niedziela, 27 czerwca 2010

Potęga kociej miłości

Wiosna się skończyła, a on dalej ją szaleńczo kocha. Tu chodzi o coś więcej, nie tylko o seks i pełny brzuch. Bo na seks, po ostatnich szaleństwach, Srala chwilowo nie ma ochoty. Inna sprawa, że jak znów zacznie wydzielać swoje feromony i zlecą się inne koty, Rudy jest za młody by z nimi wygrać. Z kolei  miską Srali Rudy wprawdzie nie gardzi, ale jak zje, dalej siedzi obok niej.


Zaczęły się wakacje. Na co dzień myślę o sobie, że jestem wolna jak dzika świnia. Jak przychodzi co to czego, wygląda to tak: w pierwszej połowie lipca urlop ciotki Beaty Młodszej i w tym czasie mogę co najwyżej wziąć jakiś pojedynczy dzień wolny. Potem przylatuje córka, wprawdzie tylko na kilka dni, bo zabiera przyjaciół i leci dalej, ale chcę być wtedy w Wwie. Z kolei w  sierpniu mama jedzie do Sztokholmu i Londynu i mam na głowie jej koty.

I tak, chociaż mam kilka fajnych zaproszeń, o urlopie najwcześniej mogę myśleć we wrześniu. Na razie zadałam takie pytanie:

Interesowałaby mnie oferta spełniająca następujące warunki:
7-10 dni
Mały hotel, nie otoczony chmarą innych dużych hoteli
Jeżeli bary, dyskoteki czy kasyna to bliżej, niż dalej
Miejsce, skąd jest gdzie pojechać na jednodniowe wycieczki
Standard: czysto i ciepła woda, telewizja satelitarna, WiFi nie koniecznie
Basen Morza Śródziemnego
Nie "zaporowa" cena
Minęły trzy dni, na razie cisza.
Mam sporo urlopu i chciałabym wyjechać jeszcze i w październiku. W planach rejs po Nilu w klimacie Agaty Christie (jak znowu jedna ciotka nie nawali). Jeżeli znowu wystawi mnie do wiatru, zastanawiam się czy nie pojechać samej na objazdowa wycieczkę po Maroku. Na wczasy tam nigdy nie pojadę, obejrzałam ofertę i wolałabym spędzić wczasy na warszawskim Ursynowie, niż w Agadir. Ale królewskie miasta kuszą ...

Z Aeoliankiem wielkiej wtopy ciąg dalszy. W poprzednim tygodniu robiąc zdjęcia nie zauważyłam, że spadło oczko. Pociągnęłam, naciągnęłam i musiałam spruć z 15 cm. Dostałam drutowstrętu i przeszło mi dopiero w połowie tygodnia. Wczoraj znowu sprułam kolejny źle zrobiony kawałek. Może to wszystko dlatego, że szal jest tak łatwy, że nie uważam? A może dlatego, że robiąc cały czas się zastanawiam, po jaką cholerę mi czarny szal? W najbliższym czasie nie przewiduję stylizacji a'la sycylijska wdowa.
Aeolianek jest z robiony z czarnego  Kashmiru (w ramach projektu: "nie kupuję wełny tylko korzystam z przepastnych zapasów domowych). Ale skoro jeszcze udało mi się "upłynnić" czarną Lunę, doszłam do wniosku że zasłużyłam na nagrodę i pod wpływem Dagny, kupiłam ten jedwab. Wyjdzie co wyjdzie, ale przyjemność robienia będzie nieporównywalnie większa.

Poszłam do kina. Wytrzymałam tylko dlatego, że skoncentrowałam się na zdjęciach Chin, a potem Londynu. Tytułowa Chinka, to młoda dziewczyna z prowincji. Nie ona jedna ma taki pomysł na życie, że od pomysłów to jest facet, a jedynym zadaniem kobiety jest go znaleźć. Ale  nawet o takiej postawie można ciekawie opowiedzieć. Za co te trzy gwiazdki nie wiem - zaczynam podejrzewać, że teraz ma obowiązywać konwencja:  o beznadziejnej rzeczywistości należy opowiadać w beznadziejny sposób.  Dystrybutorem jest AP Manana. Dotychczas takich wpadek nie mieli. Co ich podkusiło?

Relaksując się po M. Edelmanie przeczytałam kolejną książkę Michala Viewegha.


Książka na jedno popołudnie z hakiem. Tytułowa niewierna Klara, to młoda piękna narzeczona znanego 50-letniego pisarza. Pisarza zżera zazdrość (nie bez powodu) i wynajmuje prywatnego detektywa. Poza obyczajówką, pojawia się i wątek quasi-kryminalny ale generalnie wszystko w klimacie czeskiego filmu. Nawet jedno zdanie nie wychodzi poza tę konwencję.

U mnie w domu też zagadka kryminalna - odkryłam podkop.

czwartek, 24 czerwca 2010
Monika Rakusa – Żona Adama

Bardzo mi się podobał jej debiut - 39,9. I jak tylko przeczytałam, że wyszła kolejna jej książka, od razu pobiegłam do księgarni. Opowieść o Ricie (Lilith) i Annie (Ewa). Rita to pierwsza żona Adama, która mając do wyboru jego egoizm i swój, wybrała ten ostatni, zostając w aureoli "tej najważniejszej" kobiety jego życia. Anna, druga żona Adama, przynajmniej na zewnątrz "poświęciła" się dla niego i została za to pokochana  przez jego rodzinę. Samego Adama (dyżurnego intelektualistę kraju) poznajemy tylko z retrospekcji, bo już w pierwszych zdaniach książki ginie pod szynami tramwaju (przypomniał mi się początek Mistrza i Małgorzaty).

Ale się rozczarowałam.

Pióro tak samo lekkie. Rewelacyjna opowieść o relacjach rodzinnych. Fajnie pokazane mechanizmy psychologiczne (M. Rakusa skończyła polonistykę i psychologię). Czyli to samo co w 39,9. Ale tamta opowieść nie siliła się na nic więcej, niż tylko bycie zapisem strumienia świadomości współczesnej kobiety, żyjącej tu i teraz w określonym środowisku. Żona Adama pretenduje to bycia powieścią i to ją moim zdaniem gubi. O małżeństwie z Adamem opowiada najpierw „przebojowa” Rita, potem „cicha myszka” Anna, ostatnia część ma stanowić klamrę spinającą opowieści tych dwóch kobiet. Tyle, że nic nie spina, a tylko zostawia niesmak. Już wcześniej opowieść tych dwóch kobiet się momentami dłuży, ale jest przynajmniej i nagroda: zgrabne obserwacje i fajne scenki sytuacyjne. W tej ostatniej części nie ma nic, tylko toporne brnięcie do byle jakiego zakończenia. Jedyny plus, to że nie ma żadnego morału.

A takie miałam oczekiwania ….

Marek Edelman I była miłość w getcie

Książka nie tylko o miłości w getcie, ale fragmenty opowiadające o tej miłości najbardziej zapadają w pamięć.

Dla mnie Marek Edelman był bardzo mądrym człowiekiem, mądrze mówiącym o życiu - nie mam wątpliwości, że taki stosunek do autora, wpływa i na mój odbiór jego książek. Trudno określić czytanie snutych przez niego opowieści "przyjemnością", ale nie sposób się nad nimi nie zadumać, nawet jeżeli niektóre z nich gdzieś już kiedyś słyszałam.

Przejmujące zakończenie: krótkie biogramy osób, bo jak mówi autor: Jestem już ostatni, który znał tych ludzi z imienia i nazwiska, a pewnie nigdy ich już nikt nie wspomi. Trzeba, by został po nich jakiś ślad.

I tak jak nie przepadam za wstępami do książek - w tym przypadku tekst Jacka Bocheńskiego również warty przeczytania.

niedziela, 20 czerwca 2010

A kino gdzie?

Zadano mi takie pytanie w komentarzu. Może u nas w mieście jest i więcej premier niż na wsi, ale z mojego punktu widzenia, jak mają być takie "premiery" to równie dobrze może ich nie być - nawet jak coś się dobrze zapowiada, to nastrój pryska po pierwszej recenzji. Tak teraz mam z komedią braci Coen - nie wiem czy chcę na nią iść. Wstępnie wybieram się za to na Chinkę i Boso, ale na rowerze. W sumie przez ostatnie dwa miesiące wszedł na ekrany tylko jeden dobry film, na który świadomie nie poszłam: Prorok - bałam się, że jest zbyt ostry i przygnębiający.

A że życie nie znosi próżni, pojawił się brydż.

Tym razem był u mnie - w planie są kolejne (aż boję się chwalić dnia przed zachodem słońca, ale zanosi się na nową świecką tradycję). Ale nigdy nie jest tak, że wszyscy są zadowoleni - Seban nie mógł się doczekać, kiedy przestaniemy grać i pojedzie do domu na swoje małe co nieco.

Skończyłam Endless'a i myślę, że będę w nim chodzić.

Z tym, że podoba mi się ten wzór w wersji odwróconej, w dodatku kilka numerów większy, czyli w wersji "bardzo luźna kamizelka". Poszło na to całkiem sporo wełny, bo 3,5 motka Landscape.

Miałam kryzys z Aeolianem - potknęłam się na nupach, nie są takie proste, jak mi się wydawało. Trochę poćwiczyłam na boku, nie jest już tak tragicznie  i teraz liczę na to, że po zblokowaniu jeszcze się trochę "wyrówna".

Nie zapominam o domu. Czekając na elektryków, zawołałam pana od komputera. Przyszedł młody mężczyzna, w wieku mojego syna, prawdopodobnie z podobnymi umiejętnościami. Podłączył mi nowy router (mam teraz WiFi i obecnie szukam uzasadnienia dla zakupu laptopa) i poustawiał mi parę rzeczy. Na koniec zadałam mu pytanie, czy pomaga swojej mamie, gdy ma problem z kompem. Odpowiedział, że nie. Przynajmniej był szczery.

W ogródku mi nikt nie pomógł i wygląda na to, że pomysł z szaloną kwiatową rabatką nie był najlepszy.


Nie wiem co kwiat, a co chwast. Wygląda to mało ciekawie, A poszło na to kilkanaście torebek nasion. Za to róża w tym nowym miejscu po raz pierwszy trochę "odbiła".

A na koniec, skoro życie mnie tak chłoszcze, że zmusiło mnie do oddania głosu na męskiego szowinistę, patriarchalnego miłośnika sprośno-kwaśnych wierszyków i w dodatku, raz nie starczyło i będę to musiała zrobić jeszcze raz, coś pięknego na ząb.

Mały rudy koteczek zakochał się w mojej Srali. On nie ma roku. Ona ma 15 lat. Dziś, gdy wystraszona wczorajszą wizytą Sebana, nie pojawiła się rano w ogrodzie, biegał jak oszalały, nie mogąc jej znaleźć. Gdy wreszcie przyszła, nie odstępował już jej na krok. I tak jest dzień w dzień. Zawsze razem Ona i On.


 

Ta historia ma też i swój tragiczny kontekst - nie ma już Edka i dlatego obce koty mogą znów wchodzić do mojego ogrodu.

piątek, 18 czerwca 2010

Sándor Márai Żar

Niedawno wyszły Dzienniki Sándora Márai - o tym, że był taki pisarz i że jest znany dowiedziałam się z Gazety. Za dziennikami nie przepadam, więc się na nie nie zasadzam, ale postanowiłam zobaczyć czym się go je i przeczytałam jego Żar.


Początek ubiegłego wieku. Dwóch bardzo bliskich przyjaciół, oficerów monarchii austro-węgierskiej. Coś się miedzy nimi wydarza, ale nie dochodzi do żadnych wyjaśnień, tylko następnego dnia jeden z nich wyjeżdża bez pożegnania. Po ponad czterdziestu latach, ten który wtedy wyjechał, odwiedza dawnego przyjaciela. Książka to zapis tego spotkania.

Została napisana w 1942 roku i chwilami trąci trochę naftaliną (te rozważania o mężczyznach, męskich sprawach ... nie wiem gdzie są ci mężczyźni, ale na pewno nie we współczesnych czasach).  Mroczny, gęsty od emocji język. Momentami drażniły mnie wypowiadane ex cathedra, w monologu osoby mającej świadomość zbliżającej się śmierci, mądrości życiowe. Ale sama opowieść wciąga, czyta się jak kryminał, czekając jakie będzie zakończenie (które nie rozczarowuje).

Zeskanowałam z tej książki kilka zdań na temat polowania - nie jestem w stanie zrozumieć jak można polować dla przyjemności, a te fragmenty to apoteoza tej formy zabijania.

Ty tego nie zrozumiesz, ponieważ nigdy nie byłeś myśliwym. (…) Nie znałeś tej dziwnej namiętności, tej najsekretniejszej namiętności w życiu mężczyzny, która niezależnie od pozycji, ubioru i wychowania żyje w nerwach każdego mężczyzny, tak głęboko, jak wieczny ogień w ziemi. Ta namiętność - to żądza zabijania. Jesteśmy ludźmi, nakazem naszego życia jest, abyśmy zabijali. Nie można inaczej... Człowiek zabija, aby coś obronić, zabija, aby coś zdobyć zabija, aby coś pomścić.
(…) Naszą historię wypełnia, aż po nasze dni, ciąg masowych morderstw, ale o zabijaniu mówimy ze spuszczonymi oczami, tonem nabożnym, nie bez nagany; nie możemy uczynić nic innego, taką nam wyznaczono rolę. Przecież to tylko polowanie -mówi, jak ktoś, kto nagle się rozwesela. - Tam także przestrzegamy rycerskich i praktycznych reguł. Oszczędzamy zwierzynę, na ile wymaga tego sytuacja na danym terenie, ale polowanie jest jeszcze ofiarą, resztką potwornych i rytualnych, starych jak sam człowiek praktyk religijnych. Bo to nieprawda, że myśliwy zabija dla zdobyczy. Nigdy nie zabijał tylko dla zdobyczy, nawet w czasach wspólnoty pierwotnej, kiedy zabijanie było dlań jednym z niewielu dostępnych mu sposobów zdobywania pożywienia. Dobry myśliwy zawsze był przewodnikiem plemienia, a więc po trosze i kapłanem.
(…) Zwierzę zatrzymuje się, niczego nie widzi, niczego nie węszy, bo wiatr wieje prosto na ciebie, a jednak wie, że w pobliżu czai się nieszczęście; podnosi głowę, obraca delikatną szyją, ciało sarny się napina, i w tym cudownym zespoleniu stoi przed tobą kilka chwil, bez ruchu; w ten sposób jedynie człowiek cofa się przed nieszczęściem, nic nie czyniąc, ponieważ wie, że nieszczęście nie jest przypadkowe, że to nie jest wypadek, ale jedno z naturalnych następstw nieobliczalnej i trudnej do pojęcia współzależności. (…)Ty także cofasz się w gęstwinie, ty także jesteś przywiązany do tej chwili, ty, łowca. W ręce czujesz to drżenie, które jest tak stare jak człowiek, czujesz tę gotowość zabijania, to zakazane przyciąganie, tę coraz silniejszą namiętność, tę podnietę, która nie jest dobra ani zła, ale jest jedną z tajemniczych podniet każdego życia: być silniejszym niż ten drugi, zręczniejszym, pozostać mistrzem, nie chybić.

 

ZZ Packer Pijąc kawę gdzie indziej

Kolejna przeczytana książka to opowiadania ZZ Packer.

Wprawdzie nie przepadam za opowiadaniami, ale ponieważ jest to wymarzona forma do czytania w komunikacji miejskiej, jak widzę kolejne opowiadania, nie mówię nie.

Bohaterzy Pijąc kawę gdzie indziej, to nie dający sobie rady z rzeczywistością czarnoskórzy Amerykanie. Inna sprawa, że rzeczywistość też ich nie lubi (akcja niektórych opowiadań dzieje się w czasach gdy Martin Luter King był już znany, ale jeszcze nie odniósł sukcesu). Czyta się świetnie, kolejne historyjki są zgrabnie napisane, idealne do pociągu, czy autobusu. Tyle tylko, że o ile scenki są świetne  -  to o już o całych opowiadaniach trudno to powiedzieć. Opowieść o nauczycielce, która nie daje sobie rady z klasą i pewnego dnia "panowanie" nad klasą "dostaje w prezencie" od najgorszego zakapiora, mało oryginalna. Tak samo o tym, że na tzw. "gigancie", można skręcić w prostytucję. A jak jest ciekawie (np. o religijnej pielegniarce) to zakończenie nie te. Takie trochę za bardzo z morałem na końcu. A niektóre to nawet nie tyle za bardzo, ale dużo za bardzo. 

niedziela, 13 czerwca 2010

 

Wilgoć w piwnicy

Popełniłam błąd - zapomniałam o tym, że mam dom na głowie. W dodatku myślałam, że skoro mam tak wypasioną tablicę rozdzielczą, to co jak co, ale elektrykę mam w miarę dobrze zrobioną.

 

Wiedziałam wprawdzie, że jest jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, a w piwnicy i do poprawienia, ale myślałam, że skoro niejeden elektryk przeszedł spokojnie obok tych kabli, to problem jest bardziej w estetyce i nie muszę się z tym aż tak bardzo spieszyć.

Bańka pękła, gdy w piwnicy spaliła się cała instalacja (przez te deszcze, nie uchyliłam po zimie okna, resztę zrobił upał i wilgoć). W dodatku okazało się, że cała ta moja sieć z przepięciowymi bezpiecznikami jest funta kłaków warta, bo nie ma uziemienia. Teraz czeka mnie mega przeróbka instalacji, włącznie z pruciem ścian.

Chyba lepiej będzie, jak faceci będą się licytować w sadzeniu tysiącletnich dębów i nie będą sie brać za budowanie domów.

W niedzielę był dzień publicznego drutowania. Zabrakło mi elementów happeningu - obiecałam sobie, że w przyszłym roku o tym pomyślę. Siedziałyśmy w Łazienkach, nikt na nas nie zwracał uwagi, a chyba nie o to w tym chodzi.

W sobotę byłam na  Uwalnianiu łacha. Fajna impreza. Przychodzą baby z torbami rzeczy do których straciły już serce (albo z których "wyrosły") i   wywalają je na środek. Potem się w tym grzebie. Odbywa się to cyklicznie. Polecam.

Zostałam wyprowadzona przez Gumisia do teatru - 4 godziny na twardym krześle, w fabrycznej hali, zaadoptowanej do kręcenia widowisk telewizyjnych.

Pomysł by opowiedzieć w teatrze historię Apollonii Machczyńskiej-Świątek (ukrywała Żydów, została zabita przez Niemca, który ją kochał, ale został do tego zmuszony przez swojego przełożonego,  jej ojcu zaproponowano, by "wykupił" jej życie oddając swoje, ale się na to nie zgodził) razem z historią Ifigenii, Klitemnestry, Agamemnona, Ifigenii i Orestesa oraz Alkestis i Admeta (pojawia się też Thanatos, Herakles i wygnany z Olimpu, przebywający na dworze Admeta, Apollo) naprawdę dobry. Świetnie pasują też dobrane do opowiadanej historii monologi - tekst A. Eichmana i E. Costello, fikcyjnej bohaterki stworzonej kiedyś przez J.M.Coetze.

Rewelacyjna obsada - K. Warlikowski pozbierał aktorów młodszego pokolenia, którzy  jeszcze potrafią grać. Słowem kawałek dobrego teatru. W dodatku w tym teatrze nie było ani jednego przedstawiciela "publisi" - widownia dała głos dopiero na zakończenie spektaklu (klaskali na stojąco).

Ale nie byłabym sobą, gdybym trochę nie pomarudziła. Trochę za długie i momentami za głośne.

Po teatrze pojechałam do Gumisia. Ruta nie zapowiadała się na ładną dziewczynkę, podobno ma wdzięk, starałam się, ale go nie zobaczyłam:


Wszystkie trzy gładkowłose psy Gumisia jedyne co miały w ten upał do powiedzenia, to to że cierpią i nie wytrzymują tej duchoty. Pełnię szczęścia demonstrował za to futrzasty Rudy:

Korzystając że jestem w Otwocku pojechałam sfotografować Pensjonat Pazińskiego. Ale przed budynkiem siedzieli na ławkach ludzie, więc zrobiłam zdjęcie tylko z daleka. Myślałam że zobaczę urokliwy świdermajer, a jest to solidna tynkowana konstrukcja, z nowymi oknami.

Urok świdermajera miała za to stojąca obok Sasanka:


A poza tym:

- doszedł obrazek od Brahdelt, ale jeszcze go nie powiesiłam,

- Endeless już zszyty, brakuje tylko wykończenia pach,

- Z Aeolian Shawl wtopa:  muszę pokombinować jak "spasować" trzecią i czwartą część wzoru.

 

sobota, 12 czerwca 2010

Henryk Grynberg - Ciąg dalszy

Jeszcze jedna "dokrętka" biografii - uzupełnienie kilku epizodów o wcześniej przemilczane fakty, a że to Henryk Grynberg to jeszcze więcej krzywd i ludzkiego zła. Niestety obca jest mu autoironia, dytans, poczucie humoru, czy tak rozświetlające biografię, umiłowanie anegdoty.  Z każdą kolejną książką  H. Grynberga coraz bardziej smutne jest nie tyle to o czym pisze, bo to było tak samo straszne i w jego pierwszej książce, ile to jak bardzo, mimo upływu lat, nie potrafi żyć z traumą dziecka Holokaustu.

Ale warto przeczytać. Szczególnie polecam rozdział, w którym opowiada o niemieckim wydaniu zbioru opowiadań Drochobycz, Drochobycz: o tym jak ta książka została przetłumaczona i o tym jak, jako jej autor, nie miał żadnego wpływu na jakość tego tłumaczenia. Oraz rozdział o IPN-ie. Rzeczywistość powieści Kafki przy tym to "pikuś".


Zygmunt Bauman - Płynne czasy

Książka Z. Baumana ma w sobie coś "szkolnego",  możliwe że powstała na podstawie notatek (prawdopodobnie zadaje się ją  studentom jako obowiązkową lekturę). Błyskotliwy opis zagrożeń mało przyjaznej współczesności. Na plus można zaliczyć to, że autor nawet nie próbuje proponować „środków zaradczych”.  Sama diagnoza więcej niż ponura, z tym, że w paru miejscach, aż się prosi o polemikę. Kolejny plus - napisane tak, że się świetnie czyta (tu coś dla pkazana, jak można, a moim zdaniem nie należy, pisać).

Oto jakie zmiany, stworzyły według autora nowe, bezprecedensowe warunki życia, przynajmniej w naszej części świata (oczywista oczywistość, ale nie umiałabym to w tak klarowny i czytelny sposób wypunktować).

Moim zdaniem warte zastanowienia:

Pierwsza

przejście od „stałej" do „płynnej" fazy nowoczesności, to jest warunków, w których formy społeczne (…) nie są już w stanie (i już się tego od nich nie oczekuje) trwać długo w jednym kształcie, ponieważ rozkładają się i topnieją w czasie krótszym niż ten potrzebny do ich powstania (…) i nie mogą już służyć za ramy ludzkich działań i długoterminowych strategii życiowych.

Druga

separacja i zbliżający się ostateczny rozwód władzy i polityki (…) Duża część władzy efektywnego działania, która niegdyś znajdowała się w rękach nowoczesnego państwa, przenosi się dziś do - wymykającej się politycznej kontroli - globalnej (i pod wieloma względami eksterytorialnej) przestrzeni. Tymczasem polityka, a więc możliwość decydowania o kierunku i celach działania, nie potrafi operować skutecznie na poziomie planetarnym, gdyż - tak jak wcześniej - pozostaje lokalna.

Trzecia

stopniowe lecz konsekwentne zanikanie lub ograniczanie wspólnotowego, opartego na państwie, ubezpieczenia od indywidu­alnego  niepowodzenia  i  nieszczęścia,  co  pozbawia działanie kolektywne dużej części jego niegdysiejszej atrakcyjności i podmywa społeczne fundamenty solidarności.

Czwarta

upadek długoterminowego myślenia, planowania i działania oraz zanik bądź osłabienie społecznych struktur, w które można by było wpisać myślenie, planowanie i działanie na dłuższą metę. Prowadzi on do podziału historii politycznej i jednostkowych biografii na szereg krótkoterminowych projektów i epizodów, których liczba jest nieskończona i nie łączą się one w żadne sekwencje, a do których dałoby się zastosować takie pojęcia, jak rozwój, dojrzewanie, kariera czy postęp.

Piąta

przeniesienia odpowiedzialności za rozwiązywanie dylematów (…) na barki jednostek - oczekuje się od nich dziś, że będą świadomymi podmiotami „wolnego wyboru" i w pełni ponosić będą konsekwencje podejmowanych przez siebie decyzji. (…)  Ponoszenie ryzyka jest jednak udziałem i obowiązkiem jednostki, gdyż nie istnieją żadne odgórne recepty, które - prawidłowo wyuczone i konsekwentnie stosowane - pozwoliłyby na uniknięcie fatalnych błędów lub które można by było przynajmniej obarczyć winą w razie niepowodzenia.

ps. zglosiłam się do: moli książkowych" - obrazek w bocznej szpalcie, ale jak na razie nie dostałam odpowiedzi.

 

niedziela, 06 czerwca 2010

Jak wyprosić kreta z ogrodu?

i cytując K.I. Gałczyńskiego:

pytanie to w tytule, postawione tak śmiało, choćby z największym bólem, rozwiązać by należało.

Opisywane na forach ogrodniczych polowanie na kreta z gatunku jak gonić króliczka i go nie dogonić, mnie nie interesuje.

Problem z kretem pojawił się w momencie, gdy ubył mi inny, bo znalazłam odpowiedź na pytanie co zrobić by w weekend wyrobić się ze wszystkim - odpowiedź jest bardzo prosta: weekend musi trwać cztery dni. W każdym innym przypadku nawet nie ma co próbować, by ze wszystkim zdążyć.

I tak miałam czas nie tylko na skoszenie trawy i na lokalne życie towarzyskie (Joanna), ale i na ruszenie się gdzieś dalej.

Ach, co to by była za ciekawa książka, gdyby napisać co te ściany widziały!


Wybraliśmy się na lody do pobliskiego miasteczka - pojechałam na  pożyczonym "góralu" i zupełnie nie rozumiem skąd popularność tych rowerów. Niewygodne (rzyć boli potem okrutnie i długo) i trzeba się nieźle napedałować, mimo dziesiątek przerzutek, by wprawić go w ruch.  Gdzie mu do holenderskich rowerów! Nie mam też zaufania do nowoczesnych składaków - wprawdzie rozkłada się je w kilkanaście sekund i bez problemu mieszczą się w niedużym bagażniku, ale jak dla mnie mają za małe koła  (zdjęcie z cyklu faceci i ich brumbrumy):

I tak zdecydowanie ze wszystkich sportów najbardziej lubię uprawiać brydż (zdjęcie może nie najlepsze, ale za to widać na nim psa Agnieszki w całej jego wielkości):

Brahdelt wezwała do zrobienia dziewiarskiego rachunku sumienia. Pierwsza moja refleksja; Bosz, ile one tego robią! I to pomijając Dagny, która jest  poza wszelką konkurencją, w ostatnim wpisie stwierdziła że chusta zajmuje jej góra trzy dni, moim zdaniem zauważalna zmiana będzie wówczas, gdy zacznie jej to zabierać góra jeden dzień. Ale wracając do moich remanentów.

Posługując się zakładką "projekty" na Revelry (bardzo przydatne narzędzie), trzy przykłady porażek:

Veronique - wykrój  do bani, ładne, ale niewygodne w noszeniu.

Sunrise Jacket - raz że za duży, dwa że Cascade 220 to wełna droga, co wcale nie znaczy, ze dobra.

Najgorzej z Czarnym Bawełnianym Cusiem - nie mam nawet na kogo zwalić winy, bo zbyt daleko odeszłam od wzoru, by mieć podstawy do zgłaszania pretensji pod tym adresem.

Z chustami jest jednak "bezpieczniej", z tym że wełna też gra rolę. Tę chustę zrobiłam z wełny typu "mechatki" i nosić się tego za bardzo nie daje.


A to moje wielkie tadam ... Ten sweter ma  25 lat i ciągle jeszcze czasami go zakładam. Kiedyś to były wełny, nie to co teraz ...


Z robótek z ostatnich lat, poza chustami,  chodzę czasami i w tym:


Jak chwilę pomyślę nad moim "robótkowaniem" sama widzę niekonsekwencję w moim myśleniu. Z jednej strony swetry na drutach podobają mi się jedynie na zdjęciach, rzadko kiedy zachwycę się i w realu. I to niezależnie z czego są zrobione (akryl skreślam z założenia, bo jeżeli nawet dobrze wygląda, to najwyżej na pierwszych zdjęciach, tuż po zrobieniu). To jednak chyba chodzi o coś więcej, może o wykończenie? Bo już ręcznie robione chusty, szaliki, czapki są  dla mnie nieporównanie ładniejsze, od tych ze "sklepu" i co krok budzą mój zachwyt.  I chociaż tak mam, ciągle oglądam nowe swetry i się nimi zachwycam.

No bo jak się nie zachwycić takim Manu czy Sowami:


Albo tym szarym żakietem?

Na razie skończyłam weselny prezent (nie wiem jak sfotografować tę wełnę, żeby na zdjeciu przypominała tę z realu):


Endless przed szyciem został zblokowany i może okazać sie, że jednak wyszedł ciut za duży:


A ja już się wzięłam za kolejny szal (kolor nie ten, bo czarny, ale to w ramach zmniejszania stosiku wełen) i myślę o bawełnianej granatowej bluzce.

czwartek, 03 czerwca 2010

Przeczytane

Melchiora Wańkowicza pamiętam jeszcze „na żywo” - byłam na kilku jego odczytach w Klubie Księgarza. Podobało  mi się jego Ziele na kraterze, czy Szczenięce lata, jego sztandarowe książki:  Monte Cassino, czy Hubalczyków odłożyłam po kilku stronach.

Teraz przebrnęłam przez 600 stron wspomnień A. Ziółkowskiej-Boehm z bardzo mieszanymi uczuciami. Z jednej strony dużo mało znanych albo zapomnianych faktów, arcyciekawych materiałów źródłowych. Z drugiej, ta książka to dla mnie kolejny dowód, że zbyt emocjonalny stosunek do opisywanej postaci, przeszkadza w napisaniu dobrej biografii.

Autorka widzi jak inni budują historyczne fikcje:

Po latach wysłuchałam, zmieszana, uwagi pracownicy Muzeum Literatury, która oprowadzając młodzież po gabinecie pisarza, wskazała na klęcznik z wyraźnymi śladami używania jako przykład, że autor „Szczenięcych lat" modlił się na klęczkach, tymczasem tenże klęcznik Wańkowicz miał koło fotela i używał jako oparcia dla stóp.

(Wańkowicz nie chodził do kościoła, określał siebie raz jako ateistę, raz jako agnostyka, tyle że przywiazanego do tradycji katolickiej).

Ale nie widzi tego, że  w jej gwałtownych polemikich z każdym kto skrytykował, pomówił, czy tak po prostu po ludzku za Mistrzem nie przepadał, za dużo emocji, by  była tam prawda.  Momentami, gdy autorce nie udaje się tak do końca udowodnić  wyższość swojej racji, czuć bulgocące w kociołku poczucie krzywdy i bezradności,  bo przeciwnik jeszcze dycha i nadal podawana jest mu ręka.

Zastanowiły mnie rady, udzielane jej przez starszych i doświadczonych (pierwsza M. Wańkowicza):

Nie możesz znać całej literatury, wybierz jednego pisarza, ale poznaj gruntownie jego pisarstwo.
Po latach Michał Radgowski dodał mi:
- Można sobie wybrać jeden tytuł, jedną książkę, ale wszyst­ko o niej wiedzieć. Ja wybrałbym „Czarodziejską górę" Tomasza Manna.

Czarodziejska góra to dobra książka, ale żeby aż tak?

Kupiłam Deklarację celną bo znałam Rolę mojej rodziny w światowej rewolucjiPodróż na Alaskę tego autora. Gdyby ta książka była pierwszą jego ksiażką jaką wzięłam do ręki, raczej byłaby też i ostatnią. 

W 1992 roku Bora Ćosić tak żle czuł się w wśród swoich w  Serbii, że wyemigrował do Niemiec. Ksiażka w klimacie przypomina litanię, autor po kolei wymienia co zabiera (i wpisuje do tytułowej deklaracji celnej,) co zostawia. Przeraźliwie nudne, dobrnęłam do połowy i dalej nie dałam już rady.

Nie rozczarowal mnie za to Michal Viewegh.

Zapisywacze ojcowskiej miłości to opowieść o ojcowskiej miłości, trochę może zbyt zaborczej, ale ciepło zwariowanej i budzącej życzliwy uśmiech. W tle cała galeria uroczo pokręconych postaci.  Tytyłowym zapisywaczem jest syn, który od dziecka spędza życie pod stołem, kompulsywnie zapisując rzeczywistość.  Kolejne urocze czytadełko. Na Fecebooku jest grupa Wypowiedzmy Czechom, wojnę i im się poddajmy. Coś w tym jest.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli