poniedziałek, 30 maja 2016

Pracowałam ostatnio piątek, świątek i niedzielę, dzięki czemu nie musiałam brać urlopu, by mieć chwilę wolnego. I jak to często w takich sytuacjach bywa, mając wolne, dawno nie byłam tak zajęta. Obiad dla 10 osób już jakiś czas temu przestał być dla mnie wyzwaniem. Teraz przez dwa dni gościłam i karmiłam chwilami i większa grupę i też dałam radę!

Pierwszego dnia zaserwowałam Wołowinę Joanny.

I dzień: 1. boczek wędzony pokroić w plastry i ułożyć na dnie garnka, postawić na wolnym ogniu niech lekko się stopi, przewrócić plastry na drugą stronę i też lekko stopić 2. wołowinę (najlepiej się nadaje na to "pierwsza krzyżowa") obsmażyć w plastrach, posolić, przełożyć na boczek posoloną stroną, następnie posolić stronę wierzchnią, lekko posmarować musztardą sarepską, powtórzyć z kolejnymi warstwami mięsa (i boczku, jeśli został po przykryciu całego dna garnka 3. całość zalać wrzątkiem tak, aby woda przykryła mięso, po jakimś czasie spróbować sos i dodać 1-2 kostki rosołowe (mają sól, uważać, aby sosu nie przesolić, w razie czego dolać odrobinę wody. 4. mięso na noc powinno być przykryte sosem II dzień: 5. pokroić w piórka cebulę, położyć na wierzch sosu i dusić na małym ogniu ok. 20-30 min, pilnować, aby całe mięso było przykryte sosem.Wychodzi pyszne i kruche. Polecam. 

To nie wszystko, m.in. upiekłam też jagodzianki:


 

Coś mnie ominęło - w tym tygodniu Szarotki były wyjątkowo w naszym mateczniku, czyli na ulicy Szarotki. 

Ale za to chwilę przedtem byłam - trochę przez przypadek - na czymś niesamowitym: dwa wieczory pod rząd spędziłam w Teatrze Narodowym, gdzie posłuchałam pięciu (od VI do X) ksiąg Pana TadeuszaTo po prostu trzeba było zobaczyć! Kto nie był niech żałuje, tym bardziej, że czasy teraz takie, że mała szansa by zachowano to na jakiejś taśmie.

Na scenie Seniuk, Budzisz-Krzyżanowska, Gajos, Englert, Radziwiłowicz itd.  Czytają tak, jak drzewiej bywało: do uszu widowni wpada każda, wypowiedziana na scenie głoska. Pierwszy wieczór, dzięki temu że byłam z Kasią. Eire i jej koleżanką na przerwie mogłam posłuchać wrażeń Bralczyka. Jego ucho wyłapało dwa "potknięcia": zamiast "do Królewca", padło "do Królestwa" i przekręcono sylabę w jednym nazwisku. Maestria Bralczyka zrobiła na nas wrażenie, a koleżanka Kaśki postanowiła bardzo uważnie posłuchać drugiego aktu. Zauważyła, że powiedziano "asan" i po spektaklu pobiegła do Bralczyka upewnić się, że powinno być "acan". Ale skucha, w drugiej części nie popełniono błędu (zarówno "acan" jak i "asan" to formy poprawne).  

Scenografia niby żadna, ale świetnie dobrane rekwizyty tworzą odpowiedni nastrój.

W tle kwartet (na co dzień aktorzy teatru), który nie tylko gra podkład, ale efektami dźwiękowymi w bardzo pomysłowy sposób "podkręca" dramaturgię tekstu. 

Po spektaklu wielominutowa owacja. Razem z innymi stałam i klaskałam - dziękując za to, co mogłam zobaczyć.

A tak na marginesie: przypomniały mi się moje młode lata. Na scenie klasyka. A widownia reaguje w "odpowiednich momentach" (aktorzy odpowiednio intonując, jeszcze bardziej podkreślają "aktualność" tekstu. Nawet nie wiedziałam, że Pan Tadeusz ma takie "wywrotowe" zdania.  

poniedziałek, 23 maja 2016
Patataj

Jak zawsze po zwolnieniu, tzw. okoliczności zewnętrzne zmusiły mnie do przejścia z kłusu w galop. Stąd wszystko robię - również i ten wpis - w rytmie patataj.

Targi książki  

Wpadłam tylko dwie godziny - ale musiałam: Kaśka podpisywała swoją książkę.


Obiecałam, że w razie czego posiedzę z nią by nie była sama. Spóźniałam się 10 minut i po to by do niej podejść, odstałam w kolejce 40 minut - tak jak nie zbieram dedykacji, od niej wzięłam. Zdążyła wszystkim chętnym wpisać  - zgodnie z planem, po niej miała podpisywać Maria Czubaszek ...

Ogród powszechny  

Koło Teatru Powszechnego w niedzielę było otwarcie Ogrodu powszechnego. Fajna inicjatywa, współfinansują to Niemcy (deja vu?).  

Ludzie komponowali z roślin skrzynki o które teraz mają dbać.

A Tomasz Stawiszyński otworzył letnie spotkania filozofów - od czerwca  w każdą środę o 19.

W filozoficznej dyskusji usiłował wziąć udział reprezentant lepszego sortu. Niestety poza tym, że "miał" 100% racji, był kompletnie pijany, więc trochę mu tym razem nie wyszło. 

Kapelusz z filcu  

Projekt tęczowy kapelusz chwilowo wstrzymany. Ewa nie zaakceptowała znalezionych przeze mnie w sieci manekinów - podobno nadają się  tylko do ekspozycji. Z kolei kupienie drewnianej głowy za 300 złotych mi się nie uśmiecha - pozostaje dalej się porozglądać.   


Gotowanie dla idiotów   

Od Beaty dostałam sprzedawany w Biedronce chleb do domowego wypieku - zawartość torebki miesza się z wodą, dodaje łyżkę miodu i oleju i w sprzedawanej w pakiecie foremce, piecze w piekarniku. Chlebek jest w rozmiarze XS, więc postanowiłam jeszcze coś dodatkowego upiec. Padło na dietetyczne muffiny - zajrzałam do sieci i gdy przy wyborze przepisu zaczęłam osiołkować, by nie tracić czasu  postanowiłam poeksperymentować. Starłam 1,75 kubka marchwi i wbiłam do tego 4 jajka. W sąsiednim garnku wymieszałam kubek mąki owsianej z 0,5 kubka otrębów owsianych. Dodałam do tego 2 łyżeczki proszku do pieczenia, sól, pieprz, mieloną kolendrę oraz pestki dyni, wymieszałam i upiekłam. Wyszło całkiem dobre. W piekarniku zmieściły się jeszcze bakłażany - rzutem na taśmę zrobiłam z nich pastę, do tego guacamole i tak byłam z siebie dumna że zaprosiłam Joannę na film, bo akurat coś sensownego dawali w Ale kino.

 

Niestety od tego, że go przez dwa miesiące nie uruchamiałam, telewizor się nie naprawił. I teraz mam zagwostkę. Płacić do października "na pusto" i zrezygnować z NCplus, czy jednak wezwać magika od anteny. W tym drugim przypadku boję się, ze jak mnie "skasuje", to będzie mi żal chwilę potem zrezygnować, jednak od czasu do czasu coś w Ale kino nadaje się do obejrzenia.

Koleje Mazowieckie  

Dawno o nich nie pisałam. Nie to, by było mi ich żal, ale gołym okiem widać, że chłopaki się trochę przejechały - pociągi jeżdżą puste. Nawet ostatnio w zrobili ankietę - z pytań jakie zadawali wynikało, że dobrze zdają sobie sprawę dlaczego stracili klientów. Ale żeby nie było, jak coś się u nich polepszy, zaraz coś spieprzą - już nie można płacić kartą.

Za miesiąc mężczyzna mego życia ma urodziny  

Z tej okazji odstałam 40 minut na Polnej.

Opłaca się u nich to robić - w kostiumie czterolatka Tomek przechodził cały rok. .   

W kinie - trzy dobre filmy

Pycha

Kameralna (trzech aktorów) 75-minutowa ballada filmowa. Ciężko chory architekt postanawia popełnić samobójstwo. Chce by to się stało w zaprojektowanym niegdyś przez niego motelu, ma mu w tym pomóc ktoś ze stowarzyszenia wspierającego osoby decydujące się na eutanazję. A ponieważ musi być jeszcze jeden świadek, a poproszony o to syn odmawia, prosi o pomoc przypadkowo poznanego w motelu mężczyznę, męską prostytutkę. 

Po Opiekunie, kolejny film pokazujący jak nie umiemy sobie radzić ze śmiercią. Dobra tragikomedia o eutanazji. Jak u Gogola - jak się śmiejemy, to z siebie. 

Nasza młodsza siostra

Film japoński - więc przez pierwszą godzinę tego uroczego rodzinnego snuja, czekałam jak coś się zdarzy. Dopiero w drugiej godzinie zrozumiałam sobie, do jakiego stopnia spętana jestem stereotypami - japońskie filmy też potrafią być pogodne.  

Trzy dorosłe, razem żyjące, siostry postanawiają zaopiekować się swoją siostrą przyrodnią, która po śmierci ojca została sierotą. Bardzo ładny, spokojny, kojący film. Z tym, że nie jest to "kino familijne", tylko dobry film obyczajowy. Trochę klimatem przypominał mi Altmana. 

W ramach festiwalu filmów dokumentalnych obejrzałam Przy Planty 7/9 

Film o Grzegorzu Białku, mieszkańcu Kielc, który dawno temu postanowił przywrócić pamięć o pogromie kieleckim i tak jakoś wyszło, że stało sie to jego projektem na życie. Kręcono ten film przez 10 lat - ostatnie kadry pochodzą z 2015 roku. Spokojny wyważony, bez łatwych oskarżeń. Nie tyle o samym pogromie, ile o tym jak sobie dajemy radę z historią. 

Robi wrażenie. A mnie - jestem świeżo po przeczytaniu książki Kąckiego o Białymstoku - wgryzł się w głowę i nie daje o sobie zapomnieć. 

niedziela, 15 maja 2016
Kilka dni oddechu

Nawet jeżeli za trzy dni zwolnienia zapłaciłam braniem antybiotyków, wyrwaniem zęba i perspektywą kolejnej destrukcji szczęki - było warto! Prawdopodobnie po jakimś czasie znudziłoby mi się takie siedzenie w domu, ale jak na razie, ile bym tak nie siedziała, zawsze mi mało.

W ogrodzie  - nawet w tak mało zadbanym jak mój - jest teraz przepięknie. Wprawdzie za chwilę przyjdzie susza, ale teraz jeszcze wszystko co  zielone, ma nadzieję.


Nie spodziewałam się, że zioła pokażą zielone główki już po kilku dniach, chyba je za gęsto wsadziłam - boję się, że jak zaczną się rozpychać, to większość w bratobójczej walce padnie.

Dzięki zwolnieniu miałam się czym pochwalić na kolejnych Szarotkach. 

Podeszłam profesjonalnie - przerobiłam w Excelu wzór tak by pasował do liczby rzędów, po zrobieniu tyłu przerobię jeszcze wzór, tak by zredukować do minimum zniszczenia jakie we wzorze zrobi na przodzie dekolt. Jeszcze tylko nie wiem do czego będę ją nosić. 

Na Szarotkach - przynajmniej w swoim mniemaniu - zakrzyknęłam Eureka! Wszystko przez to, że Ewa z papierowej wikliny przesiadła się na filc.

 

Rzemiosło opanowała, ale te filcowane bzdety, nie wiadomo po co i na co? A tęczowe kapelusze byłyby super! 


W tygodniu zdążyłam jeszcze "zaliczyć"  200-lecie Uniwersytetu Warszawskiego. Mam mieszane uczucia.


Sam pomysł super, tylko chyba za mało pomyślano o "integracji". Jak większość wokół mnie, trzon moich przyjaciół mam z lat studiów - z najbliższymi kontaktuję się prawie codziennie. Raz do roku  rok spotykam się w szerszym gronie. Dlatego, jeżeli poszłam z Ańćką (z którą razem studiowałam) do ogrodów BUW-u, to nie po to, by się z nimi ich spotkać. Tymczasem na miejscu zobaczyłyśmy ogród zaatominizowanych, góra kilkuosobowych grupek, w których powoli sączono piwo - być może potem to piwo rozkręciło zabawę. Myślę, że należało zacząć od zajęć integracyjnych, których dopiero kulminacją mogłaby być taka zabawa w ogrodzie. Żal mi było osób, które przyszły same - a takich trochę było, dla nich nie było  żadnej propozycji.

Ale przynajmniej zobaczyłam ogród BUW - warto się tam wybrać.

Następnego dnia, zamiast na koncert poszłam do kina na Dziewczynę, która została królową.


Szału nie ma.

Film o ostatnim potomku Wazów na szwedzkim tronie - królowej Krystynie. Po przyjściu z kina poczytałam o niej w necie  - niebanalna postać. Ojciec umarł, gdy miała 6 lat. Matka dość oryginalnie przechodziła żałobę - nie zgadzała się na pochowanie męża, traktując jego zabalsamowane zwłoki jak ciało śpiącego. W tej sytuacji zabrano Krystynę od sfiksowanej matki i  wychowywano bez niej. Gdy już została królową, chodziła w spodniach, lubiła męskie zajęcia, unikała "babskich". To by jej jeszcze wybaczono, ale nie chciała też wyjść za mąż i rodzić dzieci. Była w tym tak nieprzejednana, że abdykowała i wyjechała ze Szwecji. 

W filmie przyczyną jest jej homoseksualizm. Może nawet i tak było. Ale niezależnie od tego, że film bardzo luźno bazuje na faktach, i ma do tego pełne prawo, jest to nienajlepszy film. I też nie najlepiej zagrany - trochę ociera się o latynoskie seriale. Szkoda, po temat ciekawy.

 


Teatr to świątynia słowa. Gdy widz ma siedzieć na widowni i domyślać się co aktorzy powiedzieli, to tu nawet Strzępka i Demirski nie pomoże. Ale tytuł super - to jedno im się udało.

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli