niedziela, 29 czerwca 2008

Maraton

Wróciłam z Juraty, z Maratonu blogerów.

Wczoraj (czyli w sobotę), zgodnie z planem przez 24 godziny grupowo pisano bloga - tu się nie popisałam, bo  około pierwszej w nocy poszłam spać.

Ale za to pierwszego dnia przeżyłam fajną przygodę -  Poszukiwanie skarbu. Pływaliśmy po zatoce i w kolejnych miejscach odnajdowaliśmy wskazówki, gdzie mamy dalej płynąć (kiedyś chodziło się po lesie i wtedy nazywało się to podchody).


Ostatnim punktem było odkopanie skarbu na samym środku Zatoki Gdańskiej, gdzie momentami nie tylko jest płytko, ale nawet wystaje mniej więcej 200 metrowy pas piasku.


Mnie jakoś to kopanie nie pociągało, ale było ciepło i czułam się jak na wakacjach.


Tyle, że w pewnej chwili  zaczęło się zbierać na burzę. I o ile na początku "chodzenie" po morzu było zabawne, perspektywa spędzenia tu burzy, nie była dla mnie zbyt  pociągająca. 


Nie tylko dla mnie mnie. Ale o ile inne załogi mogły od razu pobiec do łodzi, my mieliśmy "gorzej" - okazało się, że byliśmy pierwsi na miejscu nie dlatego, że tacy byliśmy sprytni, (a tak początkowo myślałam),  tylko dlatego, że nasza łódka "zaparkowała" po zawietrznej stronie brodu. I aby płynąć w kierunku domu, musieliśmy ją  "przepchać" na drugą stronę piaszczystej muldy. Jeszcze ją pchaliśmy, jak dogoniła nas burza. Osiem osób pchających na środku Zatoki Gdańskiej łódkę - dawno nie przeżyłam czegoś tak surrealistycznego.


Pobyt w Juracie (hotel Neptun) opłaciła Agora. Warunki bardzo dobre, ale bez wodotrysku.


Gorzej mieli ci, których wpadli na pomysł wakacji w XIX-wiecznym zamku (to nie Hel, tylko Rzucewo niedaleko Gdyni).


Ceny pewnie jeszcze wyższe niż w hotelu Neptun, a plaża wyglądała tak


W dodatku tak śmierdziało, że spacer brzegiem morza odpadał.

ps. Mediafun zamiescił na blipie film z Juraty.

środa, 25 czerwca 2008

Książki z 6 kontynentów (6)

To moja pierwsza książka o wojnie w Jugosławii, a raczej o rozbitkach z tej wojny. Tu o tych, żyjących w Amsterdamie. Bohaterka książki prowadzi na uczelni zajęcia z literatury narodów zamieszkujących tereny Jugosławii. Na jej zajęcia chodzą tacy jak ona, byli mieszkańcy byłej Jugosławii. I chociaż wojna się już skończyła, jak łatwo można się domyśleć, nie potrafią pogodzić się z rozpadem swojego świata, ani umościć sobie gdzie indziej miejsca. Ostatnie kilka stron książki te lista przekleństw. Chciałam kilka z nich zeskanować, ale zgubiłam książkę i aby ją dokończyć musiałam pójść "doczytać" do Empiku. Kilka z nich przepisałam, ale nie doniosłam do domu tej kartki. Książkę polecam. Mam tylko takie zastrzeżenie, że momentami ciężko mi się czytało - może to kwestia tłumaczenia. Więc raczej temat, ciekawe postacie. Forma nie zachwyca.


Z kolei od dawna chciałam przeczytać Panią Dalloway. Zachwycona filmem Godziny, przeczytałam książkę, której adaptacją był ten film. I nie mogłam wyjść z podziwu, jak tak genialny film mógł powstać na podstawie tak beznadziejnej książki. A Pani Dalloway jest obok. Kawałek starej dobrej literatury. Po przeczytaniu iluś współczesnych książkach, warto odpocząć przy języku dawnych powieści. Dziś już zapomnianym, ale miło kojącym. Taki trochę osobisty cytat z tej książki.

I naturalnie była w Klarysie ogromna radość życia. Leżało to w jej naturze (chociaż Bóg jeden wie, że miewała swoje za­hamowania; nawet on, po tych wszystkich latach, nie potrafi dać pełnego jej obrazu, co najwyżej szkic). W każdym razie nie było w Klarysie ani cienia goryczy; nie było świadomości własnych cnót moralnych, tej odpychającej cechy porządnych kobiet. Cieszyło ją właściwie wszystko: klomb tulipanów na spa­cerze w Hyde Parku albo dziecko w wózku, albo absurdalny mały dramat, który wymyślała na poczekaniu. (Zupełnie możliwe, że gdyby ci zakochani wydali się jej nieszczęśliwi, podeszłaby do nich i wszczęła rozmowę). Miała niezrównany dar rozśmieszania innych, ale musiała mieć wokół siebie ludzi wciąż musiała mieć wokół siebie ludzi, żeby go demonstrować, co prowadziło naturalnie do tego marnotrawstwa czas na lunche, kolacje, na te bezustanne przyjęcia, na rozmowy o głupstwach, na mówienie rzeczy, których nie myślała - cały czas spłycając inteligencję, stępiając bystrość sądu o rzeczach.

Straszne wyznanie (włożył kapelusz na głowę), ale w pięćdziesiątym trzecim roku życia nie potrzebuje się już ludzi. Samo życie, każda chwila życia, każda kropla, tu, w tej sekun­dzie, teraz w słońcu w Regent’s Park - to dosyć. Teraz, kiedy posiadło się już tę umiejętność, całego życia nie starczy, żeby wydobyć wszystek smak; żeby wydobyć każdy łut przyjemności, każdy odcień znaczenia, które są obecnie o tyle rzeczywistsze mniej osobiste niż dawniej. Nigdy już nie będzie tak cierpieć, jak cierpiał przez Klarysę. Piotr poczuł tak niewypowiedzianą ulgę, prag­nął jedynie samotności. Każdy uczciwy człowiek powie to samo: po pięćdziesiątce nie­potrzebni są już ludzie; nie ma się już ochoty mówić kobie­tom, że są ładne. Wszyscy ludzie po pięćdziesiątce - jeżeli są szczerzy - powiedzą to samo.


niedziela, 22 czerwca 2008

Ale tydzień

Ale tydzień. Nawet w kinie nie byłam. Przede wszystkim, moje małe dziecko, z matematyki na świadectwie maturalnym miało trójkę, a na maturze czwórkę, skończyło z wynikiem bardzo dobrym matematykę na UW. I to nie żadną specjalizację pedagogiczną, tylko tę w najczystszej postaci. A ja ostatni raz wystąpiłam w roli mamusi, której ktoś - tym przypadku przewodniczący komisji - gratulował takiego dziecka. 

Z tej okazji urządziłam sobotni obiad rodzinny. Główne dania jak zwykle przygotował  synek z Tereską, ja tylko zamówiłam w cukierni tort. Przy okazji odkryłam lukę na rynku galanterii cukierniczej, nie ma świeczek-literek, jest tylko Happy Birthday, ułożenie napisu z innych literek nie wchodzi w grę.


Przeglądając wieczorem zdjęcia w galerii synka (zatytułował je: Pożegnanie emigrującej Anki, tytuł galerii z poprzedniego dnia: Pożegnanie emigrującego Łosia) uświadomiłam sobie, że po raz pierwszy jesteśmy razem na zdjęciu.


Potem oddałam klucze od domu, a sama udałam się na wygnanie do Otwocka.

Gapa przyciąga jak magnes. W niedzielę przyjechała ją zobaczyć nasza ciotka-trendsetterka. Kiedyś zaimponowała nam tym, że po " życiowym bum", startując od zera, bez pomocy rodziny  w ciągu  ośmiu lat  kupiła i urządziła mieszkanie. Jak by tego było mało, rok temu wzięła kredyt i kupiła mieszkanie też i swojemu dziecku. Teraz zamierza nam udowodnić, że w każdym wieku można się zawinąć i samej jechać do obcego kraju, by tam zaczynać od zera.


Przy okazji podziwiałam narzucony przez Gumisia wszystkim domownikom system wychowawczy, polegający  na  bombardowaniu miłością.


Brałam udział w tym.

Ale poza dyplomem cisza, więc pewnie żadnego rekordu nie było.

ps. układanie puzzla było sztuką dla sztuki. Nawet jakbym chciała, to nie nadaje się do "podklejenia", bo mimo że uważałam, brakuje jednego kawałka. Poleży trochę na podłodze, a potem schowam go z powrotem do pudła.

sobota, 21 czerwca 2008




Tak zawołałby swego czasu Premier K. Marcinkiewicz, gdyby był Chińczykiem.


 
niedziela, 15 czerwca 2008

Susza i moja paranoja

Jedną z rzeczy którą wyniosłam z domu, jest świadomość, że wody w Polsce jest coraz mniej i prędzej niż później, jej zabraknie. Wprawdzie o tym, że w Kaliningradzie też jest krucho z wodą wiedziałam od ojca od dnia kiedy się tu sprowadziłam (czyli już 11 lat temu), ale po raz pierwszy pomyślałam o tym jako o realnym zagrożeniu dopiero w zeszłym roku. I chociaż woda w studni póki co za darmo, gdy doszło do mnie, że w razie "katastrofy" grozi mi kilka miesięcy bez wody (mniej więcej tyle trwa załatwienie wszystkich formalności), zamówiłam projekt przyłącza wodnego. Jak zwykle, znów miałam więcej szczęścia niż rozumu. Tylko dlatego, że panowie od wodociągu przychodzą za niecały miesiąc, w miarę spokojnie reaguję na to, że mój hydrofor strzela powietrzem, tak jak niegdyś dekawka. Tyle tylko, że chciałam zachować możliwość brania wody ze studni, a teraz nie wiem czy nie będę musiała zmienić planów. Nie ma sensu reperować źle działającej pompy, bo hydrofor też ledwo zipie, a nowe modele mają pompę i hydrofor w jednym (przy okazji pewnie powinno się też wymienić biegnące od studni rury). Tyle że pan hydraulik potwierdził to co mówi mój tata, poziom wód w okolicy się obniża i takie kilkumetrowe studnie wysychają. Więc nie wiem czy warto.

Susza w ogrodzie okrutna. Drzewa gubią owoce, trawa przypomina step, a ja przez tę historię z wodą, podlewam tylko rośliny pod płotem, gdzie - pewnie z wdzięczności - zakwitły kupione ostatnio przeze mnie krzaczki.

Dostałam też kolejne konwalie od sąsiadki. Ładniejsze posadziłam pod tujami, brzydsze pod leszczyną. Tuje nie znajdują sie na liście "do podlewania w czasie suszy" i dalej schną, ale jak już padną, na początek będą przynajmniej konwalie.

Za to w domu wielki sukces - po półrocznym hamletyzowaniu, mój fallusik zdecydował się jednak dalej rosnąć i wypuścił pierwsze listki. Obok niego zygokatus - to jak obficie zakwitł przekonało mnie do nawożenia i kaktusów

Walcząc z opisaną w poprzednim odcinku niemocą twórczą, opracowałam rescue plan i aby potem wszystko wydawało się już dziecinnie łatwe, zaczęłam od "góry" - trzynastego, w piątek, poszłam do lekarza. Skończyło się tak, jak zwykle kończy się takie wyzywanie losu - zostawiłam na moment swoją nową śliczną komórkę bez opieki i gdy po chwili wróciłam, już jej nie było. Mecz z panią doktór pozostał nie rozegrany - wprawdzie nie znalazła żadnej choroby, ale też nie powiedziała, że jestem zdrowa. Będzie dogrywka, a ja w tej grze mam już tylko zdrowie do stracenia, bo zamiast komórki, mam teraz takie "coś", w którym nie ma nawet jednej dodatkowej funkcji.

Gumiś ma nowego psa. Tym razem Cane Corso. Gapa jak każdy szczeniak jest śliczna (jak się najedzie myszą na zdjęcie poniżej, można obejrzeć więcej jej zdjęć). Jak mi tak Gumiś opowiadał o tym, jak to wszyscy domownicy (Jacek też) marzą o kolejnym psie, przypomniało mi się zdarzenie sprzed lat. Tomek miał mniej więcej 9 miesięcy, mój ojciec był za granicą, a Michał pisał do ojca, że Tomek marzy o zdalnie strerowanym samochodzie ....

Miałam w tym tygodniu ułożyć puzzla, ale nie wyszło. A ponieważ w przyszłą sobotę córka urządza w Kaliningradzie wielki bal, trudno dziś przewidzieć jaki los czeka moją układankę na podłodze. Na wszelki wypadek dokumentuję mój dotychczasowy wysiłek twórczy.

Jak to często bywa, w tzw. zajawkach Kochanice Króla zapowiadały się obiecująco, a w realu okazały się chaotycznym i nie poskładanym w jedną całość melodramatem. Takim, w którym sceny oczywiste trwają za długo, a potencjalnie ciekawe tylko chwilę. S. Jochansson, jak zwykle "wymownie" wybałuszcza oczy i wydyma usta, ale również i tym razem (tu nie rozumiem Woody Allena) nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Grana przez N. Portman postać Anny Boleyn, przez pierwszą połowę filmu jest ciekawa, ale potem reżyserowi zrobiło się jej żal i ze złej i przebiegłej przerobił ją na nieszczęśliwa histeryczkę. Ale też nie można za bardzo narzekać, bo zdjęcia ładne a w czas kanikuły i tak nie ma co liczyć na dużo lepsze filmy.

ps. na moim blogu pojawiła sie nowa zakładka: "Tu będę".

niedziela, 08 czerwca 2008

Niemoc nietwórcza

Niemoc nietwórcza - bo jak inaczej nazwać mój stan? Bezproduktywnie siedzę przed monitorem, rozmyślam, że to czego chcę jest poza zasięgiem, to co w zasięgu nie bawi, a w przerwach narzekam na przeciekający przez palce czas. Efektem ubocznym jest to, że za bardzo nie mam o czym pisać (wprawdzie hen za płotem dzieje się huk ciekawych rzeczy, ale choć co i rusz trafia mnie szlag, to ten blog nie o tym).

Obmyślanie programów naprawczych też nie ma sensu, bo nawet jak się odspawam od komputera, idę powściekać się do puzzla, który od jakiegoś czasu, czyli od momentu gdy ułożyłam łatwiejsze, idzie mi jak po grudzie.

W tym tygodniu zjechała do Kaliningradu Kąsólowa z Kąsólówną.

Kalinka jest dzieckiem ślicznym, mądrym i rozpuszczonym. Czyli wszystko jest tak jak miało być i być powinno.

Filmy które czekają na półce są bez dubbingu, telewizji nie oglądam, więc i drutów nie biorę do ręki. Czapkę poranny wdzięk kartofla robię już drugi miesiąc i nawet wzięłabym do ręki coś innego, ale nie wiem co by to miało być. Na razie chodzę po blogach i szukam pomysłu na 35 dkg zielonej Lany Grossy i kilogram białej owczej wełny. Tego co szukam nie znalazłam, ale np. tu, spodobało mi się to:

Poszłam na Kierowcę dla Wiery. Choć klimat podobny, to do Spalonych w słońcu daleko. Klasyczny melodramat, momentami dobry, tyle że drażni "pozamykanie" wszystkich wątków. W ramach rekompensaty - bajeczne zdjęcia Krymu.

Wybierałam się na Dwa dni w Paryżu, ale wcześniej poszedł Moniek i wysłał mi SMS, że reżyser chciał być Woody Allenem, a wyszedł mu Borat. I teraz nie wiem, czy pooglądanie na ekranie Paryża, warte jest aż takiego poświęcenia.

Przeczytałam Merde - rok w Paryżu. Temat stary - tym razem Anglik przyjeżdża na rok do pracy do Paryża i naśmiewa sie z Francuzów. Śmiałam się razem z nim - złapałam się na tym. że jak jechałam pociągiem, głośno śmiałam się sama do siebie.

Próbka stylu:

Szybko przekonałem się, że nie sypiała na wykładach z zarządzania. Seks był dla niej jak sprawnie przeprowa­dzona transakcja. Najpierw pozbyliśmy się ubrań, niczym zbędnych aktywów, następnie przeprowadziliśmy badania marke­tingowe i zadbaliśmy o wywołanie zapotrzebowania, wreszcie zostałem zaproszony do wprowadzenia na ry­nek swojego produktu. Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, by zaspokoić wysokie wymagania i zapewnić podaż na odpowiednio wysokim poziomie. Po okresie gwałtownych zmian i dogłębnej penetracji nastąpiło zaspokojenie popytu, a jednocześnie kompletne wyczer­panie zapasów. Pokażę ci twój pokój — oznajmiła jakieś dziesięć sekund po zapaści rynkowej.

Jak widać za ambitna, to ta lektura nie była. Ale od mądrości i ambicji jest moje młodsze dziecko. Spędziła u mnie weekend i jak przeczytała na głos o idei grupy podstawowej (nie jest to definicja, bo tak prostymi słowami niczego się w jej dziedzinie nie definiuje), to tak mi się ta melodia spodobała, że przytaczam by i inni mogli ją zaśpiewać:.

Grupa podstawowa – rozważana w topologii grupa klas homotopii pętli w przestrzeni topologicznej z wyróżnionym punktem (lub łukowo spójnej), pozwalająca na użycie względnie łatwych metod algebraicznych do dowodzenia skomplikowanych twierdzeń topologicznych.

A pamiętam czasy, kiedy to ja byłam od niej mądrzejsza. Poza książką S. Clarka, w ramach Książek z 6 kontynentów w tym tygodniu czytałam Panią Dalloway, ale zostawiłam książkę w pociągu i teraz, aby ją dokończyć, znów muszę się udać do księgarni.

niedziela, 01 czerwca 2008

Kalina Kassandra Ko ...

Spodobało mi się nadanie mi przez Jacka imienia Kassandra. I ponieważ nazwisko też mam na literę "K" (wprawdzie po ex, ale przez te kilkadziesiąt lat zdążyłam się już do niego przyzwyczaić), moje "trzy K" brzmi lepiej niż np. Kinder, Küche, Kirche. Inna sprawa, że od czasu do czasu dalej mam ochotę na napisanie wypracowania na temat dlaczego, skoro co i rusz zarabiam kolejną etykietkę "feministka", nie chcę być utożsamiana z tym ruchem, przynajmniej w polskim wydaniu (innych wydań nie znam). Bo chociaż w tak wielu punktach się z nimi zgadzam, nie poszłabym z nimi w pochodzie. Ale to takie myśli przed snem, bo w dzień to ja nie mam czasu.

Azalia od Gumisia tak obficie obsypała się kwiatami, że aż liści nie widać. Ale mam poważne zastrzeżenie do wszystkich moich azalii - ledwo zakwitły, już przekwitają.

Przekwitające z końcem wiosny kwiaty (nie tylko azalie, niezapominajki też), przypomniały mi o zimie.

Przywiezione w sobotę po południu drewno, w niedzielę już leżało na miejscu. W dużym stopniu dzięki Staśce.

To czego nie zdążyłyśmy w sobotę ułożyć ze Staśką, dokończyłam w niedzielę z Lucy. Na wieść o tym, że jadą goście, zachowałam się jak nie ja i zrobiłam obiad. A że widzieć rodzinę Lucy w komplecie to wielka rzadkość, więc dla zainteresowanych zdjęć jest więcej, w dodatku są dużo lepsze bo zrobione przez Staśkę - trzeba tylko najechać myszą na zdjęcie.

Na poprzednim zdjęciu widać moją ostatnią doniczkową miłość - fuksje. Zauroczona tym co zobaczyłam w Serocku, też sobie zrobiłam wiszący ogród.

Zatęskniłam za kinem.

Bałam się Darratu, film wprawdzie o gojeniu ran po wojnie domowej w Czadzie, ale samo to, że o Afryce budziło lęk, że okrucieństwa będzie w nim ponad moją miarę. Tyle, że trwają Dni dobroci dla Gumisia, więc skoro wybrała ten film i miało jej to w czymś pomóc, poszłam bez jednego zająknięcia. I tego czego się tak bałam, czyli okrucieństwa, w tym filmie nie ma. Sama narracja też nie jest taka ponura i ma nawet optymistyczny wydźwięk. Ale mnie ten film zdołował. Kamera leniwie pokazuje pustynny step, potem widzimy bohatera, idzie przez "inny" - taki kolorowy step, gdzie wiatr nie wzbija tumanów piasku, tylko śmieci. Obraz Afryki, jako zaśmieconego przedsionka piekła, poraża.

Dugi film obejrzany w ramach Dni dobroci dla Gumisia wybrałam sama. Czeski Niedźwiadek to perełka. Gdzieś przeczytałam, że to kontynuacja Samotnych - tamten film był o pogubionych 25-latkach, ten o też pogubionych 35-latkach. A gdyby tak dalej to pociągnąć? Patrząc na moich znajomych, film o pogubionych 50-latkach też mógłby być fajny.

Ponieważ w kinach czuć już wakacje i po bardzo kiepskim sezonie filmowym, zbliża się czas totalnej posuchy, zaczęłam uważniej przyglądać się różnym przeglądom. W ramach tzw. Filmostrady obejrzałam mocno obsypany nagrodami, niemiecki film Cztery minuty. Bardzo nie lubię amerykańskiej produkcji filmowej, z tzw. optymistycznym, poprawnym politycznie (i potwornie śmierdzącym smrodem dydaktycznym), przesłaniem. Ale w amerykańskich filmach mówią przynajmniej po angielsku. Ale jak w takim filmie mówią po niemiecku, to jest to jeszcze trudniejsze do wytrzymania.

Z kolei szkoda, że niemiecki A potem przyszli turyści jest pokazywany tylko na takich przeglądach. Nie jest to wprawdzie wybitne dzieło sztuki i bardziej przypomina film telewizyjny, niż nakręcony z myślą o dużym ekranie. Ale mimo tych niedociągnięć, gdyby jeszcze gdzieś uczono historii, a nie tylko odprawiano rocznicowe modlitwy historyczne mógłby to być świetny materiał wyjściowy do dyskusji na lekcji historii.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli