niedziela, 28 czerwca 2009

W sobotę, w Białymstoku, Moniek urodziła córkę.
Wszystko OK.
Mała zdrowa, Moniek szczęśliwy.



Chora inaczej

Rękę mam wprawdzie dalej chorą, ale już na szczęście inaczej. Wszystko dzięki temu, że poszłam do innego lekarza, który nie zgodził się z zaleceniem poprzedniego lekarza, by na kilka tygodni zaprzestać używania prawej reki. Ten doktor akurat świetnie rozumiał, że  trawa musi być koszona, a pielenie chwastów to nie żadna fantazja, tylko konieczność  (potem okazało się, że też ma ogród). Powiedział może jeszcze uważał, że ma pani do bloków wrócić i obalił poprzednią diagnozę Mając do wyboru zwyrodnienie stawów i po nadwyrężane mięśnie wybrałam to drugie, co jest chyba całkowicie zrozumiałe. Gustowny temblak zamieniłam na  "stabilizator stawowy" i  chwilowo cały problem został zredukowany do pytania jak pogodzić wakacyjne wyjazdy z fizykoterapią.


Teraz muszę nadgonić stracony czas i odchwaścić ogród. Trawnik zarósł mchem i koniczyną i wygląda niewiele lepiej, niż ten wypielony miesiąc temu kawałek, na którym miałam zasiać trawę. Staram się oszczędzać, ale widząc ogrom tego co jest do zrobienia, chciałabym już to wszystko mieć zrobione. Na moje szczęście w niedzielę, czyli pierwszy dzień kiedy w Macondo zaświeciło słońce i można było wyjść do ogrodu, o pierwszej wpadła Joanna i zanim omówiłyśmy najważniejsze wydarzenia była szósta, więc w ogrodzie jeszcze prawie wszystko do zrobienia, ale ręką nie jest w gorszym stanie niż była.  


W dniu, w którym napisałam mail ponaglający do Get Knitted, przyszły zamówione druty. Sterczały tak w tej skrzynce przez pół dnia - byłam przekonana, że prześlą paczką, a oni wsadzili to w bąbelkową kopertę i nadali zwykłym listem. Zastanawiam się, czy się nie po pieniaczyć, bo za przesyłkę zapłaciłam jak za zboże.


Jeżeli chodzi o same druty to są wygodne, zajmują mało miejsce, ale też bez przesady z tą jakością, robiłoby się na nich tak samo jak na Pony czy Imax'ach, gdyby nie elastyczna i nie łamliwa żyłka. Z tym, że kupiłam te druty właśnie z powodu żyłki, więc jest  tak jak miało być. Na razie odkryłam, że w tzw. "międzyczasie" przestała mi się podobać błękitna bluzeczka i chwilowo nie wiem co dalej.


W tym tygodniu przypomniałam sobie powiedzenie Brigitte Bardot, że:  "świat jest mały i wszyscy spotkamy się w jednym łóżku". A skoro tak mały jest ten świat, to co powiedzieć o Wwie?

Wybierałam się kolejny raz w tym tygodniu po pracy do kina, gdy zadzwoniła Lucy: jedna, knajpa, druga knajpa, ale gdy tam dotarłyśmy znajomi Lucy byli już w trzeciej. Spotkałyśmy ich na koniec w jakimś dziwnym miejscu, jak na mój gust zbyt obskurnym, ale że gadali ciekawie (jeden z nich właśnie wybierał się na kilkumiesięczną, od dawna już planowaną wycieczkę do Ameryki Południowej), początkowo nawet nie zwróciłam uwagi że w klubie trwają przygotowania do jakiejś imprezy. A  gdy zorientowałam się co się będzie działo, kolejny raz odkryłam że życie pisze najlepsze scenariusze - na przeciwległej ścianie pojawił się portret Michała i  zaraz potem on sam.


Czytając Niewiedzę Milana Kundery cały czas nie mogłam się połapać, czy ja już tę książkę kiedyś czytałam, czy tylko dlatego, ze wszystkie powieści Kundery zlewają mi się w jedną, losy bohaterów jawiły mi się jako "oczywista oczywistość".


Tytułowa "niewiedza" to nostalgia.

W hiszpańskim "anoranza" pochodzi od czasownika "anorar" (czuć tęsknotę), który pochodzi od katalońskiego "enyorar", powstałego z łacińskiego "ignorare" (nie wiedzieć). W takim etymologicznym oświetleniu tęsknota wydaje się cierpieniem z powodu niewiedzy. Jesteś daleko i nie wiem, co się z tobą dzieje. Mój kraj jest daleko i nie wiem, co się w nim wydarza.

Książka to kolejna opowieść M. Kundery o pokoleniu 68, tym razem o tym, jak po 20 latach przyjeżdżają odwiedzić wyzwoloną już ojczyznę. Jak zwykle u niego, sporo smaczków, miałam kłopot z wyborem, ale ostatecznie zdecydowałam się patriotyczną groteskę cmentarną (okazuje się, że to nie tylko polska specjalność).

Jonas Hallgrimsson był wielkim poetą romantycznym i także wielkim bojownikiem o wolność Islandii. (…) Pewnego dnia Hallgrimsson, pijany w sztok, spadł ze schodów, złamał sobie nogę, wdała się gangrena, umarł i został pochowany na cmentarzu w Kopenhadze. Było to w roku 1845. Dziewięćdziesiąt lat później, w 1944, proklamowano Republikę Islandzką. (…) W 1946 dusza poety nawiedziła we śnie bogatego islandzkiego przemysłowca i powierzyła mu swe troski: "Od stu lat mój szkielet spoczywa za granicą, we wrogim kraju. Czy nie przyszła chwila, by powrócił do wolnej Itaki?" Schlebiony i poruszony tą nocną wizytą, przemysłowiec-patriota kazał wydobyć szkielet poety z wrogiej ziemi i przewiózł go do Islandii, zamierzając go pochować w pięknej dolinie, w której poeta się urodził. Ale nikt nie umiał powstrzymać szaleńczego biegu wypadków: w niewymownie pięknym krajobrazie Thingvellir (świętym miejscu, w którym tysiąc lat temu pierwszy islandzki parlament zbierał się pod gołym niebem) ministrowie nowej republiki stworzyli cmentarz dla wielkich ludzi ojczyzny, porwali poetę przemysłowcowi i pogrzebali go w panteonie, w którym znajdował się wówczas tylko jeden grób innego wielkiego poety. Ale wypadki przyspieszyły jeszcze bardziej i wkrótce wszyscy się dowiedzieli o tym, czego przemysłowiec-patriota nie ośmielił się wyjawić: stojąc przed otwartym grobem w Kopenhadze, znalazł się oto w wielkim kłopocie: poetę pogrzebano z nędzarzami, jego grób nie nosił żadnego imienia, tylko numer, i przemysłowiec-patriota nie wiedział, który spośród tylu obejmujących się szkieletów wybrać. Nie miał śmiałości pokazać swego wahania w obecności groźnych i zniecierpliwionych urzędników cmentarnych. Zabrał przeto do Islandii nie islandzkiego poetę, lecz duńskiego rzeźnika. W Islandii tę ponuro-komiczną pomyłkę chciano najpierw utrzymać w tajemnicy, lecz wypadki biegły dalej i w 1948 niedyskretny Halldor Laxness wyjawił ją w swej powieści. Co robić? Szkielet Hallgrimssona spoczywa więc nadal w kraju wroga, dwa tysiące kilometrów od swej Itaki, podczas gdy ciało duńskiego rzeźnika, który choć nie był poetą, był patriotą także, znajduje się na wygnaniu na lodowatej wyspie, wzbudzającej z nim zawsze strach i wstręt. Prawda, choć utrzymywana w sekrecie, spowodowała, że nie pochowano już nikogo więcej na pięknym cmentarzu w Thingvellir, który skrywa tylko dwie trumny i ze wszystkich panteonów świata, tych groteskowych muzeów pychy, jest jedynym, który może nas wzruszać.

 

Munyurangabo to film dla znacznie bardziej wyrobionych kinomanów niż ja. Kolejna opowieść o tym jak trudno po tym co się stało, żyć Hutu i Tutsi razem w jednym kraju. Jedyną wartością tego filmu była dla mnie jego autentyczność - aktorzy mówili po "tamtejszemu", egzotyczne było też to co i jak mówili. W pewnym momencie tamtejszy poeta deklamuje poemat o Rwandzie - nikt, nigdzie w Europie tak nie deklamuje swoich wierszy. Ale to jednak za mało by po 90 minutach wyjść z kina z "ubogaconą" duszą.

Nad jeziorem Tahoe też niszowe, ale nie do końca rozumiem za co ten film dostał nagrody - w Meksyku potrafią kręcić filmy i aż taka taryfa ulgowa im się nie należy. Opowieść o jednym dniu nastolatka, który w sennym małym miasteczku usiłuje naprawić uszkodzony samochód, poznając przy tym dziwnych, mocno zaplątanych we własne niemożności ludzi. Film polecić można jedynie tym, którzy układają program TV - mało absorbujący, widz w trakcie oglądania można spokojnie iść do kuchni, czy łazienki. Wprawdzie tempem i typami postaci, trochę przypomina Jarmuscha (wspomniano o tym w recenzji GW), ale tego podobieństwa jest za mało by się nim zauroczyć.

niedziela, 21 czerwca 2009

Dobrze to już było

I z tym co jest, nie wiem jak sobie poradzić. Na razie mam przez minimum 4 tygodnie (spróbuję przez 6, a ideałem byłoby 8), nie używać prawej ręki. Pan ortopeda był wyraźnie zniecierpliwiony (może dlatego, że  tym razem  w piątkowe popołudnie pod gabinetem stało sporo dodatkowych, "nagłych" przypadków) gdy zadałam mu pytanie jak ktoś tak zdecydowanie praworęczny  jak ja, ma sobie sam dać radę w sporym domu z ogrodem, tylko z lewą ręką?


I to właśnie wtedy gdy "jadą już do mnie" druty Knit Pro. W najgorszym wypadku, gdy w najbardziej kabotyńskim wariancie, zostanie mi do odegrania rola "bohater tragiczny sprzedaje dom", będę miała dobry rekwizyt do prologu.

Chciałam zilustrować mój nastrój jednym z moich ukochanych rysunków Andrzeja Mleczki: on i ona siedzą przy stole, za oknem widać grzyb atomowy, on mówi do niej: I to teraz, kiedy trafiłem 6 w totolotka!. Ale znalazłam tylko coś takiego:


A tak poza tym toczy się normalne życie. To już ostatnie dni Mońka w rozmiarze XXL. Jeżeli wytrzyma jeszcze tydzień, przyjedzie rodzić do Wwy (tydzień po terminie  nie czeka się na poród w domu, tylko się idzie do szpitala). Z tym, że w każdej chwili mogę otrzymać MMS ze zdjęciem - Moniek wygląda tak kwitnąco, że prognozy ludowe mówią o chłopcu, ale z Kalinką też kwitła, więc kto wie.

Na razie, skoro nie mogę robić na drutach, mam zamiar obejrzeć odłożone na bok filmy "tylko z napisami" (czyli takie, przy których  i tak nie można dziergać). Muszę je obejrzeć póki czas - bawiąc w weekend u Gumisia po raz pierwszy obejrzałam film puszczony z odtwarzacza Blue-ray. Jest różnica, jeszcze chwila i oczy przywykną do tej nowej technologii, a wtedy płyty CD szybko podzielą los kaset VHS.

Postanowiłam też więcej czytać. W tym tygodniu przeczytałam tylko jedną i to cienką - gdyby nie temat, do "połknięcia" w jeden wieczór. 

W Białym na czarnym  Ruben Gallego, cierpiący na porażenie mózgowe urodzony w Moskwie syn Hiszpanki i Wenezuelczyka, opowiada o dzieciństwie, które spędził w  radzieckich sierocińcach. Wstrząsający opis dorastania dziecka, które ma pełną świadomość, że osiągnięcie dojrzałości jest równoznaczne z wyrokiem śmierci (po  skończeniu szkoły, niepełnosprawne dzieci  z domu dziecka przewożono do domu starców, gdzie przeżywały najwyżej 2-3 miesiące).  Bardzo długo byłam przekonana, że czytam o latach stalinowskich. Potem, ponieważ parę gadżetów mi się przestało zgadzać, sprawdziłam w Wikipedii ... Szok -  Ruben Gallego urodził się w 1968 roku.


Dawno nie miałam w ręku książki, po przeczytaniu której miałam aż tak duże poczucie niedosytu. Jest jeszcze jedna jego książka - Na brzegu. Też o jego dzieciństwie, więc wrażenie gwarantowane.  Zapisałam się do kolejki, przede mną tylko Gumiś, czyli długo czekać nie będę.

Chyba coś drgnęło w polskim kinie.


Jeszcze nie wieczór jest naprawdę dobrym filmem. Jest specyficzny, nie dla każdego, ale świetnie zagrany (rewelacyjny J. Nowicki),  fajnie sfotografowany i nie przesłodzony. Z tym, że przemijanie nawet jak jest ładnie sfotografowane, nie jest zbyt optymistyczne. Najmniej przekonała mnie historyjka, wokół której toczy się akcja, bo tak jak obraz życia w domu aktora w Skolimowie rewelacyjny, to przestawienie  Fausta takie sobie, ja bym nie klaskała.

Genua Włoskie lato arcydziełem nie jest, ale docenić należy, że chociaż opowiada o tym jak ojciec z dwójką dorastających córek starają sobie dać radę po tym jak w wypadku samochodowym zginęła ich matka, nie jest to wyciskacz łez. Co jeszcze trzeba dodać na plus, to to, że zarówno historia jak i to, jak sobie ludzie w niej radzą jest prawdopodobna, bez słodkich happy-endów ale i dodatkowych, przybijających ciosów losu. 

niedziela, 14 czerwca 2009

Wakacyjny falstart

Przez chwilę witałam się już z gąską -  we wtorek zadzwoniła Iwoną, że w niedzielę  możemy za bardzo rozsądną cenę lecieć na tydzień do Bodrum w Turcji. Przeczytałam o tym miejscu, zaplanowałam wycieczkę do Efezu,  uzgodniłam urlop, przełożyłam w myślach dentystę, ortopedę i powiatowego inspektora budowlanego. I na koniec okazało się, ze osoba która chciała nam tę wycieczkę odstąpić, jednak zdecydowała się lecieć. Rozum mi mówi, że jak jechać to we wrześniu, ale szukam. Na razie znalazłam fajne rozwiązanie dla singli szukających towarzysza podróży - wyszukiwarkę olneo oraz ciekawą ofertę na Allegro: bilety PKP do Berlina za pół ceny.

A ruszyć się chcę, bo w dość zabawny sposób zakończyłam w tym tygodniu  moje ostatnie marudzenie. Poszłam do Joluśki, która wprawdzie zawsze się zarzekała, że zbyt blisko się znamy by mogła być moją terapeutką, ale niezależnie od terminologii, był czas, gdy rozmowy z nią były dla mnie kierunkowskazem. Tyle, że jak się teraz okazało, ja stosowałam się do jej rad, a ona nie koniecznie. I na koniec wyszło na to, że jestem w paru sprawach bardziej hej do przodu, a szewc jak zwykle bez butów ...

Długi weekend rozpoczęłam od dwudniowej wizyty DJ Gumisia (dawniej zwanego po prostu Gumisiem, ale gdy w poniedziałek rano cały peron był zaśmiecony takimi ulotkami,  uznałam to za znak, że pora na zmiany):


DJ Gumiś przystąpił do malowania na suficie dawno obiecanych obłoczków, ale na  razie tyle osiągnął, że jest inaczej niż było.


Lepiej będzie dopiero jak przyjedzie Agnieszka i to "poprawi".

W planach był spacer, skończyło się na pójściu  przez park na zakupy. Przy okazji  DJ Gumiś zrobił kilka zdjęć nad "moim" stawem - dużo mnie, tak dużo, że ledwo widać staw z kaczkami.


Ale razem z obowiązkowym batonikiem, ciasteczkami, lodami itd., DJ Gumiś przywiózł mi w prezencie cudowne spodnie, które wiąże się w podobny sposób jak pieluchy z epoki przedpampersowej. Wygląda to tak jak na tym zdjęciu, z tym że ma to jeszcze jakieś zaszewki i inne cuda, tak że po założeniu robią się z tego całkiem zgrabne spodnie, które łatwo się wkłada, nigdzie nie uwierają i nie piją w pasie.


W sobotę zawiozłam Hankę do poznanej swego czasu via net Kaśki (czyli Milagros). Sama się dziwię, że bez problemu trafiłyśmy na jej ranczo. Przed wyjściem zobaczyłyśmy tylko jak to wygląda w Google maps i zapisałyśmy nazwy miejscowości, które kolejno mamy mijać. Może nie pojechałyśmy najkrótszą drogą, ale chociaż nie miałyśmy ze sobą mapy, miejscowość w którym stoi dom Kaśki jest kilka skrętów w bok od drogi głównej i nie występuje na drogowskazach, w dodatku ponieważ padał deszcz i nie było kogo pytać o drogę, skręcałyśmy na "wyczucie", to ani razu nie zawróciłyśmy.  

Po drodze kupiłam w prezencie krzak kaliny (na pierwszym planie prezent od Mońka - tak samo jak u nas kiedyś dla "turystów z zachodu", tak teraz dla nas na  Białorusi, wyroby ze skóry tylko dla autochtonów są drogie). 

 

Ale tego ile roboty ma Kaśka w swoim ogrodzie jej nie zazdroszczę. Cieszę się, że ja już ten etap mam za sobą.


W niedzielę, zgodnie z planem, byłam na polu mokotowskim. Jak przyszłam, nikogo nie mogłam znaleźć, poprosiłam Jacka by sprawdził o której mamy to spotkanie i okazało się, że sprawny internetowo na wszystkie możliwe sposoby, w tym punkcie poległ -  poruszanie się po robótkowych stronach go przerosło. Ale w końcu znalazłam "swoją" ławkę, są też plany by takie spotkania odbywały się cyklicznie.


Z moją robótką wielka wtopa. W tym tygodniu zainspirowana tym wzorem robiłam w moich błękitach ażurowy pasek, a wyszła bąbelkowata kolczuga. Ale mam kolejny pomysł.


Kilka miesięcy temu po obejrzeniu filmu Baader-Meinhof odkryłam, że chociaż RAF działał wtedy, gdy czytałam już gazety, niewiele o nich wiem. Więc jak zobaczyłam książkę o Ulrike Meinhof, kupiłam, przeczytałam i wiem tyle co wcześniej, czyli prawie nic.

 

Co więcej, mam takie wrażenie, że gdybym nie oglądała wcześniej tego filmu, książka byłaby dla mnie momentami niezrozumiała. Wiem z noty wydawcy, że Teresa jest częścią trylogii, dwa pozostałe tomy opowiadają o Milenie Jasenská (Kafka) i Lou Andreas-Salomé (Nietzsche, Rilke).  Dlaczego dopełnia je historia Ulrike nie rozumiem, nie była niczyją "muzą" (kiedyś myślałam, że Baader'a, ale też nie). Sama książka to pomieszanie z poplątaniem - literatura faktu i materiały źródłowe, na przemian z beletrystyką i zapisem rozmyślań  bohaterki.  Może dlatego mi się nie podobała, bo nie spełniła moich oczekiwań? W każdym razie ja dalej nawet nie rozumiem tego, dlaczego to Ulrike stała się medialną ikoną RAF-u. 

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli