niedziela, 30 maja 2010

Cooking clash

Wydarzeniem końca tygodnia był III Cooking Clash. Drużyna z moim synkiem przygotowała samosy - pierożki z kruchego ciasta, smażone w głębokim oleju z nadzieniem z krewetek, patatów, mango.  Były przepyszne, Dwoili się i troili i poczęstowali nimi tabuny gości innych drużyn. Na koniec wszyscy zagłosowali na "swoich" i wygrało coś "smaczne inaczej".


Dzieci było całe mnóstwo. Trzyletni wnuk Olki, Jejek ma już świadomość własnej płci, wszystko mu się kojarzy z brum-brumem. Chodzi wzdłuż ulicy i rozpoznaje marki samochodów - jest na pewno w tym lepszy ode mnie. W pewnym momencie zainteresowały go moje bransoletki, ale też chodziło o brum-brum, jak mu je dałam, powiedział "kółko".


Czekając jak będę już mogła zagłosować na mojego synka, robiłam mój Endless. Powoli tracę cierpliwość - wzór najprostszy z prostych,  więc nie wiem jak mi się udało parę razy pomylić, i to tak że musiałam pruć.


W ramach odtrutki zrobiłam rękawiczki (brakuje jeszcze tej trzeciej, najważniejszej). Zainspirował mnie wpis Antoniny - u mnie nie będzie to na Walentynki, ale na wesele.

Gdy mijał marzec, a na dworze było cicho jak makiem zasiał, wytłumaczyłam Srali, że wszystko ma swój kres, również jej legendarny sex appeal. Tymczasem za płotem nastąpiły jakieś przetasowania, Lolka gdzieś wcięło, Edek przestał pilnować i Srala rozkwitła. Znów -  tyle że z dwumiesięcznym opóźnieniem - nocami za oknem chór kotów wyje kocie serenady.


I tak jak zawsze, gdy starsi poszli na chwilę "odpocząć", kolejne pokolenie młodych kotków przyszło po "nauki".


Z tęsknoty za kinem poszłam na Życie jest muzyką - dokument o muzyce Stambułu.

Wymyśliłam sobie, że tak jak w fotoplastykonie, pooglądam zdjęcia Stambułu i tak mnie to wciągnie, że nie zwrócę uwagi na podkład muzyczny. Plan nie wyszedł: zdjęć miasta tyle co kot napłakał, za to muzyki dużo i to takiej, która zupełnie do mnie nie przemówiła. Siedziałam sobie na widowni i się zastanawiałam, na ile wypalił by następujący projekt: za drobną opłatą możliwość posiedzenia w ciemnej sali i powspominania dawnych, ciekawych, kiedyś obejrzanych filmów.

Bo może nie ma co sprowadzać? Chciałabym zapytać Romana Gutka, co skłoniło go do zostania dystrybutorem tego filmu?

 

Bo skoro nic ciekawego w tym filmie nie ma, to może przynajmniej jego dystrybutor miałby coś ciekawego na jego temat do powiedzenia? W roli Pigmaliona stary, samotny i zgorzkniały właściciel baru. Jego Galatea, to mało rozgarnięty, dobroduszny nowojorski bezdomny.  Do pewnego momentu idzie według schematu, potem zakręca i jest jeszcze gorzej.

Idea stosika zaczyna mnie przerastać. Książek przybywa, tempo czytania pozostaje na niezmienionym poziomie. W stosiku 2009 drgnęło tylko symbolicznie, a stosik 2010 wygląda już tak:

 

Nabytki z tego miesiąca to:

1. Jonh Irving Ostatnia noc w Twisted River - na okładce jest napisane, że  najnowsza powieść to powrót J. Irvinga z Hotelu New Hampshire i Regulaminu Tłoczni win.

2. Karl-Markus Gauß Mieszkańcy Roany odchodzą pogodnie - po jego poprzednich książkach, a zwłaszcza po Psożercach ze Svini i Umierających Europejczykach, jak zobaczyłam w księgarni jego nową książkę, nawet sekundy się nie zastanawiałam (wpisałam ją do Biblionetki, to już druga książka, wpisana tam przeze mnie książka).

3. Marek Edelman I była miłość w Getcie - pewnie bez problemu mogłabym pożyczyć tę książkę, bo w kilku domach które odwiedzam, stoi pewnie na półce, ale  wzięlam w ksiegarni do ręki i tak już zostało.

4. Rebecca Wells Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia YA-YA - gdzieś czytałam, że to świetnie napisane czytadełko o ciotkoiźmie.

5. Jecek Dehnel Balzakiada - Lala mi się podobała, więc jak zobaczyłam w książkowej jatce, grzech było nie kupić.

6. Bora Ćosić Deklaracja celna - jakiś czas temu spodobała mi  jego Rola mojej rodziny w światowej rewolucji.

7. Monika Rakusy Żona Adama - urzekła mnie się jej debiutancka książka 39,5 (polecałam i innym, ale wszystko wskazuje na to, że 39,5 tylko do mnie tak bardzo przemówiło).

8-9 Michal Viewegh Sprawa niewiernej Klary i Mężczyzna idealny - skoro ogłosiłam ten rok rokiem czeskim, zawsze coś czeskiego w księgarni biorę.

10.Lavanya Sankaran Czerwony dywan - zazwyczaj podoba mi się to co u nas wydają z hinduskiej literatury

11. Jachym Topol Nocna praca - czytałam jego Siostrę, jak przeczytam i tę książkę, będę miała na jego temat jakieś zdanie.

Zauważyłam, że stosiki żyją trochę swoim życiem. Jeżeli nie zacznę czytać szybko po kupieniu, to książka na długo wypada z "kolejki".

 

Ani chwili na stosiku nie zagrzała miejsca Wizyta Arcybiskupa Ádáma Bodora.


Podobnie jak w poprzedniej jego książka, Okrąg Sinistra (której ta książka jest luźną kontynuacją), akcja dzieje się gdzieś w środku Karpat, gdzie mikrospołeczność tworzy zamknięty, odgrodzony od innych świat.  Niby wszystko jest w tej opowieści rzeczywiste, nie ma w niej czarnoksiężników ani magii, a jednak ma ona coś wspólnego z baśnią - taką aurę robi zamglony klimat i wieloznaczny język. Można interpretować tę książkę jako metaforę  dzisiejszej Europy środkowej. Ale i bez takich interpretacji, dobrze się czyta.    

 

czwartek, 27 maja 2010

Niezwykłe dzieje mózgu Einsteina - Carolyn Abraham

Dzieje mózgu Einsteina to bajecznie ciekawa i rzeczywiście - tak jak głosi tytuł - niezwykła historia. Niestety, została opowiedziana w tej książce w mało ciekawy sposób.

Albert Einstein umarł w 1955 roku w szpitalu w Princeton (tętniak aorty brzusznej) - sekcję zwłok wykonał szpitalny patolog, 33-letni Tom Harvey, który na koniec pobrał mózg. Nie do końca jest jasne, na ile zrobił to za zgodą rodziny i wykonawców testamentu A. Einsteina - na przestrzeni następnych lat podawane były bardzo różne wersje - ale nikt nie kwestionował, że cel był szczytny, bo „naukowy”.

Przy okazji, tak po prostu na pamiątkę, wyjęte zostały oczy - jeden z lekarzy, którzy przyszli zobaczyć słynnego fizyka, okulista Abrams, zapytał czy skoro pobrany został mózg mógłby zachować bezużyteczną, jeżeli chodzi o badania cześć mózgu, jaką są oczy. Zgodę otrzymał i gdy w 2001 roku wydawano tę książkę, doktor Adams był na emeryturze, trzymał uczy Einsteina w bankowym sejfie depozytowym i tak o tym mówił:

„Kiedy tylko na nie spoglądam, to w wyobraźni widzę największego człowieka naszych czasów, który uczynił tak wiele dla cywilizacji. Uważałem, że należało je ocalić, uchronić przed zniknię­ciem. Wyczuwałem, że będą mi drogie".

Nie jest też jasne, co jeszcze zostało zabrane, bo sekcja trwało długo i zarówno T. Harley, jak  wykonawca testamentu, O. Natan, nie cały czas byli w kostnicy. W każdym razie już historia z oczami A. Einsteina pokazuje, że klasyk miał rację: wczoraj to dziś, tylko trochę dalej:

Kiedy w roku 1231 zmarła święta Elżbieta z Węgier, żałobnicy wyrazili swoje oddanie dla zmarłej, rozszarpując jej zwłoki wystawio­ne na widok publiczny.

A potem było jeszcze ciekawiej. Tom Harley był sprawnym patologiem, ale nawet biorąc pod uwagę ówczesny stan wiedzy, o badaniach mózgu miał blade pojęcie. Po zrobieniu sekcji podzielił mózg na ponad 200 przekrojów, umieścił je w ceramicznym naczyniu wypełnionym formaldehydem i nie za bardzo wiedział jak ma spełnić oczekiwania wykonawcy testamentu, czyli „dowieść”, że zmarły miał mózg „genialniejszy” od innych.

Porobił więc zdjęcia, zapakował wszystko do bagażnika swojego forda i pojechał do zaprzyjaźnionego laboratorium w Filadelfii, gdzie z 240 kawałków, porobiono tysiące przekrojów, z których każdy miał 0,12 grubości i gdzie na koniec zapakowano wszystko  do 10 drewnianych skrzynek.

Nie mając pomysłu, co dalej, T. Harvey zostawił sobie dwie skrzynki a resztę  "rozwiózł"  po amerykańskich uniwersytetach. Na przykład  na  Uniwersytecie Pensylwanii pozostawił dwie skrzynie: jedną jako podarunek dla swojego byłego szefa, który schował ją w swoim gabinecie i dopiero 50 lat później natknął się na nią  kolejny użytkownik tego pokoju; drugą zostawił badaczowi mózgu, który kiedyś na jakiejś konferencji był dla niego miły, ale który z góry zadeklarował, że nie ma czasu na badanie mózgu Einsteina. Niektóre z "rozdanych" skrzynek nigdy się już nie odnalazły.

Wprawdzie już w latach trzydziestych Rosjanie:

Zająwszy gmach, należący niegdyś do pewnego amerykań­skiego przedsiębiorstwa, Sowieci założyli w nim instytut, sku­piony na tym jedynym celu. Vogt sprowadził doskonałe nie­mieckie mikroskopy, receptury na barwniki oraz nowiuteńki mikroskop, za pomocą którego pocięto mózg Lenina na 31 ty­sięcy przekrojów do badań mikroskopowych. W 1929 roku Vogt oznajmił, że wpadł na trop fizycznego świadectwa poli­tycznego geniuszu zmarłego wodza rewolucji. Uważał, iż za­gadka kryła się w neuronach o piramidalnym kształcie. Były one tak duże i tak liczne, że łączyły płaty mózgu „normalnie znacznie od siebie oddzielone" i tworzyły skomplikowane układy, To miało tłumaczyć „mnogość jego [Lenina] idei, wraz z wszechstronnym talentem konceptualizacyjnym, [który] ob­darzał Lenina niezwykłą intuicją - stwierdził Vogt. - Tym sa­mym udało się odnaleźć klucz do materialistycznego wyja­śnienia geniuszu Lenina".

Ale w połowie lat 50, nikt w Ameryce nie poszedł ich śladem i nikt niczego specjalnego w mózgu Einsteina nie zobaczył.

Od tego momentu, przez ponad 40 lat T. Harvey pojawiał się i znikał (często na długie lata stając się „niewidoczny” dla wykonawców testamentu A. Einsteina), nigdy nie rozstając się ze swoimi słojami. Znalazłam w necie zdjęcie Toma Harveya i jego skarbu:

Co jakiś czas, kolejny naukowiec publicznie wyrażał zainteresowanie zbadaniem A. Einsteina, wybrani szczęśliwcy dostawali potem taką możliwość. Czasami w sposób zupełnie dla siebie nieoczekiwany - np. w jednym przypadku ze zdziwieniem odkrywając, że zwykłą poczta nadeszła dziwna przesyłka – kawałek mózgu A. Einsteina z prośbą o zbadanie „materiału. Dopiero pod koniec ubiegłego wieku, Tom Harvey „oddał’ swoje eksponaty szpitalowi w Princeton.

Ta trwająca przez ponad 40 lat, zupełnie niezrozumiała zabawa w kotka i myszkę, to nie jedyna ciekawa opowieść w tej książce - bo o ile w przypadku A.Einsteina ciekawe jest to czego dokonał, to w przypadku Toma Harveya ciekawe jest jak żył.

Mając 48 lat Tom Harvey w 1960 roku odszedł ze szpitala w Princeton i od swojej pierwszej żony z którą miał trójkę dzieci. Niedługo potem założył nowa rodzinę i przez następne kilkanaście lat pracował jako lekarz w różnych miasteczkach stanu New Jersey.  W 1978 roku, z kolejną, trzecią już żoną (miał wtedy 66 lat) przeprowadził się na środkowy Zachód (Kansas),  gdzie do 77 roku życia dalej, w różnych miastach, pracował jako lekarz.

Mając 77 postanowił się przenieść do Północnej Karoliny, tu w wyniku skargi pacjenta, stracił prawo wykonywania zawodu i by móc dalej praktykować musiał powtórzyć egzamin lekarski (trzy dni po trzy godziny przedpołudniem i trzy popołudniu). Aby zdać trzeba było uzyskać  75 punktów – Tom Harvey otrzymał 72 i przestał być lekarzem.

Ale ponieważ miał trzy żony i 10 dzieci,  więc dalej pracować musiał.

Współpracownicy Harveya wiedzieli, że ma on na utrzymaniu liczną gromadkę dzieci i mówiło się o zaległych od dawna podatkach, które miał do spłacenia. Harvey podjął pracę w fabryce jako pomoc doraźna, od godziny 16.00 do północy, zajmując się pakowaniem wyprodukowanych części. Szybko jednak zyskał uznanie kierownictwa zakładu. Ten osiem­dziesięciolatek już niebawem zaczął obsługiwać wielką wtry­skarkę na platformie bez poręczy, zawieszonej na wysokości 2,5 metra nad podłożem. Urządzenie to pobierało plastikowe kulki, rozgrzewało je do płynnej postaci w wysokim na piętro zbiorniku i wtłaczało plastik w odpowiednie foremki. Aby się­gnąć do niektórych dźwigni, Harvey musiał wspinać się na drewnianą skrzynię, którą miał na platformie.

-    To nie była łatwa robota. Wymagała sporej sprawności fi­zycznej. Niektórzy uważali, że to szaleństwo pozwalać mu się tym zajmować, ale on się tego domagał - stwierdził Katz – Tom (Harvey) zostawał po godzinach za każdym razem, gdy miał taką okazję. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że zarabiał ponad 10 dolarów na godzinę. Wydajność i wytrwałość Harveya, zupełnie niezwykła w jego wieku, przyniosły mu w październiku 1992 roku nagrodę dla pracownika miesiąca.

To wyróżnienie nadal wisi w korytarzu firmowego biura – Katz wyjaśnił, że był to prawdziwy wyczyn. Stary doktor okazał się najlepszy spośród całej 250-osobowej załogi zakładu.

Jedyny raz Harvey nie zjawił się w pracy, ale z naprawdę poważnych powodów: nogi złamanej w dwóch miejscach, pię­ciu pękniętych żeber i szwów na czaszce. Jechał do fabryki ro­werem, kiedy potrącił go samochód. Pojazd wyjechał zza inne­go wozu, a Harvey w wyniku zderzenia spadł z roweru.

-    To nie była ani moja wina, ani też wina kierowcy - po­wiedział. - Po prostu niefortunny wypadek. Wyżłobiłem swo­ją czaszką wgniecenie w masce, ale czaszka wytrzymała - ty­le że pokancerowałem sobie skórę na głowie.

Harvey spędził w szpitalu trzy tygodnie. Lekarze musieli umieścić w jego lewej nodze stalowy sztyft. Noga ta zrosła się tak, że była odtąd nieco krótsza od prawej, i Harvey powrócił do domu, utykając. Cztery miesiące później był znowu na swoim wysięgniku w fabryce.

Tomas Harvey żył 95 lat, prawie do końca burzliwym życiem i umarł w 2007 roku.

niedziela, 23 maja 2010

40%

Podobno to co planujemy nie powinno przekraczać 40% czasu, jakim dysponujemy - jak zapełnia się więcej, zostaje tylko absmak po niezrealizowanych planach.

Dowiedziałam się tego na spotkaniu z ludźmi z którymi wieki temu razem studiowałam i z częścią  z nich, przez te 30 lat się nie widziałam. Prawie po wszystkich widać upływający czas (prawie, bo jedna robi za wyjątek). By się w nią zawistnie nie wgapiać, zwróciłam uwagę i na inne dziwne rzeczy - np. to, że chociaż skończyliśmy typowo humanistyczny kierunek, większość z nas mieszka w podwarszawskich domach.

W jednym z nich na koniec wylądowałam - robiąc za trzeźwego kierowcę i rano zjadłam śniadanie na takiej klimatycznej werandzie (jednak tynk, tynkiem, a nic nie przebije cegły).


Zakwitła też kolejna skarpetka na moim skarpetkowym drzewku - wieczorem, jak szłam spać były dwie, rano była jedna, co się stało z drugą wie tylko Melba:


W ogrodzie zielono jak nigdy:


Trawa miała być, koszona ale nie jest.

Endless miał być już dawno zrobiony, ale w trzecim tygodniu ledwie minęłam półmetek:

Wybierałam się też do kina, bo wreszcie jest na co, ale też nie dotarłam.

Byłam za to na wykładzie prof. Agaty Bielik -Robson Tanatopolityka. Lewica – prawica – śmierć. Było o Heglu i o jego polemistach. Pani profesor robiła wrażenie osoby przekonanej, że udzielane przez tamtych filozofów odpowiedzi, są wiecznie żywe - mnie do tego nie przekonała.  Ale sam pomysł odświeżenia umysłu bardzo mi się spodobał. A jeszcze bardziej podoba mi się to, że wykłady Uniwersytetu Krytycznego są nagrywane i stąd można je sobie ściągnąć.

W przyszłym tygodniu zaplanuję tylko 40% to może coś więcej mi się uda zrobić.

 

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli