niedziela, 31 maja 2015

Moje - więc jedynie słuszne - komentarze do rzeczywistości

wybory

Dawno temu, na początku lat 70-tych, spędzałam wakacje w Dębkach (w tamtych czasach uroczej, dopiero co odkrytej nadmorskiej wiosce). Pod koniec skończyły się nam pieniądze, ale honor nie pozwalał wracać do domu, bo byłoby to przyznanie się do tego, że nie potrafiliśmy nimi gospodarować. Więc przez ostatni tydzień żyliśmy na tzw. "sępa". Jednym ze sposobów było chodzenie do knajpy, gdzie stary wojak karmił (a najbardziej uważnych i "poił") słuchających jego tyrad. Przygwożdżonych w ten sposób do stołu przekonywał, że polska armia powinna przestawić się na konie, bo owies - w przeciwieństwie do ropy - mamy własny.

coaching

Chyba już wiem o co chodzi z tym coachingiem. Do tej pory myślałam, że chodzi tylko o to by mieć z czego szkolić (oczywistą oczywistością było, że asertywność wszystkim się już przejadła). Ale miałam okazję przyjrzeć się temu bliżej i wpadłam na taki pomysł:

Po tym jak edukację przekształcono w krainę powszechnej możliwości, gdzie każdy może zdać maturę, a potem na podstawie dobrych stopni, dostać papier że jest magistrem, tak "wykształcona" masa pojawiła się na rynku pracy. Pomijając brak wielu podstawowych umiejętności, cechuje ją przekonanie o posiadaniu takowych (nie ma co mieć im tego za złe, wmawiano im to przez lata, że każdy może wszystko, aż to w to uwierzyli).

Coaching pozwala to zjawisko opanować. Z jednej strony kontynuuje linię szkolną wmawiając, że wystarczy tylko chcieć. Za wzór stawia przy tym faceta bez rąk i nóg, który osiągnął "sukces" (gdzieś pod spodem czai się przekaz: "skoro można bez rąk i nóg, to z czterema kończynami masz i tak o niebo łatwiej"). Z drugiej strony couching pracuje nad kadrą kierowniczą urabiając ją przekazem: jeżeli narzekasz na personel, twierdzisz że z "tymi" ludźmi nie możesz zrealizować tego, czego się od ciebie wymaga, świadczy to jedynie o tym, że nie nadajesz się na szefa.

I tak to się kręci - nawet jeżeli przerysowałam, to tylko troszeczkę. 


Jeżeli chodzi o moje blogowanie, dalej osiołkuję. Blox nie odpowiedział na mój mail, pośrednio jest to potwierdzenie, że nie przewidują, przynajmniej w najbliższym czasie, zmiany obranego kierunku. Na razie przeniosłam na bloggera mój, składajacy sie z kilku postów, blog o drutach (linku w bocznej szpalcie nie dałam, bo ta funkcja, podobnie jak i wiele innych, jest już na bloxie "wyłączona"). Po jednym dniu widzę, że środowisko bloggera jest dużo bardziej przyjazne, a w necie jest całe mnóstwo podpowiedzi co i jak zrobić. Może jak się tam urządzę, to się przeniosę, ale decyzji jeszcze nie podjęłam. Przede wszystkim przyzwyczaiłam się do bloxa, źle mi tu nigdy nie było i mam w sobie jakiś opór na zmiany.   

 

Drutowo miałam się mieć czym pochwalić, ale nie mam, zamiast drugiego rękawa, właśnie sprułam pierwszy.

 

Gdyby nie założenie, ze ten sweter robię na wzór, to bym zostawiła, licząc na cuda blokowania. A tak to zrobię jeszcze raz (a może i jeszcze raz?)

 

Widziałam w tym tygodniu dwa dobre filmy.

dobry film

Taxi-Techeran

Nagroda w Berlinie jest według mnie nagrodą za pomysł i niezłomność. Panahi obszedł wydany mu zakaz kręcenia filmów, montując film ze scenek nakręconych małą kamerką.

Wszystko dzieje się w prowadzonej przez Panahiego taksówce, z rozmów jakie prowadzi z kolejnymi, zabranymi przez siebie z ulic Teheranu pasażerami, wyłania się dość ponury obraz Iranu.  

Tak na marginesie, trochę wbrew stereotypowym przekonaniom, kobiety w tym filmie są silne, pewne siebie i swoich racji. Jedna ze scen przypomniała mi podobną z Rozstania. W tamtym filmie kobieta tłumaczyła mężczyźnie, że muszą coś zrobić, mimo że jest wbrew ich interesom, bo inaczej popełnią grzech. W tym, dziewczynka widząc jak jej szperający w śmieciach rówieśnik podnosi i szybko chowa do kieszeni pieniądze, które wypadły komuś z kieszeni, woła go i każe mu je zwrócić. Czuć, że to odwoływanie się w takich codziennych zwykłych sytuacjach, do zasad moralnych nie jest niczym niezwykłym i że kobieta ma w takich sytuacjach niekwestionowane prawo, by pouczać i przywoływać do porządku.

dobry film

Złota dama, to kolejny film oparty na prawdziwej historii.

Tym razem obserwujemy jak nasza bohaterka, która uciekła z Austrii przed hitlerowcami, postanawia odzyskać zabrany wówczas jej rodzinie obraz. Gra toczy się o duża stawę, bo Austriacy traktują ją jako swoją  "narodową Monę Lizę" 

Obserwujemy batalię prowadzoną przed amerykańskim, potem austriackim sądem. Przerywnikami są obrazy z bogatego, pełnego obrazów i dzieł sztuki żydowskiego domu w przedwojennym Wiedniu. Obok rodziców i siostry bohaterki, mieszkało w nim bezdzietne małżeństwo: stryj z żoną, ciotką Adelą. I o ile dla Austriaków obraz to dobro narodowe, dla naszej bohaterki jest to portret ukochanej cioci Adeli.

Jak na film biograficzny jest naprawdę dobrze zrobiony. Unika hollywoodzkich płycizn i chociaż z góry wiadomo jak się skończy, wciąga. Nie bez znaczenia jest i to, że film jest świetnie zagrany (rewelacyjna Helen Mirren).

Zobaczyłam też w końcu (ale na małym ekranie) Zimowy sen.

Nie rozumiem, dlaczego ten film był wyświetlany tylko przez jakiś miesiąc i to w bardzo dziwnych godzinach - pamiętam, że nie chciałam iść na godzinę 20 (film trwa ponad trzy godziny) i czekałam na bardziej przyjazną porę rozpoczęcia seansu. W międzyczasie film błyskawicznie zniknął z ekranów. O tyle to dziwne, że dostał w Cannes Złotą palmę.

Emerytowany aktor prowadzi mały, odziedziczony po ojcu, hotel w górach Kapadocji. Razem z nim mieszka jego młoda żona i rozwiedziona siostra. Okolica jest słabo zaludniona i w filmie występuje niewiele więcej osób. Bohaterowie prowadzą prowadzą w przytulnych, ogrzewanych kominkiem pomieszczeniach rozmowy o życiowych wyborach. Za oknem ostra zima i piękne krajobrazy.

Przejmujący film o samotności, braku porozumienia, nawet tam gdzie są dobre chęci. Ten film jest na tyle dobry, że nawet jak się go ogląda w domu, zachowuje resztki swojego uroku. Szkoda, ze przeleciał przez ekrany jak meteor. 

czwartek, 28 maja 2015
Przeczytane

Tetetka  Mirosław J.Nowik

 

Wspomnienia o Teresie Tuszyńskiej. Ja jeszcze wiem kim była, ale czy wiedzą młodsi? Wątpię. Dla tych co nie wiedzą: aktorka, która wystąpiła w kilku filmach nakręconych w końcu lat 50-tych i w latach 60-tych. Potem powoli staczała się w niebyt (zmarła w 1997 roku). 

Książka opowiada o 17-letniej dziewczynie, która po tym jak wygrała konkurs fotograficzny z impetem weszła w środowisko filmowe, przez kilka lat bawiła się na samym topie, nie wykorzystując okazji, jakie stwarzało jej życie. Potem powoli zaczęła się staczać, na koniec sięgając alkoholowego dna. Już wcześniej straciła kontakt z dawnym środowiskiem, wygląda też na to, że nikt nie starał się jej pomóc.   

Dobrze to wszystko opowiedziane, autor maluje portret Tuszyńskiej, pozostawiając czytelnikowi odpowiedź na pytanie "dlaczego tak". Sam unika stawiania na siłę kropek nad "i", wiele pytań pozostawiając bez odpowiedzi.

A na deser świetna anegdota z Zygmuntem Kałużyńskim w roli głównej:

Pamiętam Kałużyńską. (...) Zresztą wkrótce potem Ela związała się z Fordem, który jakby odbił ją Kałużyńskiemu. Urodziło się dziecko. A Kałużyński posyłał alimenty. Doprowadzał tym Forda do szału. Urodziła dziecko Forda, kiedy była jeszcze żoną Kałużyńskiego. Zygmunta stać było na złośliwy dowcip. Powiedział: - To jest moje dziecko, bo moja żona je urodziła. I pasowało posyłać alimenty. Kto wpadłby na taki szatański pomysł? Ford dostawał szału.

ps. w komentarzach Moniek pyta o  grób. Obok Teresy Tuszyńskiej, jest w nim pochowana jej młodsza o 9 lata siostra, która zmarła trzy lata wcześniej. Jest w książce na ten temat jedno zdanie. Na pogrzebie ktoś z rodziny wytknął Teresie Tuszyńskiej, że ponosi częściową odpowiedzialność za tę śmierć. Ta przedwczesna śmierć jakoś była z tym związana. z alkoholem i to pytanie sugeruje, ze Teresa Tuszyńska miała w tym swój udział. 

Przeczytałam też kolejną książkę Sławomira Kopra. 


O kilku kobiet opisanych w tej książce  (A.Osiecka, K. Jędrusik, E.Czyżewska) czytałam obszerne biografie i jeszcze sporo z nich pamiętam. O życiu innych (A. German czy H. Poświatowska) coś tam wiem. Ale o Mirze Zimińskiej, Alinie Szapocznikow, czy Grażynie Bacewicz przeczytałam z dużym zainteresowaniem.

A książka tak jak i inne tego autora. lekkie łatwe i przyjemne. Ale też w tym ich cały urok. 

poniedziałek, 25 maja 2015
post scriptum

Intuicyjnie wybrałam autobus. A na kolei kolejna awaria urządzeń sterowania.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli