niedziela, 27 maja 2012
Nawet najdłuższa żmija

Jak to pisał S.J. Lec: Nawet najdłuższa żmija kiedyś mija:


Widać, że "ręczna" robota. Mam nauczkę, by w projektach robionych latami na starcie dokładnie zapisać założenia wzoru. Nie zrobiłam tego i po kilku miesiącach nie pamiętałam już jak dokładnie szedł wzór. Na koniec jest to bardzo widoczne. Niestety. 

Pozostaje zszycie i zrobienie obrębu. Na dzień dzisiejszy nie wiem jeszcze z czego go zrobię, jeden kwadrat waży ok. 15 dkg, więc na obramowanie potrzebuję około. 90 dkg, a mam tylko 45 dkg. Zacznę od pasmanterii na Śniadeckich, jeszcze niedawno ją tam sprzedawali. W ostateczności mam inną białą owczą wełnę, ale wtedy na koniec może się okazać, że jest za dużo białego.

Teraz robię przerwę z kapą i zabieram się za szary kaszmirowy sweter.  Na razie sprowadza się to do myślenia. Chciałabym go zrobić bez szwów i od góry. Czyli zacząć od tego na co nie mam co pomysłu: od dekoltu.  Szukając wzorów, doszłam tu. Niezła strona, wiedziałam, że nic w sieci nie ginie i można wyświetlać usunięte strony, ale nie wiedziałam że tak sprawnie to działa. Przeszukiwania sieci na razie nie przyniosły efektu, zadałam pytanie na forum i czekam na podpowiedź.  

Dzięki czwartkowej Gazecie zrozumiałam też coś z otaczającej mnie rzeczywistości:

Nasienie Polaka zawiera od trzech do pięciu razy mniej plemników niż Kanadyjczyka czy Fina. Przeciętnie w całym wytrysku Polaka jest od 40 do 50 mln plemników - a więc tyle, ile w ledwie jednym centymetrze sześciennym nasienia mężczyzn tych narodowości.

W artykule było tylko o tym, jak to wpływa na płodność. O tym jaki to ma wpływ na dekiel już nie, widocznie zbyt drażliwy temat. Podobno: zrozumieć, znaczy przebaczyć, ale jeżeli o mnie chodzi w wielu znanych mi przypadkach na dzień dzisiejszy wydaje mi się to niemożliwe (może ta moja zawziętość bierze się stąd, że chociaż mam w Cyfrze + tylko pakiet podstawowy, nie wiem dlaczego, ale nie odłączyli mi TVN24?). 

Pojechałam do Otwocka i uwieczniłam kolejny znak zbliżającego się końca świata, stało się coś co latami wydawało się niemożliwe: Lucy się poddała i używa komórki! 

Przy okazji pożyczyłam kilka książek (nie wiem jak to jest, ale w księgozbiorze Lucy są ksiązki, które nigdzie indziej nie występują). Dwie pierwsze już przeczytałam;

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Seria z kotem reklamowana jest na okładce jako "największy hit od czasu Agaty Christie". Obejmuje ponad 30 tomików, przeczytałam dwa i przynajmniej w tych dwóch przypadkach, wielka ściema. 

Bohaterem dziennikarz Jim Qwilleran, właściciel dwóch syjamskich kotów: Koko i Yum-Yum.  Żyje na amerykańskiej prowincji, gdzie czasami również zdarzają się i zbrodnie. Nie bierze bezpośredniego udziału w ich wyjaśnianiu, ale dzięki kotom je przeczuwa, a potem z zainteresowaniem czeka na odpowiedź na pytanie „kto zabił” (Jim rozumie dawane przez koty znaki, dzięki którym szybko orientuje się w sytuacji i wie więcej niż inni).  Kota który spuścił bombę czytało się to bardzo źle, Kota który poruszył górę trochę lepiej - obie książki tłumaczyły różne osoby, więc pewnie w przypadku pierwszej książki to „zasługa” tłumacza. 

Lucy mówi, że ta seria to kapitalne źródło wiedzy o sposobie budowania lokalnych społeczności, pomysłów na lokalne eventy itp. Może i tak, ale jest jeden szczegół który w tym pomija, nakręca to wszystko zafascynowany budowaniem lokalnej społeczności filantrop. 

W tym tygodniu startuję z mediowaniem. Dwa lata temu byłam na tygodniowym szkoleniu, nie kosztowało żadnych wielkich tysięcy, potraktowałam je jako urlop. Teraz, aby móc być wpisaną na sądową listę mediatorów, muszę jeszcze odbyć staż (trwa mniej więcej rok). Na czym ten staż dokładnie polega nie wiem, mam nadzieję, ze uda mi się go pogodzić z pracą bez brania urlopu (nie rozumiem dlaczego Kodeks Pracy nie pozwala na branie wolnych godzin i jak ma się zajęcie na pół dnia i tak trzeba brać cały). Co dalej z tym zrobię nie wiem - wszystko zależy od tego na ile to mi się spodoba w praktyce. Wstępnie pomysł mam taki, by mediowanie było odtrutką na urzędniczą pracę - myślę, że jedno popołudnie poświęcone na pracę z ludźmi dobrze by mi zrobiło. W razie czego może będę mogła liczyć na łatwiejszy start, bo Ciechom rozkręca już mediację w Pruszkowie. Ale na pewno na dzień dzisiejszy mediacja to hobby, a nie żaden nie pomysł na zawodowe życie. I w najbliższym czasie nie ma szans na zmianę tej sytuacji - deregulacja zawodów prawniczych oznacza zwiększenie liczby chętnych do zarobienia w branży sądowniczej.  

Mały bzdet, a uświadomił mi jak bardzo zmieniła się rzeczywistość. Musiałam przewinąć silnik w pompie od hydroforu. Wróciła odmalowana, tak aby nie tylko była sprawna, ale i by ładnie wyglądała. 

Mogę więc już podlewać ogród. Aby tradycji stało się zadość na oknie od sypialni mam czerwone pelargonie.


Brakuje jeszcze białych na balkonie.

Z kinem bryndza. Wszystko przez godziny seansów: albo o 16-16.30, albo o 19. A tu za ładna pogoda by zostawać w Wwie.

Za to obejrzałam przez przypadek niesamowity film w TVP Kultura: Czerwone kwiatki.

Chiny jakiś czas temu. Przedszkole dla dzieci wysoko postawionych, bardzo zajętych ludzi. Według naszych norm raczej dom dziecka, bo dzieci spędzają (w kilkudziesięcioosobowych grupach) tygodnie bez zobaczenia rodziców. Tytułowe czerwone kwiatki, to nagroda wręczana posłusznym dzieciom. 

Opowieść o tym jak aklimatyzuje się w tym przedszkolu nowe dziecko, buntowniczy, niepokorny czterolatek. Piękny, świetnie zagrany. W kinach tego filmu nie będzie, może jest gdzieś w sieci?

Polecam

 

ps. a Galeria Brwinów czynna jest już do 21.00  jest to bardzo wygodne

niedziela, 20 maja 2012
Galeria Brwi

Galeria Brwinów został otwarta.

 

Dzień po otwarciu wieje pustką. Jest Piotr i Paweł,  Rossaman, trochę sklepów dla dzieci. Ci mają szansę. Ale jest i sklep z garniturami, czy porcelaną, nie wiem czy w tak małym miasteczku dadzą sobie radę. Dziwię się też godzinom pracy - do 19. O tej porze Wwa dopiero wraca z pracy. A martwię się o los Galerii, bo doszłam do wniosku, że to jednak miłe, mieć tak blisko do kiosku z gazetami. Z tym że z kupowania w sobotę na targu jabłek u p. Mietka i tak nie zrezygnuję.  

Próbnie zrobiłam za domem oprysk na mech, ale nawet jak ten środek okaże się skuteczny nie skorzystam, bo jest stanowczo za drogi.  Aż tak mi nie zależy. Zwłaszcza, ze skoro raz wyhodowałam mech, to drugi raz też mi się to pewnie uda.   

Natomiast usunę śliwy, bo kolejny rok nie będzie żadnych owoców. Na targu u pana Mietka  mogę zamówić dowolne drzewo owocowe. Chciałbym  "prawdziwą" czereśnię, tylko nie wiem co można zrobić, by ptaki wszystkiego nie zeżarły.   

I tak w tym roku wstrzymam się z nowymi roślinami, bo zapowiadają suszę. A nie widzę siebie regularnie podlewającej ogród. 

Jako konsument dalej odnoszę porażkę za porażką. Z monitorem cisza. Z parowarem dostałam sms, że mam się zgłosić do sklepu - nie chce mi się tam iść, bo jestem dziwnie pewna, że będzie tak samo jak z chlapiącym żelazkiem, dostanę kartkę z opinią rzeczoznawcy, że sprzęt jest świetny, tylko ja tego nie umiem zauważyć.

Kolejna porażka to drewno. Z powodu łokcia tenisisty, zamówiłam razem z ułożeniem. Mogę tylko zacytować Janeczkę: jak chcesz mieć coś zrobione, to zrób sobie sam.   

Tegoroczny sezon teatralny też zakończyłam totalną porażką.

Żenua

Białostoczczyzna. Tytułowy Ilja to prawosławny wiejski prorok, postrzegany przez okoliczną ludność jako wcielenie Chrystusa - mieszkańcy postanawiają go ukrzyżować, aby przyspieszyć koniec znanego i nadejście lepszego świata. Historia oparta na faktach. Przed wojną żył w Wierszalinie prorok, też go w końcu nie ukrzyżowali, NKWD wywiozło na Syberię z której udało mu się wrócić i umarł gdzieś w przytułku.   

Byłam już na sztuce opowiadającej o tej samej historii co sztuka Słobodzianka w Teatrze Wierszalin. Było tam dużo śpiewu, przenośni i obrazu, tak dużo, że momentami nie wiadomo było o co chodzi.

Z kolei przedstawienie w Teatrze na Woli w zasadzie sprowadza się do wyrecytowania tekstu i wrażenia nie robi to ani, ani. W dodatku sztuka grana jest bez przerwy, więc nie ma kiedy wyjść - użycie słowa "grana" jest lekkim nadużyciem, a grający tytułową rolę Andrzej Seweryn współgra z resztą zespołu i tak samo jak oni, plącze się po scenie.

Z kinem też za bardzo nie wyszło. Co się wybrałam, to okazywało się, ze program w gazecie nie pokrywał się z tym co zastawałam na miejscu. Wszystko przez ten Festiwal:

 

Ostatniego dnia, poddałam się - w podjęciu decyzji pomogła mi dziewczyna, która zaczepiła mnie przed kinem i wręczyła darmowy bilet. A że był to już jeden z ostatnich seansów Festiwalu, przy wejściu dostałam jeszcze katalog.Gdzie ja miałam rozum? Powinnam wziąć tydzień urlopu i nie wychodzić z kina!

Obejrzałam dwa filmy: 3 dni wolności zrobione w szkole Wajdy i Siostry lekkich obyczajów.

W pierwszym kamera towarzyszy mężczyżnie, który po 15 latach wychodzi z więzienia na 3-dniową przepustkę.jedzie z Bieszczad przez pół Polski, by przez chwilę pochodzić po Warszawie i odwiedzić stare kąty. 

 

Solidny kawał obserwacji, bez zbędnego moralizowania, czy wyostrzania opowiadanej historii. Te 15-lat to nie jedyna odsiadka, w sumie bohater filmu spędził w więzieniu 28 lat. I prawdopodobnie znów tam trafi. Ale reżyserowi udało się przedstawić go tak, że nie budzi negatywnych uczuć. Współczucia też nie, ale widząc świat w którym żyje i jego aparat pojęciowy można zrozumieć, dlaczego tak wygląda jego życie. 

Za to Siostry lekkich obyczajów!


Dwie siostry bliźniaczki opowiadają o swoim życiu - ponad 50 lat uprawiały najstarszy zawód świata w amsterdamskiej dzielnicy czerwonych latarni. Jedna z nich, mimo że dobiega do 70-tki, nie wycofała się z zawodu i dalej kusi klientów siedząc w podświetlonej witrynie sklepu. Druga z powodu choroby stawów zmuszona była dwa lata temu wycofać się z biznesu. Energetyzujące.  

Ale życie nie składa się na szczęście z samych porażek. Dostałam się na staż dla mediatorów.  Zaczynam jeszcze w tym miesiącu. 

 A w ramach interesowania się tym co się dzieje w kraju, dawno już coś nie zrobiło na nie takiego wrażenia, jak ta sprawa.


piątek, 18 maja 2012
Przeczytane

Książka prawnuczki Jarosława Iwaszkiewicza Pra, sama weszła mi do ręki - osiołkowałam w księgarni nie mogąc się zdecydować co wybrać, gdy nagle zauważyłam tę książkę. Mieszkam blisko Stawiska, więc musiałam ją kupić. 

Rozliczenie z mitem rodziny w sposób, który może tylko budzić podziw, bo o najtrudniejszych sprawach jest napisane tak, że z jednej strony nie oblepia opisywanych  błotem, ale też i nie buduje kiczowatych ołtarzyków. Przy czym nie umiem powiedzieć, na ile ta książka jest czytelna dla kogoś, kto mało wie o opisywanych w niej ludziach. Wiele spraw zasygnalizowanych jest tu jednym słowem, czy zdaniem, które łatwo można przeoczyć, a które przypomina o czymś, bez czego kontekst danego zdarzenia nie jest do końca zrozumiały. 

Nie jest to biografia Iwaszkiewicza, żadnej innej osobie z tej rodziny też nie jest poświęcone jakoś szczególnie dużo miejsca. Jak się chwilę zastanowić, to jest to książka o rodzinie, o przemijaniu kolejnych pokoleń, powtarzanym przez nie schematom. Z kilku gdzieniegdzie rzuconych słów wynika, ze autorka wzięła się za pisanie tej książki wylądowawszy na tzw. życiowym zakręcie, stąd pewnie próby odpowiedzi na pytanie, na ile rodzinna przeszłość, determinowała wybory życiowe potomków. Ale też tego psychologizowania nie jest w tej książce zbyt dużo - ino szczypta.

Przede wszystkim jest to świetnie napisana saga rodzinna. pełna anegdot, historii, ciekawych historyjek, które mają tę zaletę, że wydarzyły się naprawdę.  Słowem wszystko to co ja lubię. Stąd pewnie moje ochy i achy. Jak ktoś lubi tego typu książki, polecam


 

Paulina Wilk Lalki w ogniu

 

Świetna książka o współczesnych Indiach - nie o zabytkach, czy przyrodzie, tylko o tym jak się tam żyje. Napisana sugestywnie, tak że uderza po wszystkich zmysłach. Niby znam te obrazki z telewizji, ale jest coś w tej książce takiego, że czytając ją, przed oczami przewija się dużo bardziej sugestywny ciąg obrazów. Co z tego że bajecznie kolorowych, skoro "pachnących inaczej". I to nieprzebrane morze ludzi. Jak dla mnie odstraszające.   

I chociaż pod koniec, książka nie wciąga już jak na początku, w ogólnym wrażeniu niewiele to zmienia. Czyta się świetnie .... tyle, że  całkowicie odechciało mi się podróży do Indii. I tak długo, jak będę pamiętać tę książkę, tam nie się  wybiorę.   

Przy czym chyba na pewno nie był to świadomy zamiar autorki. Ona sama jest Indiami zafascynowana.

Birgit Vanderbeke Małże na kolację 


Matka, razem z dwójką dzieci, czeka z uroczystą kolacją na powrót męża z pracy - ma wrócić z upragnionym awansem. 

Gdy ojciec coraz bardziej się spóźnia, zaczynają jeść bez niego. Jego nieobecność się przedłuża i sącząc powoli wino zaczynają sobie wspólnie uświadamiać do jakiego stopnia żyją wymyślonym przez niego życiem, z którym się w żadnym wypadku nie utożsamiają. 

Obraz patriarchalnego terroru w wersji light. Krótko, treściwie i dość ciekawie. Męczy trochę formuła - to, że strumień myśli 18-letniej dziewczyny często jest zagmatwany i chaotyczny to ok, ale dlaczego momentami tak ciężko się to czyta?  Z tym, że biorę poprawkę, że może to być wina tłumaczenia. 



 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli