niedziela, 27 maja 2012
Nawet najdłuższa żmija

Jak to pisał S.J. Lec: Nawet najdłuższa żmija kiedyś mija:


Widać, że "ręczna" robota. Mam nauczkę, by w projektach robionych latami na starcie dokładnie zapisać założenia wzoru. Nie zrobiłam tego i po kilku miesiącach nie pamiętałam już jak dokładnie szedł wzór. Na koniec jest to bardzo widoczne. Niestety. 

Pozostaje zszycie i zrobienie obrębu. Na dzień dzisiejszy nie wiem jeszcze z czego go zrobię, jeden kwadrat waży ok. 15 dkg, więc na obramowanie potrzebuję około. 90 dkg, a mam tylko 45 dkg. Zacznę od pasmanterii na Śniadeckich, jeszcze niedawno ją tam sprzedawali. W ostateczności mam inną białą owczą wełnę, ale wtedy na koniec może się okazać, że jest za dużo białego.

Teraz robię przerwę z kapą i zabieram się za szary kaszmirowy sweter.  Na razie sprowadza się to do myślenia. Chciałabym go zrobić bez szwów i od góry. Czyli zacząć od tego na co nie mam co pomysłu: od dekoltu.  Szukając wzorów, doszłam tu. Niezła strona, wiedziałam, że nic w sieci nie ginie i można wyświetlać usunięte strony, ale nie wiedziałam że tak sprawnie to działa. Przeszukiwania sieci na razie nie przyniosły efektu, zadałam pytanie na forum i czekam na podpowiedź.  

Dzięki czwartkowej Gazecie zrozumiałam też coś z otaczającej mnie rzeczywistości:

Nasienie Polaka zawiera od trzech do pięciu razy mniej plemników niż Kanadyjczyka czy Fina. Przeciętnie w całym wytrysku Polaka jest od 40 do 50 mln plemników - a więc tyle, ile w ledwie jednym centymetrze sześciennym nasienia mężczyzn tych narodowości.

W artykule było tylko o tym, jak to wpływa na płodność. O tym jaki to ma wpływ na dekiel już nie, widocznie zbyt drażliwy temat. Podobno: zrozumieć, znaczy przebaczyć, ale jeżeli o mnie chodzi w wielu znanych mi przypadkach na dzień dzisiejszy wydaje mi się to niemożliwe (może ta moja zawziętość bierze się stąd, że chociaż mam w Cyfrze + tylko pakiet podstawowy, nie wiem dlaczego, ale nie odłączyli mi TVN24?). 

Pojechałam do Otwocka i uwieczniłam kolejny znak zbliżającego się końca świata, stało się coś co latami wydawało się niemożliwe: Lucy się poddała i używa komórki! 

Przy okazji pożyczyłam kilka książek (nie wiem jak to jest, ale w księgozbiorze Lucy są ksiązki, które nigdzie indziej nie występują). Dwie pierwsze już przeczytałam;

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Seria z kotem reklamowana jest na okładce jako "największy hit od czasu Agaty Christie". Obejmuje ponad 30 tomików, przeczytałam dwa i przynajmniej w tych dwóch przypadkach, wielka ściema. 

Bohaterem dziennikarz Jim Qwilleran, właściciel dwóch syjamskich kotów: Koko i Yum-Yum.  Żyje na amerykańskiej prowincji, gdzie czasami również zdarzają się i zbrodnie. Nie bierze bezpośredniego udziału w ich wyjaśnianiu, ale dzięki kotom je przeczuwa, a potem z zainteresowaniem czeka na odpowiedź na pytanie „kto zabił” (Jim rozumie dawane przez koty znaki, dzięki którym szybko orientuje się w sytuacji i wie więcej niż inni).  Kota który spuścił bombę czytało się to bardzo źle, Kota który poruszył górę trochę lepiej - obie książki tłumaczyły różne osoby, więc pewnie w przypadku pierwszej książki to „zasługa” tłumacza. 

Lucy mówi, że ta seria to kapitalne źródło wiedzy o sposobie budowania lokalnych społeczności, pomysłów na lokalne eventy itp. Może i tak, ale jest jeden szczegół który w tym pomija, nakręca to wszystko zafascynowany budowaniem lokalnej społeczności filantrop. 

W tym tygodniu startuję z mediowaniem. Dwa lata temu byłam na tygodniowym szkoleniu, nie kosztowało żadnych wielkich tysięcy, potraktowałam je jako urlop. Teraz, aby móc być wpisaną na sądową listę mediatorów, muszę jeszcze odbyć staż (trwa mniej więcej rok). Na czym ten staż dokładnie polega nie wiem, mam nadzieję, ze uda mi się go pogodzić z pracą bez brania urlopu (nie rozumiem dlaczego Kodeks Pracy nie pozwala na branie wolnych godzin i jak ma się zajęcie na pół dnia i tak trzeba brać cały). Co dalej z tym zrobię nie wiem - wszystko zależy od tego na ile to mi się spodoba w praktyce. Wstępnie pomysł mam taki, by mediowanie było odtrutką na urzędniczą pracę - myślę, że jedno popołudnie poświęcone na pracę z ludźmi dobrze by mi zrobiło. W razie czego może będę mogła liczyć na łatwiejszy start, bo Ciechom rozkręca już mediację w Pruszkowie. Ale na pewno na dzień dzisiejszy mediacja to hobby, a nie żaden nie pomysł na zawodowe życie. I w najbliższym czasie nie ma szans na zmianę tej sytuacji - deregulacja zawodów prawniczych oznacza zwiększenie liczby chętnych do zarobienia w branży sądowniczej.  

Mały bzdet, a uświadomił mi jak bardzo zmieniła się rzeczywistość. Musiałam przewinąć silnik w pompie od hydroforu. Wróciła odmalowana, tak aby nie tylko była sprawna, ale i by ładnie wyglądała. 

Mogę więc już podlewać ogród. Aby tradycji stało się zadość na oknie od sypialni mam czerwone pelargonie.


Brakuje jeszcze białych na balkonie.

Z kinem bryndza. Wszystko przez godziny seansów: albo o 16-16.30, albo o 19. A tu za ładna pogoda by zostawać w Wwie.

Za to obejrzałam przez przypadek niesamowity film w TVP Kultura: Czerwone kwiatki.

Chiny jakiś czas temu. Przedszkole dla dzieci wysoko postawionych, bardzo zajętych ludzi. Według naszych norm raczej dom dziecka, bo dzieci spędzają (w kilkudziesięcioosobowych grupach) tygodnie bez zobaczenia rodziców. Tytułowe czerwone kwiatki, to nagroda wręczana posłusznym dzieciom. 

Opowieść o tym jak aklimatyzuje się w tym przedszkolu nowe dziecko, buntowniczy, niepokorny czterolatek. Piękny, świetnie zagrany. W kinach tego filmu nie będzie, może jest gdzieś w sieci?

Polecam

 

ps. a Galeria Brwinów czynna jest już do 21.00  jest to bardzo wygodne

niedziela, 20 maja 2012
Galeria Brwi

Galeria Brwinów został otwarta.

 

Dzień po otwarciu wieje pustką. Jest Piotr i Paweł,  Rossaman, trochę sklepów dla dzieci. Ci mają szansę. Ale jest i sklep z garniturami, czy porcelaną, nie wiem czy w tak małym miasteczku dadzą sobie radę. Dziwię się też godzinom pracy - do 19. O tej porze Wwa dopiero wraca z pracy. A martwię się o los Galerii, bo doszłam do wniosku, że to jednak miłe, mieć tak blisko do kiosku z gazetami. Z tym że z kupowania w sobotę na targu jabłek u p. Mietka i tak nie zrezygnuję.  

Próbnie zrobiłam za domem oprysk na mech, ale nawet jak ten środek okaże się skuteczny nie skorzystam, bo jest stanowczo za drogi.  Aż tak mi nie zależy. Zwłaszcza, ze skoro raz wyhodowałam mech, to drugi raz też mi się to pewnie uda.   

Natomiast usunę śliwy, bo kolejny rok nie będzie żadnych owoców. Na targu u pana Mietka  mogę zamówić dowolne drzewo owocowe. Chciałbym  "prawdziwą" czereśnię, tylko nie wiem co można zrobić, by ptaki wszystkiego nie zeżarły.   

I tak w tym roku wstrzymam się z nowymi roślinami, bo zapowiadają suszę. A nie widzę siebie regularnie podlewającej ogród. 

Jako konsument dalej odnoszę porażkę za porażką. Z monitorem cisza. Z parowarem dostałam sms, że mam się zgłosić do sklepu - nie chce mi się tam iść, bo jestem dziwnie pewna, że będzie tak samo jak z chlapiącym żelazkiem, dostanę kartkę z opinią rzeczoznawcy, że sprzęt jest świetny, tylko ja tego nie umiem zauważyć.

Kolejna porażka to drewno. Z powodu łokcia tenisisty, zamówiłam razem z ułożeniem. Mogę tylko zacytować Janeczkę: jak chcesz mieć coś zrobione, to zrób sobie sam.   

Tegoroczny sezon teatralny też zakończyłam totalną porażką.

Żenua

Białostoczczyzna. Tytułowy Ilja to prawosławny wiejski prorok, postrzegany przez okoliczną ludność jako wcielenie Chrystusa - mieszkańcy postanawiają go ukrzyżować, aby przyspieszyć koniec znanego i nadejście lepszego świata. Historia oparta na faktach. Przed wojną żył w Wierszalinie prorok, też go w końcu nie ukrzyżowali, NKWD wywiozło na Syberię z której udało mu się wrócić i umarł gdzieś w przytułku.   

Byłam już na sztuce opowiadającej o tej samej historii co sztuka Słobodzianka w Teatrze Wierszalin. Było tam dużo śpiewu, przenośni i obrazu, tak dużo, że momentami nie wiadomo było o co chodzi.

Z kolei przedstawienie w Teatrze na Woli w zasadzie sprowadza się do wyrecytowania tekstu i wrażenia nie robi to ani, ani. W dodatku sztuka grana jest bez przerwy, więc nie ma kiedy wyjść - użycie słowa "grana" jest lekkim nadużyciem, a grający tytułową rolę Andrzej Seweryn współgra z resztą zespołu i tak samo jak oni, plącze się po scenie.

Z kinem też za bardzo nie wyszło. Co się wybrałam, to okazywało się, ze program w gazecie nie pokrywał się z tym co zastawałam na miejscu. Wszystko przez ten Festiwal:

 

Ostatniego dnia, poddałam się - w podjęciu decyzji pomogła mi dziewczyna, która zaczepiła mnie przed kinem i wręczyła darmowy bilet. A że był to już jeden z ostatnich seansów Festiwalu, przy wejściu dostałam jeszcze katalog.Gdzie ja miałam rozum? Powinnam wziąć tydzień urlopu i nie wychodzić z kina!

Obejrzałam dwa filmy: 3 dni wolności zrobione w szkole Wajdy i Siostry lekkich obyczajów.

W pierwszym kamera towarzyszy mężczyżnie, który po 15 latach wychodzi z więzienia na 3-dniową przepustkę.jedzie z Bieszczad przez pół Polski, by przez chwilę pochodzić po Warszawie i odwiedzić stare kąty. 

 

Solidny kawał obserwacji, bez zbędnego moralizowania, czy wyostrzania opowiadanej historii. Te 15-lat to nie jedyna odsiadka, w sumie bohater filmu spędził w więzieniu 28 lat. I prawdopodobnie znów tam trafi. Ale reżyserowi udało się przedstawić go tak, że nie budzi negatywnych uczuć. Współczucia też nie, ale widząc świat w którym żyje i jego aparat pojęciowy można zrozumieć, dlaczego tak wygląda jego życie. 

Za to Siostry lekkich obyczajów!


Dwie siostry bliźniaczki opowiadają o swoim życiu - ponad 50 lat uprawiały najstarszy zawód świata w amsterdamskiej dzielnicy czerwonych latarni. Jedna z nich, mimo że dobiega do 70-tki, nie wycofała się z zawodu i dalej kusi klientów siedząc w podświetlonej witrynie sklepu. Druga z powodu choroby stawów zmuszona była dwa lata temu wycofać się z biznesu. Energetyzujące.  

Ale życie nie składa się na szczęście z samych porażek. Dostałam się na staż dla mediatorów.  Zaczynam jeszcze w tym miesiącu. 

 A w ramach interesowania się tym co się dzieje w kraju, dawno już coś nie zrobiło na nie takiego wrażenia, jak ta sprawa.


piątek, 18 maja 2012
Przeczytane

Książka prawnuczki Jarosława Iwaszkiewicza Pra, sama weszła mi do ręki - osiołkowałam w księgarni nie mogąc się zdecydować co wybrać, gdy nagle zauważyłam tę książkę. Mieszkam blisko Stawiska, więc musiałam ją kupić. 

Rozliczenie z mitem rodziny w sposób, który może tylko budzić podziw, bo o najtrudniejszych sprawach jest napisane tak, że z jednej strony nie oblepia opisywanych  błotem, ale też i nie buduje kiczowatych ołtarzyków. Przy czym nie umiem powiedzieć, na ile ta książka jest czytelna dla kogoś, kto mało wie o opisywanych w niej ludziach. Wiele spraw zasygnalizowanych jest tu jednym słowem, czy zdaniem, które łatwo można przeoczyć, a które przypomina o czymś, bez czego kontekst danego zdarzenia nie jest do końca zrozumiały. 

Nie jest to biografia Iwaszkiewicza, żadnej innej osobie z tej rodziny też nie jest poświęcone jakoś szczególnie dużo miejsca. Jak się chwilę zastanowić, to jest to książka o rodzinie, o przemijaniu kolejnych pokoleń, powtarzanym przez nie schematom. Z kilku gdzieniegdzie rzuconych słów wynika, ze autorka wzięła się za pisanie tej książki wylądowawszy na tzw. życiowym zakręcie, stąd pewnie próby odpowiedzi na pytanie, na ile rodzinna przeszłość, determinowała wybory życiowe potomków. Ale też tego psychologizowania nie jest w tej książce zbyt dużo - ino szczypta.

Przede wszystkim jest to świetnie napisana saga rodzinna. pełna anegdot, historii, ciekawych historyjek, które mają tę zaletę, że wydarzyły się naprawdę.  Słowem wszystko to co ja lubię. Stąd pewnie moje ochy i achy. Jak ktoś lubi tego typu książki, polecam


 

Paulina Wilk Lalki w ogniu

 

Świetna książka o współczesnych Indiach - nie o zabytkach, czy przyrodzie, tylko o tym jak się tam żyje. Napisana sugestywnie, tak że uderza po wszystkich zmysłach. Niby znam te obrazki z telewizji, ale jest coś w tej książce takiego, że czytając ją, przed oczami przewija się dużo bardziej sugestywny ciąg obrazów. Co z tego że bajecznie kolorowych, skoro "pachnących inaczej". I to nieprzebrane morze ludzi. Jak dla mnie odstraszające.   

I chociaż pod koniec, książka nie wciąga już jak na początku, w ogólnym wrażeniu niewiele to zmienia. Czyta się świetnie .... tyle, że  całkowicie odechciało mi się podróży do Indii. I tak długo, jak będę pamiętać tę książkę, tam nie się  wybiorę.   

Przy czym chyba na pewno nie był to świadomy zamiar autorki. Ona sama jest Indiami zafascynowana.

Birgit Vanderbeke Małże na kolację 


Matka, razem z dwójką dzieci, czeka z uroczystą kolacją na powrót męża z pracy - ma wrócić z upragnionym awansem. 

Gdy ojciec coraz bardziej się spóźnia, zaczynają jeść bez niego. Jego nieobecność się przedłuża i sącząc powoli wino zaczynają sobie wspólnie uświadamiać do jakiego stopnia żyją wymyślonym przez niego życiem, z którym się w żadnym wypadku nie utożsamiają. 

Obraz patriarchalnego terroru w wersji light. Krótko, treściwie i dość ciekawie. Męczy trochę formuła - to, że strumień myśli 18-letniej dziewczyny często jest zagmatwany i chaotyczny to ok, ale dlaczego momentami tak ciężko się to czyta?  Z tym, że biorę poprawkę, że może to być wina tłumaczenia. 



niedziela, 13 maja 2012
Świat się kończy

Tego, że napiszę coś dobrego o Mazowieckich Przewozach Regionalnych nie umiałam sobie wyobrazić, ale by być sprawiedliwą, muszę.

W czwartek, gdy młodzież tłumnie jechała na matury, posuły się trzy pociągi (każdy na innej trasie). Nie wiem jak było w pozostałych przypadkach, ale w moim pociagu maszynista przez megafon poinformował o awarii i o tym, że zostanie usunięta za 30 minut (ruszyliśmy po 25). Jeżdzę 15 lat na tej trasie i coś takiego przeżyłam po raz pierwszy. No i nie czekaliśmy 1,5 godziny jak usuną  zepsuty pociag z torów, tylko puszczono nas po innym torze. Byłam w szoku. Potem dopiero sobie uświadomiłam, że z powodu matur zdawali sobie sprawę, że to jak sobie poradzą, będzie opisane w prasie, więc się postarali.

Tegorocznej zimy nie przeżyła pompa od hydroforu. Musiałam też zamówić projekt przyłącza kanalizacyjnego. Oprócz tego, w ramach nieustającej konserwacji domu. poprosiłam Bojara by uszczelnił dach komórki i wykonał lekki lifting stolarki okiennej. I to by było w tym roku na tyle.

Ogród sobie odpuściłam - może być mech, byle nie było chwastów, a na to wystarczy spryskanie Substralem. Gorzej będzie z kretem. Szkodnik starszny, ale czuję że z nim, tak jak z mechem, nie ma innego wyjścia tylko trzeba go będzie polubić.

W ramach dbania o dom kupiłam też w końcu biurko. Tego meble sprzedawane są na Allegro jako "meble w stylu art-deco". Może jeszcze bardziej chwytliwe było by tagowanie ich "stalinowskie art-deco"? Dla mnie ważne jest to, że pasuje do kupionej rok temu na Allegro komody i wbrew wcześniejszym obawom, nie zagraca pokoju.

Po wstawieniu biurka, przypomniałam sobie o kapie. Brakuje mi dwóch kwadratów. Potem jeszcze zszycie i bordiura - może do grudnia zdążę.



Połowa maja, a w tym roku nadal nie mam w oknach pelargonii. Kupiłam za to w Liroy Merlinie dwie małe draceny - tak trochę z ciekawości, czy wyrosną duże, czy zachowają swój wymiar maxi-bonsai. Poraziła mnie metka. Przyjechały z Cejlonu!

W sobotę byłam na bardzo udanym przyjęciu - córka zmarłej pół roku temu Zosi, urządziła jej imieniny. Na ścianie wyświetlały się puszczone z rzutnika robione przez Zosię zdjęcia.



A my mieliśmy po raz ostatni możliwość posiedzenia w tak dobrze znanym nam mieszkaniu (za chwilę rozpocznie się w nim remont). Dużo ludzi. Nie wszyscy się znali, a wszyscy natychmiast łapali ze sobą wspólny język, z założenia mówili sobie na "ty". Dawno już czegoś takiego nie przeżyłam.

W tym tygodniu miałam też śmieszną przygodę z Funczalem. Pani, która w punkcie artystycznego cerowania nabrała mi oczka, zaproponowała, bym zadzwoniła do niej, gdy dorobię brakujący fragment. Mam przyjść do niej do domu, gdzie razem go zszyjemy (już wiem, ze kiedyś  "grafting" nazywało się "ketlowaniem").  

 

W tym tygodniu "moich" kinach wyświetlają filmy Planete+ Doc Festiwal. Kolejny rok tak jakoś wychodzi, że się z nim mijam. Podobnie  jak z Targami Ksiażek. W kinie byłam tylko raz i poniosłam czterogwiazdkową porażkę:

O tym, że klasa polityczna to mali chłopcy, którzy bawią się swoimi zabawkami, odgrywając w mediach teatr dla gawiedzi. I że ci co przystępują do tej gry, są tak mali, że początkowo nawet wierzą, że jest jeszcze w tym jakaś autentyczna władza. Czyli temat w miarę kinowy. Ale nawet w miarę ciekawą historię można opowiedzieć w bardzo nieciekawy sposób. I to jest właśnie ten przypadek.

Kolejny raz przekonałam się o potędze PR. Uchodzę za osobę uzależnioną od kompa. Tymczasem Gumiś, który postrzegany jest jako osoba żyjąca ponad  informatyzowaną rzeczywistością, nie rozstaje się z nim nawet w łóżku. Tyle, że mało kto o tym wie.

 

W tym roku Międzynarodowy Dzień Robienia na Drutach wypada w czasie Euro. Zastanawiałyśmy się na Szarotkach, czy można w tym czasie przebić się z jakimś eventem, a jeżeli tak, to jak to zrobić. W Warszawie powstał już wprawdzie pierwszy dom włóczki - ale jest to prywatne mieszkanie na Rakowcu (siedziba jednego z internetowych sklepów z włóczkami) i trudno powiedzieć czy ten pomysł chwyci. Na razie w tej wielomilionowej wsi, są tylko jedne nasze Szarotki. Aż sama się dziwię, że ten pomysł w żaden sposób nie "pączkuje".   Chyba mało osób o nas wie i nie wiadomo jak to zmienić.

sobota, 12 maja 2012
Przeczytane

Roman Gren Schronisko 

Zamieszczoną na okładce wypowiedź Agnieszki Holland kończy takie zdanie: Przez dwadzieścia lat wydał tylko dwie cienkie książki. Dla mnie więcej warte niż tony rozgadanej literatury. 

Nie wiem o jakiej rozgadanej literaturze myślała A. Holland, ale sporo opasłych książek można by pod tę opinię podciągnąć. 

Tytułowe schronisko, to paryska noclegownia dla bezdomnych. Kolejne rozdziały, to mini historie opowiadające o jej mieszkańcach. Autor pracował przez cztery lata w takim schronisku, więc pewnie nie są to historie wydumane. Wprawdzie czasami czuć w zakończeniach moralizatorską nutkę, ale na szczęście tylko czasami.  

Czyta się z zainteresowaniem, autor ma niezłe pióro. Tyle, że ledwo się te książkę zacznie, już się jest na ostatniej, 145 stronie. Stanowczo za mało. I to za 32 złote!   

 

Angel Wagenstein Pięcioksiąg Izaaka

Bohater, Izaak Jakubowicz Blumenfeld, urodził się w galicyjskim miasteczku – Kołodziec, jako obywatel monarchii austriacko-wegierskiej. Gdy wrócił z frontu I wojny światowej, nie zmieniając miejsca zamieszkania, stał się obywatelem Polski. Potem Związku Radzieckiego, następnie III Rzeszy. II wojnę światową przeżył na polskich papierach w obozie pracy, po wojnie, zanim szczęśliwie zamieszkał w Wiedniu, „zwiedził” jeszcze Syberię.

Jeszcze jedna opowieść oparta o bardzo znany schemat: prosty, niezbyt wykształcony, pragnący spokojnego życia człowiek, trafia w młyny historii. To, że niewiele z tego rozumie i najchętniej by się od tego zdystansował, jest bez znaczenia. Mądrzejsi od niego są równie bezradni. A on przynajmniej ma szczęście i to tylko ono, w postaci szczęśliwych splotów okoliczności, pozwala mu przeżyć. Galeria postaci i sytuacji. Opowiedziane z dużą dawką humoru i ironicznego dystansu, gdzieniegdzie przeplatane kawałami żydowskimi – wprawdzie wszystkie są dobrze znane i na nic nowego się nie natknęłam, ale z przyjemnością sobie przypomniałam. Jeden z moich ulubionych:

Rabin Ben Cwi, który wynajął dorożkę, by go zawiozła do sąsiedniego miasteczka. Dobił targu z dorożkarzem i ruszyli w drogę. Przy pierwszej górce dorożkarz po­prosił rabina, by wysiadł i popchnął, ponieważ konik jest słabiutki i nie ma siły. Ben Cwi pchał do szczytu, a dorożkarz poprosił go potem, by przytrzymywał do­rożkę z tyłu, bo akurat zjeżdżali w dół, i tak - z gór­ki do górki Ben Cwi to pchał, to przytrzymywał, aż wreszcie dotarli do celu. Przed tamtejszą bóżnicą rabin zapłacił dorożkarzowi, mówiąc: „Rozumiem, mój drogi, dlaczego ja wyruszyłem w tę stronę - mam kazanie w bóżnicy. Rozumiem, dlaczego i ty wyruszyłeś — mu­sisz zarabiać na chleb, nieprawdaż? Nie rozumiem tyl­ko, dlaczego zabraliśmy ze sobą tę biedną szkapę!".

Ale jak dla mnie czegoś tej książce brak. Coś jest w niej szkolnego. Może ten przytaczany humor żydowski. W każdym razie uroku Lejzorka ta książka nie ma. 

 

Agnieszka Osiecka Galeria Potworów

Ze wstępu wiadomo, że książka to zilustrowany zdjęciami zbiór tekstów opublikowanych w latach 1988-1992 na łamach Polityki. Sporo anegdot. Dużo tych bardzo znanych, ale też i nieznanych. Coś na kształt modnych jakiś czas temu "alfabetów". Strona, czasem dwie, o znanych Osieckiej ludziach. Książka  bardzo nierówna, miałam wrażenie, że trochę na siłę napompowana do założonej z góry objętości.  Ale jak kogoś ciekawią tamte czasy i tamci ludzie (mnie ciekawią), to jak najbardziej polecam.

James Baldwin Mój Giovanni

Paryż, druga połowa ubiegłego wieku. Związek głównego bohatera, młodego Amerykanina z poznaną w Paryżu Hellą przeżywa kryzys - receptą ma być wyjazd Helli na kilka tygodni do Hiszpanii. Plan jest taki, że nasz bohater ma w tym czasie wszystko sobie przemyśleć i oczywiście zatęsknić. Tymczasem chwilę po jej wyjeździe zostaje trafiony strzałą Amora i bez pamięci zakochuje się we włoskim kucharzu, Giovannim.  

To co jest fajnie w tej książce przedstawione, to nieumiejętność podjęcia decyzji przez głównego bohatera, wzięcia odpowiedzialności za swoje życie i szamotanie się w toksycznym związku (to, że homo, nie ma tu żadnego znaczenia).

W czasach gdy była pisana książka pewnie uchodziła za obrazoburczą. Ale to było dawno temu.  Coś więcej niż romansidło LGBT, ale tylko trochę więcej.  Z gatunku do przeczytania w jeden wieczór.  


czwartek, 10 maja 2012
Majowe Szarotki

Niedziela

13 maja godz. 15.00

Młodzieżowy Ośrodek Socjoterapii

ul. Rzymowskiego 36, 02-697 Warszawa


Trzeba wejść przez  bramę
obejść budynek
z tyłu jest budynek sali gimnastycznej
i to tam
Do zobaczenia !

niedziela, 06 maja 2012
Dieta Beaty

Po dziesiątkach przedyskutowanych diet (prawie zawsze kończy się to u mnie na tym etapie, rzadko kiedy dochodzi do realizacji, a nawet jeżeli to trwa to kilka dni), w tym tygodniu mantykowałam nad  Dietą Beaty. Polega ona na liczeniu kalorii, i jedzeniu w trzydniowym cyklu: dwa dni znacznie poniżej dziennego zapotrzebowania, trzeci dzień prawie tyle ile wynosi dzienne zapotrzebowanie. Dodatkowy myk to taki, by w dni zmniejszonej dziennej porcji kalorii starać się jeść objętościowo dużo. No i oczywiście, jak przy każdej diecie, sporo pić.

Niby nic oryginalnego, ale przeżyłam szok gdy obliczyłam w necie moje dzienne zapotrzebowanie na kalorie 1500, a następnie podliczyłam mocno dietetyczne śniadanko - pół kostki chudego białego sera, kubek kefiru + grejpfrut = 303 kcal. Szok. Tyle, że zobaczyłam i światełko w tunelu - jeżeli zacznę się ruszać, to moje dzienne zapotrzebowanie na kalorie wzrośnie do 1750 i w ten sposób zbilansowałabym przynajmniej moje ukochane lody bakaliowe (2 kulki = 270 kcal).  

Tajniki tej nowej diety zgłębiałam odwiedzając Beatę w Łomiankach, jedząc w tamtejszych knajpach "na zapas", tak by gdybym zaczęła dietować, miała co wspominać. Przy okazji odkryłam całkowitą odmienność tej podwarszawskiej mieściny. Z jednej strony za ładnie to tam nie jest:  architekta przestrzeni tam nie było i już nie będzie, bo porządkując ten chaotyczny mix wszystkich stylów, musiałby zacząć od wyburzania, ale z drugiej strony nie ma w nim nic z atmosfery sypialni wielkiego miasta. Rzut beretem od Wwy, 10 minut samochodem do stacji metra, a wszystko jest na miejscu - nie tylko sklepy, ale i knajpy, usługi, kluby itp. I czuć jak tętni to życiem.

A też nie ma co im wypominać tego budowlanego eklektyzmu, bo gdzie się nie spojrzy, zalewa nas fala brzydoty. Jakiś czas temu, w moim Brwi w przydrożną figurkę Matki Boskiej wjechał samochód. Jak wszystkie tego typu przydrożne kapliczki, była kiczowata, ale w tym był jej urok i wdzięk.  

Od kilku dni stoi nowa.   

 

No cóż, widocznie taki czas, że każde miasto ma mieć swój Świebodzin ... 

A wokół Brwi jeszcze sporo wolnego terenu. Oczami wyobraźni widzę ogromne blokowiska. Na razie poszłam obejrzeć budowę kolejnej, powstającej rzut beretem od mojego domu, galerii handlowej.

Tą, której zdjęcie zamieściłam tydzień temu, otwierają za dwa tygodnie. Moim zdaniem będzie to mega klapa, bo nie będzie tam żadnych ciekawych sklepów. Piotr i Paweł oraz Rossman to za mało. Ale obejrzeć fitness klub pójdę. 

Ciekawe co upamiętnia ten krzyż? Zdjęcie to pamiątka wyprawy do Milanówka wzdłuż torów. Poszłam przedyskutować do Joanny nową dietę. Przy okazji objadłyśmy się lodami. 


Na froncie robótkowym zaliczyłam mega porażkę.

Z Funczalem - aż wstyd się przyznaćdojechałam tak daleko, ze muszę poprosić o profesjonalną pomoc, w poniedziałek wybieram się do punktu artystycznego cerowania. A wszystko zaczęło się tak niewinnie - podczas odpruwania roboczej nitki od i nawlekania od dołu oczek z jedno spadło i się "nadpruło".

A potem to już poszło ....


Nie przystąpiłam do Fejsbukowej akcji podczas majówki udziergam się do upadłego. Może instynktownie czułam, że nie odnotuję za dużo sukcesów na tym polu?


Za to wiem już co zrobię z szarego kaszmiru. Inspiracją był Carven long cardigan:


Obawiam się, że poległabym, gdybym wiernie odtworzyła ten wzór. Za dużo szwów.

 

A i tak odpada ścieg patentowy, bo nie mam aż tyle wełny. Zastanawiam się, czy nie zrezygnować z karczku i  nie robić reglanem od góry. W ten sposób uniknęłabym szwów, a im jest ich mniej, tym ładniej. Na obecnym etapie,  projekt swetra wygląda tak (szare fragmenty to ścieg patentowy, reszta to dżersej).

Byłam w Teatrze. Dziwna sprawa - kupiliśmy bilety za 220 zł. Agnieszka podesłała fejsbukowy link, że ci co kupili bilety po tej cenie proszeni są o kontakt z teatrem - zostanie im zwrócone 100 zł, bo w czasie majowego weekendu bilety będą sprzedawane za 120 zł.

K. Warlikowski gwarantuje przynajmniej jedno - świetną grę aktorów. Tu też nie zawiódł. Natomiast co do samej sztuki mam wątpliwości. Gdy idę  do teatru, zwłaszcza na sztukę K. Warlikowskiego oczekuję jakiejś syntezy, opowiadana historia ma być tylko tłem do opowiedzenia czegoś więcej. Natomiast Krum ma w sobie coś z telewizyjnego serialu. Tytułowy bohater wraca do rodzinnego miasteczka po tym jak nie odniósł żadnego sukcesu w wielkim świecie. Czeka na niego nadopiekuńcza matka, dawna narzeczona, przyjaciele. Jedni tak jak Krum, kiedyś coś chcieli, ale ponieśli klęskę. Inni nawet nie zdobyli się na to by chcieć. A życie nawet jak się za wiele od niego nie chce, chłoszcze. Mało odkrywcze. Ale momentami świetnie - między innymi przez S. Celińską czy A. Poniedziałka - zagrane.


W tym tygodniu mój blog obchodził siódme urodziny. Miałam się zastanowić co w związku z tym, ale nie miałam czasu, więc z rozpędu piszę dalej. 

wtorek, 01 maja 2012
Nauka cierpliwości

Po wybraniu wzoru (Harathiel Eluchíl Lace Scarf), zrobiłam z Lace Scrumptious  2 motywy z na drutach 4.5, stwierdziłam, że wzięłam do tego za grube druty, sprułam i zrobiłam 3 motywy na drutach 3.5. 


Wtedy coś mnie naszło, ze  zrobię ten szal nie z wełny od Marty, tylko z kiedyś kupionego jedwabiu.

Zrobiłam 4 motywy i "zaciągnęłam" nitkę. Zrobiła się spora dziura, usiłowałam to poprawić naciągając robótkę, ale na koniec doszłam do wniosku, że lepiej będzie jak to jednak spruję. Chciałam spruć tylko do miejsca gdzie zrobiła się dziura, ale nie udało mi się nabrać oczek i musiałam zacząć od nowa.

Przy kolejnym podejściu, po zrobieniu trzech motywów, znów zauważyłam dziurę, tyle że mniejszą od poprzedniej.

Tym razem nie zaciągnęłam nitki: omyłkowo zrobiłam o jeden narzut za dużo i jak zauważyłam błąd, sprułam tylko to narzucone oczko, naiwnie myśląc, że nie będzie to aż tak widoczne. Niestety było. Nawet przez moment nie łudziłam się, że uda mi się poprawić dziurę, ale od razu zabrałam się za prucie, tyle że czasochłonną metodą oczko po oczku, ale 1.5 motywu "uratowałam". 

I nawet starczyło mi cierpliwości by jeszcze trochę podgonić z robotą. 


Podsumowując:

Gdyby nie pruła miałbym już zrobione 2/3 body szala.

Mam 1/5.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli