niedziela, 24 czerwca 2007

Urodziny rottweilerów

W tym tygodniu zamiast obchodzić urodziny dużego King - Konga i Michała Izy, świętowaliśmy dziesiąte urodziny rottweilerów. Dotarłam na nie z przygodami - czekając na dworcu na pociąg z Joanną przypomniałam sobie, że nie wyłączyłam z kontaktu kabla od routera i chociaż w Warszawie czekała na nas Beata, która w dalszą drogę miała nas zabrać samochodem, a następny pociąg był dopiero za godzinę - wróciłam.

Ale i tak, mimo takich asekuracyjnych prób zaklinania rzeczywistości wygląda na to, że nastał dla mnie taki czas, że jak tylko coś może pójść źle, to idzie jeszcze gorzej niż się początkowo obawiałam.

Otwocki las aż tak bardzo przez te dziesięć lat się nie zmienił, ale psie rodzeństwo nie pamiętało razem spędzonego w nim dzieciństwa. Dla Bilba


Niusia była całkiem jeszcze atrakcyjną dziewczynką i usiłował ją poderwać. A ta, na jego końskie zaloty, reagowała warkotem.


Dostojni jubilaci dostali ode mnie w prezencie kubek i otwieracz do piwa.


Z tego powodu po raz pierwszy od dawna stałam godzinę w kolejce - tłok w punkcie wykonującym napisy reklamowe był niesamowity. Większość zamawiała koszulki z napisem Super tata super córki albo Super tata super syna (widocznie to się teraz daje z okazji urodzin dziecka), dwie panie odbierały haftowaną w okolicznościowe napisy atłasową pościel (pewnie był to prezent ślubny). Pomyślałam sobie, że fajnym pomysłem na prezent może być własnoręcznie zaprojektowany kalendarz ścienny.

Wystarczył tydzień opadów i wyrosła posiana w zeszłym tygodniu, w pustych miejscach trawa. Wygląda to dobrze, ale chyba nie uda mi się zrobić tak całej działki, bez poświęcenia na to kilku dni urlopu.


Wyrosła mi pod płotem samosiejka, co nie jest chwastem, coś mi przypomina, ale nie wiem dokładnie co:


Ponieważ w tym tygodniu ogród podlewał się sam, więc pomyślałam o kinie. Jak zawsze o tej porze roku grają letni repertuar - trudno o coś atrakcyjnego, a jak powtarzają, to i tak nie to co bym chciała.

Rozkosze Emmy to kolejny film o kimś, kto właśnie dowiedział się, że ma raka i to tak zaawansowanego, że zaraz umrze. Widziałam lepsze filmy na ten temat. Moje uszy zwróciły mi uwagę na to, że film niemiecki, dialogi niemieckie, ale "ocieplający" film podkład muzyczny, to śpiewane po angielsku piosenki o miłości.

Szczęście, jak na czeski film, nie jest zbyt udane. Trochę byle jakie, z tym że miło się ogląda - taki balladowaty snuj o tym, że trudno razem w rodzinie pierwotnej, a w związkach które się zakłada, też lekko nie jest.

W tzw. międzyczasie przeczytałam kilka książek. Lęki króla Salomona po raz drugi - fajna książka na wakacje - niestety tak jak łatwo wpada, tak i wypada, więc pewnie nie ja pierwsza wzięłam na wycieczkę (w moim przypadku do Budapesztu) bo zapomniałam, że ją czytałam.

Przeczytałam dwie bardzo słabiutkie książeczki. Lubię książki, w których pełno jest anegdot (zwłaszcza jeżeli dotyczą czasów, które ledwo, ledwo ale jakoś tam pamiętam), ale Złota młodzież - Niebieskie ptaki - Warszawka lat 60 - to nie anegdota, tylko panegiryk, a coś takiego z założenia nie ma wdzięku. W zeszłym roku przeczytałam Dwanaście, w tym Trzynaście, w przyszłym roku nawet jak się ukaże Czternaście, to już na pewno nie przeczytam.

Chciałabym żyć w kraju, w którym Ludwik Stomma pisałby podręczniki do historii. Żyję w kraju, w którym jak nie można napisać, że to co w książce to wytwór chorej wyobraźni autora, podważa się jego wiarygodność pisząc na okładce, że to obraz nakreślony przez sceptyka i wolnomyśliciela. Czyli tak jak z całą pozostałą historią, również i na temat życia seksualnego polskich królów, można pisać z pozycji mniej lub bardziej słusznych a tzw. fakty historyczne nie mają zbyt wielkiego znaczenia.

Zanim cię znajdę przez pierwsze 300 stron drobnego druku się rozkręca, przez następne 250 wszystkie opisane wcześniej wątki w cudowny sposób zaczynają się splatać i jest to nagroda za to, że tak trudno było brnąć przez pierwszą połowę książki. Niestety pod koniec nastrój pryska, bo autor nie miał pomysłu jak to wszystko zakończyć.

A teraz czytam Traktat o łuskaniu fasoli - książka przywraca wiarę we współczesną literaturę polską, Widnokrąg był cudowny, ale ta jest jeszcze lepsza.

W ten piątek wybieram się na organizowane przez Gazetę spotkanie bloggersów. Sama jestem ciekawa swoich wrażeń.

niedziela, 17 czerwca 2007

Ogrodowe perpetum mobile

Podobno jest jakiś idiotyczny film z młodym Keanu Reeves, w którym co jakiś czas pada taki dialog:

- No way.

- Yes way.

(było to przetłumaczone w taki, pozbawiony wdzięku oryginału, sposób: - Nie ma sprawy; - Jest sprawa).

Oryginalny tekst bardzo trafnie ilustruje moje zmagania z rzeczywistością. Bo niby wszystko jakoś tam mi wychodzi, ale zawsze jest to jednak tylko "jakoś", a ja chciałabym tak to końca.

Tak jak na przykład z Jolką z Wyborczej, którą mimo że zmagam się z nią od lat, bardzo rzadko rozwiązuję do końca - prawie zawsze brakuje mi dwóch, trzech haseł (często nawet i większej ilości). Jest wprawdzie bardzo mądry kolega Leon, który jak tylko wyślę mu mój "urobek", jeszcze tego samego dnia odsyła mi go w wersji: 100 trafień na 100, ale to on tak potrafi, nie ja (inna sprawa, że on jest taki mądry, że rozwiązuje nawet krzyżówkę w Przekroju). Pocieszające jest jedno, że nawet taki mądry Leon nie potrafi zrozumieć wszystkiego - np. tego dlaczego się odchudzam.

Mam już nowy komputer - tradycyjnie nie obyło się bez strat, przy podłączaniu włożyłam do kontaktu piszczące z powodu braku prądu USB, a ono zamiast się uspokoić, spaliło mi gniazdko. Życie pokaże, czy z tym USB to był dobry pomysł, może lepszy (z tym, że na pewno droższy) byłby stabilizator?

Ciągle nie mam pomysłu na konfigurację sprzętu - dopiero w tym tygodniu będzie do odebrania, pasująca kolorem do nowej obudowy, szufladka na drugi dysk, ale chyba niepotrzebnie ją zamówiłam, bo w międzyczasie zmieniłam plany. Aktualnie mam taki pomysł, by tylko jeden (ten nowy), komputer był w sieci, Komputer od Anki, mimo że kupiłam do niego kartę sieciową, będzie robił za bezpieczny, nie narażony na zewnętrzne infekcje magazyn. Na razie jest jeszcze przy nim trochę pracy - m.in. ma być w niego włożony jeden z dysków ze starego komputera, ale póki co ani mnie, ani Alkowi, ani Jackowi nie udało sie go podłączyć i dysk pojechał do sformatowania via gniazdo USB.


Nowy komputer też nie jest do końca skonfigurowany, cały czas szukam w sieci sensownych legali. I przynajmniej z programami graficznymi już wiem, że mi się nie uda. - ten tak bardzo reklamowany Gimp, może jest i dobry, ale ma tak nieprzyjazny interfejs, że po jednym dniu go odinstalowałam. Uratował mnie Jacek, od którego dostałam w prezencie Paint Shop Pro 7. Nie jest tak miły i wygodny w obsłudze jak Photoshop, ale przynajmniej jest jakiś.

Ale te problemy sa niczym w porównaniu z ogrodem, bo - używając ostatnio ulubionego powiedzonka Gośki - choćby skały srały, tego się nie da przerobić. Podobno jest takie przysłowie: jeśli chcesz być szczęśliwy całe życie - uprawiaj ogród. Wiem już dlaczego - jak się ma ogród to nie ma się czasu na zastanawianie się czy się jest szczęśliwym czy nie i tym samym nie ma możliwości by sobie uświadomić fakt bycia nieszczęśliwym.

Mój trawnik w wersji irlandzkiej wyglądał z przodu tak:


A z tyłu nadal wygląda tak:


Zaczęłam od przodu i próbuję to opanować, pieląc,


i dosiewając w pustych miejscach trawę (przedtem likwidując największe nierówności terenu):


Rozsiany z przodu domu chrzan:


Postanowiłam zlikwidować bawiąc się w doktora:


A żeby było śmiesznie, tak się przyzwyczaiłam do grzebania w ziemi, że dogoniło mnie to i w pracy:


A na koniec zapraszam do mojego ogrodu (wejście po najechaniu myszką na zdjęcie poniżej, przewija się strzałką, która wyświetla się po środku, po prawej stronie zdjęcia).


ps. jak wpadłam na pomysł jak wsadzić tę galerię na blog, bez zgłębiania (a tylko taki sposób był podany na stronie programu simpleviewer) tajników html, to sobie pomyślałam, że ciągle jeszcze czasami potrafię być genialna.

poniedziałek, 11 czerwca 2007

Właśnie wróciłam z Budapesztu

Oprócz mnie, było tam pół autokaru ludzi.

W tym duży King-Kong

Mały King-Kong

I Mama King-Kongorzyca

Już z wyglądu sklepik przypominał ten z Dymu - rodzina King-Kongów spędziła w nim godzinę. Po wyjściu okazało się, że zakupy trwały tak długo, bo w ramach akcji promocyjnej kupujący mogli degustować różne palinki:

Węgry już kiedyś widziałam (i to nie raz), ale  Jelonka to po raz pierwszy.

A teraz podobno w najbliższym czasie czeka mnie sukces zawodowy albo finansowy - ma to byż nagroda za to, że siadłam na  wypolerowanym na "glanc", przez tysiące tych co byli tu przede mną, pomniku Anonimusa.

niedziela, 03 czerwca 2007

Znowu w życiu mi nie wyszło

A miało być tak pięknie.

Komputer, mimo wymiany karty sieciowej, dalej stawał dęba. Kupiłam więc nową, pasującą do procesora płytę główną i postanowiłam sama ją wymienić.

Co z tego, że aby dodać sobie animuszu puściłam Sinatrę, który śpiewał mi swoje I did it my way, kiedy na pierwsze potknięcie długo nie musiałam czekać i zaliczyłam je przy zdejmowaniu wentylatora. Bałam się szarpnąć z użyciem siły i poprosilam o pomoc syna sąsiada. Dzięki niemu dowiedziałam się, że i tak muszę zrobić sobie jednodniową przerwę - nie wiedziałam że muszę mieć pastę termoizolacyjną do posmarowania procesora.

Następnego dnia nie byłam już taka bojowa i zamówiłam wizytę fachowca. Chciałam by włożył wentylar (tak jak nie chciał po prostu wyjść, tak teraz nie chciał wejść) i by po sprawdzeniu moich podłączeń, wziął odpowiedzialność za włączenie kompa do prądu. Ale co z tego, że dobrze podłączyłam, skoro było to reanimowanie trupa, bo padła nie płyta, a procesor. Przy okazji pan zwrócił uwagę na mrugającą żarówkę - czyli muszę kupić nie tylko komputer ale i porządny ups, bo tak niestabilny prąd, prędzej czy później wykończy każdy procesor.

A ja nie jestem geodetą. I nie zarabiam jak geodeci, którzy zawsze się cenili i brali kilkaset złotych za narysowanie prostej, kilkucentymetrowej kreski na wydrukowanej z komputera mapce. A teraz jeszcze się wysprycili i po to by zapewnić sobie stały dopływ ofiar, zmienili czas przydatności do użycia - kiedyś mapki geodezyjne były ważne dwa lata, teraz ważne są tylko pół roku. W dodatku, na pierwszą wersję mapki czeka się pięć tygodni, następnie - jak projektant zaznaczy na ulicznej rurze punkt w którym będzie zrobione przyłącze wodne - na zaktualizowanie mapki czeka się jeszcze dwa miesiące. Mam nadzieję, ze moja studnia o tym wie i w tym roku nie zrobi mi żadnego kawału.

W tym tygodniu wzięłam udział w zorganizowanych rzut beretem od mojego domu  w warsztatach papierowej wilkliny.

Jest to godny polecenia sposób na wykorzystanie makulatury. Pociętą gazetę roluje się przy użyciu długiej, drewnianej wykałaczki.

A

A to co się uplecie, maluje (podobno najlepiej gazetową czcionkę kryje zabarwiona pigmentami emulsja).

W przyszłym tygodniu, pod moją nieobecność, będą się uczyć splotów używanych w wikliniarstwie. Fajny pomysł na choinkowe zabawki. Na niej, nawet to co zrobiłam na pierwszych warsztatach, po pomalowaniu może całkiem fajnie wyglądać.

Im bardziej padało, tym mniej pole za domem przypominało trawnik.

Po przejechaniu kosiarką wyglada wprawdzie nieco lepiej, ale w zeszłym roku po ogoleniu chwastów wyglądało bardzo podobnie. Chyba jedynym wyjściem byłoby zlanie tego w lipcu roudup-em, po trzech tygodniach przekopanie, potem nawiezienie ziemi i na przełomie sierpnia i września wysianie nowej trawy.

Tyle, że to kosztuje, a ja wybieram komputer.

Obejrzałam Obsługiwałam angielskiego króla.

Nastawiłam się na arcydzieło - ale to nie był polski film, tylko czeski, a oni potrafią robić filmy i można od nich więcej wymagać.

A za tydzień o tej porze, jak wszystko dobrze pójdzie, będę wracała z wycieczki do Budapesztu.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli