niedziela, 27 czerwca 2010

Potęga kociej miłości

Wiosna się skończyła, a on dalej ją szaleńczo kocha. Tu chodzi o coś więcej, nie tylko o seks i pełny brzuch. Bo na seks, po ostatnich szaleństwach, Srala chwilowo nie ma ochoty. Inna sprawa, że jak znów zacznie wydzielać swoje feromony i zlecą się inne koty, Rudy jest za młody by z nimi wygrać. Z kolei  miską Srali Rudy wprawdzie nie gardzi, ale jak zje, dalej siedzi obok niej.


Zaczęły się wakacje. Na co dzień myślę o sobie, że jestem wolna jak dzika świnia. Jak przychodzi co to czego, wygląda to tak: w pierwszej połowie lipca urlop ciotki Beaty Młodszej i w tym czasie mogę co najwyżej wziąć jakiś pojedynczy dzień wolny. Potem przylatuje córka, wprawdzie tylko na kilka dni, bo zabiera przyjaciół i leci dalej, ale chcę być wtedy w Wwie. Z kolei w  sierpniu mama jedzie do Sztokholmu i Londynu i mam na głowie jej koty.

I tak, chociaż mam kilka fajnych zaproszeń, o urlopie najwcześniej mogę myśleć we wrześniu. Na razie zadałam takie pytanie:

Interesowałaby mnie oferta spełniająca następujące warunki:
7-10 dni
Mały hotel, nie otoczony chmarą innych dużych hoteli
Jeżeli bary, dyskoteki czy kasyna to bliżej, niż dalej
Miejsce, skąd jest gdzie pojechać na jednodniowe wycieczki
Standard: czysto i ciepła woda, telewizja satelitarna, WiFi nie koniecznie
Basen Morza Śródziemnego
Nie "zaporowa" cena
Minęły trzy dni, na razie cisza.
Mam sporo urlopu i chciałabym wyjechać jeszcze i w październiku. W planach rejs po Nilu w klimacie Agaty Christie (jak znowu jedna ciotka nie nawali). Jeżeli znowu wystawi mnie do wiatru, zastanawiam się czy nie pojechać samej na objazdowa wycieczkę po Maroku. Na wczasy tam nigdy nie pojadę, obejrzałam ofertę i wolałabym spędzić wczasy na warszawskim Ursynowie, niż w Agadir. Ale królewskie miasta kuszą ...

Z Aeoliankiem wielkiej wtopy ciąg dalszy. W poprzednim tygodniu robiąc zdjęcia nie zauważyłam, że spadło oczko. Pociągnęłam, naciągnęłam i musiałam spruć z 15 cm. Dostałam drutowstrętu i przeszło mi dopiero w połowie tygodnia. Wczoraj znowu sprułam kolejny źle zrobiony kawałek. Może to wszystko dlatego, że szal jest tak łatwy, że nie uważam? A może dlatego, że robiąc cały czas się zastanawiam, po jaką cholerę mi czarny szal? W najbliższym czasie nie przewiduję stylizacji a'la sycylijska wdowa.
Aeolianek jest z robiony z czarnego  Kashmiru (w ramach projektu: "nie kupuję wełny tylko korzystam z przepastnych zapasów domowych). Ale skoro jeszcze udało mi się "upłynnić" czarną Lunę, doszłam do wniosku że zasłużyłam na nagrodę i pod wpływem Dagny, kupiłam ten jedwab. Wyjdzie co wyjdzie, ale przyjemność robienia będzie nieporównywalnie większa.

Poszłam do kina. Wytrzymałam tylko dlatego, że skoncentrowałam się na zdjęciach Chin, a potem Londynu. Tytułowa Chinka, to młoda dziewczyna z prowincji. Nie ona jedna ma taki pomysł na życie, że od pomysłów to jest facet, a jedynym zadaniem kobiety jest go znaleźć. Ale  nawet o takiej postawie można ciekawie opowiedzieć. Za co te trzy gwiazdki nie wiem - zaczynam podejrzewać, że teraz ma obowiązywać konwencja:  o beznadziejnej rzeczywistości należy opowiadać w beznadziejny sposób.  Dystrybutorem jest AP Manana. Dotychczas takich wpadek nie mieli. Co ich podkusiło?

Relaksując się po M. Edelmanie przeczytałam kolejną książkę Michala Viewegha.


Książka na jedno popołudnie z hakiem. Tytułowa niewierna Klara, to młoda piękna narzeczona znanego 50-letniego pisarza. Pisarza zżera zazdrość (nie bez powodu) i wynajmuje prywatnego detektywa. Poza obyczajówką, pojawia się i wątek quasi-kryminalny ale generalnie wszystko w klimacie czeskiego filmu. Nawet jedno zdanie nie wychodzi poza tę konwencję.

U mnie w domu też zagadka kryminalna - odkryłam podkop.

czwartek, 24 czerwca 2010
Monika Rakusa – Żona Adama

Bardzo mi się podobał jej debiut - 39,9. I jak tylko przeczytałam, że wyszła kolejna jej książka, od razu pobiegłam do księgarni. Opowieść o Ricie (Lilith) i Annie (Ewa). Rita to pierwsza żona Adama, która mając do wyboru jego egoizm i swój, wybrała ten ostatni, zostając w aureoli "tej najważniejszej" kobiety jego życia. Anna, druga żona Adama, przynajmniej na zewnątrz "poświęciła" się dla niego i została za to pokochana  przez jego rodzinę. Samego Adama (dyżurnego intelektualistę kraju) poznajemy tylko z retrospekcji, bo już w pierwszych zdaniach książki ginie pod szynami tramwaju (przypomniał mi się początek Mistrza i Małgorzaty).

Ale się rozczarowałam.

Pióro tak samo lekkie. Rewelacyjna opowieść o relacjach rodzinnych. Fajnie pokazane mechanizmy psychologiczne (M. Rakusa skończyła polonistykę i psychologię). Czyli to samo co w 39,9. Ale tamta opowieść nie siliła się na nic więcej, niż tylko bycie zapisem strumienia świadomości współczesnej kobiety, żyjącej tu i teraz w określonym środowisku. Żona Adama pretenduje to bycia powieścią i to ją moim zdaniem gubi. O małżeństwie z Adamem opowiada najpierw „przebojowa” Rita, potem „cicha myszka” Anna, ostatnia część ma stanowić klamrę spinającą opowieści tych dwóch kobiet. Tyle, że nic nie spina, a tylko zostawia niesmak. Już wcześniej opowieść tych dwóch kobiet się momentami dłuży, ale jest przynajmniej i nagroda: zgrabne obserwacje i fajne scenki sytuacyjne. W tej ostatniej części nie ma nic, tylko toporne brnięcie do byle jakiego zakończenia. Jedyny plus, to że nie ma żadnego morału.

A takie miałam oczekiwania ….

Marek Edelman I była miłość w getcie

Książka nie tylko o miłości w getcie, ale fragmenty opowiadające o tej miłości najbardziej zapadają w pamięć.

Dla mnie Marek Edelman był bardzo mądrym człowiekiem, mądrze mówiącym o życiu - nie mam wątpliwości, że taki stosunek do autora, wpływa i na mój odbiór jego książek. Trudno określić czytanie snutych przez niego opowieści "przyjemnością", ale nie sposób się nad nimi nie zadumać, nawet jeżeli niektóre z nich gdzieś już kiedyś słyszałam.

Przejmujące zakończenie: krótkie biogramy osób, bo jak mówi autor: Jestem już ostatni, który znał tych ludzi z imienia i nazwiska, a pewnie nigdy ich już nikt nie wspomi. Trzeba, by został po nich jakiś ślad.

I tak jak nie przepadam za wstępami do książek - w tym przypadku tekst Jacka Bocheńskiego również warty przeczytania.

niedziela, 20 czerwca 2010

A kino gdzie?

Zadano mi takie pytanie w komentarzu. Może u nas w mieście jest i więcej premier niż na wsi, ale z mojego punktu widzenia, jak mają być takie "premiery" to równie dobrze może ich nie być - nawet jak coś się dobrze zapowiada, to nastrój pryska po pierwszej recenzji. Tak teraz mam z komedią braci Coen - nie wiem czy chcę na nią iść. Wstępnie wybieram się za to na Chinkę i Boso, ale na rowerze. W sumie przez ostatnie dwa miesiące wszedł na ekrany tylko jeden dobry film, na który świadomie nie poszłam: Prorok - bałam się, że jest zbyt ostry i przygnębiający.

A że życie nie znosi próżni, pojawił się brydż.

Tym razem był u mnie - w planie są kolejne (aż boję się chwalić dnia przed zachodem słońca, ale zanosi się na nową świecką tradycję). Ale nigdy nie jest tak, że wszyscy są zadowoleni - Seban nie mógł się doczekać, kiedy przestaniemy grać i pojedzie do domu na swoje małe co nieco.

Skończyłam Endless'a i myślę, że będę w nim chodzić.

Z tym, że podoba mi się ten wzór w wersji odwróconej, w dodatku kilka numerów większy, czyli w wersji "bardzo luźna kamizelka". Poszło na to całkiem sporo wełny, bo 3,5 motka Landscape.

Miałam kryzys z Aeolianem - potknęłam się na nupach, nie są takie proste, jak mi się wydawało. Trochę poćwiczyłam na boku, nie jest już tak tragicznie  i teraz liczę na to, że po zblokowaniu jeszcze się trochę "wyrówna".

Nie zapominam o domu. Czekając na elektryków, zawołałam pana od komputera. Przyszedł młody mężczyzna, w wieku mojego syna, prawdopodobnie z podobnymi umiejętnościami. Podłączył mi nowy router (mam teraz WiFi i obecnie szukam uzasadnienia dla zakupu laptopa) i poustawiał mi parę rzeczy. Na koniec zadałam mu pytanie, czy pomaga swojej mamie, gdy ma problem z kompem. Odpowiedział, że nie. Przynajmniej był szczery.

W ogródku mi nikt nie pomógł i wygląda na to, że pomysł z szaloną kwiatową rabatką nie był najlepszy.


Nie wiem co kwiat, a co chwast. Wygląda to mało ciekawie, A poszło na to kilkanaście torebek nasion. Za to róża w tym nowym miejscu po raz pierwszy trochę "odbiła".

A na koniec, skoro życie mnie tak chłoszcze, że zmusiło mnie do oddania głosu na męskiego szowinistę, patriarchalnego miłośnika sprośno-kwaśnych wierszyków i w dodatku, raz nie starczyło i będę to musiała zrobić jeszcze raz, coś pięknego na ząb.

Mały rudy koteczek zakochał się w mojej Srali. On nie ma roku. Ona ma 15 lat. Dziś, gdy wystraszona wczorajszą wizytą Sebana, nie pojawiła się rano w ogrodzie, biegał jak oszalały, nie mogąc jej znaleźć. Gdy wreszcie przyszła, nie odstępował już jej na krok. I tak jest dzień w dzień. Zawsze razem Ona i On.


 

Ta historia ma też i swój tragiczny kontekst - nie ma już Edka i dlatego obce koty mogą znów wchodzić do mojego ogrodu.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli