czwartek, 30 kwietnia 2015
Przeczytane

Boginie z Zitkovej  Kateřina Tučkova

Jeżeli ktoś lubi dobre powieści, to to jest dobra powieść.

To, że mnie nie urzekła, to insza, inszość.

O XX-wiecznych morawskich czarownicach, kobietach żyjących w bardzo ubogim górski rejonie, które od wieków parały się wróżeniem, zamawianiem (takie nasze szeptuchy ze ściany wschodniej). Ich tropem idzie ostatnia z nich, która nie przejęła ich posłannictwa, wychowała się w domu dziecka i jako etnograf, chce udokumentować ich historię. Przy okazji wyjaśnić dlaczego ciotka, która ją wychowała, była prześladowana przez bezpiekę. 

W przejmujący sposób przedstawiona niemoc "zwykłego" człowieka wobec historii. socjalistyczna duchota, ludzka podłość. Perełką są spreparowane, niby autentyczne, urzędowe dokumenty czy donosy. Ale też ludzie nie są tu źli, bo tacy się urodzili - nawet ci najgorsi mają tu swoją opowieść, która ich nie wprawdzie usprawiedliwia, ale pozwala zrozumieć.

Tym bardziej zasadne jest pytanie, dlaczego mnie ta powieść nie urzekła. Może przez to jak jest napisana, czyli duszno i ciężko? Może przez zgrzebność wiejskiej nędzy? Nie wiem. Nie urzekła i już. 

 

 

Kwietniowe czytanie Marcina Szczygła


Malutko tego było (przypomniałam sobie pod sam koniec miesiąca).

 

1933 rok. Miasto bezrobotnych Konrad Wrzos

Reportaż z Zawiercia, miasta bezrobotnych. W tamtym momencie, 3/4 mieszkańców było na utrzymaniu gminy. Bezrobotny otrzymywał miesięcznie:

trzy ćwierci kilograma słoniny, osiemnaście kilogramów mąki żytniej, dziewięć kilo mąki pszennej, trzy kilo grochu, trzy ćwierci mydła, trzy ćwierci soli i trzy paczki mieszanki cukrowo-kawowej, i ziemniaki.

W 2008 roku śladami Wrzosa pojechał reporter Witold Szabłowski. Jak łatwo można się domyślić, to co dzisiaj nazywamy biedą, inaczej wygląda.

  

1938 rok. Produkuję poczucie psychiczne Melchior Wańkowicz

Reportaż o Centralnym Ośrodku Przemysłowym. Totalna porażka. Najgorszej wody produkcyjniak. nawet język mnie drażnił swoim napuszeniem i propagandowym dźwiękiem. Zaczęłam się zastanawiać, czy to dobry pomysł by ponownie przeczytać  Karafki. Może lepiej nie psuć wspomnień? 

 

1932 rok Moja podróż do Rosji Antoni Słonimski

Przynajmniej tu się nie zawiodłam. Już jak we wstępie przeczytałam te jego kilka tak dobrze znanych zdań, zapomniałam o Wańkowiczu:

Zaczyna się od uczenia na pamięć bardzo słabego wierszyka Konopnickiej pod tytułem Rota: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. Jest to dość minimalne jako program polityczny, oznacza to bowiem, że każdy inny może nam pluć w twarz, aby nie Niemiec, i że Niemiec też może pluć, aby nie w twarz.

Zwiedzając Moskwę widzi i się nie zachwyca. Historia lubi się powtarzać, znów na ulicach miast straszą puste witryny sklepów. W bolszewickiej Rosji tak rozwiązano ten problem:

W magazynach i sklepach po prostu mieszczą się urzędy. Za wielkimi szybami siedzą urzędnicy i przykładają stempelki do spiętrzonych stosów papierów. Przepisują kawałki, wkładają w teczki, rejestrują, kopiują, spinają spinaczami. Zamiast wędlin, butów, zegarków, kapeluszy męskich i wystaw konfekcji widzi się twarze wysuszone jak wędliny, plecy zgarbione nad aktami, całe tłumy urzędników ...

Narzekano wówczas również na jakość materiałów:

Przed sklepem z ubraniami stoi tłum w ogonku. Na stronie widać jakąś kobiecinę, która beczy. Opowiada coś, żywo gestykulując, ale nie rozumiem ani słowa. Pytam jakiegoś wyrostka, co się tu stało. – To Tatarka – odpowiada – sprzedali jej papierowe ubranie dla męża. Głupia. Myślała, że za dwadzieścia rubli dostanie z sukna.

 

1931 rok. Kot w nieznanym ogrodzie Stanisław Cat -Mackiewicz

Ten sam temat co u Słonimskiego: Rosja. To samo widzą, ale Słonimski pisze o tym z właściwą sobie ironią, Cat-Mackiewicza oburza los liszeńców (tak w tedy nazywali tam wrogów klasowych). Najlepsze są przygotowania do reportażu - Cat-Mackiewicz  przedstawia pytania, na które chce w trakcie swojej podroży odpowiedzieć. Na przykład jedno z nich brzmi:

Czy w razie wojny ościennej w Rosji obudzi się patriotyzm państwowy, który zacznie pomagać rządowi sowieckiemu w walce z wrogiem, cudzoziemcem, czy też przeciwnie, wybuch wojny wywoła kontrrewolucję w Rosji?

Sam potem przyznaje, że te pytania pokazywały tylko jego ignorancję. Przy okazji,  opis praktyk sądowych zabrzmiał mi "znajomo":

„Biednota” zabrała chłopu liszeńcowi (właścicielowi konia i dwóch krów) siano. Chłop nie miał czym karmić swych krów. Sędzia, rozpatrując sprawę według dynamiki rewolucyjnej, kazał liszeńcowi, aby oddał krowy swoim grabicielom, motywując to, że skoro nie ma on teraz siana, krowy mu są niepotrzebne, ponieważ i tak zdechną. Drugi przykład cytuję na podstawie wydawnictwa sowieckiego o „prawnych formach małżeństwa”, gdzie ten przykład wskazany jest jako prawidłowe rozstrzygnięcie dla orientowania sędziów. Para starych, bezdzietnych chłopów przyjęła na służbę dziewczynę siedemnastoletnią, którą „pokochali jak córkę”. Dziewczyna jednak po upływie pół roku chciała wyjść za mąż za człowieka, który się nie podobał staruszkom. Wymówili więc dziewczynie dom. Sędzia kazał tym staruszkom wydzielić dziewczynie część swego gruntu, taką, jakby była ich córką, jakkolwiek żadnego aktu „usynowienia” dziewczyny nikt ze starej pary nie popełnił. Wystarczyło, że sędzia stwierdził, że przez pół roku stara para chłopska „kochała” dziewczynę jak córkę

Z innym noworocznym czytelniczym zobowiązaniem - redukcją analogowego stosiku - też idzie tak sobie. Przejrzałam zapiski, od początku roku przeczytałam 11 książek w analogu, z tego 2 pożyczone, 6 świeżo kupionych, a tylko 3 ze stosiku. 

poniedziałek, 27 kwietnia 2015
Paradne!

Paradne. Gdzieś natknęłam się na to słowo i uświadomiłam sobie jak bardzo mi się podoba. Tyle, że nie mam go gdzie użyć.

Do opisu moich dentystycznych przygód się nie nadaje.

W sierpniu na Mazurach trochę bolało mnie dziąsło, zaczęłam, małpując Joannę żuć olej kokosowy, trochę pomogło, ale po powrocie poszłam dentysty → kazał zrobić zdjęcie, powiedział "ojoj", trzeba wyrwać ząb, ale dla pewności dał skierowanie na pantograf → jak obejrzał pantograf, powiedział ojojoj - trzeba rwać dwa zęby, pierwsze podejście do rwania nie wyszło (nie zadziałało znieczulenie) i na koniec wyrwałam je na chirurgii szczękowej → poszłam porozmawiać o protetyce, usłyszałam, że dla pewności lepiej zrobić jeszcze tomograf szczęki → pokazałam tomograf, usłyszałam "ojojojoj", po drugiej stronie konieczny jest zabieg (rwanie zęba to tak tylko przy okazji) → potem dowiedziałam się, że jest jeszcze konieczny jeden zabieg. Tak już byłam wprawiona w tych marszach, że nie przemyślałam tego co przeczytałam w Guglu. I na zabieg wybrałam dzień przed weekendem, gdy Gumiś był w Krakowie, Joanna w Lublinie, Ańćka na wsi a synek w Nidzicy.

A ten zabieg, to nie był taki sobie zabieg, tylko 1,5 godziny masakry piłą mechaniczną i  teraz wyglądam tak:

 

  

i w ramach roztkliwiania się nad sobą, robię sobie selfie i rozsyłam po znajomych, podpisując się jako "chomik".

A życie nie pieści. W niedzielne popołudnie Śniadanie z Filozofią było krótsze, przełączyłam na Trójkę, a tam produkowały się jakieś "Dziewczyny wyklęte", co to z  Malajonkiem ze swoimi śpiewami patriotycznymi Polskę objeżdżają. Już nawet radia nie można sobie tak po prostu włączyć, tylko trzeba się wstrzelać w konkretne audycje. Ale sądząc z artykułów w "ich" gazetach, jak by doszło do "zmiennej jesiennej", to nawet nie będzie się w co wstrzelać, bo tych audycji, co ja słucham pewnie już nie będzie. 

Motyl. Still Alice.

Oscar należał się Julie Moore za tę rolę, jak psu kość.

Przygnębiające studium zapadania się w Alzheimera. Choroba dopada główną bohaterkę, gdy ma 50-lat, pracuje naukowo (lingwistyka) na Uniwersytecie Columbia, ma udane małżeństwo, trójkę fajnych, dorosłych dzieci. Gdy dowiaduje się na co jest chora, usiłuje zaplanować swoją przyszłość, rozpaczliwie starając się opóźnić postępującą degradację. 

Film to kreacja Julie Moore. Inni w zasadzie są tylko tłem (może z wyjątkiem Kristin Stewart, tej ze Zmierzchu, też świetnie zagrała) Jest to trochę wadą tego filmu, taka choroba to tragedia całej rodziny. 

dobry audiobook

Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya Jacek Dehnel

I książka dobra i audiobook dobry.

Rozpisana na trzy głosy: Francisco Goi, jego syna Javiera i wnuka Mariano historia rodziny malarza. Niejednokrotnie daną historię poznajemy najpierw od strony ojca, by tym jak dalej się ona potoczyła, dowiedzieć się z perspektywy syna. Panowie się bardzo nie lubili. Francisco nie lubił Javiera (z wzajemnością). Mariano nie lubił Javiera. Javier nie lubił nikogo. Kobiety w tej opowieści występują w dalekim tle. 

W książce słynne czarne obrazy maluje nie Francisco, a jego syn Javier (w posłowiu Dehnel zarzeka, że nie on pierwszy wpadł na taki pomysł). Podobnie z tezą, że malarza łączyło coś więcej niż przyjaźń z jednym z jego przyjaciół.

Ale niezależnie od tego na ile poniosła Dehnela fantazja, ciekawie przedstawiona historia toksycznych relacji rodzinnych. W dodatku dobrze przeczytana na trzy głosy (L.Filipowicz, R.Siemianowski, J.Zadura), każdy mężczyzna - narrator tej opowieści ma nie tylko odmienny od pozostałych pogląd na to o czym opowiada, ale i inny tembr głosu. 

sobota, 25 kwietnia 2015
Przeczytane

Książek w bród.

Przed chwilą gadali o Dziewczynie z kamienia Izabeli Cywińskiej (kupiłam mamie w analogu), teraz na tapecie jest najnowsza książka Grzebałtowskiej (mam w ebooku). Nawet byłam na spotkaniu w kinie Atlantic. Prowadził je Michał Nogaś, ale po 15 minutach musiał wyjść po dostał telefon, że żona zaczęła rodzić.


A ja tymczasem sięgnęłam po starsze pozycje.

 

Jerzy Stefan Stawiński Młodego warszawiaka zapiski z urodzin.

Kolumbowie Bratnego w pigułce - zamiast trzech tomów, niecałe 200 stron.

Opis czterech dni urodzin - 17-tych we wrześniu 1938 roku, a następnie tych we wrześniu 1939, 1943 i 1944 roku.

Jeżeli cokolwiek wie się o autorze, to nawet bez przeczytania na obwolucie kilku zdań jego komentarza, już po pierwszych kilku stronach jest jasne, że ta książka ma bardzo dużo z autobiografii. Urodziny w 1938 roku, mimo nadciągającej wojny urzekają klimatem epoki. Kolejne rozdziały, czyli urodziny w 1943 i w 1944 roku, dalej - mimo narastającej grozy - dobrze się czyta. Załamuje się to wszystko przy powstaniu. Na to co tworzyło klimat: dialogi, sytuacje ciekawe postacie nie ma tu już miejsca. To co w zamian - ujęcie powstania w opisie jednego dnia, moim zdaniem się nie powiodło. Może dlatego, że autor chciał na kartach tej książki uwiecznić za dużo postaci (prawie na pewno każda ma swój pierwowzór), czy przeżytych sytuacji. Może już myślał o adaptacji, a scenariusz filmowy rządzi się innymi prawami. W każdym razie klops. A tak na marginesie: film na Youtubie zaczęłam nawet oglądać, ale szybko dałem sobie spokój.


Everyman Philip Roth

 

Króciutki (niewiele ponad 150 stron) moralitecik.

Poznajemy głównego bohatera, gdy po skończonej ceremonii pogrzebowej żałobnicy odeszli od grobu, pozostawiając go samego w trumnie.

Retrospektywnie dowiadujemy się jak przeżył życie. Na pierwszy rzut oka można je uznać za w miarę udane, przynajmniej do czasu gdy zaczęły się kłopoty ze zdrowiem (miażdżyca). Grafik w nowojorskich agencjach reklamowych, trójka dzieci z trzech małżeństw, starość w luksusowym osiedlu dla emerytów. Słowem bez spektakularnych, dramatycznych wydarzeń, z dużą ilością miłych wydarzeń, wykorzystanych okazji ttp.

Ale z perspektywy grobu, wydaje się miałkie i nijakie, nie dające poczucia że właściwie się je przeżyło. 

Chyba podobnie jest z tą książką. Miło się to czyta, ale na koniec odkłada się ten współczesny moralitet myśląc sobie: Phi, nic odkrywczego w tym nie ma. A że dobrze napisane? - a jakby miało być inaczej skoro to Roth. 

 

A czekanie na zabieg, który miałam w tym tygodniu, skracałam sobie czytaniem tej książki: :

Tak na dzień dobry, we wstępie zmroziło mnie takie zdanie:

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.

Czy to oznacza, że przekopiowanie na blogu fragmentów, podlegałoby ściganiu?

Potem każda kolejna kartka tylko umacniała mnie w przekonaniu, że gdy wchodzi w grę torturowanie  bliźniego, wyobraźnia ludzka nie ma granic (to, że było to nazywane leczeniem, z perspektywy chorego niewiele zmieniało).

W sumie to jeszcze dość sensownie wyglądała terapia narzędzi, które doprowadziły do choroby np. zamiast leczyć ranę po wbiciu strzały, wyjmowało się strzałę i leczyło jej grot ... Może i nie miało to wielkiego sensu, ale przynajmniej chory miał spokój.  

Zainteresowało mnie wytwarzanie lekarstw z ludzkich zwłok (kat jak nie ścinał wytwarzał leki, bo miał dostęp do surowca). Z książki wynika, że był czas gdy było to praktykowane na dość szeroką skalę - tym samym kościół musiałby przynajmniej na to przymykać oko. 

Ale na koniec książka zaczęła mnie nudzić i nie doczytałam jej do końca. Nie ma w niej składu i ładu, a same takie wyliczanki po jakimś czasie nużą.

Słowem do książek Jürgena Thorwalda tej książce bardzo daleko.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Ogród po zimie posprzątany i jak każe tradycja - ostatnim akcentem, było posadzenie w oknie czerwonych pelargonii.

 


Na zdjęciu wygląda to jako tako. Tymczasem za domem mech w zasadzie już wygrał z trawą. Na rabacie pod płotem dychają ostatnie roślinki, których jeszcze nie przykrył zwycięski bluszcz. A trawnik od ulicy jest mega zachwaszczony - można go wprawdzie opryskać i je wytępić, tyle, że nie wszystkie - perz zostanie, a z roku na rok jest go coraz więcej.

I lepiej nie będzie. Ja o to nie zadbam, bo nie mam czasu. Na wynajęcie firmy ogrodniczej mnie nie stać. A korzystanie - tak jak to teraz robię - z pomocy osób, które myślą o tym jak zarobić, by się nie narobić oznacza powolną degradację ogrodu.  

W tym tygodniu nie skorzystałam z zaproszenia na premierę Wędrówki na zachód (dzięki udziałowi w projekcie Scope dostaję zaproszenia na premiery do u Gutka) - mimo że już całkiem nieźle się czułam (był to ostatni dzień zwolnienia) uznałam, że na chorobowym nie wypada. W ramach projektu Scope obejrzałam za to jeszcze raz Party Girl.


Poprzednio widziałam ten film, w ramach tego projektu na ekranie komputera. Wtedy zrecenzowałam to tak:

Party girl to opowieść o starzejącej się tancerce erotycznej, której oświadcza się były klient. A ona się zgadza. Tyle ze to nie koniec bajki, a początek opowieści, której daleko do bajki.

Nic dodać, nic ująć. Tyle, że film w kinie to zupełnie inna jakość. 

Po filmie poznałam innych uczestników projektu Scope. Moja mama mówi, że wszędzie gdzie chodzi (koncerty, odczyty, zorganizowane spacery po mieście) nie ma ludzi w jej wieku, wszyscy są dużo młodsi. Chociaż jestem od niej o te ćwierć wieku młodsza, na tym spotkaniu czułam się tak samo jak moja mama. I już wiem dlaczego "wygrałam" eliminacje do Scope. Chcieli ludzi w różnym wielu - znaleźli samych młodych i mnie jedną.

Dlaczego ludzie siedzą w domu i nie korzystają z atrakcji tego miasta nie rozumiem. Podobno oglądają telewizję Podziwiam. Siedząc przez tydzień w domu, po dokładnym przestudiowaniu programu raz włączyłam telewizor - obejrzałam kolejny odcinek Downton Abbey i zrozumiałam, że do szczęścia brakuje mi stoliczka do jedzenia  śniadań w łóżku. Wprawdzie będę sama musiała je sobie zrobić i przynieść, ale od czegoś trzeba zacząć. Tyle, że jak weszłam na Allegro i zobaczyłam ile tego jest, nie potrafię się zdecydować, który model wybrać:

Premiera była mi jednak w tym tygodniu pisana. Dostałam od Elki bilety na Dybuka w Teatrze Żydowskim.


Wydarzeniem sezonu teatralnego ten spektakl nie będzie. Jak dla mnie reżyserka: Maria Kleczewska cierpi na kompleks Warlikowskiego - podobne ustawienia, melanż wątków, ale niestety nie ten efekt. A po drodze zagubiona całkiem składna, magiczna opowieść o Dybuku. Kilka udanych scen plus przejmujące zakończenie: kadysz za ofiary Holacaustu i świetnie zagrana rola Lei.  

Premiera była połączona z uroczystością z okazji 55-lecia Teatru Żydowskiego. Na scenie przemawiała HGW (z kartką) i Marszałek Struzik (bez kartki), tego ostatniego uwieczniłam na zdjęciu. Potem był elegancki, bardzo efektownie się prezentujący poczęstunek, ale spieszyłyśmy się z Gumisiem na wernisaż Łukasza. Były to jego urodziny i na fejsie zapowiedziałam że wpadniemy. Zawsze coś tam bazgrolił, ale na kartkach czy karteczkach. Okazało się, ze od trzech lat rysuje w wymiarze A3. Od 2013 roku narysował kilkadziesiąt (i to tak bliżej setki) takich rysunków.


Po obejrzeniu wystawy, zadałam mu pytanie kiedy znalazł na to czas? Nie odpowiedział. A szkoda. Bo ja od początku roku jeden sweterek robię i może jestem w połowie. I nie wiem czy skończę. na razie zdefiniowałam swój problem z drutami. Ja całkiem dobrze robię oczka ... ale jak zaczynam wykańczać, to zepsuję wszystko co nie jest szalem (no i czapką, z tym że pod warunkiem, że jest to model "bez wykańczania").

Tego swetra już chyba nie lubię - nie ma szans by dobrze wyszedł. Za dużo wykańczania. coraz bardziej. Jeszcze bardziej go znielubiłam gdy dziś, zamiast ciachnąć nożyczkami nitkę, ciachnęłam sweter - potem go mozolnie cerowałam. Z daleka nawet mało widać (zdjęcie u dołu, po prawej stronie). Ale od spodu nitki wiszą. 

piątek, 17 kwietnia 2015
Przeczytane

Literatura kobieca ... szukam dobrej, na razie bez większych sukcesów. 

Chociaż o książce Sarah Water Za ścianą nie mogę tak po prostu powiedzieć, że jest zła. 

Bo zła nie jest. Przede wszystkim jest świetnie napisana, czuć atmosferę Londynu tuż po I wojnie światowej, ma się to miasto przed oczami chodząc z bohaterką książki jego ulicami.

Opowieść o tym co zdarzyło się, gdy matka z córką (to z jej perspektywy poznajemy całą historię) postanawiają wynająć część domu. Wprowadza się młode małżeństwo - nie ta klasa i nie ten świat, a żyć wspólnie trzeba, architektura domu nie pozwala na całkowite odgrodzenie się od nowych lokatorów.

Najlepsza część książki to według mnie początek - gdy zawiązuje się akcja i ostatnie rozdziały, które trzymają w napięciu, bo nie wiadomo jak się to wszystko skończy (kolejny plus dla autorki).   

To co mi przeszkadzało, to mało przekonujący, a stanowiący główną oś tej opowieści, wątek lesbijski. Bohaterka, to cicha, szara uboga myszka, która wprawdzie w młodości miała swoje pięć minut buntu, ale łatwo dała się stłamsić (z tym, że matka zdążyła się jednak wtedy zorientować, że ma "odmienne preferencje"). Teraz - by ją uspokoić - gra przed nią kogoś kim nie jest, rozmyślając co najwyżej przed zaśnięciem o swoim przegranym życiu. Zazgrzytała mi więc łatwość z jaką wykonuje nagle coming out - gdyby nie to, nie zawiązała by się ta opowieść. Potem - tyle, że w dość dramatycznych okolicznościach - znów otwarcie się do tego przyznaje, co powoduje lawinę dramatycznych zdarzeń. Zgrzyta ten wątek  po części i dlatego, że dialogi kochanek trącą Mniszkówną - może to mi tak przeszkadzało?

Książka jest też jak dla mnie trochę rozwleczona. Ale w sumie warta przeczytania. Z zastrzeżeniem, że do arcydzieła jej daleko.  


Natomiast nic dobrego nie umiem powiedzieć na temat drugiej książki Babska stacja - papkowaty pochłaniacz czasu. 

Skusiłam się bo zauważyłam, że Fannie Flagg to autorka Smażonych zielonych pomidorów.

Dopiero jak zaczęłam czytać uświadomiłam sobie, że oglądałam tylko nakręcony na podstawie tej książki film i to nim byłam zauroczona. Możliwości jest wiele. Tamta książka była dobra, ta zła. Tamta książka była równie zła, tylko powstał na jej podstawie urokliwy film. Może też i jest topornie przetłumaczona. W każdym razie, jaki by nie był tego powód, Babska stacja, to książka tak infantylna, że aż  uwiera.

Już wstęp zapowiada co będzie dalej. Dowiedziałam się z niego, że przodkowie głównych bohaterów (Polacy) wyemigrowali do USA nie chcąc podzielić losu swoich krewnych, którzy za walkę z caratem, zostali zesłani na Syberię. O tym, że Polonia amerykańska ma szlacheckie korzenie nie wiedziałam ...

Równoległa opowieść - czasy II wojny światowej, gdy bohaterki tej książki prowadzą stację benzynową a potem wstępują jako pilotki do amerykańskiej armii (był jeden "babski" oddział). I współcześnie, gdy daleka krewna natrafia na ich ślad i postanawia dowiedzieć się czegoś więcej.

Książka ma więc warstwę edukacyjną (przypomnienie losów WASP: Women Airforce Service Pilots) i podnoszącą na duchu moc - główna bohaterka 60-latka o psychice infantylnego podlotka, postanawia coś w życiu zmienić i zamiast dokarmiać ptaszki (tak jak to robiła do tej pory) i denerwować się na własną mamusię, postanawia poznać historię własnej rodziny.

Bełkot. W dodatku mocno irytujący.

 

A na deser audiobook

Chciałabym kiedyś przeczytać książkę o kreowaniu mitu Micka Jaggera, ale nie wiem czy taka wyjdzie za mojego życia. Na razie jesteśmy skazani na książki pisane pod jego dyktando i ta autobiografia jest jedną z nich. Oczywiście że życie Jaggera jest szalone, wyuzdane, ale ile jest w tym jego kreacji? Może jest tak jak powiedział: Gdybym ja napisał, jak naprawdę wygląda moje życie, wprost i bez ogródek, ludzie wpadliby w popłoch. A może wręcz przeciwnie.

W każdym razie biografia Andersena to "pudelkowa" bomba - ciekawie podane plotki i ploteczki. 

Z jednym zastrzeżeniem - jak kogoś to ciekawi, to niech przeczyta, nie słucha. Audiobook czyta Piotr Metz. Ma ogromna wiedzę i bardzo lubię jego audycje. Ale bycie lektorem nie jest tym co mu najlepiej "wychodzi".

poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Urodziny Gumisia

Sezon ogrodowy rozpoczęty.

 

Przesunięte o kilka tygodni (nasz wyjazd w Alpy i święta) odbyły się urodziny Gumisia. Jak zawsze obecność obowiązkowa. To że mieszka się w Szwecji, czy ma się tego dnia szkolenie na drugim krańcu Polski nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Tego dnia trzeba się zameldować w gumisiowym ogrodzie.

Nawet ja, opowiadając wszystkim o zabiegu jaki miałam poprzedniego dnia nie skradłam Gumisiowi show - tyle tylko, że na dużej liczbie osób mogłam wymuszać współczucie

Na zdjęciu robię Sweter Pani Ani, ale idzie mi jak po grudzie. Znowu sprułam kawałek kołnierza. Tym razem - nie wiem jak wszyć, by było ładnie.

Chyba jestem za stara na koncerty rockowe.

 

Lubię Waglewskiego. Ale tym coś chyba akustycznie poszło nie tak - nawet nie to że było głośno, tylko po co śpiewać jak nie można zrozumieć słów?

A na kolei chyba maja moje zdjęcie, z adnotacją "tej pani nie lubimy obsługiwać". Poszłam kupić bilet na 12 maja. Na 11 maja mogłam kupić. Na inne dni też. Ale na 12 pani powiedziała, że mi biletu nie sprzeda. Jak chcę kupić akurat na ten dzień, to muszę przyjść kiedy indziej.


poniedziałek, 06 kwietnia 2015
Alternatywne święta

Święta spędzam alternatywnie.

Moje zagraniczne dziecko pojechało tam gdzie ciepło, w jego mieszkaniu zamieszkało moje polskie polskie dziecko z przyjaciółmi, a z kolei z moją mamą, dzięki Mazowieckim Przewozom Regionalnym i ich niechęci do wożenia pasażerów w zasadzie w tygodniu mieszkam. Postanowiłam więc święta spędzić sama w Brwi w stylu light, czyli bez bab, serników, mazurków, kiełbas, żurku (żeby mnie nie kusiło, nie mam nawet chleba, tylko cienkie wafle kukurydziane).

 


Gdyby jeszcze pogoda była lepsza (muszę wychodzić z domu, bo karmię Staśki koty). 

A i tak - mimo że nie spędzałam czasu na biesiadowaniu, nie wiele z tego co zaplanowałam zrobiłam. Nie obejrzałam większości nagranych filmów (zaczynam się zastawiać, po co był był ten konsumencki bój o dekoder z nagrywarką), nie rozwiązałam Jolek (mam ich już całą stertę z ostatnich dwóch miesięcy), po przeczytaniu kiepskiej książki, ledwo zaczęłam drugą (wydaje się o wiele lepsza) ....

To co mi się udało, to "przeczytać" kolejny audiobook:


 

Jerzy Pilch, a więc gdzieś na Śląsku Cieszyńskim, u ewangelików. Do miejscowego weterynarza, Pawła Kohoutka, wprowadza się kobieta, z którą romansował przez ostatnie 17 tygodni. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby  nie to, że nasz bohater mieszka razem z liczną rodziną (w tym i z żoną). Umieszcza wiec swoją ostatnią kobietę na strychu ... 

Jak to u Pilcha: żwawo i inteligentnie. I nawet jeżeli jest to jego rozliczenie z którąś z kobiet jego życia (chwilami odniosłam takie wrażenie), to bardzo miło się tego słucha. Żal się rozstawać z bohaterami tej opowieści - a nie jest ona długa, niecałe sześć godzin. 

 

Mam też wrażenie, że udało mi się wreszcie wpaść na pomysł szalowego kołnierza, myślałam, ze zamieszczę zdjęcia, ale sprułam kolejny raz, bo pomysł mam, ale wykonanie nie te (chodzi oczywiście o Sweter Pani Ani). 

 

A jutro do pracy i gdyby nie to, że nie jestem perfekcyjną panią domu i nie uprasowałam i poukładałam w szafie ostatniego prania, nie miałabym w co się ubrać.

Złamał mi się klucz od szafy:

Nie wezwałam w święta pogotowia ślusarskiego, to jednak tylko szafa. Ańćka zachęca by samej pobawić się w Arsena Lupin. Może? ...

Idąc za ciosem poszłam na kolejny odcinek Pożaru w Burdelu. Chciałam zobaczyć, czy jak przedstawienie będzie o połowę krótsze, to bardziej intensywne, a tym samym lepsze. 

 

Niestety nie, a szkoda. Bo na palcach jednej ręki można policzyć to, co jest adresowane do widza "bardziej wyrobionego", więc jeżeli jest tego tak mało, fajnie by było, gdyby to co jest było bardziej dopracowane. Ale nie jest. Nie wiem dlaczego prawie cały czas śpiewają, kiedy część zespołu (przede wszystkim żeńska), ma z tym duży problem. Świetne utwory mają taką sobie puentę (np. Mord rytualny), momentami dobry tekst nie współgra z podkładem muzycznym (np. Mural Marka Edelmana). itd, itd. Słowem co z tego, że inteligentne, kiedy chaotyczne, źle zagrane i przeraźliwie mało dopracowane.

 

Gloria

Tytułowa Gloria zbliża się do 60-tki. Wieczory spędza w klubie dla samotnych, tam poznaje pana z którym przeżywa burzliwy romans. I jak to często ostatnio bywa - ona fajna i dająca sobie radę w życiu, on siusiakowaty.

Film w stylu sennej ballady. Wymowa wprawdzie słuszna, ale ogólnie taki sobie. Tyle, że miły w oglądaniu, nie najgorzej zagrany. Dużo dodałyby mu dobre, iskrzące dialogi.  

 

z pamiętnika wk ... konsumentki

Autobus z Brwinowa jedzie do Warszawy Zachodniej  godzinę. Teraz jak spalił się Most Łazienkowski nie mam dobrego dojazdu z Zachodniej do pracy (wycofali większość autobusów) a wjeżdżanie do centrum, by tam się przesiadać, to strata kolejnych 30 minut. Parę razy pojechałam na próbę koleją, nie było źle. Nawet pomyślałam, że kupię bilet miesięczny. Na szczęście zanim to zrobiłam, kolejny raz zmieniono rozkład jazdy. Pociągi jeżdżą nawet często, ale poza godzinami szczytu., w których skasowano kolejne pociągi. Żeby sobie ulżyć napisałam do burmistrza Brwi taki list:

Niedawno zapewniał Pan, że im bardziej remont torów zbliżać się będzie ku końcowi, tym bardziej będzie się polepszała sytuacja dojeżdżających koleją. Nie podzielałam Pana optymizmu. Czy ma Pan świadomość (to nie prima aprilis), że w nowym rozkładzie wycofano kolejne pociągi w godzinach szczytu i jest ich jeszcze mniej. Między 7 a 8 zamiast trzech jadą w kierunku Wwy już tylko dwa (nie ma już 7.37 z Grodziska). Przecież ta sytuacja, coraz gorsze skomunikowanie Brwinowa z Warszawą, nawet dla tych, którzy mają samochody nie jest korzystna. Jest Pan burmistrzem więc myślę, że trochę pan o suburbanizacji i rządzących nią prawach podczytuje.

Nie odpowiedział. A przecież gdyby zapytał Gugla, to ten by mu powiedział, co to jest suburbanizacja. 

czwartek, 02 kwietnia 2015
Przeczytane

Ziemowit Szczerek Siódemka

Hipsterska nawijka o Polsce i polskości.

Chaotyczna, niechlujna, momentami przegadana i mało odkrywcza itd., ale według mnie warta przeczytania. 

Tytułowa siódemka ta droga Kraków-Warszawa, która jest tu przedstawiona jako kręgosłup Polski. Lwia część tej książki to zapis myśli kłębiących się w głowie jadącego tą drogą dziennikarza (mocno wspomagającego się alkoholem i zażywanymi w dużych ilościach "eliksirami"). Ogrom myślowych skrótów, odwołań, erudycyjno-publicystycznych popisów. 

Przygód nasz bohater ma na tej drodze też bez liku, z tym że nie do końca wiadomo co mu się przydarza naprawdę, a co jest tylko wytworem jego zaćpanej wyobraźni. Momentami psychodelia jego przygód nuży, warto jednak czytać dalej, bo finał daje sporo do myślenia.. 

 

Marta Maklakiewicz Maklak Oczami córki


 

Gdyby  książka miała tytuł Ja - córka Maklakiewicza, nie wzięłabym jej do ręki. A tak wzięłam i nic dobrego nie potrafię o niej powiedzieć.

Maklakiewicz rozstał się matką Marty, niedługo po jej urodzeniu. Stąd jego córka nie wiedziała o nim wiele więcej niż to, co jej o nim powiedziała matka. Na książkę było za mało, więc by ja czymś wypełnić, napisała i o sobie. Dużo i nieciekawie, I jakby tego było mało, momentami płaczliwie.


Marcowe wypisy ze Szczygła

Irena Krzywicka Proces o zabójstwo tancerki (reportaż sądowy z 1932 roku).

Bardzo aktualny tekst. Ofiara to tancereczka, dziewczyna z nizin, która dzięki urodzie i smykałce do tańca miała szanse na awans społeczny. Zabił ją odrzucony kochanek - birbant i nieudany synek. Doszło do morderstwa, więc skazać było trzeba. Ale z drugiej strony - zważywszy na to, kim była ta kobieta,  czy ona czasem go nie sprowokowała?  Czyli wszystko wszystko po staremu, tylko ta różnica, że wtedy nie znano słowa gender. 

I cudowna anegdota z półeczki "zeznania świadka" 

„Drożyński nie mógł brać pieniędzy od kobiety, to był zawsze dżentelmen, raczej by kradł!”. „Ach, więc dżentelmen może kraść?” – zdziwił się słusznie pan prokurator. „Przecież się mówi dżentelmen włamywacz” – odparł z dziecięcą prostotą świadek.

 

 

Ewa Szelburg -Zarembina Myjcie owoce 1933

Też reportaż sądowy, tym razem o tzw. procesie kobryńskim - w okolicy Brześcia nad Bugiem chłopi napadli na posterunek policji. Niektórzy mówili, że chodziło o pobór podatków, ale oskarżono ich i sądzono o próbę zaanektowania tych ziem i przyłączenia do ZSRR.

Niezależnie od tego o co wtedy chodziło, miałam taką refleksję, że "Oni" bardzo lubią powoływać się na tradycję wielkich polskich wojów. Tymczasem, zważywszy na ich pszenno-buraczany rodowód, poniższa myśl powstańcza jest im dużo bliższa: 

(...) kilkudziesięciu mężczyzn, przeważnie młodych chłopaków, zbiera się w nocy na drodze, wiodącej do Nowosiółek. Część z nich ma karabiny, część – kije, reszta idzie z pustymi rękami. Nadjeżdża na rowerze policjant. Gromada, ujrzawszy policjanta, rozsypuje się. Uciekają i kryją się po krzakach. Policjant jedzie na rowerze dalej. Spotyka drugą bandę. I ta rozstępuje się, dając drogę policjantowi, choć na jego pytanie: „Dokąd, panowie?” – nikt nie odpowiada. Ale oto krzyknął ktoś w tłumie: „Zabić go! Skończyć z nim!” – i padł strzał w stronę policjanta. Porzuciwszy rower i torbę służbową, policjant ucieka. W ucieczce zostaje ranny w lewą piętę, a także w prawe udo. (...) napastnicy, idąc dalej drogą, przyszli pod dom wojskowego (...)  wybili okno, weszli do środka, żądając wydania broni popierając rozkaz słowami: „My, organizacja przeciwburżuazyjna. Koniec waszego panowania”. Przy czym zabierają (...) , prócz floweru, szablę, siodło oraz gąsior… z jagodami (... ) Następnie (...) gromadą na posterunek (...) komendant posterunku oddaje do napastników pierwszy strzał (...) następuje obopólna strzelanina, która trwa niecałą godzinę, po czym „powstańcy”, wystrzelawszy posiadane naboje, rozpraszają się i wracają do domów, aby się przespać i rano stanąć do roboty w polu. 

Byłoby to śmieszne, ale tych "powstańców" skazano na dożywocie (początkowo realnie groziła im kara śmierci).

 

Dwa kolejne przeczytane reportaże to:

Wanda Wasilewska  Jeden dzień w poradni 1933 

O poradni świadomego macierzyństwa. Myślę, że dziś ten reportaż nie mógł by się ukazać. Ciążą dla opisanych w nim kobiet to tragedia i dopust boży. Teraz nie wypada tak o tym pisać.


Zbigniew Uniłowski Dzień rekruta 1934

Warszawski inteligencik powołany do odbycia służby wojskowej. Mycie bruku szczoteczką do zębów itd.  

Autor tego reportażu sporo zapłacił za jego opublikowanie - wybuchł skandal i odwołano go ze stypendium literackiego MSZ, na dłuższy pobyt w Brazylii. Reportaż -perełka.


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli