niedziela, 24 kwietnia 2016

W tym tygodniu byłam znów w Teatrze Roma, ale tym razem nie była to trauma:

Lubię Artura Andrusa i jego poczucie humoru, więc wieczór był miły, tylko ... ja chyba nie mam teraz humoru na takie kabarety, co to udają że "nic się nie stało".

Z kolei następnego dnia poszłam na Koncert Leny Piękniewskiej Kołysanki na dobry sen.  

W tle sceny puszczane są z rzutnika zdjęcia przedwojennych Żydów. A ona śpiewa różne smutne piosenki, i po hebrajsku i po polsku. Jedna szczególnie na mnie zrobiła wrażenie. Marzenie - wiersz Abramka Koplowicza trzynastolatka z łódzkiego getta, o tym co będzie robił gdy będzie miał 20 lat (chciał zwiedzać świat, zginął rok później w Auschwitz.

Koncert odbył się w obecnej siedzibie Pożaru w Burdelu (Lena Piękniewska to burdelowa Charlotte). Zrozumiałam dlaczego wolą grać w innych salach, na tej 200 osób to już duszny tłok).

Spotkanie z Wojciechem Bursztą było ostatnim spotkaniem na Łowickiej  - może w przyszłym roku będzie kontynuacja, ale jak znajdą miejsce (i o czym nie mówili, pewnie też i sponsora). Nawet sporo ludzi chodzi na takie spotkania. Myślę, że są to sieroty po Niedzieli filozofów.  

Chyba są dwa wyjścia - albo emigracja wewnętrzna, ale ja nie mam aż tak ciekawego wnętrza bym się sobą nie znudziła po jakimś czasie, albo słuchanie mądrych ludzi. Tyle tylko, że oni ostatnio nie mają nić optymistycznego do powiedzenia.

Fajnie, że są Szarotki. Przynajmniej tam można ładować akumulatory dobrą energią. Tym razem spotkałyśmy się na Młynarskiej.

 

Teresa przyniosła ostatnią zimową Verenę. Dziwne jest to, że nie wszystkie wzory można zobaczyć na Raverly. Te są:

A te na przykład nie:


W tym roku wybieram się też do Torunia na Drutozlot

piątek, 22 kwietnia 2016
Przeczytane (15)

Stryjeńska. Diabli nadali Angelina Kuźniak 

Z trzech książek Angeliny Kuźniak jakie przeczytałam (poprzednie były o Papuszy i Marlenie Dietrich), ta była jeszcze najbardziej znośna. W miarę dobrze czyta się ją do momentu wybuchu wojny - Zofia Stryjeńska prowadziła ciekawe życie, więc przy dużej ilości źródeł, było z czego wybierać, a dobra anegdota zawsze zaciekawi (zanim przeczytałam tę książkę wiedziałam o jej życiu tyle, że w awanturze rozwodowej mąż posunął się do tego, że podstępem umieścił ją w szpitalu psychiatrycznym). Ale od wybuchu wojny w książce coraz mniej anegdoty, a coraz więcej tragedii ludzkiej nieporadności, z którą autorka najwyraźniej nie potrafi sobie poradzić. Opis czasów powojennych fragmentami przypomina wyliczankę długów: temu była wina tyle, od tamtego pożyczyła tyle .... Nie tylko jest to nudne, ale i przedstawione w nieczytelny sposób - im bardziej czytałam o tych długach, tym bardziej nie rozumiałam, za co jeździ po tym świecie, opłaca hotel itp. Natomiast wryły mi się w pamieć fragmenty opisujące zachowanie Stryjeńskiej po śmierci syna. Umarł nagle - jak dwa dni po jego śmierci przyjechała do Genewy, aż do pogrzebu ściągała do niego kolejnych lekarzy, oczekując od nich, że go "obudzą". 

Poza pędzlem miała tez świetne pióro, świadczą o tym jej lisy, notatki. Zaznaczyłam fajne zdanie z jej zapisków: No i trzask! Brzdęk! I po tzw. równowadze duchowej.

Zbierała wycinki prasowe:

Panowie Quillon – lat 81, Davis – lat 77, Puichen – lat 76, stanęli do wyścigu, by wygrać sztuczną szczękę, jaką ofiarował trzem leciwym sportowcom jeden z dentystów”.

O wchodzeniu w mój wiek pisała tak:

Cicho i niespodziewanie nadchodzi »60 lat« i zaczyna się nieład i niewiara, gorączka użycia, prędkie przebieganie repertuaru. Postępująca skleroza wywołuje gorycze pesymizmu, trwogę o własną zwiędłą skórę, chciwość, złowrogą zawiść, zachłanność na zaszczyty itp. Mało wspaniałe, a wstrętne stany uczuciowe. Czyż to są grzechy? Nie – tylko rozkład fizjologiczny

 

dobra książka 

Żeby nie było śladów  Cezary Łazarewicz


Ze wszystkich przeczytanych od początku roku książek, ta zrobiła na mnie największe wrażenie. I nie dlatego, że powaliło mnie to, jak jest napisana - porusza, i to głęboko, jej temat.

Przede wszystkim ci, którzy którzy wtedy w miarę już świadomie żyli mogą "przeżyć to jeszcze raz". Wartością dodana jest możliwość nałożenia na swoje wspomnienia "historycznej kuchni".  Bardzo ciekawe - tym bardziej dzisiaj - są też fragmenty w których opisany jest sposób preparowania faktów do mediów.

Ci którzy tamtych czasów nie pamiętają, mogą je poczuć - jak dla mnie jest to książka, która najlepiej oddaje czas stanu wojennego. Dokładnie tak go pamiętam.  

Z tym, że autor był zmuszony oprzeć się przede wszystkim na źródłach pisanych - nikt z ważnych bohaterów nie zgodził się na wywiad. Tu chyba najbardziej zagadkowa część książki, dlaczego nikt nie chciał z nim rozmawiać, mimo, że jest jasne, że przynajmniej dla niektórych wydarzenia z tamtych lat położyły się cieniem na całym ich dalszym życiu. 

Nie ma też odpowiedzi na pytanie kto zabił, chociaż autor wskazuje dwie osoby które najprawdopodobniej powinny za to odpowiedzieć i przekonująco to uzasadnia. Jedna z tych osób, po tym jak nie udało jej się skazać wyjechała do Włoch i dziś umieszcza pełne słońca zdjęcia na fejsbookowym koncie swojej żony. Z wielu rzeczy, które powracają przy czytaniu tek książki, powraca i tamta bezsilna nienawiść

 

Niehalo Ignacy Karpowicz


Debiutancka powieść Karpowicza. Język ten sam co w jego późniejszych książkach, czyli uroczy postmodernistyczny misz-masz błyskotliwych porównań i zwrotów,

Opowieść o Białymstoku w czas wchodzenia do Unii.

Oj łza się w oku kręci.

Teraz, w czas wychodzenia z Unii, pora na kolejną książkę o Białymstoku: Białą siłę, czarną pamięć.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Coś optymistycznego:

Gumiś miał urodziny i moim zadaniem było kupienie mu prezentów:

- Biała siła, czarna pamięć. Poszłam do jednej księgarni, drugiej: nie było; wydało to  Czarne, więc poszłam do Wrzenia świata ale tam też nie było (podobno ostatni egzemplarz sprzedali poprzedniego dnia); dopiero w kolejnej księgarni kupiłam i też był to ostatni egzemplarz

- Łaskawe Littell'a. Nie było już nigdzie na półce - pojedyncze tomy były jeszcze w magazynie, tak że przynajmniej mogłam zamówić

- Nowoczesność i Zagłada Baumana, chociaż były dwa wydania tej książki - wszędzie bez sprawdzania słyszałam "nie ma" - widocznie nie ja jedna o to pytałam.  A na Allegro używane chodzą po stówie.

Więc ktoś jeszcze te książki kupuje.

Na Francuzów Warlikowskiego Gumiś zorganizował pójście "ławą", ale przedtem (spektakl trwa 4,5 godziny) poszliśmy na obiad do jednej z ciotek. Drapiąc się na górę po schodach patrzyłam na drzwi - niektóre drzwi były oblepione naklejkami KOD-u, a na jednych, zamiast mosiężnej tabliczki było coś takiego

 

Było to otwarcie nowej siedziby Teatru Nowego. Klaskali władzom Warszawy. Ministra Kultury reprezentowała jego żona - z tym że oczywiście chodzi o Zdrojewskiego, nie Glińskiego ... i takie tam zabawy. Natomiast sam spektakl wzbudził we mnie tzw. mieszane uczucia.

Dwa pierwsze akty - jak to u Warlikowskiego, przeplatanka luźnych scen i dłuższych monologów, w zrozumieniu pomagała znajomość W poszukiwaniu straconego czasu, dla tych co nie czytali rozdawana była ściągawka. Jak zawsze dobre aktorstwo. Moim zdaniem coś się wali w trzecim akcie. Patrząc na to, o czym jest ta sztuka - końcu pewnego świata - jest to akt najważniejszy, Zaczyna się mocnym akcentem, oskarżycielskim monologiem Macieja Stuhra, ale potem wszystko się rozsypuje. A ostatnie 10 minut - monolog Fedry - był dla mnie całkowicie nie zrozumiały. Aktorka wiła się po scenie i krzyczała, a już chciałam tylko iść do domu. Z tym że jest też możliwe, że w czwartej godzinie spektaklu, może byłam zbyt zmęczona by nadążać za tekstem.

Mam spory sukces, skończyłam kamizelkę - wełna to Cascade 220 (ciemny niebieski) i Malabrigo Rios

 

U dołu wykończyłam pokazywanym ostatnio przez e-dziewiarkę paryskim wykończeniem. Teraz widzę, że wykończenie przy szyi i pachach też powinno być zrobione dżersejem po prawej stronie, ale nie chce mi się już pruć. 

A teraz, ponieważ postanowiłam, że będzie to rok kamizelek, zabieram się za drugą - ma być to żakard, kolorowy wzór, na zielonym tle.

 

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Najładniejszy ogrodowy moment 


Ale w weekend nie miałam czasu nacieszyć tym oczu, bo Gumiś zarządził kolejną akcję odchamiania i udział w kolejnej akcji niewarszawskie teatry był obowiązkowy. 

Krzywda wielka mi się nie stała. Przedtem połaziłam po lubelskiej starówce. Wprawdzie, jakoś tak się porobiło, że jak tylko podniosę nos, czuje się jak w Matrixie. Stałe elementy 

mieszają się z czasowymi ekspozycjami:


Ale są i takie jak ten pomysł - na dole remontowanej kamienicy szczegółowy opis obrazu Breugla, w oknach poszczególne  przysłowia w powiększeniu. 

Potem obiad  na rynku - mieliśmy zarezerwowany stolik, fajna warta polecenia restauracja. 

Wieczorem spektakl.  

 

Łaskawe Jonathana Littell’a. zostały przyprawione fragmentami z Wasilija Grossmana i to wszystko zawieszone na greckich mitach. Optymizmem ze sceny nie wiało.

Niby o Zagładzie, ale padające ze sceny pytania jak najbardziej aktualne. 

Przypomniałam sobie spektakl Teatru Stu Exodus. Było to bardzo dawno temu, ze sceny też padały  pytania o sens, ale zadawane były w klimacie onirycznej, poetyckiej ballady. Uświadomiłam sobie, że dzisiaj nawet nikomu by do głowy nie przyszedł pomysł na taki hippie spektakl.

Do dzisiejszych czasów pasuje taki jak ten. I nie jest to wesołe.  

 

Głośniej od bomb

(zastanawiam się czy gdybym zaczęła ćwiczyć, to zrobiłabym jeszcze takie salto jak na zdjęciu - w młodości unikałam wprawdzie ćwiczeń fizycznych, ale teraz robiąc takie salto czułabym się wielka  ...)

Kolejny film  z gatunku "snuj o współczesnej rodzinie". Ona - popaprana emocjonalnie, występująca już tylko w retrospekcjach reporterka wojenna (z tym, że zginęła w wypadku, nie na wojnie). On - mąż, przygotowujący wystawę jej prac, przy okazji odkrywający "prawdę" o ich życiu. I dwójka ich synów, też mocno poplątanych w uczuciach.  

Nie najgorzej zagrany. Fajnie niedopowiedziany. Ale Oscara z tego nie będzie.

 

dobry film 

Niesamowita Marguerite

Paryż, 1920 rok. Dwóch anarchizujących przedstawicieli paryskiej bohemy, dostaje się na przyjęcie na którym właścicielka popisuje się swoim śpiewem. Nie ma za grosz głosu, ale że ma pieniądze, wszyscy udają, że im się to podoba. Tych dwóch postanawia iść dalej i w jednej z paryskich gazet ukazuje się pełna zachwytu recenzja. Tytułowa Margueritte bierze to za dobrą monetę i postanawia wystąpić na operowej scenie.

Dobrze zrobiona komedia przez łzy. Nawet topornie zarysowany w tle melodramat nie przeszkadza. 

sobota, 09 kwietnia 2016
Przeczytane (12)

dobra ksiązka 

Simona Opowieść o niezwyczajnym życiu  Anna Kamińska


Świetnie napisana biografia o bardzo ciekawej kobiecie, która rzeczywiście - tak jak to w tytule jest określone - miała niezwyczajne życie. Siostrzenica Magdaleny Samozwaniec i Lilki Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej mając 30 lat wyjechała z Krakowa do Białowieży i tam, w pozbawionej prądu leśniczówce, spędziła resztę życia. Pod koniec życia miała audycje w Radiu Białystok - opowiadała w niej o zachowaniu zwierząt. Parę lat temu jej gawędy zostały wydane na płycie, ale szukałam i nie znalazłam. Wiele wskazuje na to, że były tak samo ciekawe jak opowieści o zwierzętach Vitusa B. Dröscher'a (kto czytał jego Świat zmysłów, ten wie).

Jedna z historyjek, która prawdopodobnie nie spodobałaby się tym, którzy lubią argument "zgodnie z naturą"

U pta­ków dość czę­sto zda­rza się, że dwóch ka­wa­le­rów za­wie­ra mał­żeń­stwo – mó­wi­ła w jed­nej z ga­węd (Zbo­cze­nia ka­czo­ra). – Ta­kie przy­kła­dy ob­ser­wo­wa­no u ka­czek. Był staw, po któ­rym pły­wa­ło pię­ciu ka­czo­rów i jed­na ka­czusz­ka, je­den z nich był pta­si ma­cho i pró­bo­wał gą­skę znie­wa­lać. Ona bied­na, zmę­czo­na, zmar­no­wa­na, dała dyla i ucie­kła w trzci­ny. I co zro­bił ten ka­czo­rek? Za­czął gwał­cić wszyst­kie po ko­lei sam­ce[48]. (...). Pta­ki, jak ko­pu­lu­ją, to sty­ka­ją się klo­aka­mi, czy­li tymi swo­imi otwo­ra­mi, przez któ­re jed­no­cze­śnie kup­ki ro­bią i zno­szą jaja, to jest wspól­ne uj­ście. I sa­miec, je­że­li doj­dzie do praw­dzi­wej ko­pu­la­cji, to wpro­wa­dza do cia­ła kon­ku­ren­ta swo­ją sper­mę i w mo­men­cie, jak on szyb­ko stwo­rzy parę z praw­dzi­wą ka­czusz­ką, to za­płod­ni ją wca­le nie swo­ją sper­mą, tyl­ko wła­śnie [sper­mą] bru­ta­la, któ­ry go tam wcze­śniej na­obra­cał 

Miałam też jedną bardzo "aktualną" refleksję: może nie byłoby tak łatwo skazać puszczę na zagładę, gdyby jeszcze żyła (umarła w 2007 roku, miała 64 lata).

O kobietach - czeskie opowieści

Zbiór opowiadań współczesnych czeskich autorów. Biorąc do ręki zakładałam, że będą łatwe i przyjemnie. Łatwo było, z przyjemnością gorzej - miałam wrażenie, że stworzono ten tomik przewiązując kokardką  zbiór najmniej  udanych utworów tych pisarzy.

 

audiobook 

Wspomnienia Monika Żeromska

Bardzo ciekawe doświadczenie dla ucha. Po raz pierwszy słuchałam książki czytanej przez Blankę Kutyłowską. Tak już dzisiaj nikt nie czyta - z jednej strony dla mnie z trochę sztuczną manierą, momentami trącącą myszką egzaltacji, ale też tak starannie, że wybrzmiewa każda głoska i nie wątpliwości gdzie w danym wyrazie pada akcent.

Same wspomnienia, też lekko egzaltowane i "podkolorowane" - rodzice Moniki wbrew co pisze nie byli małżeństwem. Można jej to wybaczyć. Jej opowieść o dzieciństwie i młodości (wspomnienia kończą się na obronie Warszawy w 1939 roku) pełna jest są anegdot i historyjek, w których występują znane osoby międzywojennego dwudziestolecia i ciekawie przedstawionego tła "aprowizacyjnego". Jest moment, że mieszkają na Zamku Królewskim - tam umiera Żeromski. Ale przychodzi przewrót majowy i "pieszczoszki poprzedniego układu" dość obcesowo pozbawiane są przywilejów - jakoś wydaje mi się to znajome ... Zadra u Żeromskiej zostaje. W 1939 roku za wystawia im rachunek. Kiedyś dużo się mówiło, o tym jak zachowała się władza jesienią 39 roku, teraz jakoś dziwnie o tym cicho.   

niedziela, 03 kwietnia 2016
Znacie to?

Znamy!

Nawet udało mi się schudnąć 2 kilo. W święta nie szalałam: na obiedzie u Joanny zjadłam tylko to, co na zdjęciach. Cel - zapiąć się w Lewisach 501 rozmiar 29. Jak na zdjęciu widać, cel z tych odległych.

Łatwo nie jest. Ciotki zastanawiają się jak udekorować norę, w której mają się zamiar schować, młodsi cały czas jeszcze nie wierzą, że to o czym im mówimy jest możliwe do wdrożenia. Z jedną z ciotek, podczas rozmowy przywołałyśmy wiersz Miłosza Piosenka o końcu świata:

Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,

Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,

Powiada przewiązując pomidory:

Innego końca świata nie będzie.

Na topie zajęć, którymi mamy wypełnić nadchodzące lata jest czytanie książek i spotkania towarzyskie. Ale biorąc pod uwagę wysokość przyszłych emerytur obawiam się, że zamiast spotkań w klubie miłośniczek rękodzieła, zasadzimy ziemniaki i będziemy z motyczką po polu hasać (Ańćka twierdzi, że z tych jej 2 hektarów jakoś się wyżywimy). 

Na razie standardowo nie mam na nic czasu, a to co mam do zrobienia zajmuje mi go dużo więcej, niż miałam w planie. Kamizelka prosta, a męczę się z wykończeniami jak potępieniec. Rulonik pod szyją robiłam trzy razy. Tradycyjny ściągacz mi się nie spodobał. Same lewe, tak po prostu wywinięte, też, To co widać na zdjęciu, czyli lewe oczka, po środku, w miejscu "wywinięcia"  jednym rzędem prawych - jak widać też się zwijają. Dopiero to jak zrobiłam pachy jakoś wygląda - czyli najpierw prawe, potem lewe.

ad

Tymczasem rzeczy pięknych do zrobienia na drutach całe mnóstwo. Niedzielne popołudnie spędziłam u Łady i chyba już wiem jak zrobić bordiurę szarego szala. Zobaczyłam u niej tak piękne rękawiczki: 


że na przyszłą zimę musze coś takiego popełnić. Tyle, że albo położę na stole i będę się zachwycać, alko doczepię sznurek. Wyjść z domu w takich rękawiczkach bez zabezpieczenia strach - to się robi na drutach przypominających igły! 

 

W kinach wysyp dobrych filmów.

Pokój

t

Rozczarowałam się. Film na Filmwebie ma 8 gwiazdek. Bez przesady. Główna aktorka świetnie gra rolę matki 5-latka. Urodziła go będąc przetrzymywana przez porywacza w jednoizbowej szopie, w sumie spędziła w niej 7 lat. Opowieść o tym jak tam żyli, jak udało im się uciec, o pierwszych tygodniach na wolności. Jak dla mnie za dużo rozwiązań pachnących Hollywoodem.   

dobry film 

Opowieść o miłości i mroku


Szłam na ten film bardzo źle nastawiona - moja ukochana książka sprowadzona do 95 minut! Nie miałam też zaufania do Natali Portman jako reżysera. Tymczasem okazuje się, że można mieć 34 lata, nie ukończyć wydziału reżyserii i w ciągu dwóch miesięcy nakręcić dobry film. Siłą rzeczy wiele wątków (książka ma kilkaset stron) zostało pominiętych, m.in. nie ma mojej ukochanej postaci: dziadka. Opowieść o matce opowiedziana oczami dziecka, Amosa Oza. Tak jak w książce - nie wiemy co później się dowiedział, co może pomogło mu zrozumieć to, czego był świadkiem. Byłam na pokazie przedpremierowym, Po projekcji Idziak opowiadał trochę o kuchni, powiedział niewiele więcej niż w wywiadach - nie ma powodu mu nie wierzyć, że film w całości jest Portman, to ona o wszystkim decydowała. Wow.

Jest też trochę spotkań - najwyraźniej ludzie nie chcą być z tym co się dzieje, sami

Żenua. Jeżeli był tam ktoś z PIS-u, serce mu rosło. Kaczyński przegrał kilka razy pod rząd. Oni raz i wygląda na to, że mają już chyba nieodwracalnie poprzetrącane kręgosłupy. Dzieci we mgle, pytające "dlaczego".  

Mam jeszcze ogród, który nie wiem kiedy go posprzątam. Robię kawałek po kawałeczku, bezradnie obserwując zwycięski pochód perzu.

 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli