środa, 22 czerwca 2005

Niby nie powinnam narzekać, ale ......

nie mam już pieniędzy !

Dom, gdy stoi się przy płocie, wygląda tak:


z bliższej perspektywy tak:


a na tym zdjęciu najlepiej widać fakturę gontu:

Kupiłam jeszcze kosiarkę:


I nie został mi na koncie nawet ślad po ciułanych przez ostatni rok pieniądzach. Przez następny rok (bo tyle będę spłacać zaciągniętą w pracy pożyczkę) na pewno będę pamiętała o tegorocznych inwestycjach.

Chciałabym
w tym roku jeszcze pomalować dom - po zrobieniu dachu znacznie bardziej rzuca w oczy to, jak niestarannie jest pomalowany. Póki co nie wiem co zwycięży - niechęć do debetowania konta, czy potrzeba wrażeń estetycznych.

Ponieważ padały deszcze i nawet nie trzeba było podlewać ogródka przeniosłam się z "frontem robót" do domu. Na pierwszy ogień poszedł kąt przy drzwiach wejściowych:



Plany miałam bardzo ambitne - przed pomalowaniem chciałam wyrównać ścianę. Po dwóch godzinach prób (nie pomógł nawet komentarz Iwony, że "skoro pan murarz potrafi, to ja powinnam tym bardziej"), zrezygnowałam z packi i usiłowałam osiągnąć zamierzony efekt przy pomocy pędzla. Na koniec, widząc efekty mojej pracy, poddałam się i położyłam tzw. gipsową fakturę. Byle jak pomalowałam rozpadające się szafki (i tak cud że przeżyły ruszenie ich z miejsca) i powiesiłam zdjęcia Łodzi Kaliskiej. To ostanie było możliwe dzięki temu, że anty-ramę kupił i przywiózł mi kolega Leon, któremu publicznie dziękując muszę przyznać rację - Murphy (chociaż z tego co wiem, tak jak i Kopernik nie był kobietą) miał rację - jak się coś kupuje na wymiar to na pewno będzie za małe. Ta anty-rama mogłaby być jeszcze większa. W sumie kąt przy drzwiach wejściowych wygląda lepiej, a ładnie to z tym sufitem i podłogą i tak nie będzie:


poniedziałek, 13 czerwca 2005
Widać zmiany

Tak spędziłam trzy dni urlopu (razem z weekendem 5 dni):



Niestety, po pięciu dniach takiej pracy, moja waga nawet nie drgnęła. A wszystko przez to, że po pracy przyjeżdżała Gośka i gotowała - dużo i smacznie.

Spiłowaliśmy tyle drewna, że nie zmieściło się za komórką i resztę trzeba było ułożyć za domem:

53

Nagrodą za nasz wysiłek było "odzyskanie" po czterech latach 6 metrów ogrodu:




Zupełnie inaczej wygląda też ponury zakątek ogrodu:



Te dwa (ledwo widoczne) krzaczki na ścianie komórki, to winobluszcz trójklapkowy. Jakiś czas temu pokazała mi go Gośka w Internecie i postanowiłam, że to ta roślina zarośnie moją komórkę. I jak to zwykle w takich przypadkach bywa, im bardziej go szukałam tym bardziej go nie było - wszędzie królował winobluszcz pięcioklapkowy. Na szczęście Staśka lubi jeździć w dalekie trasy na rowerze i znalazła go w jednym z okolicznych sklepów ogrodniczych.

To nie koniec zmian. Mam już płot - kosztował tyle, że zbrodnią byłoby o niego nie dbać (czyli jeden weekend w roku muszę poświęcić na jego odmalowanie):



Pierwsze zamieszczone w moim blogu zdjęcie (jest na stronie tytułowej), tylko przypomina jak wyglądał mój ogród gdy w połowie kwietnia podjęta została decyzja by wreszcie coś z nim zrobić. Teraz "widok na drogę" wygląda zupełnie inaczej:



Porządki w ogrodzie bardzo nie spodobały się moim kotom. Heniutek stracił na stosie drewna za komórką swoje ulubione miejsce do wylegiwania się. Z kolei Sralucha głośno wyrażała swoje obawy, że przez brak dziur w płocie znacznie spadnie ruch w prowadzonej przez nią agencji towarzyskiej. Ale na szczęście jej przeszło, gdy po dwóch dniach, przeciskając się pod płotem, odwiedziło ją dwóch stałych klientów. I już spokojnie czeka w ogrodzie na ich wizyty:


czwartek, 09 czerwca 2005
Jak dla mnie to trochę za dużo się dzieje

Zrobiłam pamiątkowe zdjęcie mojego płotu - już niedługo nie będzie się wchodziło na moją działkę odchylając zardzewiałą bramę:


Będzie domofon i zamknięta na rygiel brama:




W zeszłym tygodniu pojechałam z Hanką do Gośki i Jurka na ich działkę - wracaliśmy małym samochodem Hanki w taki sposób, że z przodu siedział duży Jurek ze swoim dużym psem a z tyłu ja, Gośka i Patrycja z dużą piłą. Wszystko to po to, by zrobić porządek z leżącą w ponurym zakątku ogrodu hałdą drewna:



Jurek zrobił sobie stanowisko drwala:




I pomiędzy płotem sąsiada i komórką zaczął rosnąć stos szczapek (początkowo układałam drewno z tyłu domu, pod przeznaczonym na to dużym okapem dachu, ale Jurek słusznie zauważył, że spora część drewna ze starego domu jest w kiepskim stanie i znudzone jedzeniem próchna robaki będą wolały przejść na mój zdrowy dom):



W wolnych chwilach (tzn. wtedy, gdy piła musi odpocząć), Jurek walczył z korzeniem ściętej leszczyny:


Wszystko to działo się w rytm młotków panów od dachu:


A mnie od dwóch dni boli głowa i to w jakiś dziwny, nie znany mi dotąd sposób. Tak sobie myślę, że nawet jeżeli jestem dzielna to nie dlatego że chcę, tylko dlatego że zostałam do tego zmuszona przez tzw. okoliczności zewnętrzne. Nie widzę nic fajnego w tym, że gdy biorę (tak jak teraz), kilka dni urlopu, nie mam czasu na nic, nawet na czytanie - arcyciekawego Kysia przeczytam dopiero po urlopie, gdy znów dojeżdżając pociągiem, będę miała godzinę dziennie "dla siebie". Wczoraj, gdy odkryłam że stara skrzynka od bezpieczników została przykręcona do ściany czterema rodzajami śrubek, zadzwoniłam do Jolki z pytaniem, czy naprawdę moim przeznaczeniem jest wykorzystywanie mojego nie najniższego ilorazu IQ do definiowania, które śrubki można odkręcić, a które - zamiast kupować kolejny śrubokręt - bardziej opłaca się odpiłować. Zamiast mnie pocieszyć, Joluśka zdziwiła się, że potrafię zapomnieć o tym, że jedyne co oni potrafią, to przykręcić jedną rzecz do ściany czterema rodzajami śrubek i dlatego nie wiele to zmienia to czy jest się samą, czy nie - odkręcić śrubki i tak musi kobieta. Dinozaury też nie umarły od razu i tylko dlatego jednej z nas, Gośce, udało się spotkać wymierający gatunek faceta.


 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli