czwartek, 29 maja 2014
Przeczytane

dobra książka

Zły Tyrmand - Mariusz Urbanek

 

Biografię Leopolda Tyrmanda wzięłam do ręki, gdy miałam już bilety na organizowane w ramach Bagaży kultury niedzielne spotkanie na jego temat (była ona wspomniana na tym spotkaniu, o czym za chwilę). 

Książka stanowi fajne uzupełnienie książki Agaty Tuszyńskiej Tyrmandowie. Ta ostatnia opowiada o amerykańskim małżeństwie Tyrmanda, Zły Tyrmand Mariusza Urbanka opowiada o jego życiu zanim poznał swoją trzecią żonę. Kolejne rozdziały napisane są na podstawie wspomnień różnych osób, które znały Tyrmanda. Nie tworzą one jednolitego, spójnego obrazu - czasami poszczególne opowieści się wręcz wykluczają. To akurat stanowi dla mnie jest główną zaletę tej książki - na jej podstawie każdy może sobie narysować swojego Tyrmanda.

Prawdopodobnie to właśnie nie spodobało się obecnej na spotkaniu Bagaży kultury Barbarze Hoff, jego drugiej żonie. Skrytykowała Mariusza Urbanka, który według niej bohatera swojej książki nie lubi, a sama książka jest nieprawdziwa, pełna przemilczeń i niezgodności, a czasami wręcz kłamstw.

Moim zdaniem Barbara Hoff nie ma racji i przeszkadza jej chyba to, że Mariusz Urbanek nie buduję tą książką pomnika, tylko stara się go pokazać w całej złożoności. A z kolei o jej wiarygodności może świadczyć końcowa uwaga - powiedziała że niektórzy piszą o tym, że podobno on stał się w tej Ameryce konserwatystą. Ale ona go dobrze znała i nigdy w to nie uwierzy.

 

Po przeczytaniu kilku pozycji zaliczanych do literatury faktu, sięgnęłam po coś lżejszego. Gorzej trafić nie mogłam.

 

Tatulo Joyce Carol Oates ma szanse na nagrodę w konkursie na książkę, która najlepiej przedstawia zło w czystej postaci - na inne nagrody bym nie liczyła, bo książka jest po prostu zła.  

Zaczyna się sceną porwania pięcioletniego dziecka - zostaje ono siłą wyrwane matce na parkingu domu towarowego. Rodzice chłopca szaleją z bólu, a porywacz wywozi go daleko, gdzie latami nie tylko go wykorzystuje seksualnie, ale i w bardzo wymyślny sposób torturuje.

I chociaż w końcowych rozdziałach autorka autorka zrezygnowała z jechania na jednym biegu, czyli epatowaniu okrucieństwem, ale mojej oceny tej książki to nie zmieniło.

Dno.

środa, 28 maja 2014
Excel dla idiotów (1)

Dla Darii

Gdy zapytałam pan Gugla jak połączyć dane z dwóch arkuszy, tak mądrze zaczął odpowiadać, że się wycofałam. Za stara jestem by zrozumieć Excela. Mogę co najwyżej, mając już wzór, pokombinować i poprzerabiać go dalej. 

Stworzyłam w Excelu arkusz, który nazwałam  "lista": 

I obok niego, w tym samym skoroszycie drugi arkusz, który nazwałam "wykaz" (w obu arkuszach, jak łatwo zauważyć, powtarzał się numer osoby). 

 

Poprosiłam synka, by mi powiedział jak - przyjmując za klucz numer osoby - wygenerować w Excelu arkusz, w którym były by dane zarówno z pierwszego, jak i z drugiego arkusza.

Poniżej rozwiązanie: 

Otrzymuje się taki wynik:

 

Wprawdzie według mojego synka, robienie tego w Excelu to tak jak używanie nożyczek do paznokci by przystrzyc trawnik w Buckingham (może mieć rację, bo w Accessie, zrobiłam to kwerendą bez jego pomocy), ale nie każdy ma Accessa. 

niedziela, 25 maja 2014

Jako ciociobabcie poszłyśmy odwiedzić małą Marcelinę.  Śliczne są takie małe dzieci. Gumiś był przeszczęśliwy mogąc ją wziąć na ręce.

Następnego dnia byłam na pogrzebie i już na starcie się zeźliłam. Sezon w pełni, wszędzie pięknie i zielono, a na cmentarnym bazarku plastikowo. Gdzieniegdzie trochę doniczkowych, ciętych jak na lekarstwo, zero wyboru - o godzinie 12 wzięłam przedostatnią lilię.

Potem byłam w przycmentarnym kościele - i chociaż był to pogrzeb, miałam nieprzeparte wrażenie, że ołtarz był sceną, na której grane było jakieś upiorne przedstawienie. Prawdopodobnie, kościół nie przywiązuje wagi do godnej oprawy tych ceremonii, bo uważa, że gdyby zmarły był w jakikolwiek sposób zaangażowany w życie religijne swojej parafii, to tam byłby jego pogrzeb. Z kolei rodzina nie czuje się "w prawie" artykułować swoich żądań, bo gdzieś - wcale nie na dnie duszy - wie, że ten religijny ceremoniał nie do końca im "przysługuje". W rezultacie, to czego świadkami są żałobnicy trudno nazwać podniosłą, pełna zadumy uroczystością.

A idąc w kondukcie, przechodziłam koło grobu Taty Kazika (czytam własnie jego wspomnienia o ojcu) więc korzystając z okazji zrobiłam fotkę.

Z tym, ze najważniejszym wydarzeniem były Targi Książki i wizyta Kasi.eire.

Same tragi nie robią już na mnie takiego wrażenia. Książki te same co w księgarniach, autografów nie zbieram. Ale spotkania są ciekawe. We Wrzeniu  Swiata byłyśmy na spotkaniu z autorami książki o Ukrainie: Symetria asymetryczności. Dwóch młodych chłopaków - Polaki i Ukrainiec wybrało kilka podobnych miejsc w obu krajach i je opisało, starając się zwracać uwagę na te same kwestie (nazwali to metodą badawczą). Książka zapowiada się ciekawe i sama nie wiem dlaczego jej nie kupiłam.

A dla Kaśki dodatkową atrakcją była możliwość zrobienia sobie zdjęcia z Mariuszem Szczygłem (z tyłu, z miną diabełka, Dorota).  

Na samych Targach poszłyśmy na spotkanie z Markiem Dannerem, autorem książki o masakrze w El Mozote (tej książki też nie kupiłam).

Spotkanie ciekawe, jedna rzecz mi zapadła w pamięć, odpowiadając na jedno z pytań, autor książki zwrócił uwagę, że chociaż sprawcy starają się by nie przeżył żaden świadek masakry, prawie zawsze komuś udaje się ją przeżyć. W przypadku osady El Mozote, gdzie armia wymordowała ponad 1000 mieszkańców, udało się to jednej dorosłej osobie, Rufinie Amaya.

Książka była nominowana do nagrody im. R. Kapuścińskiego, ale jej nie otrzymała (zwyciężyła książka: W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa Elisabeth Asbrink).

Ponieważ nie było żadnego ciekawego spektaklu teatralnego, poszłyśmy do Teatru Żydowskiego na organizowane w ramach cyklu Bagaże kultury spotkanie na temat Leopolda Tyrmanda. W spotkaniu wzięła udział Barbara Hoff (jego druga żona), Wanda Warska, Tomasz Karolak i Paweł Brodowski (redaktor Jazz Forum). 

Najwięcej (i na szczęście najciekawiej) mówiła Barbara Hoff. Wanda Warska śpiewała, ale .... ma już z swoje lata. Ja się na to spotkanie przygotowałam - przeczytałam o nim książkę Mariusza Urbanka, B. Hoff bardzo ją na tym spotkaniu skrytykowała, ale o tym to już będzie w recenzji, która może mi się uda tym tygodniu napisać.   

Gospodarzem spotkania był Remigiusz Grzela, okazało się że od roku prowadzi takie spotkania, było to 10, ostatnie przed wakacjami, warto o tym pamiętać.  

A równolegle do książki o Tacie Kazika, czytam wspomnienia Karola Modzelewskiego i zaznaczam sobie na Kindlu co smaczniejsze kąski, na przykład:

pan Borowik, miał dobrze płatne zajęcie dekarza, był jednak nałogowym pijakiem, miewał napady obsesyjnej zazdrości i ciotkę bijał. Wreszcie użył brzytwy: podciął ciotce żyły na szyi i usiłował poderżnąć sobie gardło. Na szczęście najstarsza córka Honorka wyrwała mu brzytwę gołymi rękami. Za próbę zabójstwa dostał pięć lat, a ciotka opowiadała mi z dumą: „I wiesz, Karolku, taka byłam wtedy stanowcza, że się z nim rozwiodłam.

niedziela, 18 maja 2014

Wpajana nam przez Janeczkę zasada: Jak chcesz mieć coś zrobione, zrób sobie sam, dotyczy i ogrodu. Fajnie jest, jak ktoś przyjdzie, skosi, zgrabi. Ale dopóki robiłam w ogrodzie sama, wołając tylko co najwyżej do cięższych prac, zupełnie inaczej to wyglądało. Wzięłam więc grabie do rąk i staram się przywrócić trochę zieleni. Ale kiepsko mi idzie. 

Grzebanie w ziemi jest męczące, czasochłonne i co chyba najbardziej mnie irytuje,  nie ma końca. Miało padać, wiec posiałam trawę, deszcze odwołali, wiec doszło mi jeszcze podlewanie ogrodu.

 

Generalnie z niczym się nie wyrabiam, za miesiąc ślub Gumisia, z myślą o tym by nie wyglądać jak wieloryb miałam schudnąć. No ale nie wychodzi. Ciotka Beata Młodsza, by pokazać że można jeść smacznie i bez kalorii, kupiła mi na Allegro coś takiego.


To jest naprawdę dobre! I jak się popatrzy na skład, nie naszpikowane chemią.

Z pamiętnika wk ... konsumentki

Mazowieckie Przewozy Regionalne

Historia z polskim Pendolino pewnie byłaby śmieszna, gdyby nie to, że ta zabawa została sfinansowana z naszych podatków. Mazowieccy kolejarze, niestety nie mogli aż tak poszaleć, wprawdzie kupione przez nich składy pasują do naszej rzeczywistości tak jak to Pendolino, no ale nie ta skala ... w każdym razie teraz przerzucili się na ekrany. Zastawiają nimi cała trasę (zdjęcie nie moje, wzięłam z gazety. pl).

I tak wszyscy mamy w plecy, bo "szwagier" ma firmę z ekranami, a nie z torami. Na to by wyremontować te ostatnie, pieniędzy na pewno już nie starczy.

Poczta Polska

Odebrałam paczkę. Zamiast tych ślicznych włóczek, były w niej jakieś badziewne okulary:


Ewidentnie ktoś podmienił na poczcie paczki. Ale wcale nie jest pewne, czy uda mi się to skutecznie zareklamować,  

Amazon

Bateria mojego nowego Kindla starcza na tydzień, ale zanim go zareklamuję, postanowiłam się mu jeszcze przyjrzeć, redukując - poprzez ograniczenie do minimum synchronizacji - zużycie baterii. Wywaliłam z chmury Amazona wszystkie książki i postanowiłam wykorzystywać ją tylko do prenumerowanych gazet. Straciłam na to całe piątkowe popołudnie - nagle okazało się, że w chmurze była tylko część wysłanych tam książek, musiałam szukać ich gdzie indziej, nie wszystkie były na dysku, o kilka musiałam poprosić. Ale dałam radę. Chwile później okazało się, że moja chmura w Amazonie przestała działać i mogę sobie na nią wysyłać jak na Berdyczów. Zanim udało mi się na chacie Ąmazona coś wyjaśnić też upłynęło sporo czasu - w końcu połączyli mnie z member of the specialist team, gdzie znowu coś długo sprawdzali i na koniec zapewnili, że oni nad tym pracują i że postarają się szybko ten problem rozwiązać. Szybko, tzn. w ciągu kilku dni. Czyli mieli awarię i pewnie z tego powodu z chmury wyparowała połowa książek.    

I tak sobie myślę, że przenoszenie wszystkiego do sieci (właśnie powoli robi się to z obsługą administracyjną) nie jest najlepszym pomysłem. Może i ten epuap jest fajny, ale elektroniczne państwo nie budzi mojego zaufania. 

sobota, 17 maja 2014
Przeczytane

Tydzień z Remigiuszem Grzelą

 

dobra książka

Po przeczytaniu recenzji Kasi.eire, trudno było natychmiast nie wziąć tej książki do ręki.

Książka rzeczywiście bardzo dobra.

Trzy pokolenia mężczyzn: dziadek-partyzant, tatuś-oportunista i synek-piotruśpan. Każdy z nich żyje odrębnym życiem (dziadek nawet nigdy nie poznał swojego syna i wnuka, wie tylko o ich istnieniu).Książka to snuta przez tych trzech panów w naprzemiennych relacjach opowieść o nich samych. A żyje się im całkiem nieźle, bo brzemię ich ciężkiego losu, zawsze dzielnie dźwigały (i dźwigają), otaczające ich kobiety.

Prawdopodobnie, bohaterowie książki pojawili się kiedyś w tle przeprowadzanych przez R.Grzelę wywiadów, zostali "sklejeni" z kilku postaci, które jako reporter spotkał, czy o których usłyszał. A polska historia, która jest jedną z bohaterek tej książki, daleko odbiega w niej od tej ze spotów reklamowych. I chociaż trudno bohaterów tej książki lubić (to samo dotyczy i poświęcających się dla nich kobiet), zasysa już od pierwszych stron. I tak jak nie przepadam za bardzo opasłymi tomami, ta jest zdecydowanie za krótka. 

W dodatku jest to wszystko świetnie napisane - beż żadnych postmodernistycznych hołubców, bicia piórem piany społecznego oburzenia - tylko spokojnie, tak jak to drzewiej bywało, piękną wartką frazą. Jest to jego druga - po zbiorze wywiadów Wolne:  przeczytana przez mnie książka Remigiusza Grzeli, wpisałam go w podsumowaniu 2013 roku jako "odkrycie", po tej książce jedyne co pozostaje to bardziej energicznie zacząć się zapoznawać z jego twórczością. 

 

dobra książka

I tak idąc za ciosem, przeczytałam jeszcze jedną jego książkę


Tym razem powrót do wywiadu, ale z jedna osobą. Inna sprawa, ze Joanna Penson przeżyła kilka "żyć", - warszawianka, aresztowana spędza 5 lat w obozie w Ravensbrück, po wojnie razem z mężem lekarzem osiada Gdańsku, tam działa w opozycji, zostaje lekarzem Wałęsy. Gdy spisywany jest ten wywiad ma 92 lata, dalej pracuje, codziennie przychodząc do biura Lecha Wałęsy, tłumacząc dokumenty.

Bardzo ciekawie napisana opowieść o bardzo ciekawej kobiecie. 

Na przykład programowo odcięła się od wspomnień wojennych. Jej córka wie tyle, że siedziała w Ravensbrück, niewiele więcej. Z tym, że nie miało to charakteru radykalnego odcięcia się od przeszłości, spotykała się z byłymi więźniarkami,  to z tej grupy tuż po wojnie, rekrutowały się jej przyjaciółki. Ale według niej, to to, że tego nie rozpamiętywała, nie przenosiła do kolejnych rozdziałów swojego życia, pozwoliło jej dalej cieszyć się życiem. 

Zanotowałam sobie co powiedziała o śmierci: 

Myślę, że warto, byśmy porozmawiali o śmierci i starości, bo to są ważne dla mnie tematy. Mówienie, że rozpaczliwe jest kończenie się życia, z mojego punktu widzenia zdaje się głęboko nieprawdziwe. Mówi się dużo o strachu przed śmiercią... Ale doświadczenie medyczne, jakie mam, dowodzi, że tak naprawdę człowiek jest do śmierci przygotowany. Ani w szpitalu, ani w hospicjum nigdy nie widziałam strachu przed śmiercią, chociaż widziałam masę śmierci. Nie widziałam, żeby człowiek bał się w momencie, kiedy umiera. Zawsze miałam wrażenie, że jest jakiś mechanizm przygotowujący człowieka do śmierci. Boimy się śmierci, kiedy nie jesteśmy na nią gotowi, ale kiedy ten moment już przychodzi, kiedy człowiek zaczyna umierać, lęku nie ma. Wtedy następuje jakieś biologiczne przygotowanie. (...) niewątpliwie jest spokój, który spływa na umierającego. 

Dopóki jeszcze żyją takie osoby, nie można do końca sfałszować historii. Dobrze, że ktoś spisuje ich relacje. A Remigiusz Grzela jest naprawdę w tym dobry. TeresaTorańska ma następcę. 

niedziela, 11 maja 2014

Na weekend miałam taki plan, że miał padać deszcz, a ja:

- miałam czytać książkę (Złodzieje koni Remigiusza Grzeli),

- robić na drutach (przypomniała sobie o wciśniętym w kąt Abrazo),

- oglądać drugi sezon In Treatment,

czyli robić same przyjemne rzeczy.

Niestety drugi weekend z rzędu nie padał deszcz i musiałam się udać do ogrodu. Tradycyjnie na oknie sypialni posadziłam czerwone pelargonie (będzie ich więcej, ale akurat czerwone wszyscy kupują i w sobotę w sklepie "ich zabrakło"):


Przerasta mnie to, że trzeba coś zrobić z trawnikiem. Nikt tego za mnie nie zrobi - dopóki w ogrodzie robiłam sama, było jako tako. A teraz to nie wiem, czy jest jeszcze co zbierać.

Ale na szczęście w tym tygodniu mam spotkanie z "coachem" , Ańćka się wyszkoliła i ma teraz na mnie trenować. Jako materiał szkoleniowy miałam prawo wybrania tematu, zdecydowałam się na "mieszkanie w Brwi". Może po tym spotkaniu (ma trwać minimum 2 godziny), coś mi się głowie rozjaśni i będę wiedziała czego chcę. 

 

Brakuje mi kina (czasu na kino też).

Kiedy umieram to adaptacja książki Faulknera - w krajach anglosaskich podobno należącej do żelaznego kanonu lektur szkolnych: ostatnią wolą matki było to, by pochowano ją w rodzinnym mieście - mąż i jej pięcioro dzieci ładują trumnę na wóz i "udają się w podróż". Jeszcze zanim ta podróż się zaczęła, wiadomo ze nie jest to dobry pomysł. 

Piękne zdjęcia, Dobra gra. Mnie się podobał - nie przeszkadzało mi nawet, że w niektórych momentach na podzielonym ekranie, wyświetlane były równolegle dwie sceny - te zabiegi stylistyczne, miały na celu odwzorowanie struktury książki.

Ale też zdaję sobie sprawę, że to film dla tych, którzy lubią klimat Faulknera (klimat, nie prozę, bo miłośnicy jego książek pewnie  mieli by do tego filmu sporo zastrzeżeń). Słowem nie każdemu musi się ten film podobać. 

 

Kupiłam Cascade na dokończenie Pianina, ale tak przy okazji popatrzyłam na włóczki i w Fastrydze kupiłam bawełnę na letnią kamizelkę (tyle, że żakard nie ten co na zdjęciu, ale z szala Thistle).


 

Na forum mieszkańców Brwi, ktoś dla żartu zamieścił taki fotomontaż:

W komentarzach o bolszewicko-żydowskiej ... Jak chciałam kiedyś napisać na tym forum o paleniu toksycznych odpadów, czy o Mazowieckich Kolejach Mazowieckich, ustawiony przez administratora film odrzucał moje wpisy, ale te komentarze filtr "przepuszcza".

Tymczasem rynek Brwi wygląda tak:

 

 Z pamiętnika wk ... konsumentki

dc. epopei z kupowaniem ebooków na Allegro

Allegro do mnie:

Anulowałam Pani proces zakupowy. Może Pani ponownie kupić e-booka. Kod rabatowy powinien być jeszcze aktywny. Dodam, że nie był to błąd systemu. Po tym jak rozpoczęła Pani transakcje której nie opłaciła system oczekiwał na wpłatę i mechanizm blokujący przed zdublowaniem zakupu uniemożliwiał ponowne dodanie tego tytułu do koszyka ze względu na wcześniej rozpoczęty zakup. 

Ja do Allegro:

Różne rzeczy się dzieją. I jest to zrozumiale, nawet jak w pierwszej chwili lekko irytuje. Natomiast traktowanie klientów, jak by to były misie o bardzo małym rozumku, irytuje i to mocno. Udzielona mi odpowiedz świadczy o tym, ze albo Państwo nie przeczytali uważnie mojej reklamacji, (za tym przemawia też to, że proponują mi Państwo zakup ksiązki, mimo ze jak napisałam w swojej reklamacji kupił mi ją mój syn, bo jego login działał) albo jest tak, że w Państwa serwisie obowiązuje zasada, ze jak cos się dzieje, to nigdy to nie jest błąd systemu, tylko klienta. Żegnając się z Państwa serwisem informuje, że nie czuje się odpowiedzialna za to, ze po naciśnięciu klawisza "place" wyświetlała się informacja, że strona ma błąd. Mam czytnik od dawna, doświadczeń z kupowaniem huk, ale do tej pory czasami narzekałam na sformatowanie książki, na to jak się kupuje nigdy, Przynajmniej w jednej konkurencji są Państwo na pierwszym miejscu. 

Termin ważności leków

W ramach wiosennych porządków zajrzałam do apteczki - wszystkie wywaliłam.


Ale ponieważ Aspirynę Bayera kupiłam całkiem niedawno, jestem pewna że sprzedano mi ją mniej więcej dwa miesiące przed upływem terminu ważności. Myślę - i ta siatka jest tego dowodem - że taka jest polityka aptek. Moja mama twierdzi, że terminy ważności to lipa, wymyślona przez koncerny farmaceutyczne, które w ten sposób stymulują popyt i przeżyła życie, nie zwracając uwagi na takie ":drobiazgi". Nawet jeżeli nie ma racji, dobrze na tym wyszła. 


A na koniec taka ciekawostka:


piątek, 09 maja 2014
Przeczytane

 Człowiek z laserem. Historia szwedzkiej nienawiści Gellert Tamas

Biorąc tę książkę do ręki, oczekiwałam socjologicznej analizy – tymczasem książka okazała się reportażem, i to nie tyle o szwedzkiej nienawiści, ile o bezradności państwa, które - o ironio - cieszy się opinią państwa opiekuńczego, z lekkim totalitarnym zawijasem. 

Tytułowy mężczyzna z laserem pierwszy raz strzelił do emigranta w 1991 roku Zanim został złapany, strzelił jeszcze 10 razy, dziwne że strzelając z bliska, w wypracowanych sytuacjach – czyli sam na sam, bez pośpiechu zabił tylko jedną osobę, a strzelania uczył się w wojsku. 

Ale jeszcze dziwniejsze jest to, że w tym czasie (tak jak i wcześniej), żył z napadania na banki i za zdobytą w ten sposób gotówkę, ze zmiennym szczęściem grał w kasynach, żyjąc na ulicy, lub pławiąc się w ostentacyjnej konsumpcji. Miał też bogatą kartotekę – był w więzieniu, leczył się psychiatrycznie, był wielokrotnie notowany z powodu niekontrolowanych wybuchów agresji.

I można by te listę ciągnąć dalej ...

To nie był seryjny morderca, który ukrywał się pod maską przykładnego obywatela. Indolencja policji to mało. W pewnym momencie wzięto go pod uwagę, bo jeden policjant pamiętał go ze śledztwa w sprawie zabójstwa Olafa Palmego - był w kręgu podejrzanych, których alibi sprawdzano. I prawdopodobnie uniknął by kary – w tym czasie podróżował po świecie pod innym nazwiskiem -  gdyby nie to, że preferował napadanie na szwedzkie banki.

Irytujący jest obraz świata w tej książce. A co gorsza to nie fikcja literacka.

 Ale czytałam lepsze reportaże.

niedziela, 04 maja 2014
Niestety w niedzielę przestał padać deszcz

Niestety w niedzielę przestał padać deszcz i ponieważ nie potrafiłam znaleźć żadnego wytłumaczenia, wyszłam do ogrodu. A raczej do chwastnej dżungli.

Dziwi mnie brak kwiatów bzu. Zwłaszcza, że o ile na udającym drzewo, rosnącym za płotem bzie nikt po przekwitnięciu kwiatów nie obcinał, to ja moje krzaczki wystrzygłam. I to właśnie na nich nie pojawił się ani jeden pąk bzu. I rośnie taki bzowy łysiol:

Za to przyjął jaśmin i jest szansa że dziura w płocie zarośnie. Boję się zasadzić tam jeszcze coś bo i tak podziwiam mojego jaśminka, że udaje mu się podkradać wodę starym tujom.

Wiosna przyszła w tym roku wyjątkowo późno - dopiero w ten weekend Staśka zabrała z komórki kajak.

Jak już otworzyłam komórkę, nie miałam wyjścia i zrobiłam w niej porządek. Spojrzałam w drugą stronę i od razu uporządkowałam też moją drewutnię. Porządkując miejsce po wypalonym zimą drewnie, pomedytowałam nad tym, jak jak szybko  sosny "podnoszą" poziom ziemi. Między płotem a drewnem, nikt nie grabi, i  ciągu kilku lat z igieł robi się całkiem spory wałeczek, może jeszcze nie ziemi, ale już czegoś, co to zapowiada. . 

W tym miesiącu mam zamiar kupić drzewo. Cen nikt nie podniósł (konkurencja), ale na przykład tam, gdzie do tej pory zamawiałam drewno, na samochód "wchodzi" teraz 7 m2  drewna. Dwa lata wchodziło 6m2. i samochód był załadowany po tzw. kokardkę.

Mam już kadłub Pianina. 

Nie jestem do końca zadowolona z wykończenia, ale miałam już dosyć kombinowania z dekoltem. Niby wszystko jest ok, ale czegoś mu brak, za bardzo "widać, ze ręczna robota".

Czy w tym będę chodzić, nie wiem. A nawet jak, to nie szybko. Bo zabrakło mi wełny, czarnej Cascade 220 #8555 i nie ma jej ani Marta w swojej Zagrodzie, ani e-dziewiarka. Muszę zamówić, chyba zrobię to tu. W porównaniu z innymi, mają dość atrakcyjne ceny. Zastanawiam się czy nie dokupić jeszcze białej wełny i z tego co zostanie, zrobić żakardowe czapeczki. 

Za to jestem bardzo z siebie dumna, bo wreszcie skończyłam moją kapę.

Odwlekałam jej podszycie, ponieważ nie mogłam znaleźć wystarczająco szerokiego materiału. Byłam gotowa kupić węższy i zszywać, gdy w zwiezionych przez synka rzeczach odkryłam niebieską kapę z Ikei.

W pierwszej chwili byłam nawet gotowa wyciągnąć maszynę, na koniec podszyłam w ręku. też "widać, ze ręczna robota", ale w tym przypadku mi to nie przeszkadza. Robiłam to z myślą o wykorzystywaniu kapy, jako zimowego kocyka. Po podszyciu kapą z Ikei, jest to jednak tak cięźkie, że nie wiem czy nie będę się czuła za bardzo pod tym przygnieciona. 

 

Z pamiętnika wk ... konsumentki

Orange

Wieczorem, będąc na mieście zauważyłam, że komórka nie „widzi” sieci. Postanowiłam ją zresetować, ale chwilę później okazało się, że tylko mi się wydawało, że pamiętam PIN. Machnęłam ręką, bo byłam przekonana, że zadzwonię na infolinię i podadzą mi PUK. Ale…. Infolinia Orange działa w godzinach 8-20. Wprawdzie nagrany na taśmę głos informuje, że w pilnych sprawach istnieje możliwość połączenia z konsultantem i w pozostałych godzinach, ale sporo zapłaciłam (połączenie jest płatne), zanim przekonałam się, że to fikcja. Całą dobę, działa jedynie pomoc techniczna neostrady, z nimi bez problemu się łączyłam.

Wszystko można „załatwić” logując się na stronie ale – jeżeli zapomniało się hasła – też nie jest to możliwe, bo nowe hasło przysyłają na komórkę, nie na mail.

A w godzinach 8-20 radzę udawać zainteresowaną podpisaniem umowy. Wtedy, nawet dość szybko, uzyskuje się połączenie. Wystarczy wziąć na litość i sprawa załatwiona … brr.

Kupowanie ebooków na Allegro

Kasia.eire dostała kod uprawniający do zakupu z 40% zniżką i ustaliłyśmy, że kupię I tom wchodzącej właśnie z dużym przytupem  Mojej walki. Bez problemu zalogowałam się na Allegro, czasami coś tam kupuję, ale nigdy nie kupowałam ebooków. Wybrałam płatność jednym bankiem, nie zadziałało, wybrałam drugi bank w którym mam konto, to samo. Spróbowałam zapłacić kartą - porażka. Wymyśliłam, że to może wina przeglądarki i z Chrome przeszłam do  IE. Tu też nie mogłam zapłacić, pewnie jakaś awaria strony. Bywa. Tyle, że kod już nie działał - zapisany był jako wykorzystany. 

piątek, 02 maja 2014
Przeczytane

Timur Vermes On wrócił

 

On wrócił On wrócił to fajnie się czytająca, pełna celnych obserwacji satyra na rzeczywistość, z tym że wyłaniający się z niej obraz naszych czasów, jest nie tyle śmieszny, co przerażający.

Rok 2011. Na berlińskiej ulicy nagle się Adolf Hitler - tak jakby w maju 1945 roku wsiadł w wehikuł czasu (jego mundur początkowo lekko zalatuje benzyną) i uciekając z sytuacji, w której dalsza realizacja jego wizji stałą się niemożliwa, przeniósł się w bardziej „sprzyjające” temu czasy. Z tym, że on sam nie miał z tym nic wspólnego, w pierwszej chwili nie rozumie co się dzieje, a o tym, który jest rok dowiaduje się z nagłówków gazet. Szybko adaptuje się do nowej sytuacji: nikt tak jak on nie potrafi udawać Adolfa Hitlera. Dzięki temu staje się gwiazdą telewizji i dostaje własny program. Otoczenie widzi w nim genialnego aktora, nie traktując poważnie tego co mówi. A tymczasem on nie zmienił poglądów i głosi je w telewizji do coraz większej widowni.

Fajne jest w tej książce to, że bardzo oszczędnie potraktowana została kwestia adaptacji kogoś z lat 40-tych ubiegłego wieku do dzisiejszej techniki. Nawet jeżeli w toalecie zdziwiły go spłuczki na fotokomórkę, autor o takich drobiazgach się nie rozpisuje. W zamian śledzimy, jak poznaje zasady działania telewizji, Internetu, widząc w nich sprawne narzędzia do realizacji politycznych celów.

Nie jest to żadne arcydzieło. Jak dla mnie za dużo jest też nieczytelnych dla kogoś z zewnątrz, odniesień do niemieckiej rzeczywistości politycznej. Ale momentami ciekawe, kilka fragmentów dających do myślenia. Nie zmarnowany czas. .

 

O następnych dwóch książkach trudno coś dobrego powiedzieć.


Helen Fielding Bridget Jones. Szalejąc za facetem


Myślałam, że kolejny tom przygód Bridget Jones jest tylko źle przetłumaczony, ale Ańcka brnie przez to w oryginale i mówi, że po angielsku równie drętwo. 

Mniszkówna XXI wieku. Bridget ma ponad 50 lat i jest zamożną wdową z dwójką dzieci. Postanawia schudnąć, zadbać o siebie i jeszcze raz zapolować na faceta. Oczywiście z kilku ofert wybiera tę najlepszą (wymowa tej książki jest taka, ze facet u boku być musi). A tak na deser, jeszcze się rozwija zawodowo - wprawdzie pieniądze po zmarłym mężu starczają jej na dostatnie życie, ale do sukcesów w miłości, pasuje i zawodowy. Więc tak od niechcenia pisze scenariusz filmowy.

Grepsy, które śmieszyły w pierwszym tomie, tu już nie śmieszą. Pewnie nakręcą kolejny film - jak dopiszą dobrą listę dialogową, może i da się to zjeść. W formie książki jest niestrawne.

 

Anna Fryczkowska Z grubsza Wenus.

To jest bardzo źle napisana książka. Tyle, że  trzeci tom Bridget Jones nie jest wiele lepszy, a jest przetłumaczony na wiele języków i zdobi witryny wielu księgarń.

Na wczasach odchudzających w jednym pokoju zostają zakwaterowane, dwie bardzo się różniące od siebie panie. Przyjechały z bagażem problemów życiowych (bagaż zbędnych kilogramów ma tylko jedna z nich). Na początku bardzo miedzy nimi iskrzy - czytelnik, który wie, co im się w głowach kłębi, rozumie ich zachowania. One mieszkając z sobą w jednym pokoju stanowią dla siebie zagadkę.

Ale potem, zgodnie z formuła takich książek, wszystko dobrze się kończy. A ja zostałam z pytaniem, po co tę książkę w ogóle wzięłam do ręki. Z powodu tytułu?

 

Kwintet Awinioński Durella jakoś do mnie nie przemówił. Po kilkudziesięciu stronach zaczęłam się rozglądać za jednorożcem, bo tylko jego mi brakowało. Proza dla miłośników Calvino. Jeszcze raz spróbuje podejść i dam sobie spokój.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli