niedziela, 25 czerwca 2006
Uff

Coś wreszcie udało mi się skończyć.
Słynny pierwowzór wyglądał tak:



A ja w moim dziele wyglądam tak:




Jedno z licznych odstępstw od pierwowzoru to wykończenie rękawów i akurat to odstępstwo według mnie bardzo mi się udało:


Przy czym mam świadomość, że podczas gdy ja w czasie wolnym od zajęć dłubałam sobie sweterek, Gośka zrobiła taki witraż.

W pracy w zeszłym tygodniu przeżyłam przeprowadzkę do innego budynku. Na naszym nowym korytarzu są dwie toalety, z tym że tylko jedna jest oznaczona (tzn. na jej drzwiach jest trójkąt) - na drzwiach drugiej, nawet jeżeli kiedyś było kółko, to odpadło. Już pierwszego dnia zdziwiło nas, że męscy osobnicy z innego szczepu biurowego zamiast iść do swojej, wchodzą do damskiej toalety. Ponieważ nie reagowali na ustne uwagi, powiesiłyśmy małą kartkę, a jak i to nie przyniosło spodziewanego skutku - oplakatowałam drzwi:



Jednego tylko nie rozumiem - skąd mój najlepszy kolega Leon od razu wiedział, że to mój pomysł.

Więcej sukcesów brak.

Poszli ci, co robili "wylewki", a beton z tęsknoty za nimi kruszeje:



Nie znam nikogo (poza synem Lucy), kto potrafi chodzić po moim dachu bez zabezpieczenia, a bez takich umiejętności tych desek pomalować się nie da:



Słowem gdzie nie spojrzę, coś zaczęte i nie skończone. Chciałam do tego podejść z głową i zrobiłam listę tego, co warto zrobić przed kolejnym, planowanym na wrzesień, etapem robót. Tak mnie to zmęczyło, że spędzam czas przed monitorem i staram się za bardzo wokół siebie nie rozglądać.

W każdym razie mam znów wodę w ogrodzie. Poprzednio gdy pan hydraulik, wpadł do mnie wieczorem coś tam mi poprawić, był w domu Paweł. Pan hydraulik w niecałą godzinę zrobił, co było do zrobienia i na koniec wycenił robotę na 150 zł. Nigdy tyle nie żądał, zdziwiona zapłaciłam i dopiero potem doszło do mnie, że ponieważ zobaczył w domu Pawła pomyślał, że już nie jestem "samotną kobietą". Teraz wpadł w sobotę o dziesiątej wieczorem, skonany po całym dniu pracy w tym upale. Przez dłuższą chwilę nie mógł dojść dlaczego nie ma wody, sprawdził całą instalację i dopiero na koniec zainteresował się ... ogrodowym wężem. Takie "awarie" zdarzają się tylko w domach samotnych kobiet. Pan hydraulik wyszedł po północy, po uprzednim przerobieniu mi wszystkich ogrodowych złączek i wziął ... 20 zł.

A na koniec portret zalotnej Sralci (tak piękna na moich zdjęciach to ona nigdy nie jest - ten uśmiech udało się uchwycić siostrzeńcowi Staśki, Piotrkowi).




niedziela, 18 czerwca 2006

Długi weekend dzień po dniu

Powoli zaczyna do mnie dochodzić, że chyba tak zupełnie bez chwastów się nie da. Ale póki co się nie poddaję i sieję facelię błękitną niczym orchidee (czyli po uprzednim wyrwaniu chwastów, a następnie przekopaniu i wyrównaniu ziemi).

We wtorek zasiałam facelię koło ławki:


i koło wejścia:


To co wisi na drzwiach to kociatiera, odpowiedź na nową zabawę Heniutka - niby śpi jak suseł na ławce, a nie wiadomo kiedy robi myk do domu, "perfumuje" wszystkie kąty i z powrotem zapada w sen.

W środę znowu mnie szkolili (tym razem z zamówień publicznych). Wtłaczaną do głowy wiedzę starałam się wykorzystać redagując profesjonalne ogłoszenie o przetargu na dożywotnie sponsorowanie mojej osoby, ale jak tylko skończyło się szkolenie, opuściło mnie natchnienie - a tak dobrze mi szło.

Wychodząc z kancelarii notarialnej, gdzie sfinalizowałam szaleństwo pt. z kredytem w zaświaty, zobaczyłam taką reklamę:



Przy okazji pokazałam synkowi podręcznik do html-u i pochwaliłam się, że od przyszłego tygodnia zaczynam naukę. Zamiast słów uznania usłyszałam, że książka jest do bani i jak przy jej pomocy zrobię stronę, to w większości przeglądarek będzie się zwalała. A ja co pewien czas przypominam sobie o cioteczkach.pl - wprawdzie moich robótek na drutach za dużo do pokazania nie ma, ale np. Gośka ma się czym pochwalić:


Na koniec dopadła mnie proza życia - w tym miesiącu już czwarty raz popsuł się pociąg, którym wracałam z pracy - tym razem przetarła się śruba i pociąg "zgubił" wagon. Już wiem, dlaczego Mazowieckie Przewozy Regionalne budowę wizerunku swojej firmy rozpoczęły od przemalowania pociągów - zamaskowały w ten sposób rdzę.

W czwartek zrozumiałam tych, co zamiast trawnika hodują kostkę brukową - pomysł z przekopaniem okazał się najgłupszy z możliwych (zamiast tego trzeba było zerwać darń):


Byłam bardzo blisko sięgnięcia po round-up i pewnie bym to zrobiła gdyby nie Beata, która zwróciła mi uwagę, że moja łazienkowa waga w miły dla ducha sposób "zaniża" kilka kilogramów. W tej sytuacji cały piątek trenowałam ogrodowy callanetics i nie rozstawałam się z łopatą:


W sobotę jak tylko zelżał upał i zamierzałam wyjść do ogrodu, spadł deszcz. W tej sytuacji przypomniałam sobie o fuksjowym swetrze, w którym brakuje mi już tylko (albo aż ?) rękawów:

W niedzielę po 9 latach mieszkania w tym miejscu byłam w ogrodzie, który jest za działką Kilera. Przywiozłam stamtąd trochę roślin, m.in. zioła i krzew forsycji:


Dawno już nie byłam u Kaśki - jak się z nią gada przez telefon, co chwilę zbacza z tematu by opowiedzieć co robi jej mały kot o bardzo dużych uszach. By wiedzieć o kim gadamy, poprosiłam o jego zdjęcie:

ps. do baabci

Kończę budowę tego domu, bo nie za bardzo mam inne wyjście. Może kiedyś napiszę po co mi taki duży dom, ale wcześniej muszę sama znać odpowiedź na to pytanie.

niedziela, 11 czerwca 2006

Nawet jak się nic nie dzieje, to zawsze się coś dzieje

I tak w tym tygodniu, m.in. wysłano mnie na szkolenie do całkiem ładnego miejsca. Tak wyglądała tam łazienka:

Jak nie padało i nie trzeba było słuchać kolejnych wykładów, można było pospacerować po bardzo ładnym parku, w którym było sporo kwitnących rododendronów:


I gdzie na niektórych klombach był bardzo dziwny trawnik - jak się uważnie przyjrzeć temu zdjęciu to widać, że przez bluszcz przebiją liczne klony.

Był nawet czas na zwiedzanie miasta:

I jak po drodze do domu wpadłam do Mońka do szpitala przekonałam się, że gdziekolwiek by nie zadrzeć głowy, wszędzie widać to samo:

Jestem coraz bardziej zmęczona tegoroczną edycją remontowa, ale ponieważ planowałam ograniczenie frontu robót, to zgodnie z prawem Lejzorka Rojtszwańca, skoro miał się skurczyć, uległ rozszerzeniu. A wszystko przez to, że wywrotka ziemi kosztuje ponad dwa razy więcej niż wywrotka piasku. W tej sytuacji wybrałam naturalne metody rekultywacji ziemi (czyli wykorzystanie "roślin nawozowych") i kupiłam nasiona facelii błękitnej (z tym, że tak jak na zdjęciu to u mnie nie będzie, bo mam ją "przekopać" zanim zakwitnie):


Nie wiem jakim cudem po takim przekopaniu, zamiast odrastać, ma się zamienić w drogocenny azot, ale jakby co zostanę pszczelarzem (pszczelarką?) - bo to jest roślina "miododajna".

Wszyscy wokół narzekają na pogodę a Heńkowi jest za gorąco. I gdy na jego ławce przygrzeje słońce, ucieka w cień. Ostatnio śpi pod taczką:

lub w cieniu cisu:



A na koniec znalezione w Internecie zdjęcie dziwnej roślinki (senecio rowleyanus, a bardziej swojsko - starzec), przyszpilonej przeze mnie w zeszłym tygodniu wiertarką do ściany:



Roślinka wygląda egzotycznie, ale polecam bo chyba nie jest zbyt chimeryczna - po przyniesieniu ze sklepu, podczas rozplątywania trochę się porwała, położyłam nitki na piasku z ziemią i już wypuściła pędy.

sobota, 10 czerwca 2006

Odcinek specjalny

Wczoraj (tzn. 9 czerwca) o godz. 19.57 Moniek urodził dzidzię:



Dzidzia rośnie i ma już jeden dzień:










niedziela, 04 czerwca 2006

Dobry dowcip

Młodzi opowiadają sobie takie dowcipy:

Jaka jest różnica pomiędzy Polską podczas okupacji, a IV RP?
Podczas okupacji rząd był w Londynie a naród w Polsce, a IV RP na odwrót.

A starzy w tej codzienności fruwają.

Zbyt wiele paraleli między tym co się zdarzyło w moim ogrodzie, a mitem o Ikarze to tu nie ma, w każdym razie nie trzeba było przypinać skrzydeł aby spaść - wystarczyło wejść na wysoką drabinę:



W dodatku lot na ziemię zakończył się nie na trawie, tylko na betonowym tarasie. Nie mam pojęcia jakim cudem to się dobrze skończyło i pamiątką po tym wydarzeniu jest tylko rozchlapana farba:


Ja przekraczam granice w dużo bezpieczniejszy sposób - umiem już się posługiwać wiertarką, sama zawiesiłam na ścianie kwiatek:


i lustro w łazience:


Ale albo to brak czasu, albo inne "cuś", ale gdzie się nie rozejrzę do finału daleko - "fuksjowy sweter" robię z tak grubej wełny:


że można by go zrobić w jeden weekend, a ja dziergam trzeci tydzień:


i końca nie widać (robota prosta jak drut - początkowo chciałam zrobić rękawy na pięciu drutach, ale niestety najgrubsze jakie można dostać to "5" ),


Nadal, nie zrażona deszczową pogodą, realizuję wobec kotów politykę "no mercy". Chyba się z tym pogodziły. Dziwi mnie tylko, że Heniek, zamiast na miękkich siedzeniach Toyoty, woli spać na twardej ławce:

I choć z natury jest leniwy, zrobił się z niego taki odważny kocur, że potrafi zwlec się z ławki i wybrać na krotki spacer po ogrodzie (inna sprawa, ze robi to tylko w tedy, gdy u Sraluchy nie ma "gości):

W ogrodzie skończyły się prace betonowe, ale ładnie nie jest. Mam nadzieję, że będzie jak zrobię ostatni "szlif", ale to dopiero po pomalowaniu domu i ogarnięciu ogrodu. Na razie jestem dumna z mojego rynnowego pomysłu :


Chociaż, już teraz jest mi przyjemnie, gdy posłucham co mówią ci, co na własne oczy zobaczyli jak wiele w Kalinigradzie się już zmieniło:


A na koniec wracając do dyskusji o feminizmie:

Kilka lat temu jedna z nas była w sytuacji naprawdę nie do pozazdroszczenia: kilka miesięcy po tym jak amputowano jej pierś, umarł na raka mąż, pieniądze jakie zostawił w dużej części poszły na opłacenie podatku spadkowego, a ona została z dwójką dzieci - jednym w miarę podrośniętym, drugim trzyletnim. Wtedy jeszcze naiwnie myślałam, że są sytuacje w których nie można sobie dać rady i że jest to właśnie jedna z takich sytuacji. Spotkałam się z tą ciotką w tym tygodniu*), która nawiązując do pytania "czy jesteśmy femistkami?", opowiedziała mi o tym, jak ją wówczas pocieszała Joluśka: Znalazłaś się naprawdę w tragicznej sytuacji. Ale pomyśl, on umarł i masz pewność, że nigdy z jego strony nie spotka cię nic złego. Będziesz mogła o nim dobrze myśleć, a i twoje dzieci zachowają go w pamięci jako dobrego ojca. Tymczasem popatrz na nasze historie, na to co przechodzimy z naszymi byłymi mężami, ojcami naszych dzieci....

*) zaręczam tych co nie znają dalszego ciągu, że gdyby Feniks go znał, na pewno nie aspirował by do bycia symbolem tego typu historii

Ostatnio przeczytałam gdzieś w necie wywiad z M. Olejnik i A. Kublik w którym określiły się jako "postfeministki". To określenie mi nie pasuje i dalej bezskutecznie szukam dla nas właściwej nazwy - jak mamy być zaszufladkowane, to przynajmniej niech to ma ręce i nogi.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli