowym osiedlu dla emerytów. Słowem bez spektakularnych, dramatycznych wydarzeń, z dużą ilością miłych wydarzeń, wykorzystanych okazji ttp.

Ale z perspektywy grobu, wydaje się miałkie i nijakie, nie dające poczucia że właściwie się je przeżyło. 

Chyba podobnie jest z tą książką. Miło się to czyta, ale na koniec odkłada się ten współczesny moralitet myśląc sobie: Phi, nic odkrywczego w tym nie ma. A że dobrze napisane? - a jakby miało być inaczej skoro to Roth. 

 

A czekanie na zabieg, który miałam w tym tygodniu, skracałam sobie czytaniem tej książki: :

Tak na dzień dobry, we wstępie zmroziło mnie takie zdanie:

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.

Czy to oznacza, że przekopiowanie na blogu fragmentów, podlegałoby ściganiu?

Potem każda kolejna kartka tylko umacniała mnie w przekonaniu, że gdy wchodzi w grę torturowanie  bliźniego, wyobraźnia ludzka nie ma granic (to, że było to nazywane leczeniem, z perspektywy chorego niewiele zmieniało).

W sumie to jeszcze dość sensownie wyglądała terapia narzędzi, które doprowadziły do choroby np. zamiast leczyć ranę po wbiciu strzały, wyjmowało się strzałę i leczyło jej grot ... Może i nie miało to wielkiego sensu, ale przynajmniej chory miał spokój.  

Zainteresowało mnie wytwarzanie lekarstw z ludzkich zwłok (kat jak nie ścinał wytwarzał leki, bo miał dostęp do surowca). Z książki wynika, że był czas gdy było to praktykowane na dość szeroką skalę - tym samym kościół musiałby przynajmniej na to przymykać oko. 

Ale na koniec książka zaczęła mnie nudzić i nie doczytałam jej do końca. Nie ma w niej składu i ładu, a same takie wyliczanki po jakimś czasie nużą.

Słowem do książek Jürgena Thorwalda tej książce bardzo daleko.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli