niedziela, 31 maja 2015

Moje - więc jedynie słuszne - komentarze do rzeczywistości

wybory

Dawno temu, na początku lat 70-tych, spędzałam wakacje w Dębkach (w tamtych czasach uroczej, dopiero co odkrytej nadmorskiej wiosce). Pod koniec skończyły się nam pieniądze, ale honor nie pozwalał wracać do domu, bo byłoby to przyznanie się do tego, że nie potrafiliśmy nimi gospodarować. Więc przez ostatni tydzień żyliśmy na tzw. "sępa". Jednym ze sposobów było chodzenie do knajpy, gdzie stary wojak karmił (a najbardziej uważnych i "poił") słuchających jego tyrad. Przygwożdżonych w ten sposób do stołu przekonywał, że polska armia powinna przestawić się na konie, bo owies - w przeciwieństwie do ropy - mamy własny.

coaching

Chyba już wiem o co chodzi z tym coachingiem. Do tej pory myślałam, że chodzi tylko o to by mieć z czego szkolić (oczywistą oczywistością było, że asertywność wszystkim się już przejadła). Ale miałam okazję przyjrzeć się temu bliżej i wpadłam na taki pomysł:

Po tym jak edukację przekształcono w krainę powszechnej możliwości, gdzie każdy może zdać maturę, a potem na podstawie dobrych stopni, dostać papier że jest magistrem, tak "wykształcona" masa pojawiła się na rynku pracy. Pomijając brak wielu podstawowych umiejętności, cechuje ją przekonanie o posiadaniu takowych (nie ma co mieć im tego za złe, wmawiano im to przez lata, że każdy może wszystko, aż to w to uwierzyli).

Coaching pozwala to zjawisko opanować. Z jednej strony kontynuuje linię szkolną wmawiając, że wystarczy tylko chcieć. Za wzór stawia przy tym faceta bez rąk i nóg, który osiągnął "sukces" (gdzieś pod spodem czai się przekaz: "skoro można bez rąk i nóg, to z czterema kończynami masz i tak o niebo łatwiej"). Z drugiej strony couching pracuje nad kadrą kierowniczą urabiając ją przekazem: jeżeli narzekasz na personel, twierdzisz że z "tymi" ludźmi nie możesz zrealizować tego, czego się od ciebie wymaga, świadczy to jedynie o tym, że nie nadajesz się na szefa.

I tak to się kręci - nawet jeżeli przerysowałam, to tylko troszeczkę. 


Jeżeli chodzi o moje blogowanie, dalej osiołkuję. Blox nie odpowiedział na mój mail, pośrednio jest to potwierdzenie, że nie przewidują, przynajmniej w najbliższym czasie, zmiany obranego kierunku. Na razie przeniosłam na bloggera mój, składajacy sie z kilku postów, blog o drutach (linku w bocznej szpalcie nie dałam, bo ta funkcja, podobnie jak i wiele innych, jest już na bloxie "wyłączona"). Po jednym dniu widzę, że środowisko bloggera jest dużo bardziej przyjazne, a w necie jest całe mnóstwo podpowiedzi co i jak zrobić. Może jak się tam urządzę, to się przeniosę, ale decyzji jeszcze nie podjęłam. Przede wszystkim przyzwyczaiłam się do bloxa, źle mi tu nigdy nie było i mam w sobie jakiś opór na zmiany.   

 

Drutowo miałam się mieć czym pochwalić, ale nie mam, zamiast drugiego rękawa, właśnie sprułam pierwszy.

 

Gdyby nie założenie, ze ten sweter robię na wzór, to bym zostawiła, licząc na cuda blokowania. A tak to zrobię jeszcze raz (a może i jeszcze raz?)

 

Widziałam w tym tygodniu dwa dobre filmy.

dobry film

Taxi-Techeran

Nagroda w Berlinie jest według mnie nagrodą za pomysł i niezłomność. Panahi obszedł wydany mu zakaz kręcenia filmów, montując film ze scenek nakręconych małą kamerką.

Wszystko dzieje się w prowadzonej przez Panahiego taksówce, z rozmów jakie prowadzi z kolejnymi, zabranymi przez siebie z ulic Teheranu pasażerami, wyłania się dość ponury obraz Iranu.  

Tak na marginesie, trochę wbrew stereotypowym przekonaniom, kobiety w tym filmie są silne, pewne siebie i swoich racji. Jedna ze scen przypomniała mi podobną z Rozstania. W tamtym filmie kobieta tłumaczyła mężczyźnie, że muszą coś zrobić, mimo że jest wbrew ich interesom, bo inaczej popełnią grzech. W tym, dziewczynka widząc jak jej szperający w śmieciach rówieśnik podnosi i szybko chowa do kieszeni pieniądze, które wypadły komuś z kieszeni, woła go i każe mu je zwrócić. Czuć, że to odwoływanie się w takich codziennych zwykłych sytuacjach, do zasad moralnych nie jest niczym niezwykłym i że kobieta ma w takich sytuacjach niekwestionowane prawo, by pouczać i przywoływać do porządku.

dobry film

Złota dama, to kolejny film oparty na prawdziwej historii.

Tym razem obserwujemy jak nasza bohaterka, która uciekła z Austrii przed hitlerowcami, postanawia odzyskać zabrany wówczas jej rodzinie obraz. Gra toczy się o duża stawę, bo Austriacy traktują ją jako swoją  "narodową Monę Lizę" 

Obserwujemy batalię prowadzoną przed amerykańskim, potem austriackim sądem. Przerywnikami są obrazy z bogatego, pełnego obrazów i dzieł sztuki żydowskiego domu w przedwojennym Wiedniu. Obok rodziców i siostry bohaterki, mieszkało w nim bezdzietne małżeństwo: stryj z żoną, ciotką Adelą. I o ile dla Austriaków obraz to dobro narodowe, dla naszej bohaterki jest to portret ukochanej cioci Adeli.

Jak na film biograficzny jest naprawdę dobrze zrobiony. Unika hollywoodzkich płycizn i chociaż z góry wiadomo jak się skończy, wciąga. Nie bez znaczenia jest i to, że film jest świetnie zagrany (rewelacyjna Helen Mirren).

Zobaczyłam też w końcu (ale na małym ekranie) Zimowy sen.

Nie rozumiem, dlaczego ten film był wyświetlany tylko przez jakiś miesiąc i to w bardzo dziwnych godzinach - pamiętam, że nie chciałam iść na godzinę 20 (film trwa ponad trzy godziny) i czekałam na bardziej przyjazną porę rozpoczęcia seansu. W międzyczasie film błyskawicznie zniknął z ekranów. O tyle to dziwne, że dostał w Cannes Złotą palmę.

Emerytowany aktor prowadzi mały, odziedziczony po ojcu, hotel w górach Kapadocji. Razem z nim mieszka jego młoda żona i rozwiedziona siostra. Okolica jest słabo zaludniona i w filmie występuje niewiele więcej osób. Bohaterowie prowadzą prowadzą w przytulnych, ogrzewanych kominkiem pomieszczeniach rozmowy o życiowych wyborach. Za oknem ostra zima i piękne krajobrazy.

Przejmujący film o samotności, braku porozumienia, nawet tam gdzie są dobre chęci. Ten film jest na tyle dobry, że nawet jak się go ogląda w domu, zachowuje resztki swojego uroku. Szkoda, ze przeleciał przez ekrany jak meteor. 

czwartek, 28 maja 2015
Przeczytane

Tetetka  Mirosław J.Nowik

 

Wspomnienia o Teresie Tuszyńskiej. Ja jeszcze wiem kim była, ale czy wiedzą młodsi? Wątpię. Dla tych co nie wiedzą: aktorka, która wystąpiła w kilku filmach nakręconych w końcu lat 50-tych i w latach 60-tych. Potem powoli staczała się w niebyt (zmarła w 1997 roku). 

Książka opowiada o 17-letniej dziewczynie, która po tym jak wygrała konkurs fotograficzny z impetem weszła w środowisko filmowe, przez kilka lat bawiła się na samym topie, nie wykorzystując okazji, jakie stwarzało jej życie. Potem powoli zaczęła się staczać, na koniec sięgając alkoholowego dna. Już wcześniej straciła kontakt z dawnym środowiskiem, wygląda też na to, że nikt nie starał się jej pomóc.   

Dobrze to wszystko opowiedziane, autor maluje portret Tuszyńskiej, pozostawiając czytelnikowi odpowiedź na pytanie "dlaczego tak". Sam unika stawiania na siłę kropek nad "i", wiele pytań pozostawiając bez odpowiedzi.

A na deser świetna anegdota z Zygmuntem Kałużyńskim w roli głównej:

Pamiętam Kałużyńską. (...) Zresztą wkrótce potem Ela związała się z Fordem, który jakby odbił ją Kałużyńskiemu. Urodziło się dziecko. A Kałużyński posyłał alimenty. Doprowadzał tym Forda do szału. Urodziła dziecko Forda, kiedy była jeszcze żoną Kałużyńskiego. Zygmunta stać było na złośliwy dowcip. Powiedział: - To jest moje dziecko, bo moja żona je urodziła. I pasowało posyłać alimenty. Kto wpadłby na taki szatański pomysł? Ford dostawał szału.

ps. w komentarzach Moniek pyta o  grób. Obok Teresy Tuszyńskiej, jest w nim pochowana jej młodsza o 9 lata siostra, która zmarła trzy lata wcześniej. Jest w książce na ten temat jedno zdanie. Na pogrzebie ktoś z rodziny wytknął Teresie Tuszyńskiej, że ponosi częściową odpowiedzialność za tę śmierć. Ta przedwczesna śmierć jakoś była z tym związana. z alkoholem i to pytanie sugeruje, ze Teresa Tuszyńska miała w tym swój udział. 

Przeczytałam też kolejną książkę Sławomira Kopra. 


O kilku kobiet opisanych w tej książce  (A.Osiecka, K. Jędrusik, E.Czyżewska) czytałam obszerne biografie i jeszcze sporo z nich pamiętam. O życiu innych (A. German czy H. Poświatowska) coś tam wiem. Ale o Mirze Zimińskiej, Alinie Szapocznikow, czy Grażynie Bacewicz przeczytałam z dużym zainteresowaniem.

A książka tak jak i inne tego autora. lekkie łatwe i przyjemne. Ale też w tym ich cały urok. 

poniedziałek, 25 maja 2015
post scriptum

Intuicyjnie wybrałam autobus. A na kolei kolejna awaria urządzeń sterowania.

niedziela, 24 maja 2015
Metafora

Poczułam, że w obliczu zmian, zachowuję się jak Kubuś Puchatek, który bawiąc się z Krzysiem w chowanego, schował łeb pod poduszkę. Oczami duszy widziałam tę sytuację narysowaną kreską Ernesta Sheparda i chciałam ten rysunek umieścić na blogu. Szukałam w necie, nie znalazłam, wzięłam do ręki książki, też nie znalazłam i na koniec dowiedziałam się, że była taka historyjka, ale u Disney'a. Dlaczego mam ją tak wyraźnie zapisaną w swojej głowie, nie wiem - czy gdzieś coś takiego widziałam, czy to tylko wyobraźnia? 

A zmiany pchają się oknami i drzwiami. Między innymi muszę podjąć decyzję co dalej z moim blogiem. Blox powoli przechodzi na nowa platformę, pewnie jest bardziej nowoczesna i łatwiejsza w zarządzaniu, ale ma jedną podstawową wadę: bardzo wąski margines swobody, jeżeli chodzi i wygląd. A ja do tego jak wygląda mój blog jestem przywiązana i to bardzo. Pogodzę się z utratą czcionki, gotowa jestem przełknąć (ale z trudem) to co proponuje się w kategoriach i tagach. Ale kolory edycji, zdjęcie i czytelne archiwum to moje warunki brzegowe. Napisałam do nich mail i czekam na odpowiedź.

Postanowiłam twardą być i spróbować więcej pomieszkiwać w domu wracając pociągiem z Powiśla 0 17.25 z (na poprzedni, o 16.46 z trudem bym się wyrobiła).

poniedziałek - dojechałam w miarę bez problemu 

wtorek - awaria systemów sterowania (zostałam u mamy) 

środa   -pociągu nie było, bo nie mieli na Wschodniej żadnego, co by się nadawał do jazdy (pojechałam WKD)

środa  - usterka urządzeń sterowania ruchem (zostałam u mamy)

czwartek awaria urządzeń sterowania (pojechałam WKD)

piątek dojechałam w miarę bez problemu 

Przed chwilą zajrzałam na ich stronę - dzisiaj znowu odwołali pociągi, bo walczą z kolejną awarią systemów sterowania.

Na razie postanowiłam się nie poddawać, pomieszkać w domu i się nim zaopiekować. W ogrodzie cieszy oko kwitnąca kalina i bez (mam jakąś późną odmianę, bo w sąsiednich ogrodach mocno już przekwita).


Ostatnie deszcze sprawiły, że wyjątkowo bujnie rośnie mój misz-masz wzdłuż płotu (ale i tak widać, że prędzej, niż później, wszystko stłumi bluszcz):

Porządkując ogród w pierwszej chwili przeraziłam się, gdy zobaczyłam tak leżącego kota sąsiadów:

Ale on się tylko udawał martwego kota, widocznie jak się tak rozciągnął docierało do niego więcej słońca.

No i mam problem z jaśminem, coś go oblazło:

Mam jeszcze jedno mocne postanowienie - wracam do drutów. Nie chcę zapeszać, ale może już za tydzień, będę miała się czym pochwalić

czwartek, 21 maja 2015
Przeczytane

dobra książka

Zdradziecka Osiecka  Piotr Derlatka

Ciekawie przedstawiona dobrze znana historia. Bo chociaż o życiu Osieckiej sporo się przy różnych okazjach mówi, to jak pokazuje ta książka, wiele jest jeszcze historii do opowiedzenia (w tej wspomina się, że coś ją łączyło z Jerzym Giedroyciem).  

Tak w jednym zdaniu: próba pokazania jak trudne, a wręcz niemożliwe, jest zrozumienie motywów podejmowanych przez nią życiowych decyzji. Może coś wyjaśnią jej dzienniki i listy, gdy zostaną opublikowane. Ale nie koniecznie - bardzo prawdopodobne, że ona siebie też nie rozumiała. Z tym, że ta książka nie jest ciekawa dlatego, że można w niej przeczytać o kilku, wcześniej nieznanych faktach. 

Przede wszystkim, słowa uznania należą się autorowi za pokazanie tła pisanych przez nią piosenek. Często kojarzą się nam z konkretnymi sytuacjami, stanowią zapis doświadczeń całej generacji, pojedyncze, wyrwane z nich zdania używane są jako skróty myślowe. Tymczasem były tez jej lirycznym osobistym pamiętnikiem, w którym zapisywała w nich swoje rozterki, kolejne zakochania czy rozstania. Przy okazji uświadomiłam sobie, że gdy czyta się te piosenki jak wiersze, nie mają w sobie tej siły jaką mają, gdy są zaśpiewane (tym bardziej, że w przypadku piosenek Osieckiej, były zazwyczaj bardzo dobrze śpiewane).

Ciekawe jest też przedstawiony jej alkoholizm, a raczej to jak mówią o nim inni (ostatnią częścią książki są wywiady z tymi, którzy ją dobrze znali). Część z nich idzie w zaparte, twierdząc, ze mówienie o tym, że miała problem z alkoholem to wierutne kłamstwo. Inni, są co najwyżej skłonni przyznać, że może i piła, ale była co najwyżej pijaczką, w żadnym wypadku alkoholiczką i starają się uzasadnić wydumaną tezę, że jest zasadnicza różnica między tymi dwoma określeniami. Tylko nieliczni, zazwyczaj najbliżsi, nie owijają w bawełnę. 

A tak sobie na koniec pomyślałam, było wtedy momentami strasznie i ponuro, ale piosenki były ładne.

To może teraz (słyszę już pomruki nadchodzącej "tamtej" nowomowy), też coś będzie ładnego ?

niedziela, 17 maja 2015

Główne wydarzenie tygodnia to Warszawskie Targi Książki.

W dużym stopniu poszłam, bo przyjechała z Irlandii Kasia.Eire. Sama chyba nie lubię tej formuły. Autografów nie zbieram, a książki jak nie  w necie, to wolę kupować w księgarni. 

Ale jak przyjechała Kaśka, to nie tylko targi ale i spotkania z blogerami (z tym, ze chociaż było miło, czułam się tam outsiderem). 

Na swoje nieszczęście, ponieważ musiała na jeden dzień pojechać do Koszalina, poprosiła mnie bym wcześniej kupiła jej bilety, a PKP potraktowało ją tak, jakby była mną.

Czyli miała bilet:


był taki pociąg wg. internetowej informacji pkp


wiedziała o nim pani w informacji kolejowej (po przygodzie jaką miała gdy jechała w tamtą stronę, o której za chwilę też opowiem) wolała się upewnić,

tylko pociągu nie było:

 

bo (jak to widać na odręcznej adnotacji kasjerki) odjechał dwie godziny wcześniej.

Wróciła do Wwy następnego dnia, ekspresem (kolejny raz się potwierdza, że jedyne pociągi, które jeszcze w miarę jeżdżą to pendolino i  intercity). Ale zgodnie z jej zeznaniem, pan konduktor nie wyglądał tak jak na plakacie:


tylko był niedomyty, "wczorajszy" i cuchnęło od niego tanim tytoniem.

A ta przygoda jak jechała do Koszalina była taka: Na Centralnym byłyśmy 15 minut wcześniej. Nie było informacji o pociągu (ten co był, miał inny numer i trochę inną godzinę odjazdu niż na bilecie), więc zapytałyśmy konduktora na jakim staje peronie. A on powiedział, że na żadnym, bo odjeżdża ze Wschodniego i na Centralnym nie staje. Kaśka przerażona zapytała, co ma w tej sytuacji zrobić, pan konduktor zaproponował jej podwiezienie na Wschodni (w tym kierunku odjeżdżał właśnie jeden pociąg), pobiegła, ledwo zdążyła przebiec na właściwy peron, po to by za chwilę później ... stanąć na Centralnym. 

 

Jeżeli chodzi o kino, to chyba gorzej nie mogłam trafić

Kolejny film z tezą, że życie zaczyna się po 80-ce. Usiłują nas o tym przekonać plejada gwiazd. Ale nawet na bajkę - bo chyba więcej prawdy o współczesnym świecie mówi wchodzący właśnie na ekrany Mad Max, trzeba mieć pomysł. Już dawno nie pamiętam, bym aż tak męczyła się w kinie. Ledwo dotrwałam do końca.

czwartek, 14 maja 2015
Przeczytane

Kolejna, napisana przez Mariusza Urbanka, biografia poety XX-wieku. Brzechwa nie dla dzieci, może nie jest tak dobra jak: Broniewski. Miłość, wódka, polityka, ale moim zdaniem lepsza od biografii: Tuwim. Wylękniony bluźnierca 

Brzechwa żył w ciekawych czasach, to i życie miał ciekawe. Nawet ten najgorszy okres, - okupację, przeżył w miarę bezboleśnie (nie "zauważył" jej, bo był w tym czasie śmiertelnie zakochany). Ukochana (po wojnie został jego trzecią żoną) nie chciała odejść od męża, dobrze prosperującego rzemieślnika.

Któregoś dnia, gdy kupował w cukierni torcik mocca, podeszło do niego dwóch mężczyzn w cywilu. Zabrali go do siedziby gestapo w Alei Szucha i oskarżyli, że jest Żydem. Brzechwa miał odpowiedzieć, że mylą się, ale jeśli chcą go rozstrzelać, mogą to zrobić, bo jemu już i tak nie zależy na życiu. – Czemu? – chcieli wiedzieć Niemcy. – Kobieta, którą kocham, nie chce się ze mną połączyć, a życie bez niej nie ma dla mnie wartości – odparł. Odpowiedź była tak absurdalna, że trudno było ją wziąć poważnie. Niemcy ryknęli śmiechem i wyrzucili go za drzwi. Był już na dziedzińcu, przy budce wartownika, gdy przypomniał sobie, że przecież w pokoju, w którym był przesłuchiwany, został torcik. Wrócił, zastukał, przeprosił i zabrał zgubę. Niemcy byli tak zaskoczeni niewiarygodną bezczelnością tego, co zrobił, że nie oponowali.

Ciekawie przedstawione lata powojenne: bez wybielania, czy udawania że nie pisał wierszy ku czci, ale też i bez próby usprawiedliwiania na siłę. Ci dla których te kilkanaście wierszy jest ważniejszych, niż to jak zachowywał się w konkretnych sytuacjach i tak nic nie przekona.

Nawet nie wiedziałam że to jest jeden z jego wierszy z tamtego okresu: 

Za ojczystych ziem rubieżą, gdzie zachodnie kraje leżą, jest daleki obcy świat.

Tam się ranek we łzach budzi na niedolę prostych ludzi, tam uciska brata brat.

(...)

W tamtych krajach – tam inaczej, wyzyskują lud bogacze, nabijają własny trzos.

Nieurodzaj niszczy pola. Tam niedola i niewola I zroszony łzami los.

Pierwszą zwrotkę znam do tej pory na pamięć i nawet swojego czasu uczyłam jej moje dzieci. 

Książkę kończy ciekawy wywiad z córką poety i jeszcze ciekawsza historia opublikowanego przez Mariusza Urbanka w marcu 2007 roku w Odrze felietonu, który był odpowiedzią na tajne uzasadnienie wniosku Ligi Polskich Rodzin, w sprawie usunięcia nazwiska Jana Brzechwy z listy patronów ulic najpierw we Wrocławiu, a następnie w całej Polsce. Rzecz w tym, że takiego wniosku nie było. Tymczasem felieton wywołał burzę w mediach i chociaż dyskusja zataczała coraz szersze kręgi, nikt nie kwestionował autentyczności samego wniosku. A był on napisany (w felietonie były szeroko cytowane jego fragmenty) polszczyzną będącą kalką płomiennych odezw z lat 50-tych. Liderzy Ligi Polskich Rodzin też nabrali wody w usta. Wg. autora: uznali widocznie za absolutnie prawdopodobne, że ich koledzy gdzieś na prowincji wydali jakieś idiotyczne oświadczenie, więc lepiej poczekać, aż sprawa przyschnie i odejdzie w niepamięć, niż podgrzewać ją protestami i awanturami. 

 

Mam za sobą kolejna książkę Sławomira Kopra.

Tak jak zawsze, pudelkowe ple, ple, ple. Ale niektóre anegdoty tak smaczne, że co jakiś czas chętnie biorę kolejną książkę Kopra do ręki.

Np. opowieść z planu Pana Wołodyjowskiego:

 Pana Wołodyjowskiego kręciliśmy w Bieszczadach. W pobliskiej wsi mieszkał chłop grający na skrzypcach. Daniel też grał na skrzypcach, więc naturalnie od razu obaj się pokumali. Olbrychski chyba nawet mieszkał u tego górala... Pewnego dnia na plan przyjechał autor scenariusza, Jerzy Lutowski, i poszedł do chałupy. Tam już obaj skrzypkowie byli po małej wódce... – Oto autor Pana Wołodyjowskiego – Daniel przedstawił chłopu Lutowskiego. Na co chłop padł na kolana i zawołał: – Jezus Maria, pan Sienkiewicz!

 

Natomiast słuchając tego audiobooka miałam mieszane uczucia. 

Z jednej strony bardzo piękna gawęda o wojennym dzieciństwie spędzonym we dworze i wyzwoleniu 1945 roku, które przyniosło zagładę tego świata.

Wprawdzie punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, ale moim zdaniem nawet biorąc na to poprawkę, w swojej opowieści Franciszek Starowieyski nie zachował jakichkolwiek proporcji - widzi tylko koniec swojego świata, który dla niego był światem piękna i harmonii. I choć podzielam jego niechęć do barbarzyńców którzy pojawili się w 1945 roku i rozumiem wzburzenie, gdy wspomina utwardzanie drogi starodrukami, czy zaprzężenie do wozu powalającej urodą rasowej klaczy (Araba), to 50 lat po wojnie (książka została wydana w 1994 roku) mógł się zdobyć na cień historycznej refleksji.

Tymczasem,  on tylko jojczy jak to było dobrze, tylko przyszli źli ludzie i  wszystko i zepsuli. Bo tu, wojna niby była, ale masło na stole stało i głodu nikt nie cierpiał. W sklepach wszystko co potrzebne było i  to w dobrym gatunku. A po wojnie, co z tego że matka miała maszynę do pończoch, skoro nawet porządnej przędzy nie można było dostać ...

Ale mimo tych zastrzeżeń jest to bardzo ciekawa, warta polecenia, gawęda o świecie, którego już nie ma, zapomnianych zwyczajach, rytmie życia w wiejskim dworze.

Audiobook czyta Ksawery Jasiński poprawnie, i taj  jak zawsze w jego przypadku, spokojnie, bez jakichkolwiek własnych interpretacji. W przypadku tej książki ten styl idealnie do niej pasuje.

 

niedziela, 10 maja 2015
Ciotka zepsute kopytko

Z nostalgią wspominam nie tak w końcu dawne czasy, gdy wszystko było u mnie w miarę przewidywalne, a ja na większość rzeczy potrafiłam znaleźć czas. Nie wiem co się porobiło (chyba nie za wszystko mogę obwiniać życie na dwa domy), ale od dłuższego czasu lecę bez autopilota, cały czas nerwowo starając dopiąć, wcale znowu nie aż tak ambitne plany.

Już nie pamiętam kiedy miałam w ręku druty, dawno nie byłam na Szarotkach i właśnie kolejne mnie ominęły.

Tym razem przez ciotkę zepsute kopytko. Plan był taki, że w sobotę wieczorem pojadę do Otwocka, rano pojedziemy na grób Zosi, a potem wpadniemy na Szarotki - ja przynajmniej się na nie wybierałam. Ale Gumiś, który ledwo chodzi, bo mu spieprzyli operację kolana, stanął krzywo na drugiej nóżce i wylądowałyśmy na ostrym dyżurze.

Gumiś był ambitny i na wybory poszedł, ja też postanowiłam spełnić ten obywatelski obowiązek i ledwo zdążyłam. Bo na kolei nic się nie zmienia: im bardziej wymieniają urządzenia na nowe, tym bardzie nie potrafią zrobić tak, by działały. Dzisiaj wysiadły im urządzenia we Włochach i przed siódmą wstrzymali do odwołania cały ruch. Ponieważ ja ich dobrze znam, natychmiast pobiegłam do WKD. Naiwni siedzieli i czekali jak ruszą. Ciekawe, czy dalej tam siedzą - jest jedenasta wieczorem, dopiero prze kilkoma minutami napisali, ze zaczynają przywracać ruch pociągów. 

I bez tej ostatniej kolejowej przygody pogodziłam się już z tym, że jestem skazana na życie na dwa domy i nie pozostaje mi nic innego jak wypracować mniej męczący model radzenia sobie z tą sytuacją. Tyle, że w najbliższym czasie jedna atrakcja goni drugą, np. nadchodzącym tygodniu: przyjazd Kaśki z Irlandii + targi książki.

W tym co właśnie mija byłam dwa razy w kinie.


Dokumentalna opowieść o drużynie siatkarskiej, w której najmłodsza zawodniczka ma 66 lat, najstarsza 98 (taka drużyna, od ponad 30 lat działa w jednym z norweskich miasteczek). Starość na tym filmie, może nie jest tak fajna jak młodość, ale przynajmniej jest jakaś - ma w sobie radość i pomysł na życie.  

Przeczytałam wywiad o tym filmie w GW z Vetulani i myślę że go nie zrozumiał. Jeszcze jeden co gloryfikuje rodzinę wielopokoleniową. I może rzeczywiście lepsze jest czerwone wino, głodówka i seks. Ale to, że dla niego, nie znaczy że dla każdego.

dobry film

Drugi film już wcześniej widziałam, tyle że na małym ekranie. Teraz zabrałam na niego Ańćkę na pokaz przedpremierowy do Muranowa,

Film został wybrany przez uczestników projektu  Scope50, jako ten który ma być zakupiony i Gutek nie miał wyjścia, film właśnie wchodzi na ekrany.

Nie koniecznie musi to być kinowy sukces, ale sam film jest naprawdę dobry.

Współczesna, przeżywająca kryzys Hiszpania. Bezrobotny nauczyciel opiekuje się bardzo chorą córką. Chce zrealizować jej marzenie - zupełnie przypadkowo pojawia się możliwość szantażu ... Bardzo przewrotny film. Fajnie byłoby, gdyby widzowie go zauważyli. Inna sprawa, ze to nie jest pora na premiery dobrych filmów. Jesień byłaby lepsza.

A w gazecie Metro przeczytałam, że herbata pomaga w myśleniu:

Naukowcy z uniwersytetu w New­castle odkryli, że już godzinę po wy­piciu filiżanki herbaty myślimy logicz­niej i pamiętamy więcej Badania opublikowane w nauko­wym czasopiśmie „Nutritional Neuroscience" dowodzą, że odpowiedzialne są za to zawarte w napoju antyoksydanty, takie jak flawonoi dy. Mają one działanie przeciwutleniające, przeciwzapalne i uszczelniają naczynia krwionośne organizmu. Naukowcy dokonali swego odkrycia, śledząc fale mózgowe ośmiu osób po wypiciu filiżanki zielonej bądź czar­nej herbaty. Okazało się, że we wszystkich przypadkach w ciągu pól godziny bardzo wzrosły fale theta, które odpowiadają za poprawę funkcji poznawczych człowieka. Natomiast nawet godzinę po wypiciu herbaty zaobserwowano wzrost fal alfa i beta, które wpływają na czujność, logiczne myślenie i pamięć. Poprzednie badania tego samego zespołu dowiodły, że picie dziennie niecałych czterech filiżanek herbaty dziennie obniża ryzyko wystąpienia ataku serca i zapobiega cukrzycy typu drugiego oraz nadwadze.

Miód na moje serce teinistki.


poniedziałek, 04 maja 2015

Czytam Pudelka. To wiem. Idzie nowe.

To nie tak, że to tylko modelka XXL. Kim Kardashian też nie ma rozmiaru 36, a dziewczyny ją naśladują, i to nie wycinając sobie żebra, tylko powiększając pupy. Nawet jeżeli to nie widoczna na zdjęciach Liris Crosse, będzie ikoną przełomu, to taki przełom będzie.  

Inna sprawa, że z dwojga złego wolę Anię Rubik.

A tymczasem ... porzuciłam wiosnę w swoim ogrodzie (już cieszy kwitnąca forsycja i mahonia, a jeszcze nie denerwuje łysy bez):


I pojechałam na Kaszuby, gdzie też jest pięknie:

Z ciotką Iwoną i jej psem, który na obroży ma światełko, które gdy się włączy sprawia, że wieczorami przeobraża się w dużego robaczka świętojańskiego:

Czułam się dziwnie, bo nie było tam sieci, radia i żadnych innych gadżetów. Inna sprawa, że nie było też czasu, bo całe czas latałyśmy na miotle (w przerwach chodziłyśmy do zaprzyjaźnionej chałupy, gdzie sadzali nas przy stole i karmili, karmili, karmili ...)

Ale żeby nie było - wychodzi człek na taras, podziwiać piękno przyrody, i co z tego że nie widzi jak w mieście koszmarnej reklamy, skoro zamiast niej straszy buda kempingowa.

 

A  wysychające bagna powinny skłaniać do refleksji, co dalej

Tyle, że ja na refleksję nie mam czasu. Coś się porobiło - druty poszły w kąt, nie rozwiązuję Jolek w Wyborczej. I jak na razie, nie wiem jak się za to wszystko zabrać by coś z tym zrobić. 

A to zajęcie na pewno mi w tym nie pomaga:


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli