niedziela, 29 kwietnia 2018

Bycie bezdomną ma swoje plusy. W weekend nie sprzątam, nie robię zakupów, nie umawiam się z fachowcami. Cały czas mam dla siebie. 

No i mam możliwość podpatrywania cudzego życia.

W zeszłym tygodniu weekend u Aśki, utwierdził mnie jedynie w przekonaniu, że do gotowania też trzeba mieć talent. Zrobienie sałatki, czy upieczenie mięsa nie jest wielką sztuką. Ale zrobienie smakowitej marchwianki, to wyższa, nieosiągalna dla mnie szkoła jazdy. Z tego co się zorientowałam, jednym z myków, było użycie oleju kokosowego do duszenia i dodanie wiórków kokosowych. Ale tych myków było więcej i nawet nie będę próbowała tego powtórzyć. 

Poradziłam sobie za to z tym, jak pić latte nie wydając sporych pieniędzy na ekspres do kawy.

Kupiłam kubek-spieniacz do mleka, stoi w pracy, obok ekspresu do kawy z Lavazzą w środku. Szału nie ma, bo pomiędzy sklepową Lavazzą, a kawą serwowaną w domach zaprzyjaźnionych kawoszy, jest przepaść. Ale jest światełko w tunelu, wiem jaką kawę kupić w necie i do domu Lavazzy nie kupię.

Za to z herbatą mam problem.

To co w sklepach sprzedają jako herbatę, coraz mniej ją przypomina. Ratuję się kupując w necie najtańszą angielską herbatę PG, bo przynajmniej ma tę "goryczkę", o którą w herbacie chodzi. Ale z aromatem już gorzej i tęsknię za herbatą, co to drzewiej bywała, jak Proust za magdalenkami.   

Spotkanie z Martinem Pollackiem, mam nadzieję, że nie ostatnie, chyba nawet on sam nie wiem. czy pokonał raka, czy jedynie chwilowo go przydusił.  


Na spotkaniach z takimi jak on, mam wrażenie że na scenie siedzą ostatni reprezentanci odchodzącego świata, gdzie pozycję zdobywało się wrażliwością wynikającą z posiadanej wiedzy. Gdyby te wartości dalej były w cenie, Patryk Jaki nie byłby kandydatem na prezydenta Wwy. Książka, którą Martin Pollack na tym spotkaniu promował, to wywiad rzeka. Moja mama już ją przeczytała i poleca. Stoi na mojej półce czeka.  

dobry film

Fantastyczna kobieta


Jest taka scena w filmie Kochankowie z Marony, adaptacji opowiadania Iwaszkiewicza. Do umierającego przyjeżdża dawno odtrącona żona i wyrzuca z jego domu kochankę mówiąc „ja będę miała jego śmierć”. Ta bardzo sugestywne scena przypomniała mi się w czasie oglądania tego filmu. Młoda kobieta i starszy mężczyzna. Nagle on umiera. Już w szpitalu, gdzie go zawozi spotyka ją ostracyzm. Tyle, że tam dlatego, bo tak naprawdę jest jedynie kobietą „in spe”, wprawne oko lekarza w moment wyłapuje,  że jest dopiero w fazie "transformacji". Film w przejmujący i daleki od melodramatu sposób opowiada o odrzuceniu, jakie spotyka osoby trans. Ja widziałam w tym jeszcze ten dodatkowy „iwaszkiewiczowski” smaczek. Bardzo prawdopodobne, ze rodzina zmarłego zachowałaby się bardzo podobnie, gdyby kochanką była „zwykła” młoda dziewczyna, to że była odmieńcem ułatwiało jej jedynie uzyskanie społecznej legitymacji własnej wredoty.

dobry serial

Babylon Berlin


Płacę za Netflix, ale coraz bardziej podoba mi są HBO GO. Dużo mniejsza oferta, ale za to dużo więcej do obejrzenia. A może tylko mi się tak wydaje. Babylon Berlin opowiada o Berlinie końca lat dwudziestych. Głowni bohaterowie to policjanci i politycy. W tle rodzący się faszyzm. Do Kabaretu mu wprawdzie daleko, momentami przypomina kreskówki Disneya, bo nawet strzały z bliskiej odległości, czy zepchniecie auta do wody nie pozbawią życia głównych bohaterów, ale generalnie dobrze się ogląda. Podobnie jak w Królowej, i w tym przypadku majątek wydano na wierne odtworzenie scenografii. Analogie do współczesności nie są nachalne, ale nie sposób czasami się nie wzdrygnąć. 

Najmniej przekonywującym wątkiem w Babylon Berlin była walka wywiadów, z Trockim w tle. To, że u nas jest śmieszniej, nie powinno mylić


niedziela, 22 kwietnia 2018

Życie wróciło do normy, czyli do codziennego patataj.

W obcych ogrodach zachwyt budzą obce magnolie (tu zdjęcia zrobione na spacerze z Joluśką po Mokotowie).

To co zobaczyłam budzi nadzieję -  budyniowa żółć tynkowa jest passé, króluje jasno szary tynk, ciemno-szara stolarka i czarne dodatki.

Mój ogród wygląda mniej zachwycająco. Dom też. Pojechałam go zobaczyć, ale zapomniałam klucza do furtki, nie wzięłam pod uwagę tego, że brama został zamknięta na kłódkę i musiałam przejść przez płot.

 Już nie te lata. Ręka rozwalona, spodnie rozdarte.

A poza tym remontowy standard, wszystko idzie w dobrym kierunku, ale nie tak szybko jakbym chciała. Powoli dociera do mnie, ogrom wyzwania jakie niesie z sobą urządzanie domu.

Na razie w tym tygodniu zamknęłam moją przygodę z wolontariatem. 


Ciekawe doświadczenie, sporo było na ulicy wspierającego uśmiechu, podobna ilość obojętności, tylko kilka osób coś tam nieprzychylnego pomamrotało pod nosem, nikt wprost nie zaprotestował. Tyle że już z daleka, jeszcze przed nawiązaniem kontaktu wzrokowego, łatwo przewidzieć, kto podejdzie i weźmie żonkila.  

W przerwie, po rozdawaniu żonkili, a przed koncertem, poszłam spotkać się z Gumisiem, który uczestniczył w nauczycielskich warsztatach samopomocowych. Oglądali film, Miejsce urodzenia Łozińskiego.


Film znałam, książkę czytałam. Aż trudno uwierzyć, że film nakręcono tak niedawno, ledwie 25 lat temu, niesamowite jak od tego czasu zmieniła się polską wieś.  A przecież taką jeszcze ją pamiętam. Z kolei prowadząca warsztat zwróciła uwagę na to, że dziś nakręcenie takiego filmu byłby bardzo trudne:  ludzie już nie są tak otwarci, odmawiają rozmowy nawet w prostych sprawach, a co dopiero w tak "ciężkich". 

Spotkanie na jakim byłam w tym tygodniu też kręciło się wokół tematu Zagłady.

Bardzo emocjonalny Jacek Leociak, opanowany i  tonujący emocje Grzegorz Dostatni. Wyjątkowo, książkę przeczytałam jeszcze przed spotkaniem. Kawał dobrej publicystyki. 

To nie jedyne spotkanie literackie na którym byłam. W ramach warszawskiego weekendu księgarń kameralnych wybierałam się na spotkanie z Magdaleną Kicińską, autorką Pani Stefy, ale przyszłam godzinę po czasie i wylądowałam na spotkaniu z Jarosławem Kamińskim, po którym zostałam jeszcze na spotkaniu z Włodkiem Goldkornem. 


Tylko Lola to moim zdaniem jedna z lepszych powieści przeczytanych w zeszłym roku, ale autor nie umiał jej zareklamować. Ma wyraźny kłopot z byciem osobą publiczną, na celebrytę się nie nadaje. Ale coś tam z niego prowadzący wyciągnął. Nie wiedziałam, że bohaterowie jego książki nie mieli swoich pierwowzorów. 

Bohaterem następnego spotkania był przeciwieństwem Kamińskiego. Świetnie radzący sobie z takimi sytuacjami obywatel świata, wieloletni redaktor działu kultury tygodnika „L’Espresso”. A mnie gdzieś w środku było szkoda Kamińskiego, jego nieporadności, tego że przyszło na spotkanie z nim tak mało ludzi. 

Dotarłam też wreszczie na Szarotki. Zachwyciłam się Gackową skarpetką:

Robienie tej skarpetki musi być to bardzo pracochłonne, bo zgodnie ze wzorem, druga skarpetka, która ma stanowić z nią parę jest robiona z tej samej wełny, ale innym wzorem. 

Przy okazji zrobiłam coś pozytywnego:

Wydziergałam fragment flagi, która ma być zawieszona 2 maja na skwerze Bartoszewskiego. 

 

dobry film

Lato 1993

Dawno nie widziałam tak dobrego filmu przedstawiającego świat widziany oczami dziecka. Powiedzieć, że nie jest przegadany to mało, dbając o realia - dzieci w tym wieku jeszcze nie potrafią mówić o tym co czują, Carlą Simón opowiada nam o tym głównie obrazem i scenkami, w których pada zaledwie kilka zdań. Ale jak! Tyle, że nie jest t film dla tych którzy lubią by na ekranie dużo się działo. 

Z tym, że na pewno na mój odbiór filmu  wpłynęło to, że przed pójściem do kina przeczytałam wywiad z reżyserką, Carlą Simón. Wiedziałam że w filmie opowiada o tym jak zapamiętała lato 1993 roku. Miała wtedy 6 lat, jej matka umarła na HiV (już wcześniej umarł jej ojciec) i musiała opuścić mieszkanie w Barcelonie i  zamieszkać na wsi z rodziną brata matki.  

Chodząc w ten ciepły weekend po Wwie co krok napotykałam na oznaki szaleństwa. Trwa wielka megafonowa ewangelizacja. Koło Dworca Centralnego dudniło, odmienianym przez przypadki imieniem Jezus. Z kolei w Ogrodzie Saskim  rozłożyła swoje stoisko parafia św. Augustyna. Do tej pory takie sekciarskie zeznania, o tym jak było komuś w życiu źle, jak błądził ale Bóg nie opuścił i pomógł uprawiały na ulicach niszowe protestanckie sekty.  

Jest aż tak źle?

piątek, 20 kwietnia 2018
Przeczytane 2018

Opowieść podręcznej Margaret Atwood

 
Władzę w Ameryce przejmują chrześcijańscy fundamentaliści. Dzięki Atwood można sobie wyobrazić jakby (będzie?) wyglądała Polska pod rządami  Ordo Iuris.
Główna bohaterka nie zdążyła uciec, gdy świat w którym żyła nagle zamienił się w koszmarną dyktaturę. Nikt nie wierzył, że przejmą władze (nie tylko to brzmi znajomo), a gdy pewnego dnia niespodziewanie zablokowano karty bankomatowe i nie wpuszczono do pracy było już za późno.W starym świecie miała dziecko z rozwiedzionym facetem, w nowym zmuszona zostaje do roli surogatki.     
To co trochę psuje wrażenie, to dopisane na końcu posłowie. Tak jakby autorka przeraziła się tego, że nie potrafiła zakończyć książki w jednoznaczny sposób i postanowiła się z tego wytłumaczyć. Ale i tak, ponieważ show must go on i za chwilę Showmax pokaże drugi sezon nakręconego na podstawie tej książki serialu.
 

Mikrotyki Paweł Sołtysik


Wszyscy chwalą te opowiadania – książka występuje w większości zestawień najlepszych książek w 2018.  

Ale mnie nie  zachwyciła.  Co więcej po miesiącu trudno mi nawet powiedzieć o czym te opowiadania były, poza tym, że były i pamiętam, że je czytałam. . Bardzo krótkie opowiadania o bardzo zwyczajnych ludziach i zdarzeniach. Napisane w dodatku tak zwykłym językiem, że nie wiem co obudziło w krytykach aż taki zachwyt.

 

Kochanek śmierci Borys Akunin


Akunin, więc stara Rosja i  Erast Fandorin. Tym razem przestępczy świat moskiewskiej Chitrówki. Boleśnie przewidywalne nie tylko losy bohaterów, ale i intryga, w którą są zaplatani, a to raczej trudno wartości kryminału nie podnosi. 

Na szczęście to Akunin, więc nawet jak nie zachwyca, to trzyma poziom. 

Przedziwne są twoje dzieła Panie Tatiana Polakowa


Bardzo kiepski kryminał. Prowincjonalne muzeum do którego przyjeżdża przysłany z Moskwy dyrektor. Przysłała go "góra", bez porozumienia z lokalnymi bonzami i nikomu się nie podoba. Większości tak po prostu i po ludzku, niektórym bo stanowi bezpośrednie zagrożenie prowadzenia dalszych ciemnych interesów.

Tyle że wdzięk snutej intrygi pasuje do produkcyjniaka sprzed pół wieku.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Tydzień porażek. 
W głębi duszy miałam nadzieję, ze jak wrócę z Indonezji i pojadę do Brwi zobaczę jak mój dom nabiera cudownej formy. Tymczasem na razie postępuje remontowa demolka i choć w koniec maja nigdy nie wierzyłam, chciałabym móc wierzyć w koniec czerwca.



Jest poprawiony strop, ocieplony dach i szkielety ścian na poddaszu. 


Doszłam do wniosku, że już na tym etapie muszę mieć coś więcej niż ogólną wizję, że ma być "ładnie" i zanim się poddałam, dwa wieczory starałam w dostępnych w necie darmowych programach zwizualizować mój dom. 
Skończyło się na Paincie. Po lewej stronie startowy pomysł na moją łazienkę. Od początku był kontestowany, bo podobno to nie jest najlepszy pomysł by prysznic był tuż obok okna. Ale potem okazało się, że tam gdzie planowałam prysznic, będzie poprowadzony z góry pion kanalizacyjny i trzeba "pogrubić" ścianę. Oznaczałoby to że prysznic byłby jeszcze bliżej okna.  Dzięki Joluśce znalazłam wyjście (szkic po prawej stronie)




Teraz z kolei zastanawiam się czy nad ogrzewaniem podłogowym - ma być w salonie i w kuchni, w mojej części chcę mieć grzejniki, ale może wyłączyć z tego łazienkę?
Bo te drabinki takie śliczne i może nie trzeba grzejnika w roli wieszaka?
  


Porażką jest tez mój telefon Xiaomi Redmi, które ostatecznie odmówiło konwersacji z kompem. Zawsze wprawdzie można gadać z nim przez chmurę, ale ja zdecydowanie preferuje kabel. Poczytałam sporo o tym na rożnych stronach. Jeden tutorial przeszłam punkt po punkcie, bardzo byłam z siebie dumna bo właczyłam tryb MTP. Ale nic poza tym.  Kolejny tutorial jaki znalazłam budzi repekt, ale na dzień dzisiejszy nie wiem jak go ugryźć. 

  1. Linki powinny trybic i kierować do właściwych postow, choć kopiowałem z tapatalka. 
  2. Ściągasz rom dla fastboota stąd: https://miuipolska.pl/forum/index.php… (drugi link, archiwum tgz - rozpakować dwukrotnie np. 7-zipem)
  3. Ściągasz MiFlash z pkt. 6. tego poradnika https://miuipolska.pl/forum/index.php…(Snapdragon-425-(4-rdzenie)-2/16-GB)-z-iBuygou#entry295158 - właściwy dla twojego systemu (32/64bit)
  4. Po rozpakowaniu systemu i zainstalowaniu miflasha odpal go. Zaakceptuj stery przy instalacji. Wybierz obraz systemu, podłącz telefon do komputera w trybie fastboot (vol- chyba i włącznik) i odśwież miflasha - powinien się, jak stery się zainstalują i będzie wszystko trybic, pojawić identyfikator telefonu.
  5. Zainstaluj global dev, skonfiguruj goZainstaluj twrp tak jak próbowałeś w adb w trybie fastboot jeśli chcesz
  6. Zainstaluj xiaomi.eu jeśli chcesz

Podreperowałam sobie ego tym, że zainstalowałam Joluśce Airboxa - też nie było łatwo, w dodatku na infolinii technicznej Orange uzyskiwałam sprzeczne komunikaty, co też nie pomagało. Ale zaczyna trochę być tak, ze sprzęty, które mają nam ułatwiać życie coraz bardziej nam je komplikują.

Na szczęście jest jeszcze życie towarzyskie. Bez tego człek by zwariował.



Bo cały czas sobie powtarzam:  Dobrze żyjcie. To najlepsza zemsta.

niedziela, 08 kwietnia 2018

Wróciłam i bez problemu, z marszu, dostroiłam się do mojej rzeczywistości. Inna sprawa że łatwo mi to przyszło bo nie miałam jestlagu.

Symbolicznym zakończeniem podróży było odkupienie wszystkich pogubionych rzeczy i zrobienie listy rzeczy, które muszę kupić przed następną włóczęgą.

Remont domu powoli idzie do przodu, za chwilę będę musiała zabrać się za projektowanie wnętrz. Ale na razie nie wiem nawet w jakim kolorze mają być ściany i podłoga. Zanim jeszcze w to nie wsiąkłam, po kolei reperuję popsute sprzęty: w tym tygodniu zaniosłam do wymiany kółek moja malutką miejską walizeczkę - kółka miały przeżyć wiele lat, przeżyły niewiele ponad rok a ich wymiana kosztować będzie 160 zł.


Inna sprawa, że w ramach niezagracania się przywiozłam z podróży trzy batiki. Dwa turystyczne wyroby przemysłowe:


Jeden oryginalny prawdziwy, ręczny.


Wszystkie są śliczne, ale pomysłu na nie nie mam. Czyli niewykluczone, że jednych rzeczy się pozbędę tylko po to, by zrobić miejsce na następne.

Jako człek bez domu, w weekendy siedzę na głowie znajomych. Taka obserwacja uczestnicząca sporo uczy. W tym tygodniu odkryłam, ze lubię kawę Macchiato, jeszcze chwila i zacznę myśleć o ekspresie do kawy.


Powoli przybywa mojego Funczala - na ten moment zrobiłam 3/15. Dłubię na drutach 2.5 z Alpaki Dropsa i tak samo jak bawełna Dropsa, również i ta wełna nie jest warta polecenia.


Po raz pierwszy byłam w kinie Stacja Falenica. Przed seansem zbierane są zamówienia, roznoszone są w trakcie projekcji, dzięki czemu jest coś z domowej atmosfery.


Film, który tam zobaczyłam, to Twarz Szumowskiej


Po spójnym i dopracowanym Body, kolejny film Szumowskiej ma coś z chaosu. Sporo świetnych scen i celnych obserwacji, tyle, że kiepsko to się wszystko spina w całość.

Wiejska zagroda gdzieś na południu Polski. Przeciętna, wielopokoleniowa wiejska rodzina. Jeden z nich, młody chłopak, ma poważny wypadek w pracy. Zostaje uratowany, ale wychodzi z tego z przeszczepioną twarzą. Jeszcze przed chwilą był jednym z nich, staje się obcym.

Jedno co się udało Szumowskiej, to wyczucie chwili. Kiedy przystępowała do pracy nad tym filmem, nie widziała, że sportretowanie suwerena może być aż tak aktualnym tematem. Teraz pewnie wyleje się na nią wiadra pomyj. Bo o ile przyroda jest na tym filmie pięknie sfotografowana, ludzie już nie.

sobota, 07 kwietnia 2018
Indonezja cz. III

Na Jawie już nie było takiego obozu przetrwania (przynajmniej do czasu). Zatrzymałyśmy się Yogyakarcie, w znajdującym się niedaleko centrum hostelu prowadzonym przez autorkę tego bloga

Pierwszy wieczór po przyjeździe spędziliśmy na pobliskim placu Alun-Alun Kidul. Atmosfera festynu. Dzieci naciągały rodziców na przejażdżkę rowerem, który był tak obwieszony ledowymi lampkami, że udawał święcące się autko.

Na środku placu rosły dwa drzewa. Zabawa polegała na tym, by startując z obrzeża placu, z zawiązanymi oczami przejść pomiędzy tymi drzewami. Do pokonania był dystans ok. 100 metrów. Wydawało się to dziecinnie proste, ale nie było.

W Yogyakarcie zwiedziłyśmy pałac sułtana, w którym poza murami, nie było nic ciekawego do zobaczenia.

Potem Pałac Wodny. Sułtan miał tam do dyspozycji dwa baseny, jeden mniejszy dla siebie, drugi, dwa większe, dla swoich żon. Podczas gdy one się kąpały, on obserwował je ze znajdującej się obok wieżyczki (na poniższym zdjęciu, baseny dla żon)

 Podziemny meczet

Znajdująca się obok naziemna świątynia, została zniszczona podczas trzęsienia ziemi

Cmentarz rodziny sułtana, na którym niestety nie wolno było robić zdjęć. A szkoda, bo był tam niezły myk. Jednemu z krewnych, z racji urodzenia, należało się miejsce w kaplicy. Ale umarł pokłócony z rodziną. Więc umyślili tak, że wpasowali sarkofag w ścianę tak by tylko połowa była w kaplicy, pozostała część wystaje na zewnątrz.

Teatr cieni

Fabrykę batiku

W okolicach Yogyokarty zobaczyłyśmy Borobudur, największą świątynię buddyjską na świecie.



Zespół świątyń Prambanan - są z IX wieku, ale zważywszy na to ile "przeżyły" trzęsień ziemi, podziw budzi pieczołowitość z jaką je ponownie składają, niczym z klocków lego

Muzeum historii płd Jawy (a tak naprawdę rodziny sułtana), w którym też nie wiedzieć czemu, nie wolno robić zdjęć. Nieopodal znajdowało się miejsce upamiętniające ostatni wybuch znajdującego się niedaleko Yogyakarty wulkanu Merapi..

Cudowną plażę, dającą wyobrażenie jak piękne jest wybrzeże wulkanicznych wysp

Kulminacyjnym punktem wyprawy była wycieczka w głąb Jawy. Wyjechaliśmy o 12 w nocy, tak by o 4.30 rano być na miejscu. Po ciemku wdrapałyśmy się na górę i trzęsąc się z zimna, czekałyśmy na wschód słońca. Otaczał nas tłum, tyle że on w przeciwieństwie do nas wykazywał entuzjazm przypominający reakcje kibiców sportowych.

W drodze powrotnej obserwowałyśmy dymiące stoki gór, na których na tarasach uprawiają nie ryż, tylko kartofle i wulkaniczne jeziora.

Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam bulgoczące wulkaniczne jeziorko i stojąc obok wdychałam obrzydliwy smród siarki.

Ostatnie trzy dni spędziłyśmy na wyspie Lembongan, bycząc się i nabierając sił na powrót.


 

Cała wyspa to wygrodzone i starannie utrzymane ośrodki i otaczający je jeden wielki śmietnik. Płynąc na wyspę, nie wzięłyśmy pod uwagę tego, że sytuacja odcięcia wykorzystywana jest do skubania klientów. I tak bandycki kurs wymiany w miejscowym kantorze sprawił, że bardziej dla zasady niż ze skąpstwa, zredukowałyśmy plan zaplanowanych wcześniej masaży. Dobrze, że jadąc z lotniska do portu poprosiłyśmy taksówkarza by zatrzymał się przy supermarkecie, w którym zakupiłyśmy spory zapas wina. 

 

Indonezja cz.II

Przejechałyśmy przez Bali na skuterach. Ja z synkiem

Joluśka z Łosiem

Momentami boleśnie przekonywałyśmy się, że życie backpakersa 60+ łatwe nie jest. Czasami zacinał deszcz, ale nawet jak nie padało, to aplikowana nam dawka kilkudziesięciu kilometrów dziennie mocno dawała w kość. Na osłodę pozostawały nam, wynalezione przez synka na booking.com noclegi w bajecznie pięknych miejscach. na przykład w takim (do dyspozycji miałyśmy cała posiadłość).

Jadąc przez Bali, co chwilę mijałyśmy jakąś świątynie, ale po obejrzeniu kilku, kolejne nie budziły aż takiego zachwytu, były zbyt podobne do poprzednich.

Z kolei taka, która wyróżniała się się na tle innych - np. Tirta Empul, pełna była zachodnich ludzików grających role nawiedzonych buddystów.

W folderów w roli symbolu Bali występuje zazwyczaj świątynia Urun Danu Beratan. Jest rzeczywiście śliczna, ale ma w sobie coś, co przypomina cukierkową makietkę.

Powala zieleń przyrody. Zwłaszcza gdy wjedzie się w głąb wyspy, gdzie nie ma tak dużo turystów i nie przysłania ją turystyczna infrastruktura.

Wulkanom bliżej przyjrzałam się później na Jawie. Na Bali jedynie z daleka popatrzyłam na wulkan, który według sejsmologów ma w najbliższym czasie wybuchnąć. Nie wyglądał groźnie, nie unosił się z niego żaden dym, ot taka góra jak każda inna.

Największe wrażenie zrobiły na mnie wodospady.

Aby do nich dojść musiałyśmy udowodnić, że również w naszym wieku możliwa jest realizacja wyzwań godnych Indiany Jones. Było to jednak tego warte. Zdjęć z tej przeprawy nie mamy, bo im bliżej wodospadów, tym w powietrzu więcej było unoszącej się wody i wszystko co elektroniczne trzeba było zostawić. Ale zeszłyśmy na sam dól i stałyśmy tuz obok.

A sama przeprawa była tak emocjonująca, że nawet Alzheimer nie zabierze nam tych wspomnień.

Zanim wróciłyśmy do Canggu, chwilę zatrzymałyśmy się w Ubud, nastawionym na obsługę zagranicznych turystów zagłębiu przemysłu pamiątkarskiego. Ale z cudownym Monkey Forest.

Na terenie Monkey Forest znajduje się tymczasowy cmentarz - raz na kilka lat wykopują pochowanych tu zmarłych i urządzają im wspólny wielki pogrzeb, po którym kremują zwłoki.

Ponieważ Balijczycy uwielbiają świętować, nie starcza mi wyobraźni, jaka to musi być obłędna ceremonia.

W Ubud zachwyciłam się balijskim baletem.


Gdybym była młodsza, spróbowałabym ich naśladować ...

Miałyśmy wreszcie trochę czasu by delektować się soczystością tamtejszej zieleni.


Następny etapem naszej podróży, była Jawa. Na lotnisku uchwyciłam na zdjęciu zmęczenie naszych młodych cicerone - my byłyśmy bardziej, ale nikt tego nie uwiecznił.

piątek, 06 kwietnia 2018
Indonezja - cz.I

Na Bali poleciałyśmy Qatar Airlines. Polecam: jedzenie w samolocie dają takie samo jak wszędzie, czyli paskudne, ale za to wino jest bez ograniczeń.

Na lotnisku w Doha przylatujących wita ogromny, ruchomy bilboard. Można na nim obserwować grupę poruszających się ludzi - każdy z nich po kolei  zbliża się do pierwszej linii, staje i po pewnym czasie zawraca, ustępując miejsca kolejnej postaci. W tym jak się poruszają jest coś, co robi wrażenie.  

Już pierwsze chwile po przylocie do Denpasaru dały nam przedsmak tego co będzie. Przyjechał po nas synek z kolegą i na tylnich siedzeniach ich skuterów musiałyśmy zmieścić nie tylko nasze pupy w "Kim Kardashian size", ale i jeszcze większe od nich plecaki. Nagrodą był cudowny hotel w oddalonej o kilkanaście kilometrów od lotniska nadmorskiej miejscowości Canggu. 


Spędziłyśmy w nim trzy dni, chłonąc atmosferę hipsterskiego miasteczka (poszłyśmy nawet na jogę) i obserwując przygotowania rdzennych mieszkańców do najważniejszego święta Bali, Nyepi. 


W ramach tych przygotowań przez miasteczko przechodziły kolejne procesje. Obrzędy odprawiano też na plaży, dokąd przyniesiono posągi bóstw, przypominało mi to trochę zaślubiny z morzem; kolejne posągi zanoszono na sam brzeg morza i po odprawieniu rytuałów z powrotem odnoszono w głąb plaży. W trakcie tych ceremonii niektórzy z uczestników nagle wpadali w trans, z boku wyglądało to tak, jakby opętał ich zły duch. Potem okazało się, że byłyśmy w błędzie, to nie zły duch w nich wstępował, ale dobry, a ludzie wokół nie wyrażali współczucia tylko podziw (prawdopodobnie i zazdrość, że to nie ich, a innych spotkał taki zaszczyt). Gdy dowiedziałam się o co w tym wszystkim chodzi, pomyślałam, że może być i tak, że co bardziej bezczelni udają że wstąpił w nich dobry duch, zdobywają w ten sposób uznanie w swojej grupie. 

W dzień święta Nyepi Bali zamiera, tego dnia na ziemię schodzą złe duchy i gdy zobaczą wyspę pogrążoną w kompletnej ciszy i ciemności, pomyślą że jest wymarła i na kolejny rok zostawią ją w spokoju. Bezwględny wymóg zachowania ciszy dotyczy też turystów, dlatego razem ze znajomymi mojego synka, zamknęłyśmy się w wynajętej willi nieopodal Canggu.

Tak jak i w poprzednim hotelu, tak i tu łazienka nie miała sufitu i kąpiąc się można było obserwować niebo. Miłe to, ale niestety nie wykonalne w naszym klimacie. A szkoda. 

Wymóg ciszy w dzień święta Nyepi jest bardzo skrupulatnie przestrzegany. Tyle, że byliśmy przygotowani na to, że nie będzie netu, łączności ze światem, mamy być cicho i nie możemy wyjść poza ogrodzenie domu. Ale na to, że zapuka policja religijna i wymusi zgaszenie światła, już nie. 

W wigilię święta Nyepi, w pobliskim miasteczku odbyła się parada Ogoh-Ogoh. Młodzi z każdej z okolicznych wiosek przygotowali swojego potwora i demonstrowali swoje dzieło, niosąc je na bambusowych platformach stając do rywalizacji, który z nich jest straszniejszy. 

Podobno na koniec potwory powinny zostać spalone, ale kiedy kilka dni później jechałam przez Bali, co krok widziałam potwory które przeżyły święto Nyepi w dobrym zdrowiu.

W następnym odcinku - co jeszcze zobaczyłyśmy na Bali (przewidziany jest jeszcze odcinek o Jawie). 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli