niedziela, 29 maja 2011
Kino Paradiso

W sobotę Staśka zainaugurowała podwórkowe kino domowe.


Było bosko!

A będzie jeszcze lepiej, bo ogródek ma być wypryskany szuwaksem na komary.

W niedzielę synek podał obiad rodzinny - jednym z dań był jego kolejny pomysł na życiową przygodę. 


 

W ostatnio przeczytanej książce M. Viewegha zwróciłam uwagę na jeden cytat. Myślałam, że pochodzi z Biblii, tymczasem (wiem dzięki Googlom), to słowa nieznanego mi Khalila Gibrana: „Dzieci wasze nie są waszymi dziećmi. Są synami i córkami tęsknoty Żywota za własnym spełnieniem. Przechodzą przez was, lecz z was nie pochodzą. I chociaż są z wami, nie do was należą.

 Kiedy wieczorem 7 lipca będę wracała z Londynu, mój syn będzie już w powietrzu w drodze na samotną włóczęgę z plecakiem po Indiach.

Bycie matką dorosłych dzieci w socjalizmie miało jednak swoje zalety. Chłopcy ze strachu przed wojskiem kończyli studia, a przygody życia przeżywali bez paszportu w Bieszczadach

Mój czerwony szal miał się nazywać od audiobooka Czarodziejska Góra, wyszedł w ząbek czesany.


Wiem, już że ten wywijas, to nie moja wina, tylko źle skręconej wełny. Ale co z tego?

Kolejny raz poosiołkowałam - pruć, czy nie pruć? Tym bardziej, że oznaczało to zrezygnowanie z  ażuru - dopóki robiłam ściegiem francuskim, szło w miarę równo.

W końcu sprułam.

Teraz zamierzam zostawić na środku kilka oczek bez ażuru. Sam  ażur będę robić ściśle według wzoru - czyli podwójnie narzucane oczka będę przerabiała w następnym rzędzie: jedno oczko prawe, jedno oczko lewe, a nie tak jak robiłam, czyli dwa na prawo. I jak tylko zacznie się "skręcać", przerobię kilka rzędów ściegiem francuskim. Ale to już nie będzie to o co chodziło. Wściekła jestem, że nic nie idzie mi tak po prostu. I cały czas więcej jest tego co sprute, niż tego co zrobione.

Czytam inne blogi i czasami, pod ich wpływem, wpadam na jakiś pomysł racjonalizatorski.

Od dłuższego Kaśka uparcie mantruje mi nad uchem, że jeszcze chwila i mój kręgosłup odmówi mi dalszej współpracy w noszeniu na ramieniu coraz większych i cięższych toreb. Może dlatego, gdy podczas czytania blogu Brahdelt o jej wyprawie do Japonii zobaczyłam zdjęcie kobiety z torebką na kółkach, pomyślałam ja też tak chcę! Ponieważ Brahdelt zastrzegła, by nie kopiować jej zdjęć, znalazłam w necie jakieś inne zdjęcie, ilustrujące o co mi chodzi.


Ale jak tylko przystąpiłam do realizacji, okazało się nie będzie łatwo. Walizki, nawet te najmniejsze odpadły, bo do codziennego łażenia po mieście są jednak za duże. W sklepach znalazłam tylko jedno coś, co od biedy spełniało moje warunki, ale kosztowało ponad 600 zł (bo Delsey). Przerzuciłam się na net, ale tu też nie ma zbyt dużego wyboru. Naprawdę fajne torby kosztują dużo więcej niż te 600 zł. W "rozsądnej" cenie są tylko plecaki na laptopy, a ja jednak wolałabym coś na kształt walizeczki. Na razie, by się nie spieszyć, odciążyłam swoje plecy kupując plecaczek Jansportu. Po jednym dniu widzę różnicę - chyba rzeczywiście obecna moda na duże torby, jest zabójcza dla naszych kręgosłupów.


Dzięki Brahdelt zdecydowałam się też spróbować latem nosić pończochy. Gdybym się do tego przekonała, mogłabym latem chodzić do pracy i w sukience, nie tylko w spodniach - rajstopy w upały odpadają, pończochy samonośne też (żylaki!), a antyżylakowe są tak "piękne", że zanim się wyjdzie na ulicę trzeba je zakryć spodniami. Poczytałam sobie blogi współczesnych pin-up girls i jednego nie rozumiem - dlaczego, skoro wynaleziono rajstopy, one zimą też noszą pończochy? Argument, że to sexy odpada - nikt mnie nie przekona, że reformy są sexy.

Kupując ten pas skorzystałam po raz pierwszy z płacenia via Dotpay.pl Otrzymali ode mnie taki mail:

Zapłaciłam wczoraj po raz pierwszy przez dot.pay.

Po to by płatności nadać bieg, klient musi dokonać rzeczy na którą nie ma wpływu: potwierdzić dokonanie płatności. Ma na to wprawdzie trochę czasu, ale jeżeli z winy swojego banku nie zdąży ma problem.

Tak jak ja.

Bo mój bank przelał nie po kilku minutach, a po jakimś czasie - na tyle długim, że wymagane przez Państwa potwierdzenie płatności było już niemożliwe do wykonania - strona wygasła i nie można było jej zresetować. Nie dostałam żadnego potwierdzenie płatności, tak jak to robią inne tego typu portale, ale "sama sobie jestem winna" - bo moim "obowiązkiem" było potwierdzenie transakcji.

Dodzwonienie się do Państwa nie jest możliwe, bo mają Państwo ustawioną automatyczną sekretarkę "wszyscy konsultanci są zajęci” (pomijając to, że ich godziny pracy 9-16 są mało "internetowe".

Sprawdzenie na stronie też nie jest możliwe – nie dysponuję ID sprzedawcy.

Trudno nazwać politykę dot.pay przyjazną dla klienta.

Sprawa szybko się wyjaśniła, bo kopię tego listu wysłałam do sklepu nylony.pl. Pani z tego sklepu szybko do mnie oddzwoniła i powiedziała, że wszystko jest OK. Dotpay do tej pory się nie odezwał. 

Kiedyś gdzieś przeczytałam na jakimś blogu o takim sposobie na skracanie dżinsów. Nie podaję źródła, bo się "wcięło".


Ta metoda pozwala zachować oryginalną stebnówkę. I gdyby to zrobić dokładnie, a nie tak jak ja w 20 minut przed wyjściem, to efekt może być jeszcze dużo lepszy. A nawet jak się robi na łapu capu, nadaje się do noszenia. Polecam!

piątek, 27 maja 2011
Przeczytane

Zapisałam się do biblioteki publicznej. Nawet fajnie to działa - na podstawie jednej karty, mogę korzystać ze wszystkich śródmiejskich bibliotek. Z tym że za bardzo lubię klimat księgarni, by zrezygnować z kupowania książek.

W wypożyczalni czas się zatrzymał - tylko stojące na rozpadających się stolikach, podłączone do netu komputery, przypominają że wchodząc nie cofamy się w czasie o kilkadziesiąt lat. Na stole wydruk: Książki, których nie kupimy z powodu braku funduszy. Ale też sporo nowości się kupuje. Tyle że mogą szybko „zniknąć”, bo często kupowany jest tylko jeden egzemplarz, do jednego, wybranego punktu (np. sprawdziłam, że tylko do jednej wypożyczalni kupiono książkę W.Tochmana o Ruandzie Dzisiaj narysujemy śmierć, w dodatku jest do niej kolejka. Ale ważne, że książka jest i nie muszę jej kupować, by ją przeczytać).  Biblioteka rozwiązała mi problem z książkami, które chętnie bym przeczytała, ale których kupować mi się nie chce. Pewnie gdybym była na emeryturze, robiłabym to samo co moja mama, czyli czytała „na miejscu”, np. w Trafficu (według mnie jest bardziej klimatyczny niż Empiki).Ale nie jestem.

I tak jednym ruchem powiększył się mój stosik książek do przeczytania. A i bez biblioteki, w ciągu ostatnich dwóch tygodni, mój stosik urósł jeszcze o:



 

Pierwszą książka z biblioteki, jaką przeczytałam to kolejne  czytadełko Michala Viewegh’a - Aniołowie dnia powszechnego.  

 

Jak na tego autora, temat niezwykle poważny bo książka o śmierci. Do Pragi przybywają czterej aniołowie by obserwować ostatni dzień dwóch mieszkańców tego miasta -  porzuconego przez żonę Zdenka, który popełni samobójstwo i instruktora jazdy Karela, który zginie w wypadku samochodowym. Tego dnia w Pradze umrze oczywiście jeszcze wiele innych osób, ale tylko ta dwójka "wylosowała" asystę aniołów. Ich zadaniem jest podjęcie próby takiego zaaranżowania ostatniego dnia życia osób którym w tym dniu „asystują” by ich bliscy, wspominając potem ten dzień, mieli sobie jak najmniej do wybaczenia i łatwiej przyszło się im pogodzić ze stratą.

Ale jak w pierwszym zdaniu tej książki mówi jeden z aniołów: Powiem wprost: większość naszych misji kończy się niepowodzeniem.

Jofaniel, Hachamiel, Ilmuth i Nith-Haiah w tej swojej anielskości bardziej przypominają postacie z czeskiego filmu, niż z Biblii.  Zgody na rządzące tym światem reguły gry czy wiary w Boga, więcej od nich mają dwie siostry zakonne z hospicjum, które na moment pojawiają się w tej książce. Rozmowa tych dwóch sióstr z trzydziestokilkuletnią, niewierzącą kobietą, które przez ostatnie kilka miesięcy opiekowała się w domu  umierającym na raka mężem, jest jednym z lepszych dialogów w tej książce.

 Na jeden wieczór, miło się czyta.  Ale nawet jeżeli banalne, to bardzo życiowe.



niedziela, 22 maja 2011

Żyję. Trochę się przeliczyłam - montowanie implantów, trochę się jednak różni od plombowania. Ale przynajmniej nie wszystek umrę i zostaną po mnie tytanowe śrubki. Podarowałam je Jackowi -  obiecał, że wsadzi je do marakasów i czasami, gdy mnie już nie będzie, mną zagrzechocze ...

Zarobiłam wprawdzie kilka dni zwolnienia, ale truta jestem silnymi antybiotykami, więc sił brak. Z kolei, tam gdzie sił nie trzeba, konieczne jest wykazania się cierpliwością i umiejętnościami, a z tym nie najlepiej.

Wytargałam na wierzch maszynę i postanowiłam metodą domową wykonać przeróbki krawieckie.


Po 10 minutach przy maszynie, następną godzinę spędziłam w necie szukając usługi naprawa maszyn do szycia w domu klienta. Nic takiego w okolicy nie znalazłam. Poczytałam fora szyjących i wygląda na to, że inni aż takich problemów z maszynami nie mają. W każdym razie biorąc pod uwagę ilość zużytego czasu, nici i prądu zdecydowanie tańsze jest korzystanie z usług krawcowej.

Korzystając z tego, że jestem na zwolnieniu przejrzałam swoje zbiory wełen i odkryłam całe mnóstwo porozpoczynanych robótek. I tak w przerwie między jednym kocykiem a drugim, zabrałam się za dokończenie chusty z kauni. 

Pomysł dalej ten sam - bardzo luźna wariacja Aestlight shawl. Początkowo chciałam zrobić najprostszy ażur (nieparzyste rzędy: * k2tog, yo*, parzyste: same prawe), ale po przygodzie ze swetrem skręcającym na prawo, postanowiłam zrobić ten sam ażur co w Aestlight (dobrze go widać na blogu Rene) . Zadałam pytanie na moim ukochanym forum i w ciągu pół godziny miałam już schemat tego wzoru (nieparzyste rzędy: *k2tog, yo, yo, k2tog*, parzyste: *k2, p1,k1*). Dałam sobie czas do końca tygodnia - potem wracam do roli drutującej babci (kocyk i czapeczki).  

Obok stojaka mahonia - tej zimy tak przemarzła, że w zasadzie wszystko co na niej zielone, to z tego roku. Miałam nadzieję, że przy okazji wymarzł i toczący ją grzyb, ale niestety powoli znów wychodzi na wierzch. 

Imponująco rozrosła się kalina.

Chyba nie sprawdził się pomysł odejścia od pelargonii - tytoń więdnie. Może dlatego, że kilka dni po zabiegu spędziłam u Gumisia. Ale jeżeli tytoń nie potrafi przeżyć kilku dni bez podlewania, to mi z nim nie po drodze.


 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli