niedziela, 29 maja 2011
Kino Paradiso

W sobotę Staśka zainaugurowała podwórkowe kino domowe.


Było bosko!

A będzie jeszcze lepiej, bo ogródek ma być wypryskany szuwaksem na komary.

W niedzielę synek podał obiad rodzinny - jednym z dań był jego kolejny pomysł na życiową przygodę. 


 

W ostatnio przeczytanej książce M. Viewegha zwróciłam uwagę na jeden cytat. Myślałam, że pochodzi z Biblii, tymczasem (wiem dzięki Googlom), to słowa nieznanego mi Khalila Gibrana: „Dzieci wasze nie są waszymi dziećmi. Są synami i córkami tęsknoty Żywota za własnym spełnieniem. Przechodzą przez was, lecz z was nie pochodzą. I chociaż są z wami, nie do was należą.

 Kiedy wieczorem 7 lipca będę wracała z Londynu, mój syn będzie już w powietrzu w drodze na samotną włóczęgę z plecakiem po Indiach.

Bycie matką dorosłych dzieci w socjalizmie miało jednak swoje zalety. Chłopcy ze strachu przed wojskiem kończyli studia, a przygody życia przeżywali bez paszportu w Bieszczadach

Mój czerwony szal miał się nazywać od audiobooka Czarodziejska Góra, wyszedł w ząbek czesany.


Wiem, już że ten wywijas, to nie moja wina, tylko źle skręconej wełny. Ale co z tego?

Kolejny raz poosiołkowałam - pruć, czy nie pruć? Tym bardziej, że oznaczało to zrezygnowanie z  ażuru - dopóki robiłam ściegiem francuskim, szło w miarę równo.

W końcu sprułam.

Teraz zamierzam zostawić na środku kilka oczek bez ażuru. Sam  ażur będę robić ściśle według wzoru - czyli podwójnie narzucane oczka będę przerabiała w następnym rzędzie: jedno oczko prawe, jedno oczko lewe, a nie tak jak robiłam, czyli dwa na prawo. I jak tylko zacznie się "skręcać", przerobię kilka rzędów ściegiem francuskim. Ale to już nie będzie to o co chodziło. Wściekła jestem, że nic nie idzie mi tak po prostu. I cały czas więcej jest tego co sprute, niż tego co zrobione.

Czytam inne blogi i czasami, pod ich wpływem, wpadam na jakiś pomysł racjonalizatorski.

Od dłuższego Kaśka uparcie mantruje mi nad uchem, że jeszcze chwila i mój kręgosłup odmówi mi dalszej współpracy w noszeniu na ramieniu coraz większych i cięższych toreb. Może dlatego, gdy podczas czytania blogu Brahdelt o jej wyprawie do Japonii zobaczyłam zdjęcie kobiety z torebką na kółkach, pomyślałam ja też tak chcę! Ponieważ Brahdelt zastrzegła, by nie kopiować jej zdjęć, znalazłam w necie jakieś inne zdjęcie, ilustrujące o co mi chodzi.


Ale jak tylko przystąpiłam do realizacji, okazało się nie będzie łatwo. Walizki, nawet te najmniejsze odpadły, bo do codziennego łażenia po mieście są jednak za duże. W sklepach znalazłam tylko jedno coś, co od biedy spełniało moje warunki, ale kosztowało ponad 600 zł (bo Delsey). Przerzuciłam się na net, ale tu też nie ma zbyt dużego wyboru. Naprawdę fajne torby kosztują dużo więcej niż te 600 zł. W "rozsądnej" cenie są tylko plecaki na laptopy, a ja jednak wolałabym coś na kształt walizeczki. Na razie, by się nie spieszyć, odciążyłam swoje plecy kupując plecaczek Jansportu. Po jednym dniu widzę różnicę - chyba rzeczywiście obecna moda na duże torby, jest zabójcza dla naszych kręgosłupów.


Dzięki Brahdelt zdecydowałam się też spróbować latem nosić pończochy. Gdybym się do tego przekonała, mogłabym latem chodzić do pracy i w sukience, nie tylko w spodniach - rajstopy w upały odpadają, pończochy samonośne też (żylaki!), a antyżylakowe są tak "piękne", że zanim się wyjdzie na ulicę trzeba je zakryć spodniami. Poczytałam sobie blogi współczesnych pin-up girls i jednego nie rozumiem - dlaczego, skoro wynaleziono rajstopy, one zimą też noszą pończochy? Argument, że to sexy odpada - nikt mnie nie przekona, że reformy są sexy.

Kupując ten pas skorzystałam po raz pierwszy z płacenia via Dotpay.pl Otrzymali ode mnie taki mail:

Zapłaciłam wczoraj po raz pierwszy przez dot.pay.

Po to by płatności nadać bieg, klient musi dokonać rzeczy na którą nie ma wpływu: potwierdzić dokonanie płatności. Ma na to wprawdzie trochę czasu, ale jeżeli z winy swojego banku nie zdąży ma problem.

Tak jak ja.

Bo mój bank przelał nie po kilku minutach, a po jakimś czasie - na tyle długim, że wymagane przez Państwa potwierdzenie płatności było już niemożliwe do wykonania - strona wygasła i nie można było jej zresetować. Nie dostałam żadnego potwierdzenie płatności, tak jak to robią inne tego typu portale, ale "sama sobie jestem winna" - bo moim "obowiązkiem" było potwierdzenie transakcji.

Dodzwonienie się do Państwa nie jest możliwe, bo mają Państwo ustawioną automatyczną sekretarkę "wszyscy konsultanci są zajęci” (pomijając to, że ich godziny pracy 9-16 są mało "internetowe".

Sprawdzenie na stronie też nie jest możliwe – nie dysponuję ID sprzedawcy.

Trudno nazwać politykę dot.pay przyjazną dla klienta.

Sprawa szybko się wyjaśniła, bo kopię tego listu wysłałam do sklepu nylony.pl. Pani z tego sklepu szybko do mnie oddzwoniła i powiedziała, że wszystko jest OK. Dotpay do tej pory się nie odezwał. 

Kiedyś gdzieś przeczytałam na jakimś blogu o takim sposobie na skracanie dżinsów. Nie podaję źródła, bo się "wcięło".


Ta metoda pozwala zachować oryginalną stebnówkę. I gdyby to zrobić dokładnie, a nie tak jak ja w 20 minut przed wyjściem, to efekt może być jeszcze dużo lepszy. A nawet jak się robi na łapu capu, nadaje się do noszenia. Polecam!

piątek, 27 maja 2011
Przeczytane

Zapisałam się do biblioteki publicznej. Nawet fajnie to działa - na podstawie jednej karty, mogę korzystać ze wszystkich śródmiejskich bibliotek. Z tym że za bardzo lubię klimat księgarni, by zrezygnować z kupowania książek.

W wypożyczalni czas się zatrzymał - tylko stojące na rozpadających się stolikach, podłączone do netu komputery, przypominają że wchodząc nie cofamy się w czasie o kilkadziesiąt lat. Na stole wydruk: Książki, których nie kupimy z powodu braku funduszy. Ale też sporo nowości się kupuje. Tyle że mogą szybko „zniknąć”, bo często kupowany jest tylko jeden egzemplarz, do jednego, wybranego punktu (np. sprawdziłam, że tylko do jednej wypożyczalni kupiono książkę W.Tochmana o Ruandzie Dzisiaj narysujemy śmierć, w dodatku jest do niej kolejka. Ale ważne, że książka jest i nie muszę jej kupować, by ją przeczytać).  Biblioteka rozwiązała mi problem z książkami, które chętnie bym przeczytała, ale których kupować mi się nie chce. Pewnie gdybym była na emeryturze, robiłabym to samo co moja mama, czyli czytała „na miejscu”, np. w Trafficu (według mnie jest bardziej klimatyczny niż Empiki).Ale nie jestem.

I tak jednym ruchem powiększył się mój stosik książek do przeczytania. A i bez biblioteki, w ciągu ostatnich dwóch tygodni, mój stosik urósł jeszcze o:



 

Pierwszą książka z biblioteki, jaką przeczytałam to kolejne  czytadełko Michala Viewegh’a - Aniołowie dnia powszechnego.  

 

Jak na tego autora, temat niezwykle poważny bo książka o śmierci. Do Pragi przybywają czterej aniołowie by obserwować ostatni dzień dwóch mieszkańców tego miasta -  porzuconego przez żonę Zdenka, który popełni samobójstwo i instruktora jazdy Karela, który zginie w wypadku samochodowym. Tego dnia w Pradze umrze oczywiście jeszcze wiele innych osób, ale tylko ta dwójka "wylosowała" asystę aniołów. Ich zadaniem jest podjęcie próby takiego zaaranżowania ostatniego dnia życia osób którym w tym dniu „asystują” by ich bliscy, wspominając potem ten dzień, mieli sobie jak najmniej do wybaczenia i łatwiej przyszło się im pogodzić ze stratą.

Ale jak w pierwszym zdaniu tej książki mówi jeden z aniołów: Powiem wprost: większość naszych misji kończy się niepowodzeniem.

Jofaniel, Hachamiel, Ilmuth i Nith-Haiah w tej swojej anielskości bardziej przypominają postacie z czeskiego filmu, niż z Biblii.  Zgody na rządzące tym światem reguły gry czy wiary w Boga, więcej od nich mają dwie siostry zakonne z hospicjum, które na moment pojawiają się w tej książce. Rozmowa tych dwóch sióstr z trzydziestokilkuletnią, niewierzącą kobietą, które przez ostatnie kilka miesięcy opiekowała się w domu  umierającym na raka mężem, jest jednym z lepszych dialogów w tej książce.

 Na jeden wieczór, miło się czyta.  Ale nawet jeżeli banalne, to bardzo życiowe.



niedziela, 22 maja 2011

Żyję. Trochę się przeliczyłam - montowanie implantów, trochę się jednak różni od plombowania. Ale przynajmniej nie wszystek umrę i zostaną po mnie tytanowe śrubki. Podarowałam je Jackowi -  obiecał, że wsadzi je do marakasów i czasami, gdy mnie już nie będzie, mną zagrzechocze ...

Zarobiłam wprawdzie kilka dni zwolnienia, ale truta jestem silnymi antybiotykami, więc sił brak. Z kolei, tam gdzie sił nie trzeba, konieczne jest wykazania się cierpliwością i umiejętnościami, a z tym nie najlepiej.

Wytargałam na wierzch maszynę i postanowiłam metodą domową wykonać przeróbki krawieckie.


Po 10 minutach przy maszynie, następną godzinę spędziłam w necie szukając usługi naprawa maszyn do szycia w domu klienta. Nic takiego w okolicy nie znalazłam. Poczytałam fora szyjących i wygląda na to, że inni aż takich problemów z maszynami nie mają. W każdym razie biorąc pod uwagę ilość zużytego czasu, nici i prądu zdecydowanie tańsze jest korzystanie z usług krawcowej.

Korzystając z tego, że jestem na zwolnieniu przejrzałam swoje zbiory wełen i odkryłam całe mnóstwo porozpoczynanych robótek. I tak w przerwie między jednym kocykiem a drugim, zabrałam się za dokończenie chusty z kauni. 

Pomysł dalej ten sam - bardzo luźna wariacja Aestlight shawl. Początkowo chciałam zrobić najprostszy ażur (nieparzyste rzędy: * k2tog, yo*, parzyste: same prawe), ale po przygodzie ze swetrem skręcającym na prawo, postanowiłam zrobić ten sam ażur co w Aestlight (dobrze go widać na blogu Rene) . Zadałam pytanie na moim ukochanym forum i w ciągu pół godziny miałam już schemat tego wzoru (nieparzyste rzędy: *k2tog, yo, yo, k2tog*, parzyste: *k2, p1,k1*). Dałam sobie czas do końca tygodnia - potem wracam do roli drutującej babci (kocyk i czapeczki).  

Obok stojaka mahonia - tej zimy tak przemarzła, że w zasadzie wszystko co na niej zielone, to z tego roku. Miałam nadzieję, że przy okazji wymarzł i toczący ją grzyb, ale niestety powoli znów wychodzi na wierzch. 

Imponująco rozrosła się kalina.

Chyba nie sprawdził się pomysł odejścia od pelargonii - tytoń więdnie. Może dlatego, że kilka dni po zabiegu spędziłam u Gumisia. Ale jeżeli tytoń nie potrafi przeżyć kilku dni bez podlewania, to mi z nim nie po drodze.


czwartek, 19 maja 2011
Przeczytane

W ramach wyzwania Od zmierzchu do świtu przeczytałam książkę Marka Haddona Dziwny przypadek psa nocną porą.

Książka pomyłka.

Język, intryga i prawdopodobieństwo opisywanych wydarzeń - jak w książkach dla dzieci. Z kolei pomysł na książkę, czyli przedstawienie opisywanych wydarzeń z punktu widzenia dziecka z zespołem Aspergera - zaciekawi tylko dorosłych. A przetkanie książki rozważaniami matematycznymi, sprawia, że ta część ksiażki jest zrozumiała co najwyżej dla kilku procent populacji.

Ktoś zabił widłami psa sąsiadki cierpiącego na zespół Aspergera 15-letniego Christophera. Chłopiec postanawia  przeprowadzić  w tej  sprawie dochodzenie,  wzorując się na swoim ulubionym bohaterze Sherlocku Holmsie. Sprawę udaje mu się wyjaśnić, tyle że przy okazji wyjaśnia jeszcze innych wiele spraw, o których nie miał pojęcia, albo w których dawał się, niczego nie podejrzewając, okłamywać.

To co jest ciekawe w tej książce, to przedstawienie sposobu myślenia i postrzegania świata osoby chorej na tą lekką postać autyzmu. I jeżeli kogoś to interesuje, to dla tych fragmentów warto tę książkę przeczytać.

Do refleksji skłania też to, jak mocno dorośli krzywdzą dzieci poplątaniem swoich emocjonalnych związków, tyle że mało to odkrywcze i akurat w tym punkcie reakcje Christophera są typowe i mało "autystyczne".

Kazimierz Koźniewski nie jest wprawdzie z mojej bajki, nie ma też pióra Jerzego Urbana, więc jego Słownik swoich i obcych nie porywa, ale sporo ciekawostek i trochę anegdot, jak w każdej tego typu książce, można znaleźć.

Na przykład o pogrzebie Igora Newerlego (umarł w 1987 roku):


Pierwsze, doskonałe i sprawiedliwie prawdziwe, słowa Ryszarda Matuszewskiego. Jako drugi przemawiał Jerzy Stanisław Sito, poeta. I nagle swoją mowę zakończył zdaniem przez nikogo nie oczekiwanym: ,,..a teraz głos zabierze ksiądz Niewęgłowski, duszpasterz środowisk twórczych". Tłum zamarł w zdumieniu. Ksiądz? Tutaj? Teraz? Nad grobem Igora? I zaraz usłyszeliśmy księdza Niewęgłowskiego. Wezwał zebranych do modlitwy i oświadczył, że oto „chrzci trumnę zmarłego pisarza!" Chrzest trumny?! Nie zdołano ochrzcić zmarłego, więc teraz się chrzci trumnę... -trumnę człowieka, który nie przyjął ostatniego sakramentu, gdyż jako człowiek dorosły nigdy żadnego sakramentu nie przyjął! Ksiądz intonuje modlitwę - większość milczy. Wszyscy jesteśmy zaszokowani tą „kradzieżą pamięci ludzkiej", tak to trzeba nazwać, tym zafałszowaniem człowieka już nie mogącego się bronić. Syn - Jarosław Abramów - który dzień wcześniej odmówił zgody na pogrzeb państwowy, jaki chciało urządzić Ministerstwo Kultury i Sztuki, teraz milczy aprobując profanację. Rozchodzimy się w rozdygotanym, protestującym gwarze. Ale nasz sprzeciw już się nie zdaje na nic - trumna została ochrzczona, manifestacja, przecież na wskroś polityczni została dokonana, a zmarłemu i tak wszystko jedno...?


Pomijając niechlubne karty historii, K. Koźnieski był niezłym, jak dla mnie, dziwakiem. Nienawidził muzyki - nie słuchał radia, bo ... tam nie tylko gadają, ale czasami i puszczają muzykę.  A to dla niego było nie do zniesienia.

Ale nie wiem, czy dla tych kilkunastu anegdot warto czytać całą książkę.



Wzięłam do ręki Dziennik Mrożka z lat 1962-1969. Przeczytałam pierwsze kilkadziesiąt stron, lata 1962-1963 i mam dość.

Zaczyna się ciekawie:


We wrześniu, czternaście lat temu, zacząłem pisać dziennik. W październiku, trzy lata temu, spaliłem bez żalu kilkanaście albo dwadzieścia kilka tomów, po dwieście stron blisko każdy. Uczucia dla tego dziennika straciłem już mniej więcej na trzy lata przed spaleniem, prowadziłem go coraz mniej regularnie, w ostatnich latach przed auto dafe zupełnie nie. ?


Ale potem im dalej, tym  nudniej i gorzej. W roku 1963 S. Mrożek pisze wprawdzie pięknie o kobietach i źle o facetach:

 
Historia świata jest historią brutalnego ucisku kobiet, dzieci i artystów przez mężczyzn. W wielkich mękach i bardzo późno ludzkość męska zaczęła podejrzewać dopiero istnienie, a potem z trudem odkrywała to, co wie każda kobieta: dwoistość uczuć, niekonsekwencję, zmienność, zapominanie (...) kobiety są „bezmyślne". Nie muszą bowiem myśleć, bo one same są wnioskami z myślenia.
Mężczyźni wymyślili, na obraz i podobieństwo swoje, myślenie logiczne, czyli prostackie i tak mające się do rzeczy, jak arytmetyka do algebry (..) A kiedy okazało się, że kobiety myślą inaczej, obrazili się i nazwali je głupimi albo nielogicznymi, co w męskiej nomenklaturze oznacza to samo. Żeby jakoś dorobić ideologię do swojego braku wyobraźni, wymyślili pojęcie honoru (...)

Ale to oczywiście nie oznacza to, że sam o sobie tak źle pisze. Jego to nie dotyczy, bo jest artystą i zalicza się do "zniewieściałych":

 Określenie „zniewieściały" jest w gruncie rzeczy określeniem pochlebnym. Oznacza ono, że dany osobnik często się myje, nie lubi zabijać ludzi, zdolny jest do współczucia, nie lubi wrzeszczeć i pchać się, żeby udowodnić swoją ważność. (...)

No i oczywiście na polu sztuki ze strony kobiet nie grozi mu żadna konkurencja:

Jest zupełnie naturalne, że kobiety nie tworzą sztuki. Nie muszą szukać przekładu, katalizatora, zastępstw, tak samo jak nie tworzą sztuki wielcy mistycy. Kobiety, podobnie jak mistycy, mają z rzeczywistością kontakt bezpośredni przez miłość. Nie lubię męskości.

Zraziłam się do tych dzienników po przeczytaniu zapisów z roku 1963. Był to rok w którym S. Mrożek podjął decyzję o emigracji. A w tym dzienniku nie ma w zasadzie na ten temat ani słowa - można się tylko tego domyśleć z gry półsłówek. Nie ma też słowa o tym gdzie mieszka, co widzi, z kim się spotyka.

Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron powiedziałam dość. Aż trudno uwierzyć, że autor tak świetnych opowiadań (inna sprawa, że te najlepsze napisał przed 1962 rokiem), popełnił aż tak nudny dziennik. 

  

niedziela, 15 maja 2011
Z fachowcami trzeba umieć

Z fachowcami trzeba umieć. A ja nie umiem. Myślałam, ze znalazłam fajnego Pana od ogrodu. Może on jest i fajny, ale na pewno nie umiem wyegzekwować tego, by to co chcę by zrobił, zrobił porządnie. Kiepsko. Bo kogoś do mieć muszę - zaostrzyła mi się moja "cieśń nadgarstka" i "łokieć tenisisty". Drutuję z założonymi na stawy stabilizatorami. 

Z rozpędu, pan wynajęty przez sąsiada do zrobienia słupków, poprawił rozjechany przez szambiarkę schodek.


Jako drutująca babcia, skończyłam w tym tygodniu Misiokocyk.



I zrobiłam dwie pary butków. Zrobione wg przepisu z książki D. Ribaillier Ubranka dla malucha ryżowe butki nie przypadły mi do gustu. Robi się je na dwóch drutach, od góry. A chyba jednak rzeczy dla niemowlaków są za małe by robić ze szwami.

Powtórzyłam jeszcze raz moim wzorem z granatowej bawełny i z butkami daję sobie na razie spokój.


W tym tygodniu udało mi się zobaczyć całkiem niezły film: argentyńsko-francuskie Puzzle.

Na swoje 50-te urodziny Maria dostaje puzzle. Ten prezent zmienia jej dotychczasowe życie - ta dotychczas przykładna żona, matka dzieciom, nocami gdy już wszyscy śpią układa kolejne puzzle, poznaje przystojnego miłośnika tych układanek i razem z nim jako dwuosobowy team wygrywa zawody w układaniu puzzli. Słowem obserwujemy jak dzięki swojej pasji  kura domowa powoli się emancypuje. 

Bardzo miły film. I na szczęście nie oparty jedynie na prostych schematach. Z sympatycznie feministyczną nutką. 

Drugi film podobał mi się dużo mniej.  

Para dokumentalny film o słowackim miasteczku zarządzanym przez emerytowanego generała. Burmistrzowi bardzo się nie podoba, że jego mieszkańcy nie łącza się w pary i na jego terenie mieszka coraz więcej singli. Postanawia coś z tym zrobić. 

Pojedyncze scenki śmieszne. Niektóre bardzo śmieszne. Ni to reportaż, ni to fabuła. Za długie. Za przewidywalne.  Słowem jakieś takie ble.

Zrobiłam w tym tygodniu porządek na półce "do przeczytania". Nie jest nawet tak źle, powoli ubywa też i tych z poprzednich lat.

Ale ciągle jest ich za dużo, by robić większe zakupy. A znalazłam fajną serię w fajnym wydawnictwie.

piątek, 13 maja 2011
Przeczytane

Przeczytałam świetną książkę: Spókój węgierskiego pisarza, Attili Bartis. Kupiłam ją w jatce tak "na spróbowanie", nic nie wiedziałam o autorze. Teraz już wiem na przykład to, że jest to jego jedyna książka,  jaka została u nas wydana - skoro trafiła do jatki, nie koniecznie przetłumaczą następne. A szkoda.



Gorzka książka i ponura. Klimatem przypomina prozę M. Houellebecq'a. Tyle, że bez takiego epatowania seksem. 

 Bohater Andor Weer, na naszych oczach staje się pisarzem. Jego bliźniacza siostra Judit, skrzypaczka, kilka lat wcześniej uciekła na Zachód i zerwała kontakty z rodziną. Andor mieszka z obłąkaną matką, kiedyś sławną aktorką, która od 15 lat nie przekroczyła progu mieszkania. Odgrodziła się od świata, gdy pomimo wyparcia się Judit, po jej ucieczce na Zachód, nie cofnięto jej zakazu występów na scenie. W życiu Andora jest jeszcze trzecia kobieta, Eszter. Łączy go z nią mocno pokręcony związek, ranią się tak samo mocno jak kochają.

Opowieść o poplątanych relacjach rodzinnych. W tle historia ubiegłego wieku, mająca bardzo duży wpływ na wybory i losy bohaterów tej książki.  Rewelacyjnie napisany monolog wewnętrzny, poprzetykany nie łączącymi się z głównym nurtem przejmującymi, przykuwającymi uwagę i zmuszającymi do refleksji historyjkami. Do tego płynnie napisane dialogi, iskrzące tempem i błyskotliwością.

Perełka. Tyle, że gorzka jak piołun.

 

Po przeczytaniu Spokoju, odpoczęłam przy uroczej książce  - Porche'em do Ziemi Obiecanej.  

 

Z okładki:

 "Co robi Żyd w szabasowy poranek w porsche'u?" - usłyszał Max Breslauer pewnego dnia, gdy jadąc z wielką prędkością przez centrum Amsterdamu, potrącił chasydzkiego chłopca zmierzającego z rodziną do synagogi.

Po potrąceniu chłopca, Max Breslauer bogaty holenderski przedsiębiorca udał się wprost do gabinetu psychiatry, gdzie na kozetce spędził cały dzień opowiadając co przydarzyło mu się w ostatnim czasie (m.in. odeszła narzeczona, umarł ojciec, brat zrezygnował z udziału w prowadzeniu rodzinnej firmy). Opowiada z dystansem do siebie, od czasu do czasu swoją opowieść ilustrując żydowskim przysłowiem.

Ale chociaż książka napisana jest lekko i dowcipnie, nie jest tylko i wyłącznie świetnie napisanym czytadełkiem.  Jest też i w tym element multi-kulti ubiegłego wieku. Tyle, że nie uciekinierzy z Afryki, tylko polscy Żydzi, którym udało się przeżyć Zagładę. Kilkadziesiąt lat później ich dzieci, mimo że nie chodzą do synagogi, zmagają się ze swoim żydostwem i tym jak je upchnąć we współczesnym świecie

Jeszcze jedna Hanna Krall. Podobno już ostatnia. Więcej nie będzie.


Tak jak to u H. Krall. Ciągle ta sama, wydawana w odcinkach książka.

To co mnie zastanowiło, to dlaczego tak mało pamiętam z jej opowiadań, w zasadzie chwilę po przeczytaniu pamiętam już tylko ogólny zarys. Jej ksiązki są dla mnie bardziej nastrojowym obrazem, niż opowieścią z krwi i kości. Co o tyle dziwne, że mam jednocześnie świadomość, że nawet jak zbeletryzowana i poddana ostrym retuszom, to jest to jednak literatura faktu.  I opisani w tych książkach ludzie żyli naprawdę.

Może dlatego H. Krall, żegna się z czytelnikami, bo uświadomiła sobie, że potrafi pisać tylko tę jedną książkę. A ile można?  Znak czasu: tytułowa Biała Maria to również nazwa serwisu Rosenthala - od razu poprosiłam Gugla, by mi pokazał o czym mowa. 

  

 

niedziela, 08 maja 2011

 Kupiłam sobie śliczne butki.

Wybór był taki, że sporo czasu straciłam zanim się zdecydowałam. Były cudownie różowe, wściekle turkusowe, odblaskowo seledynowe. Wybrałam pomarańczowe, tak by pasowały do szaliczka. Do butków była przyczepiona instrukcja obsługi. Było w niej m.in. takie ostrzeżenie: buty codziennie używane szybko się niszczą.  

Najwyższy czas pomyśleć o domu. W tym roku jakoś wyjątkowo ciężko mi się myśli, bo trzeba wykonać sporo napraw. Na razie, z inicjatywy sąsiada, wymienione zostało siedem słupków w ogrodzeniu.

Zgłosiłam dekarzowi potrzebę konserwacji rynien - prawdopodobnie są za rzadko czyszczone, bo pod ciężarem mokrych igieł wygięły się ich końcówki. Przed zimą muszę wymienić uszczelkę od szyby kominkowej i przy okazji poprawić obudowę z szamotowych cegieł (kilka się obluzowało, a jedna odpadła). Umówiłam się wstępnie z Bojarem na malowanie domu. I tak dalej ... ta lista to do przemyślenia, dla tych co to by chcieli mieszkać w domu. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Mieszkanie w domu także.

Ogród chwile świetności ma już chyba za sobą.

Bez nie kwietnie.


Nie zakwitły też, już drugi rok z rzędu śliwy.

Tak jak uprzedzał ortopeda, łokieć tenisisty zostanie ze mną już do końca życia i  jestem skazana na pomoc zewnętrzną. A dobrze zrobione jest wtedy, gdy robi się samemu. Dopóki grabiłam sama nie było mchu. Może trochę lepiej jest w przypadku profesjonalnej firmy, ale to nie wchodzi w grę.

Na razie, trochę później niż zwykle ale posadziłam kwiaty w donicach. Tradycyjnie: biało-zielono na balkonie, na czerwono okno sypialni:

I po raz pierwszy udekorowałam drzwi wiklinowymi koszami:

 

Zanim nadejdzie kanikuła ostatni dzwonek, by nacieszyć się kinem. Tyle, że nie za wiele jest do tego cieszenia.

Miss Kicki to szwedzko-tajwańskie kino rodzinne. Tytułowa Kicki kiedyś tam zostawiła pod opieką matki 4-letniego syna i wyjechała na kilkanaście lat za granicę. Po powrocie, by nawiązać kontakt z synem, zaproponowała wspólne wakacje na Tajwanie. Wybór miejsca nie był przypadkowy, bo przy okazji chciała odwiedzić tajwańskiego biznesmena, z którym miała internetowy romans.

Dalszy ciąg zgodny ze schematem – na początku matka z synem to dwoje obcych ludzi, a w finałowej scenie …

Oj mocno takie sobie.

Za to świetny był film, który do kin doszedł okrężną drogą, bo był już pokazywany w telewizji. To że ma kilka lat zupełnie nie przeszkadza, bo jest z gatunku tych co się nie starzeją. Biało-czarny. Jeden dzień, jedno mieszkanie, tylko czterech aktorów.

Dwóch czternastolatków spędza leniwy dzień w mieszkaniu jednego z nich. Jak jest prąd grają w playstation, jak wyłączają prąd, zastygają w bezruchu na kanapie, czekając aż znów go włączą. Dołącza do nich dostarczyciel pizzy, któremu nie chcieli zapłacić za dostawę oraz dwa lata starsza od nich sąsiadka, której zepsuł się piekarnik i która przyszła do nich upiec swoje urodzinowe ciasto.

Dzień upływa im na grze w playstation, pieczeniu ciasta, opowiadaniu kawałów. Nie ma żadnej intrygi, dramatycznego zakończenia. Ale w tym zwykłym dniu, który pozornie nie różni się od innych, każdy z bohaterów, odkrywa sam dla siebie parę prawd o sobie. I kiedyś patrząc wstecz uświadomią sobie, jak ważny w życiu był dla nich ten dzień.

Dobry, kameralny film. Tyle że z gatunku „dla koneserów”. Gdyby jeszcze nie byl taki przewidywalny ....

Tydzień skończył się miłym akcentem - Szarotkami.

Na Szarotki zaniosłam mój druciany problem. Dobrze, że przerwałam robienie Minimalist cardigan - skos to wina skręconej wełny.


Przewinę i wybiorę inny ścieg. Może coś pomoże. Jak nie to klopsik. Ale to za chwilę. Na razie jako drutującą babcia robię Misiokocyk (wzór wzięłam stąd).

Tu z kolei kupiłam dużo za dużo włóczki. Rozważam zrobienie wersji trzymisiowej do wózka i pięciomisiowej do łóżeczka.


niedziela, 01 maja 2011
1/2 długiego weekendu

Połowa długiego weekendu za nami. Spędziłam go w wiejskim domu, gdzie nikt nawet na chwilę nie włączył radia ani TV - cisza relaks i brydż.

Chociaż zaczęło się burzliwie, od samochodowej stłuczki. Gdy przyjechaliśmy na miejsce wypadku, byliśmy zdziwieni tym, że policja "naszych" uznała za niewinne ofiary. Ale chwilę potem, gdy zobaczyłam kobietę, którą uznano za sprawcę łatwo można było to zrozumieć - świetna ilustracja tego, że bycie awanturną przekupą nie popłaca. Pikanterii dodaje to, że to tamta kobieta wezwała policję.


Ale potem to już tylko karty.

No i niestety jedzenie. Podpatrzyłam fajny gadżet. To białe cuś sprawia, że komórka, na której nagrane są mp3, nadaje jak stacja radiowa, a stojące obok radio odbiera tę stację i gra. Bardzo pomysłowe i przydatne.


Z tym czymś granatowym na drutach mam problem. Ma to być Minimalist cardigan. Ale się okrutnie zwija. Nie jestem do końca przekonana, że po zblokowaniu to się trwale wyprostuje. Ścieg to ryż, tyle że zmiana następuje nie w każdym rzędzie, a tylko w nieparzystych (parzyste przerabiam "jak leci"). Robię z coraz mniejszym przekonaniem. Idzie już wełna na kocyk, jak dojdzie, pewnie odłożę to w kąt i poczekam na szarotkowe konsultacje.

Po przeczytaniu tego tekstu o Otwocku, wybrałyśmy się z Gumisiem w tym tygodniu na od dawna już planowane polowanie na świdermajery.


 

Wiele nie upolowałyśmy - spacer dzień po zabiegu chirurgicznym, na silnych antybiotykach nie najlepszym pomysłem.

Świdermajery są piękne, ale powoli i gargamele wrastają w krajobraz:


 

Gdy się chodzi po otwockim lesie, do wyobraźni najbardziej jednak przemawiają podmurówki po dawnych ogrodzeniach i takie bramy.


A tu kolejny dowód na to, że multi-kulti puka i do naszych do bram. Nawet do tak zapyziałych miasteczek jak Otwock.


 

Wykorzystałam kolejny darmowy wjazd do teatru Syrena i tym razem - po raz pierwszy - wyszłam zadowolona.

 

Tak jak w tytule - na scenie śpiewają piosenki Stanisława. Staszewskiego. O dziwo sporo piosenek odśpiewanych jest z na  tyle dobrą dykcją, że można nawet zrozumieć słowa. Co oczywiście nie oznacza, że wszystkie interpretacje przypadły mi do gustu - np. w Bo ona nie lubi pogrzebów odstąpiono knajacko-alkoholowego wdzięku i jak dla mnie zupełnie nie potrzebnie uderzono w operowe rejestry. Ale na szczęście większość piosenek utrzymanych jest w konwencji epoki i stylu autora. Tyle że ja i tak wolę interpretację Kazika i gdyby nie "dawali za darmo" to bym nie poszła.

Nie dają za to za darmo (najtańszy bilet 65 złotych) biletów do Teatru Polonia. Po przeczytaniu felietonu Passenta postanowiłam pójść na 32 omdlenia z K. Jandą J. Stuhrem i I. Gogolewskim. Zdziwiło mnie to, że pomimo wysokich cen biletów, najwcześniej można kupić bilety na drugą połowę czerwca. Książek może i ludzie nie czytają. Ale do teatru chodzą.

W ramach projektu zadbaj o siebie, to może i znajdziesz motywację by przestać żreć zebrałam siły i jednego dnia poszłam  do fryzjera, kosmetyczki i manicure (ten ostatni po raz pierwszy z użyciem szlifierki elektrycznej). No i gdy taka piękna i zadbana przyszłam do domu, postanowiłam zażyć jeszcze trochę ruchu w ogrodzie. Dopiero po  godzinie babrania się w ziemi przypomniałam sobie o moim pięknym manicure ...

 Ale mam już pierwsze sukcesy.  Skomplementowany został  mój świąteczny występ - jednym z elementów tej stylizacji (dzięki temu, że czytam Pudelka, wiem że tak się to teraz określa) był wściekle pomarańczowy, neonowo odblaskowy  szaliczek. O tym, że zostałam tak dobrze "oceniona" dowiedziałam się od Michała, który relacjonując uzyskane przeze mnie noty zapytał: Podobno miałaś na sobie coś pomarańczowego, to prawda? Zdziwiło mnie że można było siedząc obok mnie tego nie zauważyć i powiedziałam o tym synkowi, a on: Ty, miałaś coś na sobie pomarańczowego? Nie zauważyłem ... 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli