niedziela, 28 czerwca 2009

W sobotę, w Białymstoku, Moniek urodziła córkę.
Wszystko OK.
Mała zdrowa, Moniek szczęśliwy.



Chora inaczej

Rękę mam wprawdzie dalej chorą, ale już na szczęście inaczej. Wszystko dzięki temu, że poszłam do innego lekarza, który nie zgodził się z zaleceniem poprzedniego lekarza, by na kilka tygodni zaprzestać używania prawej reki. Ten doktor akurat świetnie rozumiał, że  trawa musi być koszona, a pielenie chwastów to nie żadna fantazja, tylko konieczność  (potem okazało się, że też ma ogród). Powiedział może jeszcze uważał, że ma pani do bloków wrócić i obalił poprzednią diagnozę Mając do wyboru zwyrodnienie stawów i po nadwyrężane mięśnie wybrałam to drugie, co jest chyba całkowicie zrozumiałe. Gustowny temblak zamieniłam na  "stabilizator stawowy" i  chwilowo cały problem został zredukowany do pytania jak pogodzić wakacyjne wyjazdy z fizykoterapią.


Teraz muszę nadgonić stracony czas i odchwaścić ogród. Trawnik zarósł mchem i koniczyną i wygląda niewiele lepiej, niż ten wypielony miesiąc temu kawałek, na którym miałam zasiać trawę. Staram się oszczędzać, ale widząc ogrom tego co jest do zrobienia, chciałabym już to wszystko mieć zrobione. Na moje szczęście w niedzielę, czyli pierwszy dzień kiedy w Macondo zaświeciło słońce i można było wyjść do ogrodu, o pierwszej wpadła Joanna i zanim omówiłyśmy najważniejsze wydarzenia była szósta, więc w ogrodzie jeszcze prawie wszystko do zrobienia, ale ręką nie jest w gorszym stanie niż była.  


W dniu, w którym napisałam mail ponaglający do Get Knitted, przyszły zamówione druty. Sterczały tak w tej skrzynce przez pół dnia - byłam przekonana, że prześlą paczką, a oni wsadzili to w bąbelkową kopertę i nadali zwykłym listem. Zastanawiam się, czy się nie po pieniaczyć, bo za przesyłkę zapłaciłam jak za zboże.


Jeżeli chodzi o same druty to są wygodne, zajmują mało miejsce, ale też bez przesady z tą jakością, robiłoby się na nich tak samo jak na Pony czy Imax'ach, gdyby nie elastyczna i nie łamliwa żyłka. Z tym, że kupiłam te druty właśnie z powodu żyłki, więc jest  tak jak miało być. Na razie odkryłam, że w tzw. "międzyczasie" przestała mi się podobać błękitna bluzeczka i chwilowo nie wiem co dalej.


W tym tygodniu przypomniałam sobie powiedzenie Brigitte Bardot, że:  "świat jest mały i wszyscy spotkamy się w jednym łóżku". A skoro tak mały jest ten świat, to co powiedzieć o Wwie?

Wybierałam się kolejny raz w tym tygodniu po pracy do kina, gdy zadzwoniła Lucy: jedna, knajpa, druga knajpa, ale gdy tam dotarłyśmy znajomi Lucy byli już w trzeciej. Spotkałyśmy ich na koniec w jakimś dziwnym miejscu, jak na mój gust zbyt obskurnym, ale że gadali ciekawie (jeden z nich właśnie wybierał się na kilkumiesięczną, od dawna już planowaną wycieczkę do Ameryki Południowej), początkowo nawet nie zwróciłam uwagi że w klubie trwają przygotowania do jakiejś imprezy. A  gdy zorientowałam się co się będzie działo, kolejny raz odkryłam że życie pisze najlepsze scenariusze - na przeciwległej ścianie pojawił się portret Michała i  zaraz potem on sam.


Czytając Niewiedzę Milana Kundery cały czas nie mogłam się połapać, czy ja już tę książkę kiedyś czytałam, czy tylko dlatego, ze wszystkie powieści Kundery zlewają mi się w jedną, losy bohaterów jawiły mi się jako "oczywista oczywistość".


Tytułowa "niewiedza" to nostalgia.

W hiszpańskim "anoranza" pochodzi od czasownika "anorar" (czuć tęsknotę), który pochodzi od katalońskiego "enyorar", powstałego z łacińskiego "ignorare" (nie wiedzieć). W takim etymologicznym oświetleniu tęsknota wydaje się cierpieniem z powodu niewiedzy. Jesteś daleko i nie wiem, co się z tobą dzieje. Mój kraj jest daleko i nie wiem, co się w nim wydarza.

Książka to kolejna opowieść M. Kundery o pokoleniu 68, tym razem o tym, jak po 20 latach przyjeżdżają odwiedzić wyzwoloną już ojczyznę. Jak zwykle u niego, sporo smaczków, miałam kłopot z wyborem, ale ostatecznie zdecydowałam się patriotyczną groteskę cmentarną (okazuje się, że to nie tylko polska specjalność).

Jonas Hallgrimsson był wielkim poetą romantycznym i także wielkim bojownikiem o wolność Islandii. (…) Pewnego dnia Hallgrimsson, pijany w sztok, spadł ze schodów, złamał sobie nogę, wdała się gangrena, umarł i został pochowany na cmentarzu w Kopenhadze. Było to w roku 1845. Dziewięćdziesiąt lat później, w 1944, proklamowano Republikę Islandzką. (…) W 1946 dusza poety nawiedziła we śnie bogatego islandzkiego przemysłowca i powierzyła mu swe troski: "Od stu lat mój szkielet spoczywa za granicą, we wrogim kraju. Czy nie przyszła chwila, by powrócił do wolnej Itaki?" Schlebiony i poruszony tą nocną wizytą, przemysłowiec-patriota kazał wydobyć szkielet poety z wrogiej ziemi i przewiózł go do Islandii, zamierzając go pochować w pięknej dolinie, w której poeta się urodził. Ale nikt nie umiał powstrzymać szaleńczego biegu wypadków: w niewymownie pięknym krajobrazie Thingvellir (świętym miejscu, w którym tysiąc lat temu pierwszy islandzki parlament zbierał się pod gołym niebem) ministrowie nowej republiki stworzyli cmentarz dla wielkich ludzi ojczyzny, porwali poetę przemysłowcowi i pogrzebali go w panteonie, w którym znajdował się wówczas tylko jeden grób innego wielkiego poety. Ale wypadki przyspieszyły jeszcze bardziej i wkrótce wszyscy się dowiedzieli o tym, czego przemysłowiec-patriota nie ośmielił się wyjawić: stojąc przed otwartym grobem w Kopenhadze, znalazł się oto w wielkim kłopocie: poetę pogrzebano z nędzarzami, jego grób nie nosił żadnego imienia, tylko numer, i przemysłowiec-patriota nie wiedział, który spośród tylu obejmujących się szkieletów wybrać. Nie miał śmiałości pokazać swego wahania w obecności groźnych i zniecierpliwionych urzędników cmentarnych. Zabrał przeto do Islandii nie islandzkiego poetę, lecz duńskiego rzeźnika. W Islandii tę ponuro-komiczną pomyłkę chciano najpierw utrzymać w tajemnicy, lecz wypadki biegły dalej i w 1948 niedyskretny Halldor Laxness wyjawił ją w swej powieści. Co robić? Szkielet Hallgrimssona spoczywa więc nadal w kraju wroga, dwa tysiące kilometrów od swej Itaki, podczas gdy ciało duńskiego rzeźnika, który choć nie był poetą, był patriotą także, znajduje się na wygnaniu na lodowatej wyspie, wzbudzającej z nim zawsze strach i wstręt. Prawda, choć utrzymywana w sekrecie, spowodowała, że nie pochowano już nikogo więcej na pięknym cmentarzu w Thingvellir, który skrywa tylko dwie trumny i ze wszystkich panteonów świata, tych groteskowych muzeów pychy, jest jedynym, który może nas wzruszać.

 

Munyurangabo to film dla znacznie bardziej wyrobionych kinomanów niż ja. Kolejna opowieść o tym jak trudno po tym co się stało, żyć Hutu i Tutsi razem w jednym kraju. Jedyną wartością tego filmu była dla mnie jego autentyczność - aktorzy mówili po "tamtejszemu", egzotyczne było też to co i jak mówili. W pewnym momencie tamtejszy poeta deklamuje poemat o Rwandzie - nikt, nigdzie w Europie tak nie deklamuje swoich wierszy. Ale to jednak za mało by po 90 minutach wyjść z kina z "ubogaconą" duszą.

Nad jeziorem Tahoe też niszowe, ale nie do końca rozumiem za co ten film dostał nagrody - w Meksyku potrafią kręcić filmy i aż taka taryfa ulgowa im się nie należy. Opowieść o jednym dniu nastolatka, który w sennym małym miasteczku usiłuje naprawić uszkodzony samochód, poznając przy tym dziwnych, mocno zaplątanych we własne niemożności ludzi. Film polecić można jedynie tym, którzy układają program TV - mało absorbujący, widz w trakcie oglądania można spokojnie iść do kuchni, czy łazienki. Wprawdzie tempem i typami postaci, trochę przypomina Jarmuscha (wspomniano o tym w recenzji GW), ale tego podobieństwa jest za mało by się nim zauroczyć.

niedziela, 21 czerwca 2009

Dobrze to już było

I z tym co jest, nie wiem jak sobie poradzić. Na razie mam przez minimum 4 tygodnie (spróbuję przez 6, a ideałem byłoby 8), nie używać prawej ręki. Pan ortopeda był wyraźnie zniecierpliwiony (może dlatego, że  tym razem  w piątkowe popołudnie pod gabinetem stało sporo dodatkowych, "nagłych" przypadków) gdy zadałam mu pytanie jak ktoś tak zdecydowanie praworęczny  jak ja, ma sobie sam dać radę w sporym domu z ogrodem, tylko z lewą ręką?


I to właśnie wtedy gdy "jadą już do mnie" druty Knit Pro. W najgorszym wypadku, gdy w najbardziej kabotyńskim wariancie, zostanie mi do odegrania rola "bohater tragiczny sprzedaje dom", będę miała dobry rekwizyt do prologu.

Chciałam zilustrować mój nastrój jednym z moich ukochanych rysunków Andrzeja Mleczki: on i ona siedzą przy stole, za oknem widać grzyb atomowy, on mówi do niej: I to teraz, kiedy trafiłem 6 w totolotka!. Ale znalazłam tylko coś takiego:


A tak poza tym toczy się normalne życie. To już ostatnie dni Mońka w rozmiarze XXL. Jeżeli wytrzyma jeszcze tydzień, przyjedzie rodzić do Wwy (tydzień po terminie  nie czeka się na poród w domu, tylko się idzie do szpitala). Z tym, że w każdej chwili mogę otrzymać MMS ze zdjęciem - Moniek wygląda tak kwitnąco, że prognozy ludowe mówią o chłopcu, ale z Kalinką też kwitła, więc kto wie.

Na razie, skoro nie mogę robić na drutach, mam zamiar obejrzeć odłożone na bok filmy "tylko z napisami" (czyli takie, przy których  i tak nie można dziergać). Muszę je obejrzeć póki czas - bawiąc w weekend u Gumisia po raz pierwszy obejrzałam film puszczony z odtwarzacza Blue-ray. Jest różnica, jeszcze chwila i oczy przywykną do tej nowej technologii, a wtedy płyty CD szybko podzielą los kaset VHS.

Postanowiłam też więcej czytać. W tym tygodniu przeczytałam tylko jedną i to cienką - gdyby nie temat, do "połknięcia" w jeden wieczór. 

W Białym na czarnym  Ruben Gallego, cierpiący na porażenie mózgowe urodzony w Moskwie syn Hiszpanki i Wenezuelczyka, opowiada o dzieciństwie, które spędził w  radzieckich sierocińcach. Wstrząsający opis dorastania dziecka, które ma pełną świadomość, że osiągnięcie dojrzałości jest równoznaczne z wyrokiem śmierci (po  skończeniu szkoły, niepełnosprawne dzieci  z domu dziecka przewożono do domu starców, gdzie przeżywały najwyżej 2-3 miesiące).  Bardzo długo byłam przekonana, że czytam o latach stalinowskich. Potem, ponieważ parę gadżetów mi się przestało zgadzać, sprawdziłam w Wikipedii ... Szok -  Ruben Gallego urodził się w 1968 roku.


Dawno nie miałam w ręku książki, po przeczytaniu której miałam aż tak duże poczucie niedosytu. Jest jeszcze jedna jego książka - Na brzegu. Też o jego dzieciństwie, więc wrażenie gwarantowane.  Zapisałam się do kolejki, przede mną tylko Gumiś, czyli długo czekać nie będę.

Chyba coś drgnęło w polskim kinie.


Jeszcze nie wieczór jest naprawdę dobrym filmem. Jest specyficzny, nie dla każdego, ale świetnie zagrany (rewelacyjny J. Nowicki),  fajnie sfotografowany i nie przesłodzony. Z tym, że przemijanie nawet jak jest ładnie sfotografowane, nie jest zbyt optymistyczne. Najmniej przekonała mnie historyjka, wokół której toczy się akcja, bo tak jak obraz życia w domu aktora w Skolimowie rewelacyjny, to przestawienie  Fausta takie sobie, ja bym nie klaskała.

Genua Włoskie lato arcydziełem nie jest, ale docenić należy, że chociaż opowiada o tym jak ojciec z dwójką dorastających córek starają sobie dać radę po tym jak w wypadku samochodowym zginęła ich matka, nie jest to wyciskacz łez. Co jeszcze trzeba dodać na plus, to to, że zarówno historia jak i to, jak sobie ludzie w niej radzą jest prawdopodobna, bez słodkich happy-endów ale i dodatkowych, przybijających ciosów losu. 

niedziela, 14 czerwca 2009

Wakacyjny falstart

Przez chwilę witałam się już z gąską -  we wtorek zadzwoniła Iwoną, że w niedzielę  możemy za bardzo rozsądną cenę lecieć na tydzień do Bodrum w Turcji. Przeczytałam o tym miejscu, zaplanowałam wycieczkę do Efezu,  uzgodniłam urlop, przełożyłam w myślach dentystę, ortopedę i powiatowego inspektora budowlanego. I na koniec okazało się, ze osoba która chciała nam tę wycieczkę odstąpić, jednak zdecydowała się lecieć. Rozum mi mówi, że jak jechać to we wrześniu, ale szukam. Na razie znalazłam fajne rozwiązanie dla singli szukających towarzysza podróży - wyszukiwarkę olneo oraz ciekawą ofertę na Allegro: bilety PKP do Berlina za pół ceny.

A ruszyć się chcę, bo w dość zabawny sposób zakończyłam w tym tygodniu  moje ostatnie marudzenie. Poszłam do Joluśki, która wprawdzie zawsze się zarzekała, że zbyt blisko się znamy by mogła być moją terapeutką, ale niezależnie od terminologii, był czas, gdy rozmowy z nią były dla mnie kierunkowskazem. Tyle, że jak się teraz okazało, ja stosowałam się do jej rad, a ona nie koniecznie. I na koniec wyszło na to, że jestem w paru sprawach bardziej hej do przodu, a szewc jak zwykle bez butów ...

Długi weekend rozpoczęłam od dwudniowej wizyty DJ Gumisia (dawniej zwanego po prostu Gumisiem, ale gdy w poniedziałek rano cały peron był zaśmiecony takimi ulotkami,  uznałam to za znak, że pora na zmiany):


DJ Gumiś przystąpił do malowania na suficie dawno obiecanych obłoczków, ale na  razie tyle osiągnął, że jest inaczej niż było.


Lepiej będzie dopiero jak przyjedzie Agnieszka i to "poprawi".

W planach był spacer, skończyło się na pójściu  przez park na zakupy. Przy okazji  DJ Gumiś zrobił kilka zdjęć nad "moim" stawem - dużo mnie, tak dużo, że ledwo widać staw z kaczkami.


Ale razem z obowiązkowym batonikiem, ciasteczkami, lodami itd., DJ Gumiś przywiózł mi w prezencie cudowne spodnie, które wiąże się w podobny sposób jak pieluchy z epoki przedpampersowej. Wygląda to tak jak na tym zdjęciu, z tym że ma to jeszcze jakieś zaszewki i inne cuda, tak że po założeniu robią się z tego całkiem zgrabne spodnie, które łatwo się wkłada, nigdzie nie uwierają i nie piją w pasie.


W sobotę zawiozłam Hankę do poznanej swego czasu via net Kaśki (czyli Milagros). Sama się dziwię, że bez problemu trafiłyśmy na jej ranczo. Przed wyjściem zobaczyłyśmy tylko jak to wygląda w Google maps i zapisałyśmy nazwy miejscowości, które kolejno mamy mijać. Może nie pojechałyśmy najkrótszą drogą, ale chociaż nie miałyśmy ze sobą mapy, miejscowość w którym stoi dom Kaśki jest kilka skrętów w bok od drogi głównej i nie występuje na drogowskazach, w dodatku ponieważ padał deszcz i nie było kogo pytać o drogę, skręcałyśmy na "wyczucie", to ani razu nie zawróciłyśmy.  

Po drodze kupiłam w prezencie krzak kaliny (na pierwszym planie prezent od Mońka - tak samo jak u nas kiedyś dla "turystów z zachodu", tak teraz dla nas na  Białorusi, wyroby ze skóry tylko dla autochtonów są drogie). 

 

Ale tego ile roboty ma Kaśka w swoim ogrodzie jej nie zazdroszczę. Cieszę się, że ja już ten etap mam za sobą.


W niedzielę, zgodnie z planem, byłam na polu mokotowskim. Jak przyszłam, nikogo nie mogłam znaleźć, poprosiłam Jacka by sprawdził o której mamy to spotkanie i okazało się, że sprawny internetowo na wszystkie możliwe sposoby, w tym punkcie poległ -  poruszanie się po robótkowych stronach go przerosło. Ale w końcu znalazłam "swoją" ławkę, są też plany by takie spotkania odbywały się cyklicznie.


Z moją robótką wielka wtopa. W tym tygodniu zainspirowana tym wzorem robiłam w moich błękitach ażurowy pasek, a wyszła bąbelkowata kolczuga. Ale mam kolejny pomysł.


Kilka miesięcy temu po obejrzeniu filmu Baader-Meinhof odkryłam, że chociaż RAF działał wtedy, gdy czytałam już gazety, niewiele o nich wiem. Więc jak zobaczyłam książkę o Ulrike Meinhof, kupiłam, przeczytałam i wiem tyle co wcześniej, czyli prawie nic.

 

Co więcej, mam takie wrażenie, że gdybym nie oglądała wcześniej tego filmu, książka byłaby dla mnie momentami niezrozumiała. Wiem z noty wydawcy, że Teresa jest częścią trylogii, dwa pozostałe tomy opowiadają o Milenie Jasenská (Kafka) i Lou Andreas-Salomé (Nietzsche, Rilke).  Dlaczego dopełnia je historia Ulrike nie rozumiem, nie była niczyją "muzą" (kiedyś myślałam, że Baader'a, ale też nie). Sama książka to pomieszanie z poplątaniem - literatura faktu i materiały źródłowe, na przemian z beletrystyką i zapisem rozmyślań  bohaterki.  Może dlatego mi się nie podobała, bo nie spełniła moich oczekiwań? W każdym razie ja dalej nawet nie rozumiem tego, dlaczego to Ulrike stała się medialną ikoną RAF-u. 

niedziela, 07 czerwca 2009

W czerwcu jak w listopadzie

Jest tak zimno, że doszło do tego, że wstałam w nocy i poszłam po dodatkowy koc. Tak chyba jeszcze w czerwcu nie było.

W dodatku pada. Roślinność (tzn. głównie chwasty) szaleje. Jeszcze chwila, a obiecam sobie nie marudzić przy podlewaniu ogrodu, byle tylko było trochę cieplej. Na razie przekonałam się, że warto nawozić trawę - nawóz miał być "odchwaszczający", ale to akurat obiecywano na etykiecie na wyrost. Wzmocnił wszystko - pojawił się nawet chrzan, który myślałam że już wytępiłam w zeszłym roku roundup'em. Te ciemne plamy mocniejszej trawy to miejsca, gdzie posypałam tym nawozem.


Nastrój mam okrutnie marudny. Może to z tej wilgoci - zamokły mi chyba jakieś receptory. Nie mam też pomysłu na wakacje. Dostałam mail z propozycją dołączenia się do bardzo ciekawej wycieczki. Bardzo mi ta propozycja pasowała, od razu się zgłosiłam zaznaczając, że jestem sama. Nawet nie odpisali.

Byłam u ortopedy. Zawsze byłam przekonana, że ortopedą może być tylko chłop jak dąb, taki co to by się pacjent długo nie męczył, jednym ruchem siekiery odrąbie kończynę. A przyjął mnie lekarz wzrostu małego i postury mizernej, taki co to z tasakiem kuchennym miałby problem. Badał delikatnie i jak przyniosę rentgen, obiecał skierowanie na fizykoterapię. Jego zdaniem powinna mi pomóc, tyle że nie powinnam już więcej nadwyrężać tej ręki - ciekawe jak mam to urządzić, żeby nic nie robić?

Poszłam szukać grubej bawełny, w dodatku wielokolorowej, znalazłam jednokolorową wiskozę (z tym, że jak kupowałam, byłam przekonana, że to bawełna). Robię z niej letnią bluzkę - jeszcze nie wiem, czy z rękawami, czy bez. Inspiracją jest ten model. Na początek zrezygnowałam ze środkowego warkocza, bo głupio wyglądał. Ale już druga modyfikacja, czyli dół z pikotek, chyba nie była najlepszym pomysłem. W tle zygokaktus - poprzedni miał czerwone kwiaty i kwitł w listopadzie, a ten jakiś dziwny, kwitnie latem.

,

Był dom, jest książka, zachwytów nie będzie.

Na wysokim "c", patriotycznie, bez dystansu, autoironii, anegdoty. Opowieść o przedwojennym domu (Anna Szatkowska jest córką pisarki Zofii Kossak - Szatkowskiej), okupacji i kilku latach, tuż po wojnie, w Anglii. Na pewno dużą wartość historyczną mają jej wspomnienia z powstania warszawskiego, opracowane na podstawie spisanych zaraz po opuszczeniu Warszawy notatek. Ale przeszkadzał mi jej kult martyrologii, uniesienie w jakim pisze o toczonych na Starówce walkach (bo, jak zaznacza autorka, mimo całego okrucieństwa było to najpiękniejsze przeżycie w jej życiu). Wspomina wprawdzie, że gdy opowiedziała swoją opowieść siostrom w Szymanowie, nie znalazła u nich zrozumienia i nawet przytomnie zauważyła, że może wynikało, to z tego, że po powstaniu siostry udzieliły schronienia ludności cywilnej, ale w żaden sposób nie zmieniło to jej sposobu myślenia. Mało ciekawie pisze też innych - gdy się siada do pisania wspomnień, lepiej zrezygnować z zasady, że o bliźnich dobrze albo wcale. Panegiryki są ciężkostrawne.

Odpoczęłam za to przy kolejnej książce.

Czytadełko, ale gdy na trzeciej stronie (czyli na samym początku), przeczytałam taki dialog:

To był twój pomysł - powiedziałem z wściekłością.
- Wiem - odpowiedziała. - Ty nie miewasz pomysłów.

Pomyślałam, że będzie przyjemnie i się nie zawiodłam. Perypetie nielegalnego imigranta w Nowym Jorku. - młodego Kolumbijczyka, który na skutek pechowych dla niego splotów okoliczności nagle - bez pieniędzy i znajomości języka -został w tym mieście sam.

Hańbę Coetze czytałam jakiś czas temu, książka mnie nie urzekła - jest wprawdzie dobrze napisana, ale coś mi w niej nie "pasowało" - może drażniła mnie postać Lucy? Film jest bardzo wierną adaptacją tej książki. I podobnie jak z książką, mimo że jest dobrze zrobiony i nie najgorzej zagrany, coś mi w nim nie pasowało. Postać Lucy tak samo denerwująca, ale w filmach nie takie charakterologiczne poparańce ogląda się z zainteresowaniem. Bardziej przeszkadza wierność ekranizacji, zero własnego wkładu. Taki do bólu poprawny bryk z lektury szkolnej. Zobaczyłam też najnowszy film Kolskiego. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że ślub był o 14, wesele o 20.30 i coś musiałam z tym czasem zrobić. Szkoda słów - afonia w tytule, awizja na ekranie.


poniedziałek, 01 czerwca 2009

Wenecja Mazowsza

Pada. Na razie odcięło mi net. Na Błękitnej Linii usłyszałam, że u nich nie ma żadnej awarii, więc chwilowo jest pat.

Tak to jest jak się przez parę dni nie mieszka w domu. Tym razem opiekowałam się nie tylko kotem ale i Kalinką.

Przeprowadziłam z nią kilka poważnych rozmów o życiu, obejrzałam kilka bajek na kanale Mini-mini i zdziwiłam się, gdy w bajeczce o kolorach, tłumaczono dzieciom znaczenie słowa „monochromatyczny”. Może to taki „edukacyjny trend” – nauczyć jak najwięcej w tym wieku, bo w szkole nie będą miały już  na to zbyt dużych szans?

Kiedy tylko spadnie deszcz ulice mojego miasteczka w mgnieniu oka zamieniają się w kanały.

Moja ulica w przyszłości też ma być wyasfaltowana, ale dopiero gdy zrobią kanalizację - środki na to daje unia, z tego co wiem na studzienki kanalizacyjne już nie, więc po każdym deszczu moja uliczka prawdopodobnie też będzie tak wyglądała. Na razie na szczęście wygląda tak.


I póki tak wygląda, to można po niej bezpiecznie chodzić.

Bo o ile samochody osobowe nawet kiedy udają amfibię, mają (tak jak na tym zdjęciu) umiar i można się jeszcze przed ich bryzgiem pod płotem schować,


to z terenowymi (byłam tego świadkiem i zrobiło to na mnie wrażenie), nie ma przebacz.

Skończyłam wreszcie wdzianko pingwini fraczek.


Może być, ale poły z przodu mogłyby być „pełniejsze”.

Teraz myślę o jakiejś bluzeczce bawełnianej. Podoba mi się to (ale w wersji z melanżowej wełny), tyle że chyba to się zszywa, a najbardziej ze wszystkiego nie lubię właśnie zszywania. 

I gdzie w tym potem pójdę? Zamierzałam wystąpić na urodzinach Jacka w nowej letniej sukience (nawet buty do niej kupiłam), a poszłam otulona w zimowy sweter. Już wolałam jak nie było tego global warning, przynajmniej w maju było wtedy ciepło.

W drodze do Opowieści starego Kairu (mam to w planach) przeczytałam pierwszą książkę Nadziba Mahfuza - Rozmowy nad Nilem.

Książka opowiada o grupie przyjaciół, zbliżających się do 40-tki przedstawicieli kairskiej inteligencji. W dzień są adwokatami, urzędnikami, dziennikarkami, a wieczorem palą haszysz na zacumowanej na Nilu barce. Rozmowy prowadzone przez ludzi nawalonych jak Messerschmitty w dużym stopniu są o niczym, ale mają swój wdzięk - autor ma dużą łatwość w pisaniu zgrabnych i błyskotliwych konwersacji. Akcja toczy się w oparach haszyszu i chociaż nie ma w niej niespodziewanych zwrotów i nagłych przyspieszeń, ku czemuś to wszystko zmierza i w książce jest coś więcej, niż tylko miły i słodki smak dekadencji.

Już nie jest nudno, ale nie o takie "nie nudno" mi chodziło. Powiedzenie: Małe dzieci, mały kłopot klepie się przy byle okazji, ale jego głęboki sens rozumie się dopiero wówczas, gdy się ma dorosłe dzieci. Emocjonalnie płaci się za ich decyzje nieporównywalnie więcej, chociażby dlatego, że waga tych decyzji jest nieporównywalnie większa, a nie ma się już wówczas na nie żadnego wpływu. Mnie w tym tygodniu dobiła sytuacja, że człek się przyzwyczaja, po latach traktuje to drugie dziecko, które z nim jest jak członka swojego stada, a potem jak grom z jasnego nieba - przedarta na pół fotografia. Rozmawiałam z moim kolegą z pracy, mówi, że już się dwa razy "oswajał", wie już, że to nie koniec, tylko nie wie czy jak dziecko znowu kogoś przyprowadzi, znajdzie na to w sobie jeszcze miejsce - serce to nie jest jednak worek bez dna. Ale ja przynajmniej z tego powodu nocy nie zarywam, tak jak inna ciotka, która leczenie na co dzień niedostępne jakimś cudem załatwiła i już była w ogródku i witała się z gąską, gdy okazało się, że załatwienie czegoś w polskiej służbie zdrowia to mały pikuś. Trzeba jeszcze przekonać synową – która słyszała, ze jeden pan doktór gdzieś tam na rubieżach kraju ma taki dar, że on nie w takich przypadkach pomóc potrafi i to do niego trzeba jechać …. Może założę forum dla wściekłych teściowych?

Na razie byłam na Wojnie polsko- ruskiej (D. Masłowska młoda, więc problemu "teściowych" jeszcze nie rozumie).


Nie jest to może arcydzieło, ale nie wierzyłam że można zekranizować tę książkę, Żuławskiemu się to udało, w dodatku fajnie oddał jej klimat. Gdzieś przeczytałam (chyba w GW), że film może stać się dla dzisiejszej młodzieży kultową wizytówką, niczym kiedyś Rejs. Nie sądzę - warstwa słowna uboga, powiedzonek do zacytowania mało i w oderwaniu od obrazu tracą sens. Na tle tej sieczki, film taki trochę inny, co się liczy. Z tym, że tych co to jednym okiem wlatują, drugim wylatują, zostawiając tylko na dnie ślad impresji.


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli