niedziela, 24 maja 2009

Nudno

W zasadzie jedyną atrakcją był Scrabble z Olką. Przy okazji przekonałam się, że wprawdzie w języku polskim  nie przybywa słów w takim tempie jak w języku angielskim (w tym ostatnim właśnie zarejestrowano milionowe słowo), ale też jest nieźle. Nie grałam dwa lata i nie znam połowy dopuszczonych do gry trzyliterowych słów (dwuliterówek aż tyle nie przybyło).

Dopadła mnie mantra z Poświatowskiej Ja minę, Ty miniesz, Miniemy. W ten nastrój idealnie wpasowała się wiadomość o śmierci Z. Hołdy. Nie znałam go, ale byłam na kilku spotkaniach, gdzie on też był, pamiętam i takie spotkania u Rzecznika gdzie było tylko kilkanaście osób i on dużo mówił, a ja siedziałam zasłuchana i myślałam, że fajnie, że jest jeszcze kilku mądrych ludzi w tym kraju. No i teraz jest o jednego mniej. W dodatku on prawie był z mojej półki. 

Może to wszystko przez to, że nie mieszkałam w domu. Kiedy Anka miała 5 lat, oświadczyła moim rodzicom: ja się waszymi prawnukami zajmować nie będę. Było to nie tylko bardzo śmieszne, ale po latach okazało się że  i prorocze. Wyjeżdżając Anka zostawiła  swojego kota teściowej, po jej śmierci Bąbel zamieszkał z moimi rodzicami, którym obiecałam, że zajmę się nim zawsze gdy będą chcieli gdzieś pojechać (nie lubi być sam). Poprzednim razem zajmowałam się nim w zimie, więc miało to i dobre strony, o tej porze roku nie widziałam żadnych. Przy okazji, po tych 12 latach  uświadomiłam sobie, że to już nie jest moje miasto.

A ostatnio trochę myślałam o tym co dalej z  domem. Pewnie i przez kłopoty z ręką, które  przypomniały mi, że pora powoli przyzwyczajać się do tego, że coraz częściej nie będę miała siły na robienie różnych rzeczy. Tyle, że po spędzeniu dwóch wieczorów na Starówce wiem, że  nawet powrót na stare śmiecie, byłby bardzo bolesny - jak się  stamtąd wyprowadzałam, była to jeszcze żywa dzielnica, dziś jest to turystyczna wydmuszka, pełna pustych, bardzo do siebie podobnych, knajp.

W tej sytuacji przestaję myśleć o powrocie do miasta i z powrotem zabieram się za dom. Za dwa tygodnie ma  się spotkać z budowlańcem,  z którym mam ustalić co jeszcze trzeba zrobić by móc załatwić wszystkie formalności związane z zakończeniem budowy (w tym też ma mi pomóc).

Na razie postanowiłam przestać przejmować się bólem ręki i przynajmniej w ogrodzie nie zaprzepaścić tego, co już zrobiłam.  A dzieje się nie najlepiej.

Najmniejszym problem są sumaki.


Gorzej, że rośliny zaczęły chorować i do chronicznie zagrzybionej mahonii, dołączyła kalina, którą coś zżera. Będę leczyć, ale boję się, że będzie tak jak z mahonią, którą co najwyżej udaje mi się "zaleczyć" i po kilku tygodniach znów muszę usuwać kolejne, zaatakowane chorobą liście.


Na zdjęciu nawóz, którym mam zamiar "rozprawić" się z koniczyną i jakaś trawa, która jak obiecują, zarośnie miejsca w których poprzednia zasiana trawa nie wyrosła.

Powoli zaczynam mieć za dużo roślin pod płotem.  Gdy szukałam czegoś, co szybko  stworzy darń, polecono mi roślinę widoczną na pierwszym planie - kupiłam jedną  sadzonkę i powoli "giną" pod nią inne rośliny. Wcale nie jestem pewna, czy i azalia da sobie radę z tak "ekspansywną" roślinką. 


Z bluszczem podobny problem:


Za miesiąc zacznie się w kinach kanikuła, a  już teraz nie ma na co za bardzo pójść do kina. Zdawałam sobie  sprawę, że sytuacja gdy siedzę z kilkoma osobami na widowni (zdarzyło się że i sama) nie będzie trwała wiecznie i repertuar w kinach studyjnych powoli zacznie przypominać ten z multipleksów, ale gdy tak się stało jest mi przykro. Oglądanie filmów z płyty to nie to samo - jaki by ten film nie był ciekawy, wstaję, robię sobie herbatę, odbieram telefony, itp.

Miałam w tym tygodniu w planach skończenie granatowego bolerka, ale też nie wyszło. Robienie na drutach traktuję jako redukcję biegu i stworzenie sobie  warunków do pozbierania w spokoju myśli. Gdy zaczynam się spieszyć, by zdążyć na jakiś termin - często kończy się to katastrofą. Robiąc na 5-ciu drutach zgubiłam oczka, początkowo miałam zamiar "poprawić to" szydełkiem, nawet nie było to zbyt widoczne (mohair nie takie błędy przykrywa), ale jednak sprułam rękawy i robię od nowa,  już nie na 5-ciu, ale na dwóch drutach. Jeden rękaw mam już zrobiony (na 5-ciu drutach zrobiłam  ostatnie 5 cm, by nie było widać szwu w wywijanym zakończeniu rękawa).  

czwartek, 21 maja 2009

Dziewczyna z zapałkami

Przeczytałam.

I nie zachwyciła mnie wcale, a wcale. Książka to lament po straconych 17 latach życia - tyle trwało małżeństwo bohaterki, z tym że podejrzewam, że jest to opis od urodzenia do śmierci małżeństwa Anny Janko, bo książka na kilometr pachnie piżmem autobiografii.

Takich opowieści, tym językiem snutych to słyszałam wiele (sama też je snułam), bo tak się gada i tym językiem podsumowuje przeszłość, gdy rozpada się wieloletni związek. Tyle że żadna z nas nie wpadła na pomysł by to spisać i opublikować. Bo taka opowieść jest ciekawa tylko dla tej osoby, która ją snuje, inne słuchają z poczucia przyzwoitości i świadomości, że: "dziś wysłuchasz, jutro będziesz wysłuchana". Jakiś czas temu czytałam poruszający skowyt porzuconej, nie mającej w sobie żadnej zgody na samotność kobiety - Badania terenowe nad ukraińskim seksem i do dziś ją pamiętam, pewnie dlatego, że w książce O. Zabużko czuć było ból, w książce A. Janko chęć dowalenia (przede wszystkim teściom, mężowi mniej, ale za to celnie i w podbrzusze).

Są i ładne fragmenty w tej książce – tam gdzie autorka (na co dzień poetka), opisuje codzienność wtrącając w to poetyckie, czasami niesamowite porównania. Niektóre to perełki warte zanotowania i zapamiętania, np. Moje małżeństwo ma "zimnicę" z wysoką gorączką. Ale nie jest tego dużo.

W pewnym momencie narratorka zadaje sobie takie pytanie:

A jak to opisuję? Albo pobrzękując łańcuchowym dowcipem (polska specjalność narodowa), albo napinając linkę feministycznego dystansiku (import z Zachodu).

Może tu jest pies pogrzebany? Że ja lubię z tą "linką"? Ten "dystansik" nie musi być "feministyczny". Ale ważne by był.

niedziela, 17 maja 2009

Po zeszłotygodniowej erupcji geniuszu ani śladu

W tym tygodniu miałam skończyć sweter (innym robienie tego sweterka zabierało kilka dni, góra tydzień), ale dopiero zaczęłam drugi rękaw (wolno idzie i dlatego, że nie lubię roboty na okrągłych drutach).


Jak skończę ten sweter, zademonstruję go na Kundzi Rybikowej, która w tym tygodniu powiększyła w Kaliningradzie magazyn rzeczy niekoniecznie potrzebnych:

Uwiera mnie, kontrastująca z wiosenną energią, monotonia codziennego życia. Może dlatego od dwóch dni marzy mi się wzniecenie  buntu oszukiwanych konsumentów, posiadaczy warszawskiej karty miejskiej. Jestem jedną z wielu ofiar  trwającej obecnie akcji MZK, w której każdy posiadacz ważnej karty miejskiej,  zgodnie z narzuconymi przez MZK regułami gry może być pewny, że w razie kontroli  na pewno znajdzie się jakiś powód, by mu wlepić mandat. Na razie zapisałam się na Robótkowanie na Polu Mokotowskim - może to mnie zmobilizuje do szybszego kończenia rozpoczętych prac. Znaczek wzięłam z bloga Brahdelt, chciałam wstawić go w boczną szpaltę, kiedyś to potrafiłam, teraz mi nie wychodzi. (skoro takie rzeczy wylatują mi z głowy, to co się dziwić, że zapominam angielskich słówek).
 

 
Przyjrzałam się rybikom, które podobno mieszkają w mojej łazience - nie obudziły moich ciepłych uczyć i  jak dla mnie, moje pająki mogą je jeść. Tyle, że pająk - mieszkaniec mojej umywalki gdzieś sobie poszedł i mogę mieć tylko nadzieję że zanim się wyniósł, zjadł wszystkie rybiki.


Nie skończyłam swetra i dlatego, że w tym tygodniu resetowałam sobie mózg szwedzkim kryminałem.



Dostałam go od Joanny i gdyby nie jej zachęta, nie wzięłabym do ręki, bo nie przepadam za tak grubymi kryminałami (prawie 650 stron).  Pierwsze 400 stron czytało się świetnie, warta polecenia galeria postaci, ale potem za bardzo zaczęło to przypominać powieść sensacyjną, a ja za tego typu literaturą nie przepadam. Jest dalszy ciąg : Dziewczyna, która igrała z ogniem, ale nawet jak wezmę do ręki, to tylko po to by przekartkować jeden wątek. 

Ale przeczytałam w tym tygodniu świetną książkę:


Powoli ustępuje mi wysypka alergiczna jakiej dostałam po przeczytaniu Grocholi i zmieniam zdanie na temat współczesnych polskich czytadeł - są i dobre, tylko ja o nich nie wiedziałam. Książka 39,5 to zapis rozważań zbliżającej się do 40-tki warszawianki, szukającej we własnej biografii odpowiedzi na nurtujące ją pytania egzystencjalne i w cudownie krytyczny sposób patrzącą na otaczającą ją rzeczywistość. Z tym, że książka jest bardzo "środowiskowa" - ja rozumiałam jej skróty myślowe, ale nie jestem przekonana, czy dla wszystkich są one tak samo czytelne.  W dodatku zupełnie inaczej czyta się tę książkę, gdy ma się  za sobą nawet te pierwsze i jeszcze bardziej łagodne, ale już jakieś podsumowania. 39,5 zachwyciło mnie tak bardzo, że po Kieszonkowym atlasie kobiet idąc za ciosem zamówiłam Dziewczynkę z zapałkami Anny Janko.

Już tylko dwa tygodnie dzielą mnie od wizyty u ortopedy. Łapa boli, ale trawa rośnie, szkoda włożonej w ten ogród pracy, więc niewiele, ale jednak robię. Teraz chyba jest najładniej - szkoda tylko, że azalie tak szybko przekwitają.


Straciłam cierpliwość do małych psów, które przeciskając się pod bramą  bezkarnie wyjadały Srali z miski i zatarasowałam bramę.  


I tak Srala musi się dzielić z Edkiem. Edek  został zoperowany i pewnie zupełnie stracił by zainteresowanie  Sralą, gdyby nie to, że może sobie u niej podjeść.  Lubi siedzieć na studni i bacznie obserwować, czy jest wynoszone nowe jedzenie. Ona myśli, że siedzi dla niej i jest szczęśliwa. 


Piekarnik poszedł na frytki - kiedy trzeba było go reklamować, nie miałam do tego głowy. I tak dość drogi piekarnik  zanim wylądował na śmietniku, może był użyty 20 razy. To się nazywa nakręcanie popytu wewnętrznego. Zaczynam podejrzewać, ze nieocenione zasługi na tym polu ma również Ryłko. Niektóre jego buty są całkiem ładne, a z serii relax bywają nawet wygodne, ale to już kolejne buty tej firmy, w których po kilku razach obcas wygląda tak. 



Trzy tygodnie po premierze dotarłam na Tatarak.


I tak. Film składa się z trzech, przeplatających się  części - jeżeli miały się dopełniać i tworzyć całość, to moim zdaniem to nie wyszło. Część pierwsza - fragmenty z planu. Nie do końca wiadomo o czym, zupełnie nie wiadomo po co. Część druga - adaptacja opowiadania Iwaszkiewicza. Składa się na nią przejmująca opowieść o żyjącym obok siebie, niepogodzonym z wojenną traumą i śmiercią synów małżeństwie. Dopełniające ten fragment filmu zdjęcia przyrody przypominają "tamtego Wajdę",  który po mistrzowsku potrafił  kamerą uchwycić Iwaszkiewiczowską nieuchronność śmierci. Jest też beznadziejny wątek romansowy. Grana przez K. Jandę Marta, ma ponad 50-lat, Boguś koło 20-tu i nawet jeżeli jakaś fascynacja jest w takim układzie możliwa, to w tym filmie jej nie widać. W zamian oglądamy wymiany zdań pomiędzy głupkowatym osiłkiem i infantylną dzidzią-piernik. Najbardziej bałam się spowiedzi K. Jandy.  A tymczasem  o umieraniu Edwarda Kłosińskiego opowiada Janda-aktorka, a nie zmanierowana wieczna Agnieszka z Człowieka z marmuru.  W swojej opowieści  ani przez chwilę nie przekracza granicy, za którą jest jest już tylko emocjonalny ekshibicjonizm. Bardzo dobre i na pewno najbardziej przejmujące, kilka minut tego filmu. 

niedziela, 10 maja 2009

Znów musiałam być genialna

Znów musiałam być genialna, z tym że był nawet taki moment że myślałam, że polegnę w starciu z TP SA (w tłumaczeniu dosłownym: znów nie miałam netu), ale na szczęście na koniec skończyło się tak jak w bajce.

A wszystko na własne życzenie - ponieważ bałam się, że w każdej chwili moje Windowsy mogą paść z przejedzenia (zbliżały się już do 4 giga), zabrałam się za przeinstalowanie systemu. Na początek, mimo wielokrotnych prób, system nie chciał zobaczyć karty dźwiękowej - musiałam sama wpaść na to, że trzeba dodatkowo zainstalować sterowniki od tej karty. Usiłowałam nawet poradzić się synka, ale on zawsze gdy ja go kocham i potrzebuję pomocy, śpi (zadzwonił dopiero po paru godzinach i tak jak zawsze w tego typu sytuacjach usłyszałam: sama widzisz, że jak musisz, to umiesz sobie dać radę)

Ale o ile z płytą główną umiałam sobie poradzić, to z TP SA, gdy dobę po przeinstalowaniu systemu padł net, już nie. Na Niebieskiej linii usłyszałam, że prawdopodobnie jest to pewnie wina routera, z tym że ponieważ nie był wzięty z TP SA, ich pomoc może się ograniczyć jedynie do podania kilku ustawień konfiguracyjnych. Po kilku godzinach, udało mi się nawet tak skonfigurować router, że bezbłędnie przechodził wszystkie testy diagnostyczne, ale netu dalej nie było.

Na co dzień jestem przekonana, że gdyby nie moje uzależnienie od netu, to miałabym dużo czasu, w którym robiłabym mnóstwo pożytecznych rzeczy. Tymczasem jak nie mam netu, jestem tak tym zirytowana, że tym bardziej za nic nie umiem się zabrać.

I tak plany na weekend miałam, że ho, ho (m.in. chciałam skończyć sweter), a wyszło tak jak zawsze. Zapowiadało się całkiem miło. W piątek poszłam z Beatą na zakupy i w ramach wiosennego przekraczania granic, kupiłam sobie sukienkę (mam teraz trzy letnie sukienki, w takich typowo "letnich" kolorach - dwie czarne i jedną granatową).


Maszyny dalej nie odebrałam, ale jeszcze nie zaczęłam szyć, a już powoli mi się odechciewa. Co z tego, że materiały w sklepach lepsze, niż te z których są szyte gotowe wyroby, gdy nie ma najmniejszych szans bym była w stanie uszyć coś zbliżonego poziomem do takich wykończeń.


Z kolei w sobotę pierwszy raz w życiu zrobiłam gołąbki (wg. wzoru który pamiętam z Rumunii, gdzie zamiast ryżu dodają kaszę gryczaną).


Potem już tylko walczyłam z routerem. W niedzielę rano odszukałam w komórce modem, który kiedyś dostałam z neostradą, wsadziłam w pudełko kilka gołąbków i pojechałam do Staśki ściągnąć sterowniki. No i mam pół sukcesu (pełny będzie gdy uda mi się skonfigurować mój router).

Ale żeby nie było, że tak jest źle i niedobrze. Maga-mara przekazała mi Lemoniadową Nagrodę dla ciekawego bloga.


Teraz, oprócz zamieszczenia na blogu tego loga, mam wyróżnić 10 innych autorów blogów i powiadomić ich o tym, że zostali wyróżnieni poprzez wpisanie komentarzy w ich blogach. Z tymi nominacjami to zawsze mam problem. Tym razem wymyśliłam, ze wyróżnię blogi książkowe, do których zaglądam.

- Brulion,

- Buksy,

- Czytatnik,

- Książkowe historie,

- Miasto książek,

- Niecodziennik literacki,

- O książkach gadanie,

- Zaczytanie,

- Zaułek książki.

Przeczytałam Czarny ogród.


Nie żałuję, że przeczytałam - o Śląsku wiedziałam bardzo mało i teraz "coś tam, coś tam" wiem więcej. Ale zachwycona tą książką nie jestem. Autorka przekopała się przez ogrom źródeł i stworzyła książkę - kolaż, jak dla mnie za dużo i za chaotycznie. Ledwo się wczytałam w jakąś historię, już się kończyła i zaczynała druga, też opisana w sposób tak zwięzły, że pozostawiający niedosyt. Przy sagach, lubię ciągłość, a tu się często gubiłam. Może być też i tak, że odebrałam tak tę książkę, bo Śląsk mało mnie interesuje. Teraz, ponieważ książka nie tylko nie podważa, ale dodatkowo utrwala  stereotyp Ślązaka, Śląsk interesuje mnie jeszcze mniej.

Z kolei od Hrabiny dostałam takie wyróżnienie:


Przez te cztery lata blogowania, tylko trzy razy zrobiłam krok za blog: z Hrabiną, od której dostałam to wyróżnienie, z Brahdelt i Milagros. I im to wyróżnienie wręczam (do Milagros nie daję linku, bo prowadzi zastrzeżonego bloga).

Larum grają a ja przechodzę obok kolejnego Planete Doc i w tym tygodniu tylko raz byłam w kinie.


Shultes to na pewno nie jest film do ogólnego polecania. Każda scena w tym filmie trwa dwa, trzy razy dłużej, niż by wynikało to z jej logiki. W dodatku te dłużyzny nie są „przykrywane” pięknymi zdjęciami – kamera leniwie filmuje twarze bohaterów, olejne lamperie i inne, w żaden sposób nie urzekające swoją urodą, obrazy. Bohaterem filmu jest złodziej, który mieszka z chorą matką, ma brata w wojsku i aby nie być zupełnie sam, zaprzyjaźnia się z dzieckiem ulicy. Scena po scenie, film pokazuje kolejne dni jego życia. Od początku wiadomo, że coś jest z nim nie tak, tyle że trudno to nazwać. Pod koniec filmu akcja nieznacznie przyspiesza i pewne wątki się wyjaśniają, ja jednak do tego czasu  tak wsiąkłam w tą niejednoznaczność i powolne tempo, że mi się to nie spodobało i film stracił dla mnie kawałek ze swojego uroku. Przejmujący film o samotności.

Staśka powtórzyła mi cudowny tekst, który ktoś usłyszał w autobusie:

Zamknij się kurwo, bo ci naubliżam.

A w Kaliningradzie zamieszkał ze mną pająk. Czym on się żywi? Wodą? Dawniej miałam takie pająki w wannie, ale było ich kilka i żywiły się sobą. A ten tak od tygodnia sam.


niedziela, 03 maja 2009

Czwarta rocznica

Zaczęłam piąty rok mojego blogowania. Z tej okazji chciałam coś zmienić, ale poza uaktualnieniem zakładek, nic nie przychodzi mi do głowy, więc na razie czekam na wenę.  

Długi weekend majowy spędziłam z Mońkiem i Kalinką. Kalinka wygląda jak wierna kopia Mońka. Pokazałam małej krzewy kaliny, ale może dlatego, że nie ma na nich jeszcze kwiatów, całą moją gadaninę o naszych imienniczkach, puściła koło uszu.



W Święto Pracy pojechałyśmy do ZOO. Takich co mieli taki sam pomysł jak my było całe mnóstwo i nie pamiętam kiedy stałam w tak długiej kolejce po bilety. Dzisiejsze ZOO wygląda zdecydowanie lepiej, z tym, że jest to ważne dla dorosłych - dzieci wpadają w taki sam zachwyt, co wtedy. Dostępność Discovery nic tu zmienia.



Człowiek to jednak bardzo odporne zwierzę, bo chociaż każde następne pokolenie wychowuje według kolejnej, będącej zazwyczaj zaprzeczeniem poprzedniej,  koncepcji, jaka by ona nie była rewolucyjna, na koniec zawsze wychodzi to samo. Ale tak patrząc z boku, uważam że koncepcja obowiązująca 25 lat temu była bardziej przyjazna matce - inna sprawa, że obecny dzieciocentryzm jest możliwy tylko dlatego, że są pampersy, pralki automatyczne i inne tym podobne ułatwiacze.

W planach miałam spalenie ułożonej przez pana-co-wziął-pieniądze-za-posprzątanie-ogrodu (dalej będę go nazywać Blondynkiem), sterty gałęzi. Jak tylko zabrałam się za robotę zorientowałam się, że w workach, w których miała być zgrabiona trawa, są igły, bo  Blondynek pograbił, ale pod sosnami. Ponieważ igieł było mało, więc aby wyglądało, że się napracował, do dwóch worków wsadził wióry, jakie zostały mu po piłowaniu drewna.  Z chrustem poradził sobie w ten sposób, że przysypał go gałęziami - po ich odsłonięciu ukazał się taki widok.

Z tego co mówił wynikało, że Blondynek jest budowlańcem, który w tym sezonie nie ma zleceń. Więc przynajmniej teoretycznie powinno mu zależeć, by dobrze wypaść, bo a nuż go komuś polecę. Tymczasem Blondynek był kolejnym fachowcem, który gdy zorientował się, że w tym domu nie mieszka żaden facet, usiłował wystąpić w roli eksperta. Ponieważ nie kupiłam go w tej roli, a w innej u samotnej baby nie honor, pewnie stwierdził, że w tej sytuacji nie ma co się wysilać.

Wychodzi na to, że tak jak uczyła Janeczka, jak chcesz mieć coś zrobione, to zrób sobie sam. Po jednym dniu w ogrodzie, łapa boli duża bardziej niż przedtem, ale nie widzę innego wyjścia. 


Dawno temu (w tym przypadku oznacza to 3,5 roku temu) gdy rzuciłam palenie, za każdym razem gdy chciałam zapalić przypominałam sobie lotnisko w Kopenhadze  - spędziłam tam kiedyś pół dnia i jedynym miejscem gdzie można było palić, było małe szklane pudełko, stojące na środku holu, do którego wchodziło się labiryntem korytarzy (również szklanych). Stało się w tym pudełku, w oczy szczypał dym, oddychać nie było czym i czuło się jak małpa w klatce. Teraz Gumiś chce mi to samo zrobić z teatrem -  jeszcze jedno takie doświadczenie, a trauma będzie tak wielka, że  raz na zawsze dam sobie spokój. 




Widziałam tylko to, co działo się w głębi sceny i to nie dlatego, że za duża nie urosłam, - Ańćka do małych nie należy i też nic nie widziała, tak samo bardzo wysoki Piotrek Agnieszki.
Gdyby więcej  mówili, mogłabym się  przynajmniej wczuć w tekst. Ale jak na złość mówili mało i czułam się jakbym słuchała pantomimy w teatrze polskiego radia. W dodatku dalej nie zrobili klimatyzacji, więc tak jak zawsze w tym teatrze, już po 10 minutach nie było czym oddychać. Sama sztuka jeszcze nie taka najgorsza - niektóre fragmenty, które widziałam były ładne, a parę scen nawet bardzo ciekawych. Ale też nie jest to aż takie aj-waj.  Zatęskniłam za klasyką (Ańćka podsunęła Trzy siostry - czemu nie?). 
 

Dotarłam wreszcie na Woody Allena.
 

Twierdzenie, że powrócił w tym filmie "tamten Allen" jest przesadą - z tym że z tzw. europejskiego okresu, ten mi się najbardziej podobał. Drażnił mnie głos z offu, snuta przez narratora opowieść nie tylko nie iskrzyła dowcipem, ale była łopatologicznie nudna. Na forum GW, ktoś zrecenzował ten film pisząc opowieść o łóżkowych kłopotach ludzi, którzy nie muszą pracować. Nic dodać, nic ująć.

Może w tym tygodniu przywiozę już maszynę, na razie kupiłam książkę.



Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli