niedziela, 27 maja 2007

List z zaświatów.

Dostałam od Netii list:

Miło nam Państwa powitać w gronie Klientów. Serdecznie dziękujemy za okazane nam zaufanie (…) Satysfakcja Państwa z usług Netii jest dla nas najważniejsza. Jesteśmy przekonani, że nasze usługi spełnią Państwa oczekiwania, przynosząc satysfakcję z ich różnorodności, z jakości oferowanych połączeń oraz wymiernych oszczędności w wydatkach telekomunikacyjnych.

Do listu była załączona faktura. Zapłacę - nie wykreślą mnie z grona Klientów. Nie zapłacę - zgłoszą mnie do banku dłużników.

Chwilę później zadrżały niebiosa, myślałam że to z oburzenia, ale chodziło tylko o sprawdzenie, czy czegoś nauczyła mnie burza sprzed dwóch lat. Nie nauczyła i za karę znów nie mam Internetu. Tym razem sygnał dochodził tylko do routera i nigdzie dalej nie chciał iść. Komputer twierdził, że karta sieciowa działa, ale nie wiedziałam czy mu wierzyć, bo w kolejnych gniazdkach sieciowych router widział komputer tylko przez pierwszy moment po włączeniu, a potem gasł. Podobno, karty sieciowe nie są zdolne do tego, by po kolei palić gniazdka sieciowe. Ale ja swoje wiem – są na świecie rzeczy, które nie śniły się informatykom. I jeszcze chwila i napiszę książkę komputer starszej pani. W tej przygodzie przyszedł sąsiad zza płota ze swoim laptopem - dzięki temu wiem już, że na pewno padła karta sieciowa, a może i płyta główna, ale to będzie można stwierdzić dopiero po wymianie sieciowej.

Czyli znów mam dużo czasu. Gdyby nie obezwładniający upał, to miałabym co robić. I jest tego tyle, że podtrzymuje mnie na duchu świadomość, że w końcu doczekam się i zimy. Bo zimą człowiek ma na wszystko czas, tylko o tym nie wie, bo zatruwa swoje myśli czekaniem na wiosnę.

Trawnik śni mi się po nocach (ostatnio, po tym jak całe popołudnie ganiałam po tym kawałku co udaje trawnik śnił mi się w wersji morze kwitnącej koniczyny). Róże mają mszyce – właśnie zaczęłam pryskać. Mam w tym wprawę, bo od trzech tygodni pryskam zagrzybione kwiaty z dawnego pokoju Tomka, ale zaczynam się obawiać, że nawet jak terapia będzie skuteczna to zabiję na śmierć nie tylko grzyba, ale i opryskiwane grzybobójczym świństwem kwiaty. Drzewko szczęścia i juka zaczęły gubić liście, wyglądały na zdrowe, więc postanowiłam je przesadzić. W korzeniach juki była zaplątana plastikowa podstawka i przy wyjmowaniu z doniczki, jej korzenie przerwane zostały na pół. Teraz czekam jak moja 10-letnia, hodowana od maleństwa juka, padnie. A można bez balkonu ani kwiatków na parapecie – tak jak np. mój synek, który nie odróżnia draceny od trzykrotki, a wygląda na szczęśliwego.

Posadziłam już wszystkie otrzymane na balu dary. Kalinę pod płotem w chwastowniku.

A trzy azalie na rabatce. Długo szukałam im miejsca i w końcu stwierdziłam, że nie będę zmieniała wstępnych założeń – wszystko co nie jest trawą ma rosnąć pod płotem. A jak jest niewielkie i ma być widoczne, na rabatce.

Tak się rozkręciłam, że nawet w pracy nie potrafiłam się powstrzymać od roboty i zrobiłam palmę, którą postawiłam w kącie wypoczynkowym mojego biurowego pokoju - jest daktylowa, rosną na niej banany, za małpę robi zrobiona przez czteroletnią córkę Beaty różowa świnka, a w roli lwa został obsadzony drewniany żubr.

Po tym jak Srala obsłużyła czarnych amantów, przyszła kolej na rudego. Tym razem zabawił u niej dłużej i by nie „wypaść z kolejki”, nie odstępował jej na krok (nawet przestał przede mną uciekać i przeszedł na mój wikt i opierunek).

Dalej czytam Irwinga. Tyle, że zrobiłam kolejną przerwę – tym razem na Lesia J. Chmielewskiej i Lód Anny Kavan. Joanna Chmielewska napisała dużo książek i podobno Lesio jest jedną z jej najlepszych. Dawno temu miałam już ją w ręku, ale wtedy nie udało mi się jej skończyć. Teraz przeczytałam do końca i za więcej książek J. Chmielewskiej dziękuję. Gdzie to lekkie pióro? Z kolei Anna Kavan miała świetne pióro, ale była heroinistką i książki pisała ponure. Jej Lód ma coś z Lodu Sorokina (może było i tak, że ten ostatni wpadł na pomysł swojej książki po przeczytaniu książki A, Kavan), ale poza tym że jest dużo bardziej posępna, jest też dużo, dużo lepsza.

Byłam w tym tygodniu na naprawdę świetnym rumuńskim filmie - 20.08 na wschód od Bukaresztu. Widziałam też zwiastun nowego filmu Wajdy Katyń i trochę mi uwiera świadomość, że ponieważ od każdego kinowego biletu odprowadzany jest podatek na polską kinematografię, chodząc często do kina, więcej niż inni dołożyłam do powstania tego gniota.

A w życiu moich cioteczek, jak u Matysiaków – zawsze prędzej czy później którąś porwie nurt rzeczywistości. Tym razem wiele wskazuje na to, że jedna z nas, po niespodziewanej starcie pracy, zamiast szukać następnej, zdecyduje się na emigrację.

niedziela, 20 maja 2007

Być kobietą

Nie jest łatwo być kobietą. A jak w dodatku jest się kotką, to już zupełnie przechlapane - do tak odkrywczych wniosków doszłam obserwując jak moja biedna Sralucha nie daje sobie rady ze swoją seksualnością. Dawniej w jej zniecierpliwieniu natarczywością zalotników było coś z kokieterii, a gdy znikali - cień żalu. Teraz jest tylko irytacja - najwyraźniej gdyby to od niej zależało, to nie wabiła by kocurów zalotnymi zapachami. Co z tego, że cały czas przed nimi ucieka, skoro do nich to nic a nic nie dociera. Są tak zdeterminowani, że nie reagują nawet gdy dość ostro usiłuję zwrócić im uwagę.


W dodatku Srala ma wzmożona potrzebę pieszczot i za cholerę nie chce zrozumieć, dlaczego pozostawiam bez odpowiedzi jej namolne propozycje seksu międzygatunkowego.


A jak by tego było mało, czarny-bez ani-jednej-plamki cały czas śpiewa (totalne beztalencie). I tak dobrze, że koty nie potrafią grać na gitarze elektrycznej, bo wtedy byłoby jeszcze bardziej nie do wytrzymania.


Ludzi za przykład nie ma co im dawać.

Poszłam z Gośką na otwarcie zorganizowanej przez Iwonę wystawy Aleje przydrożne Warmii i Mazur. Przede wszystkim chciałam zobaczyć się z Iwoną, ale też tak sobie pomyślałam, że będzie jej przyjemnie jak kilka osób przyjdzie. Tymczasem zaskoczył mnie tłum ludzi, wielkie bukiety. Początkowo nie mogłam zrozumieć dlaczego, ale szybko się wyjaśniło - wernisaż Iwony został wykorzystany do pożegnania odchodzącej dyrekcji i współpracujących z nią ludzi - Biblioteka Narodowa też "została odzyskana".

Z folderu tej wystawy:

Obwieszczenie (Publicandum) z 1797 r. nakładało na niszczących drzewa przydrożne karę pieniężną oraz zobowiązywało ich do prac "z klocem do nogi przyprawionym" przy naprawianiu wyrządzonych szkód, a w skrajnych przypadkach przywiązaniem do drzewa od godziny 10.00 do 16.00 z zawieszoną na piersi tabliczką "Psujący drzewa".

Przy okazji pobytu w Warszawie Iwona kupiła bardzo fajny prezent ślubny - miniatury historycznych pieców kaflowych, każdy z nich ma metryczkę, wraz z dokładnym opisem swojej historii (o manufakturze).


Jak zwykle o tej porze roku, wszyscy grilują. W ten weekend był Otwock, urodziny Jacka


Przy okazji, metodą na kiełbaskę, mierzono siłę psiego charakteru. Za miesiąc w Otwocku kolejna uroczystość - tym razem urodziny rottweilerów (poza Bilbem ma być i jego siostra Niusia).


Nie wiem czemu nie potrafiłam cieszyć się z zimy - teraz nie mam czasu na nic, ani na książki, ani na robótki - w dodatku im więcej czasu spędzam w ogrodzie, tym więcej jest w nim do zrobienia. Całą niedzielę pieliłam trawnik.


Kupiłam środek na tzw. liściaste i jak znów zaczną odrastać, będę pryskać, ale to niewiele pomoże na takie coś czego zrobiło się najwięcej - przypomina trawę, nie jest perzem (bo nie ma kłączy), ale jest równie obrzydliwe.


Nie mówiąc o alternatywnym trawniku z tyłu domu - to co wyrosło to komosa, jedyne co trzeba jej przyznać to, że jest fotogeniczna - w realu wygląda paskudnie.


W pracach ogrodowych towarzyszył mi dziwnie zachowujący się ptak - chodził po moim dachu i co i rusz walił w niego dziobem - wyglądało to tak, jakby coś z niego jadł. Musiało mu to smakować, bo odlatywał i po jakimś czasie znów się pojawiał.


W tym roku też nie dotarłam na festiwal filmów dokumentalnych. W ramach spotkań z historią poszłam na zorganizowane w ramach Międzynarodowych Targów Książki spotkanie z Ritą Gombrowicz, miało coś z akademii ku czci, na kolanach zapewniano, że Gombrowicz wielkim pisarzem był ..., więc szybko wyszłam, i skończyło się tak jak zwykle, czyli w kinie.


Cesarzowa - poszłam na film o dramacie władzy, a obejrzałam bajkę elementami baletu (trudno inaczej traktować sekwencje walk). Dzieje się to wszystko tysiąc lat temu, na dworze chińskiego cesarza, gdzie ludzi jest tyle, co dziś na tokijskiej ulicy. Zdjęcia są tak wielkiej urody, że nawet schematyczność fabuły tak bardzo nie przeszkadza.

Moje życie beze mnie, pomysł taki sam jak w Czas, który pozostał - czyli o tym, co robi młody, dotychczas szczęśliwie żyjący człowiek, gdy niespodziewanie dowiaduje się że jest śmiertelnie chory i ma przed sobą kilka miesięcy życia. Film jest nie tylko nieznośnie melodramatyczny ale i nieprawdziwy - pokazywane w zeszłym roku tej samej reżyserki Sekretne życie słów było jednak trochę lepsze, z tym że też nie wiem za co zebrało tyle nagród.

Dziękujemy za palenie - film nie jest zły, ale nie wiem za co dostał aż tyle gwiazdek. Miał być nie tylko o paleniu ale i o poprawności politycznej, a dla mnie był tylko o paleniu - poprawność polityczna zasługuje na dużo bardziej słodko-gorzki film.

Niczego nie żałuję - i bez tego filmu wiedziałam, że Piaf nie miała łatwego życia i charakteru też. A po to by posłuchać dobrze zaśpiewanych jej piosenek, nie trzeba iść do kina,

niedziela, 13 maja 2007

Bal

Był bal - wprawdzie nie na sto par, ale gości było znacznie więcej niż na tradycyjnych sabatach cioteczek.

W ramach przygotowań wzięłam nawet dwa dni urlopu – z tym, że zamiast latać na miotle i łopacie, spędziłam je razem z elektrykiem. Sporo zrobił - między innymi już nigdy (przynajmniej zawsze wtedy, gdy włączę domofon) Lucy nie odejdzie spod bramy tylko dlatego, że po przejechaniu 70 kilometrów nie będzie jej się chciało przejść przez płot

Przy okazji z pewnym zdziwieniem skonstatowałam, że nie tylko jestem zewnątrzsterowna ale i łatwo mnie podejść. Opowiedziałam Joannie o moim problemie ze znalezieniem czegoś, na co mogłabym nakleić nalepkę i w ten sposób otrzymać okolicznościową tablicę upamiętniającą Gośkowy Czyn Ogrodowy, a ona - zamiast pomóc w rozwiązaniu problemu - zwróciła uwagę na niestosowność moich planów, bo taka tablica zamiast z tyłu, powinna być zawieszona z przodu domu. A ponieważ od frontu jedynym miejscem które się do tego nadawało były drzwiczki od skrzynki na liczniki (tyle, że od czasu zimowej wichury, pozostające w separacji z bazą), to dostosowując się do zewnętrznych oczekiwań, postanowiłam własnoręcznie dorobić nowe zawiasy.


Wymagało to zrobienia wiertarką w ćwierćwałku dwóch dziurek pod kątek 90o w zadanej od siebie odległości. Po wykonaniu jednego zawiasu, zamiast robiąc drugi utrwalić przerobiony materiał, wolałam na tym poprzestać i wzmocniłam konstrukcję drzwiczek obwiązując skrzynkę drutem.

Dzięki temu uroczyste odsłonięcie tablicy pamiątkowej odbyło się jak należy (zawiodły tylko goździki, które dojechały z Gumisiem dopiero po głównej uroczystości). Teraz Iza chce tabliczki Trawnik Izy G, Michał: Buda Michała L, a Jurek zgłosił potrzebę tabliczki na pamiątkę dnia, który poświęcił na ładowanie do kontenera niepotrzebnych gratów (ja, jeżeli już, skłaniałabym się raczej do upamiętnienia tygodnia jaki spędził u mnie piłując drewno).

Tylko gdzie te wszystkie tabliczki powiesić?


W każdym razie na razie w Kaliningradzie jest jedna tabliczka. Gośka może kokieteryjnie odwracać się od niej plecami, ale swoją ma.


Na balu nie robiłam zdjęć - robił za to Jurek. Fotografował rzeczywistość, a prawda jest taka, że z nas wszystkich fotogeniczna jest tylko mała Janka (i tak wybrałam zdjęcie na którym żadna nie wygląda tragicznie, tylko może co najwyżej - mimo że obniżyłam kontrast - nie tak młodo jak się czuje).

Reportażu z balu zrobić się nie da - jak ktoś wyszedł dobrze, to ktoś inny na tym samym zdjęciu tragicznie - bezkonfliktowe są tylko zdjęcia na których niewiele widać.


Gości ugościłam zacnie - zaczęłam sama, robiąc na dobry początek bigos i dwie pierwsze miski sałatek, dokończył Tomek z Tereską, którzy przyszli w sobotę rano i zastawili cały parapet miskami następnych sałatek.

W zamian, w drodze wymiany, dostałam mnóstwo kwiatków. Do ziemi wsadzone zostały tylko sadzonki przywiezione z innych ogródków.

Z tego maleństwa podobno ma wyrosnąć żywopłot.

Inne kwiatki muszą poczekać w doniczkach - podobno w niedzielę nigdy się nie sadzi, a najlepiej sadzić w środę i w sobotę.

Zapytałam niby czemu tak i usłyszałam, że skoro jest taka zasada, to widocznie jest jakiś powód by się do niej stosować. A że każda zasada, która usprawiedliwia moje poimprezowe lenistwo jest słuszna, więc się skrzętnie do niej dostosowałam.

Ostatnio gdy zwalił mi się komputer, zadzwoniłam do Jacka mocno po północy. Z myślą o tym, bym nie miała zbyt wielu powodów do dzwonienia o tej porze, sprezentował mi program graficzny, taki sam jaki używam, tylko trochę inaczej opakowany - podobno z takim mam mieć mniej problemów. Dostałam też zaczyn łazienkowego bukietu-suszu - teraz trzeba go ubogacić w kolor.

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli