wtorek, 28 czerwca 2011
Moniek o Zembatym

Ponieważ ja babciuję i blog chwilowo w odstawce, wpis Mońka o Macieju Zembatym

 

Ale muzyki dziś tak nikt nie czuje

Bezczelnie spersonalizowane i zautobiografizowane epitafium dla Macieja Zembatego


Na wiarę nic nie chciałeś brać

A może wprost przeciwnie – wszystko, co przyniosły ostatnie wydarzenia stawało się za przyczyną atawistycznie wbudowanej w ludzki rozum wiary – w nieodwracalny bieg przyrody, w zmienność pór roku, w pewne jak aksjomat dojrzewanie malin po poziomkach a tarniny po jeżynach. Niczym niezakłócone prawa odradzające naszą wiarę w porządek istnienia, w który wielu już dawno zwątpiło. Dla tych, którzy na wszystko muszą mieć rachunki – z cudzego sumienia, obcych grzechów, własnych słabości i nieludzkiego czasem wysiłku przeżywania kolejnych dni – branie życia na wiarę przypominało rytuał samospalenia lub oszalałej, bo połączonej z obłędem ufności dziecka lub wariata. Mój los to głos, mój głos to stos, a stos to już tylko most do lepszego świata. I tak nie ukontentuje się nigdy gawiedzi, trzeba tylko rwać ku górze dusze poduszone ściskiem myśli i bez-myśli. To nie sztuka tańczyć na linie, sztuką jest taniec na linie podciętej z obu stron, nad żarem paleniska, nad płonącym nienawiścią okiem Świętej Inkwizycji.

Lecz sprawił to księżyca blask
Że piękność jej na zawsze cię podbiła


A miało być zupełnie inaczej. Miałeś się czuć „jak brzdąc w kołysce, gdy go ręce pieszczą bliskie”. Myśleć o akordach w dur i moll, o ścianach i zakamarkach, o sekretnych przejściach do ogrodów. Nie wierzyłeś, że w teorii jest możliwe zakrzywienie światła, zmiana biegu promienia, posłania go chocholim tańcem po okręgu odwrotnie proporcjonalnie do kwadratury koła. Wystarczy jeden elektron żeby prawa fizyki przewrócić do góry nogami. Dla Ciebie wystarczyło jedno spojrzenie i jedna księżycowa noc, kiedy wśród zgranych akordów odnalazłeś całkowicie nowe skale. Niski tembr głosu rozkołysał zapomniane, a może najgłębiej skrywane pragnienia. I tylko ułożone jak z klocków lego życie wymusiło zmianę jego konstrukcji. Przez ciężką i głuchą ścianę przeniknęło światło ukazując Twoim oczom ażurowy szkielet. To tak, jakby z gotyckiej fary skruszyć wszystkie cegły pozostawiając lekkość finezyjnych sklepień krzyżowo-żebrowych. Nieodgadnioną tajemnicę budowniczych katedr chciałeś prześwietlić jak promieniami Roentgena – by na jedną krótką chwilę wejść w skrywaną przez wieki symbolikę kielni i cyrkla.

Dlaczego mi zarzucasz wciąż

Bo chyba bez pretensji nie potrafisz żyć. Zamiast wyrzutem i oskarżeniem stają się w Twoich ustach Pytaniem, które kierujesz tylko do siebie, nie zastanawiając się zupełnie nad odpowiedzią. Nieistotną z punktu widzenia sensowności Twoich planów i zamierzeń. W okrutnych oskarżeniach przegląda się Twoja dusza. Jakbyś badał granice własnej wytrzymałości na ból, który zadajesz. Jeżeli Ty go nie wytrzymasz, to znak, że cała wina wyrastała jak żywiąca się Twoją krwią winna latorośl – tylko z Ciebie. Co robić potem? Dla zapomnienia można wziąć udział w uczcie ślepców, a może lepiej wypić ostatnie wino na uczcie Baltazara? Mroczna biesiada poprzedzająca tragiczne wydarzenia potrafiła strącić władcę z tronu. Nawet, jeśli przyniosą Ci na tacy głowę Holofernesa, dla Ciebie to i tak będzie za mało. Znów zaczniesz litanię wyrzutów udowadniając, że z rozsypanego po niebie gwiezdnego pyłu można w sekundę ułożyć nową Drogę Mleczną.

Lecz mówię prawdę, nie chcę was oszukać

To niemożliwe. Każda prawda lub stwierdzenie aspirujące do roli aksjomatu jest z gruntu fałszywe i podszyte cynizmem. Jakby to powiedzieli starożytni? Że tylko głupiec wie, co to jest prawda. My badamy granice, w których można zmieścić prawdopodobieństwo. Nazywamy prawdami wątłe przypuszczenia lokowane w udowodnionych matematycznie teoriach. Z cudownej empirii filozofii zrobiliśmy prototyp odhumanizowanego Frankensteina, odzierając ją z tego, co narodziło się, gdy na sykstyńskim fresku palec Boga dotknął palca Adama. Nieokiełznana energia kosmosu wdarła się wtedy w  atmosferę błękitnej planety i zakłóciła już na zawsze jej pole magnetyczne.  Dlatego raz na tysiąc lat podobno ktoś kradnie nam sekundę. Czy wiesz, że w ten sposób jest możliwy koniec czasu? Jak w takiej sytuacji można mówić o oszustwie? Byłeś tym, który potrafiłby liczyć każdą z tych skradzionych sekund. I czekać tylko na to, żeby co tysiąc lat przestawiać mechanizm zegara.

Tak się starałem, ale cóż
Dotykam tylko, zamiast czuć


Przez te słowa pozwoliłeś wprowadzić do naszych wyobrażeń kategorię pół-zmysłów.  Zmysłów nie przeżywanych i nie odczuwanych do końca. Tak jak w sztuce Kamasutry, gdy w nieskończoność oddala się perspektywę spełnienia, bo po niej przychodzi tylko pustka i lęk przed odejściem. Jak w nieskończoność można obniżać tembr głosu? Coraz niższe tony smagały emocje, docierając do zmysłowych,  ale z drugiej strony niewyobrażalnie uduchowionych doznań. Połączenie czystości duszy świetlistych cherubinów z mrocznymi instynktami szatana potrafiło wyłączyć odczuwanie świata na wszystkich jego banalnych poziomach. Unosiliśmy się wtedy w niebo, żeby za chwilę – znudzeni doskonałością i odurzeni perspektywą nudnej wieczności – pukać do bram piekła, szukając utraconej rozkoszy, jaka płynęła z grzechów, które z premedytacją i słodyczą obejmowały nasze ciała w zapomnieniu i ekstazie.

Nieważne, czy usłyszysz dziś
Najświętsze, czy nieczyste Alleluja

Hallelujah. Chwalmy Jahwe. Pięć tysięcy siedemset lat ktoś wymawia to dziękczynienie. Za każdymrazem brzmi inaczej. Jego znaczenie jest pojemne niczym ocean. Bo każdy inaczej je rozumie. I za każdym razem ciśnie się na usta pytanie: za co chwalić, za co dziękować, skoro ułomny i ograniczony ludzki umysł nigdy nie pojmie tajemnicy Nieskończoności? Jak przez kolory opowiadać o dźwiękach, jak kształtem rzeczy opisywać aksjomat niepoznawalności? Na obrazie Breughla ślepcy wskazują drogę ślepcom. Jak skończy się ich podróż? Czy da się zastąpić wzrok najczulej wyostrzonym słuchem? W jaki sposób dotykiem opisać przeszkody, których detale obijają się w naszych wyobrażeniach jak niewyraźne, nic nie znaczące szczegóły? A przecież każda mała przeszkoda może okazać się śmiertelną pułapką. Zaślepieni, jak postacie na płótnie niderlandzkiego mistrza nie zdajemy sobie sprawy, że właśnie zaczęliśmy iść drogą, o której nawet nie myśleliśmy, że istnieje i że jesteśmy w stanie na nią wkroczyć. Czasami zauważamy to dopiero wtedy, gdy napotykamy rozstaje. Ślepota staje się naszym wybawieniem. Bo w tym momencie, szczęśliwi na myśl, że właśnie odkryliśmy nowe światy, odważnie robimy krok w Nieskończoność.

niedziela, 26 czerwca 2011
Babcia

W czwartek zostałam babcią - mam wnuczka.

Teraz jestem w Londynie -  latam na szmacie, gotuję, ale sytuacja jest na tyle nowa, że muszę do tego dopiero przywyknąć.

Było już pierwsze językowe qui pro quo. W sobotę zaprosiłam Michała i Tomka na pożegnalny obiad (jak wrócę z Londynu, synek już będzie w Indiach). Rano zadzwonił do mnie Michał i oświadczył, że już jedzie, tylko jeszcze wstąpi po moją matkę. Pytam go po co? A on, że skoro o siódmej ma odwieźć babcię do Wwy, to przecież najpierw musi ją przywieźć. Nie wpadł na to, że w opowieści mojego synka "babcią", którą miał wozić byłam ja. 

poniedziałek, 20 czerwca 2011
Na legalu

Inspektor Budowlany przyjął do tzw. akceptującej wiadomości zawiadomienie o zakończeniu budowy. Nie mam wprawdzie tego na piśmie, bo muszę odebrać to osobiście - przy okazji wręczą mi mandat. I chociaż jak to powiedział Wojtek, który przez ostatni rok własnym nazwiskiem sygnował wszystkie wysyłane do tego Inspektoratu pisma, jest to najsłodszy mandat w moim życiu, nie wyrywam się by z tego powodu brać dzień urlopu.

Doprowadzenie do tego stanu trwało całe siedem lat. Tak długo, bo do czasu gdy nie wziął się za to Wojtek (przyjaciel, przyjaciół mojej przyjaciółki), co się do tego zabrałam, to rezygnowałam,  bo już na starcie, tylko za przejęcie budowy w "lekko" zabagnionym stanie prawnym wymieniane były jakieś astronomiczne kwoty. Wiedziałam że i bez tego sporo zapłacę, bo po odejściu Kostka straciłam kontakt z tymi, którzy budowali ten dom i nie mialam złudzeń, że ktoś w ciemno i za darmo podpisze się pod cudzą robotą. W zasadzie wszyscy, których prosiłam o podpisanie protokołów odbioru, na dzień dobry uzależniali to od dokonania przeróbek (zazwyczaj dość kosztownych). Kilka rzeczy poprawiłam też sama z siebie - chodziło mi o to, by z otwartą przyłbicą móc powiedzieć, że wszystko w tym domu jest zrobione zgodnie z obowiązująca dzisiaj sztuką budowlaną. 

Zakończenie budowy, nie oznacza zerwania z tradycją dorocznych edycji robót remontowych - w najbliższym tygodniu przyjeżdża Bojar pomalować dom. Był malowany cztery lata temu i mogę mieć tylko nadzieję, że w końcu drewno na tyle wchłonie farbę, że będzie można robić to rzadziej.  Zwłaszcza, że maluję dość dobrą farbą, bo Tikurillą. Płot maluję zwykłą farbą, starcza to na rok. W zeszłym roku nie malowałam i w tym roku cały "zakwitł" na zielono. 

Poruszanie się po Wwie coraz trudniejsze. Gdzie się nie ruszę, tam wykop. Ale serce rośnie widząc w tym mieście takie inwestycje (zdjęcie zrobione na Dworcu Centralnym):

Łażąc po mieście z aparatem zachwyciłam się tym logo:

Nie podzielam opinii Milagros, że dzierganie to czynność intymna i robienie na drutach w miejscach publicznych wypacza samą ideę, bo chodzi w tym o to, by zatopić się w fotelu, we własnych myślach i relaksować. W ten sposób można powiedzieć o każdej aktywności, bo na koniec i tak "każda dzierga w samotności". Ja mam wręcz odwrotnie - serce mi się wyrywa do jakiś happeningów, tyle że jeżeli o mnie chodzi to zamiast tarczy Supermana, jaką zrobili Syrence, ja bym porobiła naszym pomnikom staniki i stingi. Ale rzucony na Szarotkowie pomysł by drzewa przed niektórymi gmachami ozdobić gruszkami też jest fajny.

  

A na razie w kolejne Szarotki było znów stanowczo za dużo ciasta. No i korcą mnie te estońskie szale.

 

Udało mi się zobaczyć świetny film.


W otoczonym wysokim murem domu żyje pięć osób - tata, mama i trójka dorosłych dzieci. Jedyną osobą, która kontaktuje się ze światem zewnętrznym jest tata. Mama wie jak wygląda świat zewnętrzny, bo kiedyś w nim żyła, ale współpracując z tatą nie dzieli się tą wiedzą z dziećmi. Syn i ich dwie córki, nawet nie domyślają się, jak wygląda świat za murem. Ale też nie zaprząta to za bardzo ich głowy - czekają jak wypadnie im tytułowy kieł i wyrośnie w jego miejscu nowy - będzie to oznaczało, że są "dorośli" i gotowi do opuszczenia domu. 

Przedstawiona w tym filmie rodzina tworzy modelową instytucję totalitarną. Jest wszystko: kij,  marchewka, pranie mózgu, wspólny wróg, kult siły fizycznej i słowa, którym nadawane są nowe znaczenia. Nie wiadomo dlaczego tatuś wpadł na taki pomysł i dlaczego mamusia się na to zgodziła. Zakończenie też mieści się w konwencji tego filmu, nie psując efektu.

Jak ktoś chce się zdołować, polecam.   

A swoja drogą bardzo ciekawy głos w dyskusji o rodzinie.


Nie każdy czeski film urzeka pogodną urodą zwykłego życia. Mamas & Papas nie urzeka ani tym, ani niczym innym. 


Już w poprzednim film tej reżyserki, Sekrety (nota bene o niebo lepszym), więcej było powiedziane za pomocą min, niż dialogów. W Mamas & Papas tego przewracania oczami jest już  stanowczo za dużo, tym bardziej że nie jest to to, w czym czeskie kino jest mocne.

Opowieść o rodzicielstwie. O kobiecie która traci dziecko w wypadku samochodowym, małżeństwie którym nie wychodzi wyprodukowanie dziecka, małżeństwie które ma problemy z nadprodukcją i parze która może, ale nie chce. Cztery schematy i cztery bardzo schematyczne, do bólu przewidywalne historie. Kilka świetnych scenek. I to by było na tyle    


Byłam jeszcze na odmóżdżającej komedii.

O celnikach, mieszkańcach małego miasteczka na granicy francusko-belgijskiej, w przedzień zniesienie granic wewnątrz Unii.

Sama sobie jestem winna, bo nikt mnie do tego nie zmuszał. Generalnie dla amatorów komedii z Luisem de Funes, bo żywcem rżnięte. Ale że kilka razy się zaśmiałam, to tak trochę na wyrost dwie kropki.

Za tydzień o tej porze będę już w Londynie. Na pewno jako mama i turystka, ale w planach też i jako babcia. Turystycznie, zamówiłam dzięki Padmieksiążkę. Jeżeli jest w połowie tak cudna jak to opisuje Padma, to zamierzam podczas moich kolejnych wizyt w Londynie poznać to miasto trzymając ją w ręku.

Rzuciłam w kąt chustę w ząbek czesaną i wzięłam sie za dzierganie kocyka o roboczej nazwie W stronę Swanna. Ma być numer większy od Misiokocyka, na zdjęciu połowa tego co zamierzam. Jak nie zdążę w Warszawie, dokończę w Londynie. Zabieram z sobą płytę z całym Proustem.

 

sobota, 18 czerwca 2011
Przeczytane

Władymir Sorokin - Cukrowy Kreml


Cukrowy Kreml do dalszy ciąg opisywania świata Dnia oprycznika. Kilkanaście opowiadań, każde o innej warstwie społecznej, w rządzonej przez okrutnego cara Rosji  2028 roku. Z tym, że chociaż każde z tych opowiadań stanowi odrębną całość, razem tworzą spójną układankę. Tytułowy cukrowy kreml, to odlewana w cukrze makietka, rozdawana dzieciom przez cara na Boże Narodzenie - jedyna osłoda i pocieszenie w tym ponurym świecie.

Świetnie napisana baśń totalitarna. Poniżej kilka zdań opisujących oprycznika jadącego do burdelu:

 Pigwowa konfitura lipcowego zachodu słońca już pociekła, skapnęła na zakurzone, duszne, zmęczone i sponiewierane przez dzień Zamoskworiecze, kiedy nowiutki, koloru świeżej krwi monarszego oprycznika Ochłopa, oczyściwszy sobie drogę infra-dźwiękowym „rykiem monarszym", skręcił z hałaśliwej ulicy Piatnickiej w przytulny zaułek Wiszniakowski i zaparkował przed różowawożółtą willą z białymi kolumnami, mlecznymi oknami i czerwonymi latarenkami nad gankiem.

 Z jednej strony futurologia, z drugiej bardzo czytelne odniesienia do obecnej rzeczywistości. W jednym z opowiadań tłumacz zamieścił w przypisach, kto jest kim, bo nie znający realiów współczesnej Rosji czytelnik, może nie rozpoznać ukrytych pod pseudonimami polityków.

Tak naprawdę to żadna utopia, tylko przerysowany portret rzeczywistości.

Szesnaście miesięcy temu w Moskwie aresztowano sześciu członków antyrosyjskiej, mistycznej sekty „Jaroswiet". Narysowawszy na białej krowie mapę Rosji, dokonali pewnego magicznego rytuału, podzielili mianowicie zwierzę i zaczęli rozwozić kawałki krowiej tuszy po różnych okręgach państwa rosyjskiego i skarmiać je obcokrajowcom. Tylna ćwiartka krowiej tuszy została wywieziona na Daleki Wschód, ugotowana i skarmiona japońskim przesiedleńcom, udziec i łatę dostarczono do Barnaułu, nalepiono z nich pielmieni i skarmiono Chińczykom, na szpondrze nagotowano barszczu i w Biełgorodzie nakarmiono nim osiemnastu flisaków spławiających  ukraińskie buraki, w Rosławlu białoruskim parobkom nasmażono kotletów z krowich przednich nóg; a z głowizny zrobiono galaretę, którą niedaleko Pskowa nakarmiono trzy estońskie staruchy. Cała szóstka sekciarzy została aresztowana, przesłuchana, wszyscy się przyznali, wymienili wspólników i popleczników, niemniej w aktach pozostało niejasne miejsce: krowie podroby. W magicznym rytuale „rozczłonkowania" Rosji grały one niebagatelną rolę. Jednakowoż jelita, żołądek, serce, wątroba i płuca w zadziwiający sposób znikły bez śladu i żadne tortury nie mogły pomóc w śledztwie i wyjaśnieniu sytuacji. Jasne było, że sześciu aresztowanych po prostu nie wie, kto, dokąd i w jakim celu zabrał podroby rozczłonkowanej krowy. Kapitan Szmulewicz, prowadzący krowią sprawę, również tego nie wiedział do tego właśnie dnia, kiedy to w Swięto-Pietrogradzie został aresztowany na podstawie donosu sąsiadki znany bibliofil, kolekcjoner znaczków pocztowych, monet i staroci, zbywający w swoim sklepiku zagranicznym turystom razem ze znaczkami, książkami i innymi rupieciami pewne konserwy, które po szczegółowej analizie okazały się ręcznie zawekowanymi słoikami z krowim pasztetem, wyprodukowanym chałupniczo w piwnicy jego domu. Na wszystkich słoikach naklejona była ta sama etykietka: „Pasztet wołowy «Biała Krowa»". Przy czym konserwa owa nie była sprzedawana, lecz wręczana kupującym darmo na znak „wdzięczności za zakup". W ciągu raptem trzydziestu ośmiu dni po­mocnicy amatora książek zdołali przygotować i rozpowszechnić wśród obcokrajowców pięćdziesiąt dzie­więć słoików pasztetu. Przy czym słoiki z pasztetem dawano jeno zachodnim turystom, a nie Chińczykom czy Azjatom. Po osiemnastogodzinnym przesłuchaniu bibliofil przyznał się, że otrzymał zamówienie na przygotowanie i rozpowszechnienie Białej Krowy od pewnego Żyda przechrzty, który zniknął bez śladu i odnaleziono go w miejskim szalecie Swięto-Pieto gradu zarżniętego, bez palców, zębów i oczu; z trudem go zidentyfikowano. Po rewizji przeprowadzone w mieszkaniu zarżniętego i przesłuchaniu jego bliskich okazało się, że ten, tak samo jak bibliofil, kawa chłopa a jełopa i nie miał zielonego pojęcia o tajnym stowarzyszeniu „Jaroswiet", był tylko pośrednikiem wykorzystanym w ciemno przez członków sekty. W ciągu trzech miesięcy poszukiwań Szmulewiczowi udało się dotrzeć do pewnego dzierżawcy, który wymień w czasie przesłuchania starą mieszczkę, sezonowego lodołamacza, ulicznego śpiewaka i żonglera-ciężarowca, mistrza Sieci i stróża muzeum zoologicznego Wszyscy pięcioro byli ludźmi zdecydowanie różnych warstw społecznych, przekonań i profesji, więc ich znalezienie i przesłuchanie kosztowało dowodzoną przez Szmulewicza grupę śledczą sporo czasu i sił. 

Ostatnio w Gazecie Wyborczej, był świetny artykuł (chyba W. Orlińskiego?), o tym co przyniesie zwycięstwo cyfrowej książki. Już dziś niezauważenie przeszły korekty w dostępnych na czytnikach cyfrowych wydaniach książek - dotyczyły oczywistych błędów. Ale w ten sam sposób, jednym naciśnięciem klawisza, można usunąć wszystko. Tak sobie myślę, że dzień którym podręczniki historii będą dostępne tylko w wersji cyfrowej - będzie tym zapowiedzianym przez F. Fukuyana końcem historii. Bo jak mówi znane powiedzenie (nie pamiętam czyje):  nikt tak nie zmienił biegu historii jak historycy.   


Valerie Grosvenor Myer - Niezłomne Serce

Biografia Jane Austen Niezłomne serce nie jest najciekawsza. Dziesiątki mało istotnych faktów: tego i tego dnia, ten z tamtą pojechał tu i tam itp. W dodatku te wyliczanki są tak monotonne, że trudno się w nich połapać.  Przynajmniej mnie, bo w tej biografii J.Austen bardzo dużo jest odniesień do  jej książek. Dla kogoś kto je zna, a najlepiej jak przy czytaniu Niezłomnego serca ma się je pod ręką, wiele spraw i odniesień jest zrozumiałych. Dla mnie nie było - nie czytałam żadnej z książek Jane Austen, podobała mi się ekranizacja Rozważnej i Romantycznej (z rozpędu obejrzałam i ekranizacje Emmy, ale już mnie nie urzekła, tylko znudziła).

W dodatku zostawiłam tę książkę w pociągu i mogę tylko i z pamięci przytoczyć dwie anegdoty, na które zwróciłam uwagę (szukam takich smaczków nawet w najnudniejszych biografiach). Pierwsza o klasie politycznej, już wówczas ci z „demokratycznego” nadania oszukiwali, gdzie tylko było można. W owych czasach opłaty pocztowe były bardzo wysokie. Posłom na sejm przysługiwało prawo do bezpłatnej korespondencji, więc jak łatwo się domyślić, frankowało się poselskimi pieczęciami na potęgę. Druga dotyczy jednej z ciotek J.Austen. Kupowała w pasmanterii czarną tasiemkę i zapakowano razem z nią i kawałek białej  (może był to błąd, może prowokacja). Ciotka nie zdążyła dojść z zakupami do domu, gdy dogoniono ją na ulicy, rozpakowano sprawunek i oskarżono o kradzież tej białej tasiemki. Niby bzdet. A ciotka przesiedziała kilka miesięcy w areszcie, Tylko dlatego, że stać ją było na opłacenie adwokatów, wyszła na wolność i dalej odpowiadała już z wolnej stopy. Miała też szczęście, bo okazało się, że właściciel pasmanterii był w tarapatach finansowych, więc prawdopodobna stała się hipoteza o prowokacji. Ale gdyby nie te wszystkie „szczęśliwe” okoliczności, to takie przestępstwo, jak kradzież kilku metrów tasiemki, rujnowało wówczas życie (z zesłaniem do Australii włącznie). Skojarzyłam to sobie z czytanymi na Pudelku historyjkami o K. Niezgodzie i T. Kamelu.

A samą biografię Jane Austen można skwitować jednym zdaniem W życiu zawsze warto mieć szczęście, niestety niektórzy go nie mają.


Chihiro Ischida - Spotkanie z Polską


Chichiro Ishida, skończyła tokijską polonistykę, a następnie wyjechała na stałe do Stanów, gdzie  zaczęła współpracować z  polonijną prasą. Pommiędzy 2003 a 2005 rokiem, podczas swoich wizyt w Polsce, przeprowadziła wywiady z: K. Jandą W. Starską, K. Zanussim, A. Michnikiem, A. Małyszem i Arkadiusem. Książka to zapis tych wywiadów. Same wywiady nudne i nic nie wnoszące. Jedyne ciekawe momenty to zapis tego, jak patrzy na Polskę młoda japońska dziewczyna. Ale tych momentów jest stanowczo za mało, by uznać tę książeczkę za wartą polecenia.

wtorek, 14 czerwca 2011
Weekend w Krakowie

W obie strony jechałam takim samym Intercity, ale w jedną wszyscy w przedziale mieli na kolanach laptopiki, albo (lub i) słuchawki na uszach. Nikt się do nikogo nie odzywał, komórki miały wyłączone dzwonki, pogadać wychodziło się na korytarz. I było bosko.

Z powrotem było w starym stylu. Wiercili się, gadali. I było ble. Uratowały mnie słuchawki z systemem noise guard.

W samym Krakowie przywitał mnie parking na dworcu głównym, gdzie pierwsza godzina jest za darmo!

Potem widziałam na własne oczy to cudo, czyli akademik w Nowej Hucie:

Chociaż wyjazd nie był turystyczny, to trudno było być w Krakowie i nie posiedzieć w knajpach:

i po przeczytaniu ostatniej Polityki zajść do muzeum Schindlera. Trafiłyśmy tam nie pytając o drogę, tylko idąc śladem mijających nas co chwilę meleksów (na marginesie: odniosłam wrażenie, że główną atrakcją turystyczną jest teraz w Krakowie Kazimierz).


Samo muzeum bardzo ciekawe, tyle że nazwa jest trochę myląca, bo jest to nie tyle muzeum  fabryki Schindlera, ile lat okupacji w Krakowie.

Dużo zdjęć z prywatnych albumów, ciekawie zaprezentowanych filmów. Bardzo podobał mi się pomysł, że stojąc w "pokoju" widzi się wyświetlający się w "oknie" pokoju film.

 

Przedmioty użytkowe też nie są sztywno poustawiane w gablotach, tylko są z nich porobione ciekawe instalacje.

Ale tak jak juz wspomniałam, najmniej o samej fabryce Schindlera. Na parę pytań - na przykład dokładne liczby - odpowiedziałam sobie dopiero po przyjściu do domu.

Jest też za mało wyjaśnień. Spora część eksponatów nie ma żadnych opisów i nie zawsze mogłam się domyśleć skąd zostały wzięte (a przecież, w przeciwieństwie do większości zagranicznych gości, znam trochę historii Polski). Zaciekawiła mnie duża drewniana szopka, sądząc z sali w której się znajduje,  z 1944 roku, w której zamiast Trzech Króli jest Stalin, postać z tabliczką UNHRA, a Józef ubrany jest w strój ortodoksyjnego Żyda. Ale nie ma o niej ani słowa. Stoi i już.  

Kolejną atrakcją turystyczną były Targi Jubilerskie:

Zawsze przechodziłam koło takich imprez obojętnie. Teraz, jak zorganizują coś takiego w Wwie, na pewno pójdę. Polecam. Dużo taniej i niesamowity wybór. A że kupuje się na "wagę", nie ma dodatkowej marży za "urodę" rzeczy. 

Za dużo nie kupiłyśmy, bo wpadłyśmy tylko chwilę. W dodatku małe dziewczynki nie były zachwycone tym, że chociaż wszystko jest na dotknięcie ręki, dotykać im nie wolno.  

Potem pojechałam obejrzeć działkę budowlaną i powiedzieć: "piękna". Przy okazji, jak wszędzie, tak i tu zobaczyłam ogromną ilość koszmarków budowlanych, z tym że mam wrażenie, że na zboczach, ta brzydota jest jeszcze bardziej widoczna. Po raz pierwszy też widziałam (co nie znaczy, że gdzieś obok mnie nie ma takiej inwestycji) małe domki, typu "dworek, poustawiane rzędami, jeden obok drugiego w odległości kilku metrów, dosłownie drzwi w drzwi, okno w okno. I podobno, jak twierdzi Moniek, kupują je na pniu.

Koło działki rodziny Mońka biegnie linia wysokiego napięcia, więc zamiast sąsiada mają sad.

W ten weekend przypadał Światowy Dzień Dziergania w Miejscu Publicznym. Weekend za nami, a na forum cicho, więc pewnie akcja za bardzo nie wyszła. A szkoda. Grupa krakowska, do której się w tym dniu przyłączyłam, też nie była zbyt liczna. Siedziałyśmy w miejscu uczęszczanym i robiłyśmy za atrakcję turystyczną.


Występuję nawet na jednym z zamieszczonych na fejsie zdjęć.



niedziela, 12 czerwca 2011
Weekend poza domem

Weekend spędziłam w Krakowie, może o tym jeszcze napiszę, ale nie dziś.

Tak tylko na gorąco powiem, że:

  • byłam w muzeum Schindlera,
  • zwiedziłam targi jubilerskie,
  • połaziłam po Kazimierzu,
  • pooglądałam działki budowlane pod Krakowem,
  • obżarłam się do granic możliwości zrywanymi prosto z drzewa czereśniami,
  • robiłam i za atrakcję turystyczną i wzięłam udział w publicznym dzierganiu krakowskiego oddziału druciarek.

Póki co podzielę się swoim warszawskim odkryciem. Odkąd pamiętam nierówno zdzieram zelówki i aby za często nie latać do szewca, wkładałam do butów podpiętki zapobiegające wykoślawianiu. Polskie kosztują 6 zł,  Sholla trzy razy więcej, ale ostatnio nawet i te ostatnie zniknęły z mojego szlaku. W tej sytuacji pomyślałam o wkładkach ortopedycznych (pewnie miał na to wpływ i artykuł w Wysokich obcasach), poszłam na Poznańską 3 i lekko mnie zmroziło - na zrobienie na miarę wkładek czeka się miesiąc i kosztuje to 240 złotych. Wkładki nie wyglądają na zbyt trwałe, ale też nie muszą bo usłyszałam, że najdalej po roku i tak trzeba zmienić. To już było dla mnie stanowczo za dużo, zwłaszcza że nie do każdych butów pasuje taka sama wkładka i przypomniałam sobie, że po drodze, na Koszykowej 53, mijałam sklep ze sprzętem dla inwalidów. Tam bardzo miły Pan przekonał mnie, że podpiętki nie są dla mnie najlepsze, ponieważ nie mam koślawych stóp, tylko płaskostopie i podłużne i poprzeczne. To że mam płaskostopie wiedziałam, ale nie łączyłam tego z nierówno zdzieranymi zelówkami. W tej sytuacji kupiłam zestaw "startowy" - za dwie pary pełnych i trzy pary mniejszych (tylko na płaskostopie poprzeczne, pasujących do każdych butów, bo niewidocznych) zapłaciłam 80 zł.

A na do widzenia dowiedziałam się, że na Poznańskiej nie jest jeszcze tak drogo, jest jakiś zakład na Koszykowej, gdzie wyrobienie pary wkładek kosztuje 450 złotych. 

W kinach za chwilę sezon ogórkowo, a już za bardzo nie a co oglądać - od dłuższego czasu wybór ogranicza się do filmów "trzygwiazdkowych". Wyjątkiem jest Melancholia.


 

Co jak co, ale zdjęcia to Lars von Thier potrafi robić. Pod tym względem ten film powala. A ponieważ bardzo lubię takie "malarskie" filmy,  mnie Melancholia się podobała. Ale mają rację ci, którzy mówią, że ten film ma sporo dłużyzn. Jak dla mnie cześć scen, zwłaszcza w drugiej części filmu, jest zbyt "wymownych" i ździebko kabotyńskich, do czego Thier ma lekką słabość. Słowem Dogville to nie jest.

Opowieść o ostatnich dniach przed końcem świata (katastrofa kosmiczna). Nie ma w tym filmie  sztabów doradców wojskowych, polityków, kaznodziei, nadawanych przez telewizję uspakajających komunikatów. Wielki dom na skandynawskiej prowincji, w nim dwie siostry, mąż jednej z nich i kilkuletnie dziecko. I czekanie. Każdy z tych osob czeka w inny sposób. Najspokojniej ta, która już na swoim weselu (pierwsza część filmu) zna zakończenie.  


W tym tygodniu miałam w planach, tylko czasu mi zabrakło:

  • napisać skargę do GIODO na PKP Intercity - uiściłam opłatę skarbową, więc postaram się znaleźć na to czas w następnym tygodniu,
  • skończyć czerwoną chustę o wdzięcznej nazwie: w ząbek czesana,
  • zapisać w PDF "roczniki" Kalinigradu z lat 2008-2010.

Dlatego bardzo mi się spodobała uliczna akcja, mojego synka i jego kolegi (wykorzystali transparenty, namalowane przez dzieci w dniu ich święta):


Postulat wolnych piątków bardzo mi się podoba (z tym, że zgodziłabym sie i na wolne poniedziałki). 

Bo ciagle coś czasochłonnego mi "wypada". W tym tygodniu jedno popołudnie zabrała mi walka z nowym telefonem komórkowym - stary niespodziewanie odmówił mi dalszej współpracy. Poszłam do sklepu, kupiłam nowy i po przyjściu do domu postanowiłam zsynchronizować go z komputerem. Po ponad godzinie zapytałam pana Gugla i dowiedziałam się, że przed podłączeniem do komputera, muszę zainstalować sterownik USB (w instrukcji, ani na dołączonej do telefonu płycie, nie było na ten temat ani słowa). Znalazłam w necie ten sterownik, zainstalowałam. Kolejną godzinę zajęło mi odkrycie, że aby telefon "zobaczył" ten sterownik, trzeba go na jakieś 10 minut podłączyć do kompa z wyjętą baterią. Jak dla mnie przypominało to komnatową grę przygodową. A co ma zrobić ktoś, kto kupił ten telefon, ale nie ma netu i nie lubi gier przygodowych?  Zwłaszcza, że telefon nie jest z tych "wypasionych" i raczej kupują go tacy jak ja, a nie zchipowani z satelitami.    

Jeszcze nie czuję się wykluczona informatycznie, ale czuję ten czas się zbliża.

niedziela, 05 czerwca 2011
Trening cierpliwości

W moim przypadku robienie na drutach, to przekraczanie samej siebie. Jeszcze raz zrobiłam ażur  w ząbek czesanej. Tym razem  to co ma być po środku, jest po środku. Pomogła jedna z dwóch rzeczy (albo dwie naraz): nie przerabianie kilku środkowych oczek ażurem i robienie ażuru ściśle według instrukcji. Jeszcze nie wiem, co tym razem schrzaniłam. Ale uważam, że na sprawność  bezrozumnie cierpliwa już zasłużyłam. 


Wprawdzie nie skończyłam jeszcze chusty W ząbek czesanej, ale skończyłam już słuchanie dedykowanej jej Czarodziejskiej Góry.  Nie wydano tej ksiązki na płycie - ściągnęłam ją z netu. Jest to nagranie z 1973 roku zrobione z myślą o Bibliotece Niewidomych. Czyta Ksawery Jasieński - o ile w przypadku Moskwy-Pietuszki czytanej przez R. Wilhelmiego, czy Ferdydurke przez P. Fronczeskiego były to aktorskie kreacje, w tym przypadku tekst T. Manna jest beznamiętnie odczytywany. Ma to swoje wady i zalety.


 

Natomiast bardzo podoba mi się pomysł "odsłuchiwania" kiedyś tam przeczytanych książek. Czytanie jeszcze raz o tym jak Hans Castorp przebimbał siedem lat w sanatorium Berghof w Davos, chyba by mnie znudziło. Aż tak ważna ta książka nigdy dla mnie nie była. Dyskusje o świecie i życiu jakie prowadzi zakochany w idei oświecenia mason Settembrini z konserwatywnym eksjezuitą Naphtą lekko trącą naftaliną. Rozważania o biologii, czy naturze chorób prehistorią. Podobnie ciągnące się przez wiele stron roztrząsania co wypada, a co też nie. Ale mimo to słuchałam tej książki z zaciekawieniem. Ma swój urok ten szelest sukien i dyskretny urok dekadencji. Opis świata który odchodzi do lamusa historii, jest jak najbardziej aktualny. Miły dla ucha jest też język, jakim opisany jest świat uczuć i rozterek - dziś już tak nikt nie pisze, a nie wszystko można oddać używanym teraz zazwyczaj do tego, przetykanym wulgaryzmami,  "strumieniem świadomości".    

Już jakiś czas temu przestałam oglądać telewizję, nie włączam już nawet TVN24. By jednak stracić kontaktu z otaczającą mnie rzeczywistością regularnie czytam Pudelka, Pomponika i Plotka. Stąd wiem, że cała Polska tańczy dzieciom. Kolejny na to dowód na kościelnym płocie:


U Staśki bal, po ponad dwóch tygodniach włóczęgi wróciła Hiena. Uciekła jej przez lufcik na trzecim piętrze.

W pierwszej chwili zdziwiłam się, że jej się to udało. Mój wyżeł-alkoholik uciekał przez lufcik, ale na parterze. Ale potem sobie przypomniałam, jak pilnowaliśmy sąsiada, który postanowił zrobić sobie domowy detox. Obstawiliśmy drzwi, a on "wyszedł" przez okno na czwartym piętrze - wymagało to wprawdzie przeskakiwania z balkonu na balkon, ale był na głodzie, więc dość zdeterminowany.

W ramach zorganizowanego przez R. Gutka Festiwalu Kina Francuskiego, obejrzałam dwie świetne komedie:  Po nazwisku i Razem to zbyt wiele.


Bohaterzy Po nazwisku mają bardzo skomplikowane pochodzenie etniczne i sami nie wiedzą kim są. Główna bohaterka, to młoda, bardzo przebojowa dziewczyna, z zachowaniami sugerującymi ADHD, która walczy z mężczyznami wyznającymi prawicowe ideologię swoją bronią, czyli świetnym ciałem. Przesypiając się z nimi, zmiękcza ich poglądy i przeciąga na lewicową stronę mocy. Na tej prowadzonej przez siebie wojnie, przypadkową jej ofiarą zostaje zakompleksiały, pozbawiony jakiegokolwiek luzu, biolog, z którym tworzy mocno pogmatwanym związek.  

Komedia, nie dramat,  więc sporo uproszczeń. Ale świetne dialogi, szybkie tempo, brak dłużyzn.

To samo dotyczy drugiej komedii. Razem to zbyt wiele opowiada o młodych małżeństwach, które nie wyrabiają się z wymuszanym na nich obowiązkiem opieki nad rodzicami. Są zapracowani, już jak wstają są zmęczeni i przygniecieni życiowymi problemami. Starsi, którymi mają się opiekować, niby wymagają pomocy tylko w chwilach ich życiowych załamań, ale de facto oznacza to permanentną opiekę. Są pełni wigoru, radości życia, potrafią się nim cieszyć - może chwilami nawet aż za bardzo, bo co i rusz z uśmiechem pakują się w coraz to nowe tarapaty.   

Obejrzałam w tym tygodniu jeszcze jeden film, ale ten to z gatunku: "dla koneserów"

Film nie jest ani  tak jak sugeruje jego tytuł o szalonej miłości, ani o Yves Saint Laurencie, tylko jest to zapis wywiadu z Pierre'em Bergé, człowiekiem który przeżył z YSL 50 lat. Pierre Bergé chronologicznie przypomina najważniejsze momenty w  życiu YSL, w tle śledzimy przygotowania do aukcji ich kolekcji dzieł sztuki. Nie ma żadnych osobistych pytań, nie pada nawet pytanie jak się czuje, gdy po śmierci najbliższej osoby, sprzedaje to, czego się przez te lata dorobili. I co ma zamiar zrobić z tak ogromnym majątkiem.

A majątek, którego się dorobili jest imponujący. Mam wrażenie, że we wszystkich muzeach w Polsce nie ma takiej ilości cennych dzieł sztuki, jaką zgromadzili tylko w swoim paryskim mieszkaniu (nota bene wynajmowanym).  

Kamera leniwie pokazuje nam te dzieła sztuki, na zmianę z gadającą głową Pierre'a Bergé. Film zdecydowanie telewizyjny. Ale jak ktoś lubi pooglądać ładne wnętrza i popatrzeć na historię mody drugiej połowy XX-wieku, to polecam.

 

sobota, 04 czerwca 2011
Przeczytane

 Noc Elie Wiesela przeczytałam w ramach wyzwania Od zmierzchu do świtu.


 

Niechętnie sięgam po książku o Holocauście, które pisane są z pozycji dziecka. Pewnie też  "omijałam" książkę E. Wiesela po części i dlatego, że autor i książka tak znani, że czytać "nie trzeba".

Opowieść zaczyna się wiosną 1944 roku - do tego czasu węgierscy Żydzi żyli spokojnie. 15-letni autor, wraz z rodziną zostaje wywieziony do Oświęcimia. Matka z siostrą ginie od razu. On i ojciec przeżywają selekcję i idą do obozu pracy. 

Siłą tej książki jest sposób w jaki jest napisana. Nie tylko dobrze, ale w dodatku tak, że mimo grozy opisywanych wydarzeń, w miarę spokojnie się to czyta. Sporo bardzo ciekawych obserwacji, mikro - wątków, dających dużo do myślenia.

Co krok można się zadumać nad tym, jak to życiem rządzi przypadek, czy jak trudno podjąć trafną decyzję, gdy nie sposób cokolwiek przewidzieć. Tuż przed rozpoczęciem prześladowań, rodzina Elie Wiesela mogła wyjechać, nie zdecydowała się na to, bo nikt nie dawał wiary jedynemu mieszkańcowi ich miasteczka, który opowiadał o Zagładzie. Z kolei w styczniu 1944 roku autor był w obozowym szpitalu i obawiając się tego, że przed opuszczeniem obozu Niemcy wymordują chorych, zdecydował się na wyjście ze zdrowymi więźniami. Przeżył przez to jeszcze kilka miesięcy gehenny (w tym Buchenwald). Tymczasem dwa dni po ewakuacji więźniów, do Oświęcimia wkroczyli Rosjanie.

O utracie pod wpływem wojennych przeżyć wiary w Boga. Moja babcia mówiła to samo - moje wychowanie religijne polegało na tym, że tłumaczyła mi, że Boga nie ma, bo było Powstanie Warszawskie. Ciekawe czy Elie Wiesel był tak samo skuteczny jak moja Babcia.

tym, że nie rozumiem dlaczego jest to jedna z najważniejszych książek o Holocauście. Aż tak dobra ta książka nie jest. Niejednokrotnie miałam wrażenie, że wspomnienia przegrywają z publicystyką.


Wprawdzie okładka książki Mohsina Hamida - Uznany za fundamentalistę odstraszała, ale przeczytałam na niej, że książka znalazła się w ścisłym finale Man Booker Prize i kupiłam.


Książka monolog. Do stolika w pakistańskiej kawiarni, przy którym siedzi Amerykanin, dosiada się Pakistańczyk i opowiada o swoim życiu. Po skończeniu studiów w Princeton, żył kiedyś życiem japiszona: mieszkał w Nowym Jorku, pracował w renomowanej firmie, miał amerykańską narzeczoną. Po 11 września wszystko zaczęło się zmieniać, powoli jego miłość do Ameryki bladła, tak że po pewnym czasie jego życie w niczym nie przypominało tamtego.

Niestety książka cierpi na poprawność polityczną. Za dużo w niej, typowych dla "zaangażowanej publicystyki" uproszczeń. Często reakcją na wzgardzona miłość jest nienawiść, ale kto mu kazał tak mocno kochać tę Amerykę, i to nawet nie samą Amerykę, ile swoje wyobrażenie o niej?


Zaliczyłam też kolejną porażkę czytelniczą - przeczytałam tylko dlatego, że nic innego tego dnia przy sobie nie miałam.

Książka powstała na podstawie scenariusza do filmu Raoula Ruiza Klimt. FIlm nie był najlepszy. Nie uratował go nawet grający główną rolę John Malkovich.

Oparta na tym filmie książka jest jeszcze gorsza. Opowiada o tym jak to na wystawie w Paryżu Klimta oczarowała tajemnicza tancerka o imieniu Cleo. I jak potem, mimo upływu lat i wdawaniu się w kolejne przygody, Klimt nie potrafił zapomnieć o tamtym zauroczeniu.

Taką historię można opowiedzieć ciekawie, ale Christine Eichel się to nie udało. Jej książka to nawet nie romansidło, tylko czysty bełkot.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli