wtorek, 24 maja 2005
Zbieram siły

Wszyscy zaganiani (ja też) więc chwasty spokojnie rosną. Z tym że to cisza przed burzą, już niedługo - na początku czerwca - zacznie być robiony dach. Będzie zrobiony z takiego gontu bitumicznego, którego wcześniej ze względu na znacznie wyższą cenę, zupełnie nie brałam pod uwagę. Ale ponieważ na ostateczne uzgodnienia pojechałam z Gośką, okazało się, że za pieniądze które miałam na to przeznaczone, można zrobić i taki dach:



Tego dnia, dzięki posiadanej przez Gośkę umiejętności "negocjowania ceny", zdecydowałam się też na ogrodzenie - z tyłu wprawdzie siatka ale za to z przodu sztachety.

Następnego dnia spotkałam w pociągu Joannę. Pewnie to nie był przypadek, że po tym spotkaniu dostałam od niej mail z "rewelacyjną" dietą. Dzięki tegorocznym planom inwestycyjnym, łatwo sobie wszystko zracjonalizowałam - nie mogę się teraz odchudzać, bo i tak nie było by mnie stać mnie na żadną wymianę garderoby.

W komentarzach zapytano mnie jak się hoduje rododendrona - szczerze mówiąc nie mam zielonego pojęcia. Posadziłam go tak jak wszystkie inne rośliny - tzn. w wykopany dołek nasypałam dobrej ziemi i mocno podlałam. Tyle tylko, że w tym przypadku dodałam do ziemi specjalny nawóz (dostałam go od Beaty w "pakiecie" razem z rododendronem). Źle mu chyba u mnie nie jest, skoro zakwitł:



Mogę mieć tylko nadzieję, że nie podzieli losu mahonii, która wprawdzie się przyjęła i nawet zakwitła, ale albo toczy ją jakiś grzyb, albo "zrasza" ją Killer. Mam nadzieję, że coś mi poradzą w sklepie ogrodniczym, do którego się jutro wybieram:



Czasami przypominam sobie (bo to raczej zajęcie na długie zimowe wieczory) o tym, że miałam robić różne rzeczy do domu. Aktualnie robię koronkę, do której potem chcę dorobić (też na drutach) firankę. Plany mam ambitne - chciałabym zrobić takie firanki do wszystkich okien. Nie muszę się z tym spieszyć, bo nie zawieszę ich wcześniej niż zbiorę fundusze na wykończenie tego domu w środku (biorąc pod uwagę tempo w jakim to robię, chyba nie starczy mi życia):


niedziela, 15 maja 2005
Hurra !

Pozbyłam się jednego wraka:



Stara brama, przez którą został wytoczony, przestała już być potrzebna i nic nie stoi na przeszkodzie by pomyśleć o ogrodzeniu.

Sukces z mercedesem był mi bardzo potrzebny - byłam bliska załamania, gdy zobaczyłam po tych deszczach bujną zieleń chwastów w ponurym zakątku ogrodu (nawet sterta liści zaczęła żyć swoim życiem i powoli porastać chwastami). Ale przypomniałam sobie, że tam gdzie przez dwa lata stał wrak mercedesa, została goła ziemia. I wpadłam na moim zdaniem genialny pomysł, by po odchwaszczeniu kolejnego kawałka ziemi, przykrywać go folią malarską:


wtorek, 10 maja 2005

Kolejny majowy weekend

W sobotę doczekałam się nareszcie przyjazdu Gośki. Jak zawsze zrobiła w ogrodzie bardzo dużo, bardzo pożytecznych rzeczy, a w dodatku znalazła jeszcze czas by ugotować mi obiad na dwa dni.

Odarła mnie też ze złudzeń. Do tej pory byłam święcie przekonana, że to zielone co rośnie przed domem, to odmiana może rachitycznej, ale jednak trawy. Niestety jest to zwykły perz.



W niedzielę, pod pretekstem kupienia końcówek do węża ogrodniczego, pojechałam z Beatą i Staśką wydawać pieniądze na kolejne roślinki.

Kupiłam kolejny krzaczek:



Ten pies za płotem to Kiler. Ma już dwa lata a nadal zachowuje się jak szczeniak. Jego największym marzeniem jest mieć towarzysza zabaw i jest już tak zdesperowany, że proponuje to nawet moim kotom. „Kilerem” to on może będzie, ale dla moich rosnących przy płocie krzaków (krzaki na jego działce są starannie przed nim odgrodzone). Pewnie będę musiała zrobić to samo.

Kupiłam też dwie funkie:



Kot to Heniutek, zdecydowanie najgłupszy z kotów jaki kiedykolwiek ze mną mieszkał. Ostatnio i tak coś „drgnęło” - po dwóch latach wreszcie zrozumiał, że jest kocurem i zaczął sam, tzn. z własnej woli, wychodzić na dwór.

Beata kupiła mi rododendrona:



Przed posadzeniem rododendrona, usunęłam rosnący tam perz. Zajęło mi to tyle czasu, że na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie odperzenia całego ogrodu. Na razie kupiłam plastikowe barierki i mam zamiar odgrodzić nimi odchwaszczone fragmenty ogrodu i ponury zakątek (póki co nic nie rośnie, nawet perz).

Ten duży rododendron ma mniejszego kolegę, którego dostałam na jesieni od Lucy. Miał rosnąć na balkonie mieszkania, które miałam kupić po sprzedaży tego domu. Te wystające kikuty z tyłu po prawej stronie, to pnąca różą w prezencie od Gośki.



A teraz coś z zupełnie innej beczki:

Do końca tygodnia musze się zdecydować na jeden z tych gontów bitumicznych:




A ponadto nie mam pomysłu co zrobić z tą białą skrzynką:



Przy czym nie wchodzi w grę przeniesienie:


- na płot (samo uzyskanie zgody na tzw. przyłącze kablowe kosztuje
ok. 1 600 zł, a to dopiero początek kosztów),

- w róg po drugiej stronie tej ściany budynku (jest tam już instalacja
gazowa),

- na inną ścianę budynku (w myśl obowiązujących przepisów, musi
być widoczna z ulicy).

sobota, 07 maja 2005
2.5.05

Długi majowy weekend

W piątek skorzystałam z tego, że Kaśka z Gośką i Jurkiem jechali samochodem w moim kierunku i wpadliśmy do Liroy - Merlin'a po pergole. Nic z tego nie wyszło, bo zamiast jak wynikało z ulotki reklamowej ceny 30 zł, kosztowały 70 zł. W tej sytuacji postanowiłam, że powojniki na razie "dostaną" sumaki:


Umówiłam się z nimi, że jak się ładnie przyjmą to w nagrodę kupię im bardziej reprezentacyjne drabinki, a jak im się nie będzie u mnie podobać, to przynajmniej nie wpędzą mnie w zbędne koszty

Zamiast pergoli kupiłam w Liroy-Merlin kilka bylin i zwisające pelargonie. Wysadziłam je do skrzynki i postawiłam na jedynym parapecie, który jest szerszy niż 15 centymetrów:


Zabrałam się też za rekultywację najbardziej ponurego kawałka ogrodu. Na początek usunęłam las sumaków.

Krajobraz przed:

I po (z lewej strony widać drewnianą, a więc mało atrakcyjną dla złomiarzy klapę od szamba, którą dostałam od Staśki i z trudem, ale doniosłam do domu):

Zaczęłam przekopywać ten kawałek ogrodu, ale idzie mi to dosyć opornie i w tym tempie nie skończę wcześniej niż w lipcu. W dodatku w ziemi jest jeszcze masę gruzu i powoli, tym razem koło bramy, rośnie kolejna sterta do wywiezienia.

W niedzielę przyjechała do mnie Monika i zrobiła z nasion, które otrzymałam od Ireny, "rabatkę Moniki":

Do czasu aż coś z tych nasion wyrośnie, najbardziej imponująco wygląda samosiejka na środku drogi:

27 kwietnia 2005

 

W przeddzień wyjazdu w Bieszczady (a będzie tam dość długo, bo aż wyda z Kamilem 500 zł) Lucy przyjechała palić liście:


Warte odnotowania jest to, jak bardzo dbała o to, by na rozpalonych przez nią stosach nie spłonął żaden ślimak – starannie wybierała je z liści i odkładała do pudełka (stoi na zdjęciu w prawym rogu):

 

Moment wypuszczenia ślimaków na łąkę nie został uwieczniony, bo było już ciemno.


25 kwietnia 2005

 

Najładniej mój zdewastowany ogród wygląda gdy patrzy się na drogę:


 

Najgorzej z tyłu domu, gdzie przez dwa lata leżał gruz z rozebranego domu (ta sterta z prawej strony, to liście do spalenia):

 

 

W tej części ogrodu zielony jest jedynie bukszpan, który odżył dzięki temu, że otoczony gruzem nie pełnił roli "psiej toalety" i pnący się po sosnach bluszcz:

 

A jak by tego było mało, w tym ponurym zakątku ogrodu stoi jeszcze (zasłaniając czerwone leszczyny) wrak Toyoty:

 

 


W tej części ogrodu jedyną zasadzoną w tym roku rośliną jest krzew kaliny (to ta mała, wystająca z ziemi roślinka):

6:


Od strony ulicy też stoi jeden wrak:



Ale jest też zielony fragment z drzewami:



Pod płotem rosną zasadzone przez Staśkę konwalie:


I z szarej ziemi (tu też leżał gruz) wystają niedawno zasadzone wrzośce:


 

W planach, pod płotem z prawej strony mają rosnąć najprzeróżniejsze byliny. Na razie ledwie wystają z ziemi:

 

 


Wśród tych bylin wesoło wygląda tylko samotny bratek:



Pod tym samym płotem, rośnie przyniesiona przez Staśkę mahonia:


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli