sobota, 31 maja 2008

Książki z 6 kontynentów (5)

Nadine Gordimer - Broń domowa

Z Afryką mi trochę nie wyszło. Po przystąpieniu do "klubu książek 6 kontynentów", wydrukowałam listę zaproponowanych książek i poszłam z nią do biblioteki. Tam znalazłam na półce Broń domową, przeczytałam notę wydawcy, stwierdziłam, że może być i wpisałam na listę. Teraz trochę żałuję, że poszłam po najmniejszej linii oporu. W dodatku chociaż Nadine Gordimer jest pisarką południowoafrykańską, to - podobnie jak z J. Coetzee - to taka afryka - nieafryka.

Bohaterami jej książki Broni domowej jest dobrze sytuowane białe małżeństwo, które pewnego dnia dowiaduje się, ze ich 27-letni syn, architekt, zabija strzałem w głowę jednego ze swoich bliskich znajomych. Afryki w tej książce nie za wiele, jedynie zasygnalizowane istnienie dwóch równoległych światów: świata białych i czarnych, z tym że z pewnością jest na ten temat wiele dużo ciekawszych książek. Bo choć intryga zapowiada się ciekawie, to dalej książka jest ani taka, ani siaka - czyli żadna. Ma wprawdzie dość zasysającą narrację, ale to wszystko co potrafię o niej dobrego powiedzieć. Może byłby z tego przyzwoity kryminał, gdyby nie to, że mordercę znamy od pierwszego zdania. Powieść psychologiczna też to nie jest - główni bohatorowie to rodzice mordercy i niby o nich najwięcej wiemy, ale jak sie tak zastanowić, to tak naprawdę nie za wiele. W dodatku dużo z tego co się o nich dowiadujemy, nie jest zbyt interesujące z punktu widzenia czytelnika, mi.in. po to by nie robić sobie przykrości, mało ze sobą na "ten temat" rozmawiają.

Słowem czytelnicza porażka.

niedziela, 25 maja 2008

A nie mówiłam ...

Przepis na zostanie wieszczką:

  • unikać zdań rozpoczynających się od: bardzo możliwe, że; wszystko wskazuje na to, że; prawdopodobnie ... itp
  • we wszystkich opisanych wyżej sytuacjach używać zdań twierdzących i o ile to możliwe, jak najmniej złożonych. W dodatku wypowiadać je donośnym głosem.
  • potem tylko wystarczy ugryźć się w język i nie powiedzieć a nie mówiłam i można dalej wieszczyć.

Sukces gwarantowany.

Nie tylko w tym mądra jestem okrutnie. Na babskim sabacie u Zośki, zaintrygowała mnie układanka - drewniane klocki, które trzeba tak ułożyć, by zmieściły się w pudełku. Fajna zabawa i świetny pomysł na prezent.

Są jednak sytuacje, których przewidzieć się nie da.

Plany były takie, że w weekend miało mnie odwiedzić parę osób. Kupiłam sporo żarcia - tyle, że aż z dworca wziełam taksówkę, a nikt nie przyjechał i zjadłam wszystko sama jedna.Teraz wydrukuję modlitwę z najnowszej książki Woody Allena, wsadzę do lodówki i gości będę częstować herbatą i kartką papieru:

Panie Boże, królu Izraela - na próżno próbowałam zrzucić dwadzieścia funtów. Rozgrom moją nadwagę i chroń od skrobi oraz węglowodanów. Zaprawdę, zbaw mnie teraz kroczącego dolina, od celulitu i szkodliwych tłuszczów nienasyconych

Generalnie - Czysta Anarchia podobała mi się, bo napisał ją Woody Allen. Nie jestem pewna czy by mi się tak podobała, gdyby napisał ją ktoś inny.

Pogoda w tym tygodniu cudowna - prawie cały czas padało, było za mokro na koszenie trawy i wszystko rosło bez podlewania. W niedzielę trochę się rozchmurzyło, usiłowałam tego nie zauważyć, ale się nie udało. Poszłam do ogrodu i na początek, zgodnie z ostatnią modą rozwaliłam sobie rękę. Ponieważ po ostatnich dog-scesach w domu nie było nawet kawałka plastra, musiałam pójść na żebry do sąsiadów. Gorzej, że przez tą całą zawieruchę zgubiłam w ogrodzie okulary i jakoś nie mogę ich znaleźć. Niby okulary to nie igła, a mój ogród nie stóg siana, ale w praktyce na to samo wychodzi.

Obejrzałam w archiwum bloga jak wyglądała kalina przed rokiem i widzę progress:

W ramach Warszawskich Pożegnań czas zapalić świeczkę za kolejnym zlikwidowanym sklepem - apteką dla roślin na Bagateli. Pewnie będzie tam kolejny bank. Swoją drogą nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego im więcej ludzi korzysta z tzw. bankowości internetowej, tym więcej powstaje "salonów" bankowych.

Rok temu w tym sklepie polecono mi ten pełzak. Po roku, z kilku listków, wyrosła taka gęstwina.

Podobnie z poziomkami, których nadmiar powoli przenoszę pod sosny.

Podlałam tuje czymś grzybobójczym. Bo chyba to nie zwykłe zaszuszenie, tylko jakiś grzyb. W każdym razie rosnąca pod nimi koniczynka, też jest brązowa.

Wreszcie bylam na czymś fajnym. Przypomniało mi się Happiness Solondza. Jest w tym filmie jedna niesamowita scena. Kiedy 15-letnia siostra chłopca z plakatu, ląduje w szpitalu psychiatrycznym, a ojciec w nocy znów zaczyna płakać, on który zawsze w takich sytuacjach namawiał siostrę by poszła do taty i go "pocieszyła", teraz postanawia pójść sam. Scena gdy naśladując ruchy siostry rozbiera się i powoli, tak jak kiedyś siostra, idzie schodami w dół, do pokoju skąd dobiega płacz ojca, jest niesamowita.

niedziela, 18 maja 2008

Ja - kobieta pracująca

Ostatnio moje młodsze dziecko, które wszystko - nawet pisanie pracy magisterskiej - traktuje strasznie poważnie, zamiast dać się gdzieś wyciągnąć stwierdziło, że przesadzam z tym swoim życiowym luzactwem i miganiem się od wszelkich obowiązków.

A przecież ja często po powrocie do domu zamiast wypocząć, to od razu zabieram się za drugą pracę. I to nie wiem czy nie bardziej wyczerpującą.

Ten kto polecał układanie puzzli jako formę wyciszającej terapii, chyba w życiu nie widział ich na oczy. Co chwilę mam w tej mojej wieczornej pracy, momenty irytacji i zwątpienia - za każdym razem gdy nie mogę znaleźć pasującego kawałka, zaczynam podejrzewać, że tego puzzla nie da się ułożyć, bo zapomniano włożyć do pudełka strategicznych fragmencików.

Ale póki nie mogę pochwalić się puzzlem, zawsze mogę pokazać dawne perzowisko, zwane kiedyś ponurym zakątkiem ogrodu (to białe, pod płotem to pąki kaliny).

Zrobiłam jeszcze jedno zdjęcie azalii wielokwiatowej (jest to odpowiedź na gumisiowanie Gumisia, że na zdjęciu sprzed tygodnia nie było widać jej kwiatów).

Zakwitły i pozostałe azalie. Na zdjęciu pierwsza z lewej, to azalia którą dostałam od Gumisia w ramach rekompensaty za połamanie przez jej rottweilera azalii, którą dostałam w ubiegłym roku na balu dziesięciolecia (pierwsza z prawej). Zakwitły obie. I samo z siebie tak wyszło, że trzy azalie obok siebie, każda inna, mają kwiaty w podobnym odcieniu czerwonego.

W najbliższym czasie muszę zamówić (zero problemu), a następnie ułożyć za domem (to już trochę większy problem) drewno. Na razie postanowiłam pociąć te kawałki, których w tym roku nie spaliłam, bo były za duże. Zbieram się do tego jak do jeża, bo albo ja nie umiem piłować, albo to rzeczywiście jest takie trudne i męczące.

Byłam na Stonasach. Zawsze wolałam Beatlesów i to się nie zmieniło. Zastanawia mnie, że ci wszyscy wyznawcy wellnesu i innych tego typu bzdur, nie komentują takiego zjawiska jak Stonsi - mega przykładu na to, że liczy się nie dieta nr 5, ale geny. Film jest żaden - może mylić to, że skręcił go Scorsese, powszechnie znany jako reżyser filmowy, tymczasem jest to jedynie wierny zapis koncertu Stonsów, tyle że oglądany tak, jakby się stało metr od sceny.

Przeczytałam Burzliwe życie Ilii Erenburga. Erenburg miał tak ciekawe życie, że zasługuje na lepszą biografię. Autorka tej co przeczytałam nie umiała się zdecydować czy pisze naukową biografię, czy plotkarską balladę - w rezultacie wyszło wielkie nic. W dodatku przez całą książke usiłuje sobie odpowiedzieć na pytanie czy Erenburg był bardzo sprytnym i przebiegłym Żydem, czy tylko człowiekiem nieszczęśliwie zaplątanym w historię. To, że tej odpowiedzi znaleźć nie może męczy ją okrutnie, a czytelnik siłą rzeczy męczy się razem z nią.

Ale po przeczytaniu takiego fragmentu nabrałam ochoty by znów poczytać o życiu Lejzorka Rojtszfanca i przygodach Julio Jurenity (jego Trzynaście fajek całkiem niedawno czytałam):

... sekcja cyrkowa Komisariatu Oświaty urzęduje po sąsiedzku z sekcją teatralną, Durów często przyjeżdża po Erenburga saniami (tramwaje w mieście nic kursują), do których jest zaprzężony wielbłąd. Tenże wielbłąd zostanie unieśmiertelniony w moskiewskim dowcipie: w korytarzu siedziby Czeka na Łubiance stoi dwóch pijaków i nagle widzą, jak z któregoś pokoju wyprowadzają wielbłąda. Jeden pijak pokazuje drugiemu garb wielbłąda i mówi: Widziałeś, co bolszewicy zrobili z tego konia?

Przy okazji zeskanowałam jeszcze jeden fragment i dedykuje go tym ciotkom, które lata temu nie uciekły, tak jak ja, z tego "odpowiedzialnego" odcinka, tylko nadal pracują z trudną młodzieżą:

... ale jak tu zapomnieć, że „przyjaciel pionierów" podpisał właśnie nadzwyczajną ustawą, na mocy której wiek dwunastu lat stanowi dolną granicę odpowiedzialności karnej i możliwości orzeczenia kary śmierci? Takiemu prawu podlegaliby już młodociani bohaterowie jego książki "W przechodniej uliczce" ... W Moskwie tłumaczą mu, że zwycięstwo radzieckiej edukacji: dzięki temu dzieci dojrzewają i stają się odpowiedzialne wcześniej niż w kapitalizmie.

niedziela, 11 maja 2008

Kochany Panie Bareja. Gdzie twoi następcy?


Jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, na początku lipca będę podłączona do wodociągu - złożyłam już do gminy wniosek "o zajęcie drogi publicznej". Parę tysięcy za poprowadzenie w ziemi rury z piwnicy do położonego wzdłuż płotu wodociągu. W dodatku ponieważ "mój kawałek" rury, będzie się "kończyć" już na gminnej drodze, będę musiała płacić roczną dzierżawę za użytkowanie drogi publicznej, za niecały metr znajdującej się 1,5 metra pod ziemią rury - 75 zł rocznie.

Przyszłam do pracy, opowiedziałam o tym Beacie. W rewanżu usłyszałam opowieść o tarasiku. Budując dom zrobili trochę większy taras i teraz, oddając dom do użytku, muszą tę zmianę "zalegalizować". Dowiedzieli się, że potrzebują do tego mapki geodety i zaktualizowanego projektu architektonicznego. Pan geodeta zrobił mapkę tego co jest - czyli domu z większym tarasem i ją podpisał. Ale to by było za proste. Pani architekt oświadczyła, że rysowanie tarasików należy do jej kompetencji i na podstawie jakiś tam przepisów musi to zrobić na mapce bez tarasu - oczywiście odpowiednio "ważnej", czyli podpisanej przez geodetę. Jak usłyszał to pan geodeta oburzony powiedział, że on na podstawie innych przepisów, nie podpisze żadnej mapki, na której nie będzie tego tarasiku, bo tarasik jest, co on pieczątką zaświadczył.

Jak poszłam do centrali, opowiedziałam te dwie historie Iwonie, a ona nas obie przebiła. Po zrobieniu przyłącza wodnego, dostała do podpisania umowę. Zgodnie z tą umową, do jej obowiązków należy zostawienie w widocznym miejscu kluczy do pomieszczenia w którym znajduje sie podłączenie - czyli do własnego domu.

Dużo ostatnio wychodzi dobrych książek do czytania. Wprawdzie to nie o książkach śpiewał przed laty J. Kelus wsiech nie priejebiosz, choćby tych piękniejszych, ale jak ostatnio byłam w Empiku, przypomniałam sobie to zdanie. Niezależnie od tego, mam wrażenie, że za mało czasu poświęcam na czytanie - w zasadzie głównie czytam w pociągu. W dodatku ostatnio miałam z tym coraz częściej problem, bo kilka razy pod rząd uniemożliwiły mi to koszmarne babsztyle, które zmuszały cały wagon do wysłuchiwania ich bardzo mało ciekawych telefonicznych wynurzeń. Po kolejnej takiej przygodzie, niczym pomysłowy Dobromir, poszłam do sklepu i kupiłam sobie duże słuchawki i odtwarzacz mp3. Wracając tego dnia do domu, nie mogłam zrozumieć dlaczego tak długo z tym zwlekałam. Na ziemię sprowadziła mnie córka - gdy się jej pochwaliłam, usłyszałam: mogłaś kupić zatyczki do uszu, taniej by wyszło. A i tak zachowałam się rozsądnie - nawet nie spojrzałam na Ipoda, jakoś zapadł mi w pamięci tekst mojego synka: Ipod to biżuteria dla młodych kobiet (obok mojej nowej zabawki, przepięknie kwitnąca azalia wielokwiatowa).

W sobotę pojechałam zobaczyć ranczo MilKaśki. Czasy gdy mi się wydawało, że to ja jestem taka niezwykła, bo sama jedna buduje dom, dawno minęły. Wystarczy się rozejrzeć, a takich bab jest całe mnóstwo:

Na ranczu MilKaśki byłam tylko chwilę, więcej czasu spędziłyśmy w zaprzyjaźnionym z nią domu, w Serocku. Zobaczyłam tam genialny pomysł na "wiszące ogrody":

Mieli ze mną sporo kłopotu. Gdy wieczorem odwieźli mnie do Zegrza, w autobusie zorientowałam się, że zostawiłam u nich okulary. Wróciłam do Serocka, tam ich też nie było i trzeba było po nie jechać aż na ranczo MilKaśki. W międzyczasie zrobiło się tak późno, że musieli mnie odwieźć na autobus aż do Legionowa. Wracałam jakimś koszmarnie śmierdzącym autobusem, w którym kierowca słuchał na najbardziej skrzeczącym radiu jakie słyszałam w swoim długim życiu, czegoś co było skrzyżowaniem murzyńskiego disco polo z muzyką elektroniczną. Na szczęście szybko się zregenerowałam - gdy szłam do Ańćki upajałam się zapachem Saskiej Kępy, która pachnie w majowe noce tak samo, jak ponad trzydzieści lat temu.

W Serocku czułam się jak na wakacjach. Siedziałam sobie w ogrodzie, z którego roztaczał się taki widok:

Jeden młody pęd w uschniętym drzewie budzi nadzieję, że może i z moimi tujami nie wszystko stracone.

W każdym razie jak Staśka obejrzała te tuje, powiedziała, że jak na jej oko, to przechlapane. Byłyśmy znów w Stawisku - tym razem był koncert Agi Zaryan (miła, ale do jazzowej divy to jej bardzo daleko) i spotkanie z Tomaszem Burkiem. Jak on ciekawie mówił! Na koniec, ktoś go zapytał o wartościowych pisarzy, którzy pisali wspaniałe książki, a które nigdy nie zostały zauważone. Opowiedział o twórczości Stanisława Czycza. Przyszłam do domu, włączyłam drugi program radia, a tam w wieczorze literackim audycja o nim. A ja nic o nim nie wiem.

Byłam na tzw. odgrzewanych kotletach - premiera tego tygodnia to Ropojady z 1996 roku, z Mnaga Happy End z 1988. No ale jak nie ma nic innego, to i to może być. Ale śmierdziało trochę naftaliną, zwłaszcza w Ropojadach. Z kolei pomysł swojego debiutu - Mnaga Happy End, Zelenka powtórzył w Roku Diabła. Ten drugi film sprzed kilku lat ogląda się dużo lepiej, niż jego debiut.

Chciałam się załapać na Planete Doc Review, ale trzeba wcześniej rezerwować bilety, tak z marszu w piątek się nie dostałam. A inaczej niż z marszu, to ja nie umiem. Zastanawiam się nad tym, co mi podesłał mój synek:

http://8ff.eranowehoryzonty.pl/index.do

http://8ff.eranowehoryzonty.pl/artykul.do?id=137

Ale chyba jest tego za dużo. Moja pojemność wynosi góra dwa filmy dziennie.

piątek, 09 maja 2008

Książki z 6 kontynentów (4)

Noc jest dziewicą - Jaime Bayly

Z Ameryki Południowej miałam w planach albo Rodrigo Fresán - Ogrody Kensington, albo Jaime Bayly - Noc jest dziewicą. Wybrałam tą ostatnią - w Empiku miałam obie w ręku, ale przeważyło to, że jeszcze nigdy nie czytałam powieści "gejowskiej".

Noc jest dziewicą to zapis myśli, kłębiących się w głowie, prowadzącego własny show w telewizji młodego geja, skrajnego egocentryka, który żyje sobie w Limie i którego życie kręci sie wokół dwóch spraw - jak się dobrze naprać (wchodzi w grę koka, albo marihuana) i jak przespać się z Marianem. Język jest dość dosadny (taki gejowski Houellebecq). I też ta sama pustka, ten sam przerażający świat, zaludniony przez samotnych ludzi, którzy nie potrafią nawiązać bliskiego kontaktu z drugim człowiekiem, inaczej niż poprzez seks.

Czyta się świetnie. A że książka nie za długa, to kończy się, zanim ta "jednostajność" zainteresowań głównego bohatera znudzi.

Poniżej fragment tego potoku pisanych z małej litery zdań:

ale w środku kipię z wściekłości, bo czasami myślę, że to miasto pełne jest frustratów i że tu nie pasuję, podchodzę do stolika mariana, kulawy stoliczek zalatujący starymi rzygami, bo cholera wie, ilu pijaczków wypróżniało sobie żołądki na tej koszmarnej ulicy, będącej punktem zbornym wszystkich mętów z mira-flores (pozdrawiam wszystkich fajnych ludzi z ulicy de las pizzas, którzy teraz pewnie siedzą i sączą sangnę i wciągają w łazience kokę), podchodzę do stolika mariana, który na szczęście mnie nie zauważył, i słyszę, że ten szajbus śpiewa, ale ubaw, pewnie jest upalony jak cholera skoro tak śpiewa na środku ulicy de las pizzas, więc podchodzę, kryjąc się w cieniu, i kapuję, że przy stole mariana siedzi kilku chłopaków: ech, cholera, konkurencję mam, cwaniaczki, wydaje się, że będziemy musieli rywalizować w tych zawodach, jeśli nie chodzi, nie ma problemu, jak chcecie walki, h dziecię ją mieli, bo ja dla tyłeczka mariana gotów jestem do boju, do boju, do boju (a jak was pokonam, utopię was w gnoju). przyglądam się dwóm kolesiom siedzącym z marianem, jeden to jakiś cholerny dzikus, indianin z facjatą jak zmacerowany banan, pewnie reinkarnacja inki pacha-cuteka, psia mać, no gęba jak u kacyka indiańskiego z wysokich andów: co ty tu robisz koło mojego marianka, te, tubylec, dzikus, ty eksponacie narodowego folkloru (no bo wiecie, proszę wybaczyć dygresję, ale strasznie brzydcy jesteśmy my, peruwiańczycy, kurwa mać, jeśli istnieje jakiś najbrzydszy naród na świecie, to jest to mój ukochany naród peruwiański), więc moją pierwszą reakcją jest zaskoczenie i szok i rzygać mi się chce, bo ja się na ulicy z brzydalami nie pokazuję, kotku; takie szpetoty plemienne dostają się do mojego mieszkania tylko na stronach „national geographic", jasne? przyglądam się drugiemu chłopaczkowi, który śpiewa z marianem, bo zapomniałem wam powiedzieć, ze śpiewają we trójkę, ciągną po angielsku, wyobrażając sobie, że są beatlesami w liverpoolskim pubie, więc przyglądam się deko nieufnie drugiemu kolesiowi, ale ten jest całkiem wyjściowy, znaczy nie takie ciacho, nie taki kokiet ponętny jak mój mariano, bez porównania, mariano wyprzedza go o kilka długości.

niedziela, 04 maja 2008

Koteczka - wamp

Podobno w starym piecu, diabeł pali.

Może tak być. Sralucha skończy w tym roku 14 lat. Nigdy nie była piękna. W dodatku, po tym jak dziesięć lat temu wpadła pod samochód, nigdy już nie odzyskała sprawności w stawie biodrowymi i w widoczny sposób kuleje. Nie urodziła się też z tym "czymś" - bardzo długo nie miała świadomości własnej płci i pierwszą ruję miała po skończeniu dwóch lat (przez moment nawet myślałam, że jej problemy z identyfikacją z własną płcią to nasza wina, bo przez pierwsze pół roku robiła za kocurka i wołaliśmy na nią Sraluch). W ciążę zaszła w wyniku gwałtu i jakkolwiek była bardzo czułą matką, szybko jej się to znudziło. Za to coś się wtedy musiało z nią stać, bo obudził się w niej demon seksu i musieliśmy ją operować, kiedy kociaki chciały ją jeszcze ssać. Od tej pory przez mój ogród paradują kolejne zastępy brwinowskich kocurów. I to jakich! A w tym roku Lolek to się tak szaleńczo w niej zakochał, że nie chce słyszeć o tym by jakiś inny kocur wszedł na teren mojej działki. W tym tygodniu w ogrodzie toczyła się tak zażarta bitwa, że musieli interweniować sąsiedzi. I to o taką niepozorną koteczkę:


Miałam w tym tygodniu wielkie plany - sześć dni (a tyle miałam wolnego) to ogrom czasu - wojna sześciodniowa, stworzenie świata itp. Ale tak jakoś wyszło, że nie wyszło. W dodatku kolejny raz przerobiłam awarię prądu. I tak miałam szczęście, że mimo długiego weekendu udało mi się namówić jakiegoś elektryka by do mnie przyszedł (sąsiad nie dał radę). Inaczej byłby niezły klops, bo bez wody żyć się nie da. Nie mogę się już doczekać podłączenia do miejskiej wody (wstępnie umówiłam się na przełom maja i czerwca). Kolejni elektrycy zapewniają mnie, że te awarie nie mają nic wspólnego z hydroforem, ale ja wiem swoje - w piwnicy żyje zły duch starego domu i ciągle jeszcze od czasu do czasu udaje mu sie przepuścić stamtąd na mnie skuteczny atak.

Wolne dni zaczęłam od pojechania z Ańcką po kwiatki. Na początek odkupiłam trochę parapeciaków. Nie wiem co takiego stało się tej zimy, że padło mi tyle kwiatów, Najbardziej żałuje moich kaktusów - z moich dwóch ukochanych meksikano, przeżył tylko jeden (falusik też nie puścił nowych listków, więc nie wiem co dalej zamierza). Pani dyrektor nie byłaby sobą, gdyby nie postanowiła, że mam mieć pomarańczowe doniczki. I już! Bez dyskusji!

Jak co roku w oknie sypialni zasadziłam czerwone zwisające pelargonie, a obok drzwi w wiklinowych koszykach zwykłe pelargonie (jakiego są koloru dowiem się dopiero gdy zakwitną). W koszyku, w którym na studni sypiał Edek, na razie nic nie posadziłam - postawiłam go obok drzwi i jak Edek nie przeniesie się tu ze swoim snem, też będę mogła go wykorzystać jako doniczkę. Przy okazji poprawiłam rusztowania moim różom, które o dziwo jeszcze nie zaczęły chorować.

Choruje za to jak zawsze mahonia. Ciekawe co by było gdybym jej nie pryskała, może tak samo?

Obok świeżo pomalowanej ławki (na zdjęciu stan zero, czyli ławka w stanie dziewiczym, jeszcze nie obsrana przez sroki), moje zakupy. Mam już podkaszarkę, nawet umiem ją obsługiwać, dojrzewam do jakiejś piły.

Doniczki na tarasie wysadzam co roku czymś innym, byle białym. W tym roku fuksje + petunia + kocanka. Na razie wygląda ślicznie.

Z zeszłorocznych kwiatków, przeżyły tylko niezapominajki. Mimo łagodnej zimy nasiona innych kwiatów nie przetrwały i trzeba sadzić na nowo.

Robię dalej czapkę (inna sprawa, że w takim tempie, może przed zimą zdążę). Na forum podano mi link, ale ja takich opisów nie lubię, nawet nie próbowałam tłumaczyć - ja po polsku takich opisów nie rozumiem, po angielsku tym bardziej. Ze mną jak z dzieckiem, rysunek musi być. Na razie jestem na etapie Alleluja i do przodu. Potem pewnie przyjdzie czas na prucie.

Byłam na Allenie. Wiedziałam, że jest kiepski i dlatego aż tak bardzo rozczarowana nie byłam. Ale ... małego lotu kryminalne intrygi, czy fascynacja sex appealem Scarlett Johanson (motyw przewodni jego poprzednich dwóch filmów) dało się wytrzymać, bo były jeszcze te jego cudne dialogi ... Ale jak została tylko dobra gra aktorska, a tak jest w Śnie Kasandry, to tego już nie da się wytrzymać.

Pomysł na dobry początek tygodnia - niedziela, godzina 15 - 17, Marcin Kydryński - Sjesta. Oczywiście Trójka (w dodatku puszczana przez Internet nie trzeszczy). Słucham tego od kilku tygodni, ale w tym tygodniu po raz pierwszy dostosowałam do tej audycji swój plan dnia.

ps. z komentarza Brahdeld wynika, że nie dość jasno napisałam na czym polegała operacja Sraluchy - dziesięć lat temu podcięto jej jajowody. Większość koteczek po takiej operacji rezygnuje z seksu, a Salcia jak wtedy zaczęła "korzystać z życia", tak do dzisiejszego dnia nie przestała.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli