wtorek, 28 czerwca 2011
Moniek o Zembatym

Ponieważ ja babciuję i blog chwilowo w odstawce, wpis Mońka o Macieju Zembatym

 

Ale muzyki dziś tak nikt nie czuje

Bezczelnie spersonalizowane i zautobiografizowane epitafium dla Macieja Zembatego


Na wiarę nic nie chciałeś brać

A może wprost przeciwnie – wszystko, co przyniosły ostatnie wydarzenia stawało się za przyczyną atawistycznie wbudowanej w ludzki rozum wiary – w nieodwracalny bieg przyrody, w zmienność pór roku, w pewne jak aksjomat dojrzewanie malin po poziomkach a tarniny po jeżynach. Niczym niezakłócone prawa odradzające naszą wiarę w porządek istnienia, w który wielu już dawno zwątpiło. Dla tych, którzy na wszystko muszą mieć rachunki – z cudzego sumienia, obcych grzechów, własnych słabości i nieludzkiego czasem wysiłku przeżywania kolejnych dni – branie życia na wiarę przypominało rytuał samospalenia lub oszalałej, bo połączonej z obłędem ufności dziecka lub wariata. Mój los to głos, mój głos to stos, a stos to już tylko most do lepszego świata. I tak nie ukontentuje się nigdy gawiedzi, trzeba tylko rwać ku górze dusze poduszone ściskiem myśli i bez-myśli. To nie sztuka tańczyć na linie, sztuką jest taniec na linie podciętej z obu stron, nad żarem paleniska, nad płonącym nienawiścią okiem Świętej Inkwizycji.

Lecz sprawił to księżyca blask
Że piękność jej na zawsze cię podbiła


A miało być zupełnie inaczej. Miałeś się czuć „jak brzdąc w kołysce, gdy go ręce pieszczą bliskie”. Myśleć o akordach w dur i moll, o ścianach i zakamarkach, o sekretnych przejściach do ogrodów. Nie wierzyłeś, że w teorii jest możliwe zakrzywienie światła, zmiana biegu promienia, posłania go chocholim tańcem po okręgu odwrotnie proporcjonalnie do kwadratury koła. Wystarczy jeden elektron żeby prawa fizyki przewrócić do góry nogami. Dla Ciebie wystarczyło jedno spojrzenie i jedna księżycowa noc, kiedy wśród zgranych akordów odnalazłeś całkowicie nowe skale. Niski tembr głosu rozkołysał zapomniane, a może najgłębiej skrywane pragnienia. I tylko ułożone jak z klocków lego życie wymusiło zmianę jego konstrukcji. Przez ciężką i głuchą ścianę przeniknęło światło ukazując Twoim oczom ażurowy szkielet. To tak, jakby z gotyckiej fary skruszyć wszystkie cegły pozostawiając lekkość finezyjnych sklepień krzyżowo-żebrowych. Nieodgadnioną tajemnicę budowniczych katedr chciałeś prześwietlić jak promieniami Roentgena – by na jedną krótką chwilę wejść w skrywaną przez wieki symbolikę kielni i cyrkla.

Dlaczego mi zarzucasz wciąż

Bo chyba bez pretensji nie potrafisz żyć. Zamiast wyrzutem i oskarżeniem stają się w Twoich ustach Pytaniem, które kierujesz tylko do siebie, nie zastanawiając się zupełnie nad odpowiedzią. Nieistotną z punktu widzenia sensowności Twoich planów i zamierzeń. W okrutnych oskarżeniach przegląda się Twoja dusza. Jakbyś badał granice własnej wytrzymałości na ból, który zadajesz. Jeżeli Ty go nie wytrzymasz, to znak, że cała wina wyrastała jak żywiąca się Twoją krwią winna latorośl – tylko z Ciebie. Co robić potem? Dla zapomnienia można wziąć udział w uczcie ślepców, a może lepiej wypić ostatnie wino na uczcie Baltazara? Mroczna biesiada poprzedzająca tragiczne wydarzenia potrafiła strącić władcę z tronu. Nawet, jeśli przyniosą Ci na tacy głowę Holofernesa, dla Ciebie to i tak będzie za mało. Znów zaczniesz litanię wyrzutów udowadniając, że z rozsypanego po niebie gwiezdnego pyłu można w sekundę ułożyć nową Drogę Mleczną.

Lecz mówię prawdę, nie chcę was oszukać

To niemożliwe. Każda prawda lub stwierdzenie aspirujące do roli aksjomatu jest z gruntu fałszywe i podszyte cynizmem. Jakby to powiedzieli starożytni? Że tylko głupiec wie, co to jest prawda. My badamy granice, w których można zmieścić prawdopodobieństwo. Nazywamy prawdami wątłe przypuszczenia lokowane w udowodnionych matematycznie teoriach. Z cudownej empirii filozofii zrobiliśmy prototyp odhumanizowanego Frankensteina, odzierając ją z tego, co narodziło się, gdy na sykstyńskim fresku palec Boga dotknął palca Adama. Nieokiełznana energia kosmosu wdarła się wtedy w  atmosferę błękitnej planety i zakłóciła już na zawsze jej pole magnetyczne.  Dlatego raz na tysiąc lat podobno ktoś kradnie nam sekundę. Czy wiesz, że w ten sposób jest możliwy koniec czasu? Jak w takiej sytuacji można mówić o oszustwie? Byłeś tym, który potrafiłby liczyć każdą z tych skradzionych sekund. I czekać tylko na to, żeby co tysiąc lat przestawiać mechanizm zegara.

Tak się starałem, ale cóż
Dotykam tylko, zamiast czuć


Przez te słowa pozwoliłeś wprowadzić do naszych wyobrażeń kategorię pół-zmysłów.  Zmysłów nie przeżywanych i nie odczuwanych do końca. Tak jak w sztuce Kamasutry, gdy w nieskończoność oddala się perspektywę spełnienia, bo po niej przychodzi tylko pustka i lęk przed odejściem. Jak w nieskończoność można obniżać tembr głosu? Coraz niższe tony smagały emocje, docierając do zmysłowych,  ale z drugiej strony niewyobrażalnie uduchowionych doznań. Połączenie czystości duszy świetlistych cherubinów z mrocznymi instynktami szatana potrafiło wyłączyć odczuwanie świata na wszystkich jego banalnych poziomach. Unosiliśmy się wtedy w niebo, żeby za chwilę – znudzeni doskonałością i odurzeni perspektywą nudnej wieczności – pukać do bram piekła, szukając utraconej rozkoszy, jaka płynęła z grzechów, które z premedytacją i słodyczą obejmowały nasze ciała w zapomnieniu i ekstazie.

Nieważne, czy usłyszysz dziś
Najświętsze, czy nieczyste Alleluja

Hallelujah. Chwalmy Jahwe. Pięć tysięcy siedemset lat ktoś wymawia to dziękczynienie. Za każdymrazem brzmi inaczej. Jego znaczenie jest pojemne niczym ocean. Bo każdy inaczej je rozumie. I za każdym razem ciśnie się na usta pytanie: za co chwalić, za co dziękować, skoro ułomny i ograniczony ludzki umysł nigdy nie pojmie tajemnicy Nieskończoności? Jak przez kolory opowiadać o dźwiękach, jak kształtem rzeczy opisywać aksjomat niepoznawalności? Na obrazie Breughla ślepcy wskazują drogę ślepcom. Jak skończy się ich podróż? Czy da się zastąpić wzrok najczulej wyostrzonym słuchem? W jaki sposób dotykiem opisać przeszkody, których detale obijają się w naszych wyobrażeniach jak niewyraźne, nic nie znaczące szczegóły? A przecież każda mała przeszkoda może okazać się śmiertelną pułapką. Zaślepieni, jak postacie na płótnie niderlandzkiego mistrza nie zdajemy sobie sprawy, że właśnie zaczęliśmy iść drogą, o której nawet nie myśleliśmy, że istnieje i że jesteśmy w stanie na nią wkroczyć. Czasami zauważamy to dopiero wtedy, gdy napotykamy rozstaje. Ślepota staje się naszym wybawieniem. Bo w tym momencie, szczęśliwi na myśl, że właśnie odkryliśmy nowe światy, odważnie robimy krok w Nieskończoność.

niedziela, 26 czerwca 2011
Babcia

W czwartek zostałam babcią - mam wnuczka.

Teraz jestem w Londynie -  latam na szmacie, gotuję, ale sytuacja jest na tyle nowa, że muszę do tego dopiero przywyknąć.

Było już pierwsze językowe qui pro quo. W sobotę zaprosiłam Michała i Tomka na pożegnalny obiad (jak wrócę z Londynu, synek już będzie w Indiach). Rano zadzwonił do mnie Michał i oświadczył, że już jedzie, tylko jeszcze wstąpi po moją matkę. Pytam go po co? A on, że skoro o siódmej ma odwieźć babcię do Wwy, to przecież najpierw musi ją przywieźć. Nie wpadł na to, że w opowieści mojego synka "babcią", którą miał wozić byłam ja. 

poniedziałek, 20 czerwca 2011
Na legalu

Inspektor Budowlany przyjął do tzw. akceptującej wiadomości zawiadomienie o zakończeniu budowy. Nie mam wprawdzie tego na piśmie, bo muszę odebrać to osobiście - przy okazji wręczą mi mandat. I chociaż jak to powiedział Wojtek, który przez ostatni rok własnym nazwiskiem sygnował wszystkie wysyłane do tego Inspektoratu pisma, jest to najsłodszy mandat w moim życiu, nie wyrywam się by z tego powodu brać dzień urlopu.

Doprowadzenie do tego stanu trwało całe siedem lat. Tak długo, bo do czasu gdy nie wziął się za to Wojtek (przyjaciel, przyjaciół mojej przyjaciółki), co się do tego zabrałam, to rezygnowałam,  bo już na starcie, tylko za przejęcie budowy w "lekko" zabagnionym stanie prawnym wymieniane były jakieś astronomiczne kwoty. Wiedziałam że i bez tego sporo zapłacę, bo po odejściu Kostka straciłam kontakt z tymi, którzy budowali ten dom i nie mialam złudzeń, że ktoś w ciemno i za darmo podpisze się pod cudzą robotą. W zasadzie wszyscy, których prosiłam o podpisanie protokołów odbioru, na dzień dobry uzależniali to od dokonania przeróbek (zazwyczaj dość kosztownych). Kilka rzeczy poprawiłam też sama z siebie - chodziło mi o to, by z otwartą przyłbicą móc powiedzieć, że wszystko w tym domu jest zrobione zgodnie z obowiązująca dzisiaj sztuką budowlaną. 

Zakończenie budowy, nie oznacza zerwania z tradycją dorocznych edycji robót remontowych - w najbliższym tygodniu przyjeżdża Bojar pomalować dom. Był malowany cztery lata temu i mogę mieć tylko nadzieję, że w końcu drewno na tyle wchłonie farbę, że będzie można robić to rzadziej.  Zwłaszcza, że maluję dość dobrą farbą, bo Tikurillą. Płot maluję zwykłą farbą, starcza to na rok. W zeszłym roku nie malowałam i w tym roku cały "zakwitł" na zielono. 

Poruszanie się po Wwie coraz trudniejsze. Gdzie się nie ruszę, tam wykop. Ale serce rośnie widząc w tym mieście takie inwestycje (zdjęcie zrobione na Dworcu Centralnym):

Łażąc po mieście z aparatem zachwyciłam się tym logo:

Nie podzielam opinii Milagros, że dzierganie to czynność intymna i robienie na drutach w miejscach publicznych wypacza samą ideę, bo chodzi w tym o to, by zatopić się w fotelu, we własnych myślach i relaksować. W ten sposób można powiedzieć o każdej aktywności, bo na koniec i tak "każda dzierga w samotności". Ja mam wręcz odwrotnie - serce mi się wyrywa do jakiś happeningów, tyle że jeżeli o mnie chodzi to zamiast tarczy Supermana, jaką zrobili Syrence, ja bym porobiła naszym pomnikom staniki i stingi. Ale rzucony na Szarotkowie pomysł by drzewa przed niektórymi gmachami ozdobić gruszkami też jest fajny.

  

A na razie w kolejne Szarotki było znów stanowczo za dużo ciasta. No i korcą mnie te estońskie szale.

 

Udało mi się zobaczyć świetny film.


W otoczonym wysokim murem domu żyje pięć osób - tata, mama i trójka dorosłych dzieci. Jedyną osobą, która kontaktuje się ze światem zewnętrznym jest tata. Mama wie jak wygląda świat zewnętrzny, bo kiedyś w nim żyła, ale współpracując z tatą nie dzieli się tą wiedzą z dziećmi. Syn i ich dwie córki, nawet nie domyślają się, jak wygląda świat za murem. Ale też nie zaprząta to za bardzo ich głowy - czekają jak wypadnie im tytułowy kieł i wyrośnie w jego miejscu nowy - będzie to oznaczało, że są "dorośli" i gotowi do opuszczenia domu. 

Przedstawiona w tym filmie rodzina tworzy modelową instytucję totalitarną. Jest wszystko: kij,  marchewka, pranie mózgu, wspólny wróg, kult siły fizycznej i słowa, którym nadawane są nowe znaczenia. Nie wiadomo dlaczego tatuś wpadł na taki pomysł i dlaczego mamusia się na to zgodziła. Zakończenie też mieści się w konwencji tego filmu, nie psując efektu.

Jak ktoś chce się zdołować, polecam.   

A swoja drogą bardzo ciekawy głos w dyskusji o rodzinie.


Nie każdy czeski film urzeka pogodną urodą zwykłego życia. Mamas & Papas nie urzeka ani tym, ani niczym innym. 


Już w poprzednim film tej reżyserki, Sekrety (nota bene o niebo lepszym), więcej było powiedziane za pomocą min, niż dialogów. W Mamas & Papas tego przewracania oczami jest już  stanowczo za dużo, tym bardziej że nie jest to to, w czym czeskie kino jest mocne.

Opowieść o rodzicielstwie. O kobiecie która traci dziecko w wypadku samochodowym, małżeństwie którym nie wychodzi wyprodukowanie dziecka, małżeństwie które ma problemy z nadprodukcją i parze która może, ale nie chce. Cztery schematy i cztery bardzo schematyczne, do bólu przewidywalne historie. Kilka świetnych scenek. I to by było na tyle    


Byłam jeszcze na odmóżdżającej komedii.

O celnikach, mieszkańcach małego miasteczka na granicy francusko-belgijskiej, w przedzień zniesienie granic wewnątrz Unii.

Sama sobie jestem winna, bo nikt mnie do tego nie zmuszał. Generalnie dla amatorów komedii z Luisem de Funes, bo żywcem rżnięte. Ale że kilka razy się zaśmiałam, to tak trochę na wyrost dwie kropki.

Za tydzień o tej porze będę już w Londynie. Na pewno jako mama i turystka, ale w planach też i jako babcia. Turystycznie, zamówiłam dzięki Padmieksiążkę. Jeżeli jest w połowie tak cudna jak to opisuje Padma, to zamierzam podczas moich kolejnych wizyt w Londynie poznać to miasto trzymając ją w ręku.

Rzuciłam w kąt chustę w ząbek czesaną i wzięłam sie za dzierganie kocyka o roboczej nazwie W stronę Swanna. Ma być numer większy od Misiokocyka, na zdjęciu połowa tego co zamierzam. Jak nie zdążę w Warszawie, dokończę w Londynie. Zabieram z sobą płytę z całym Proustem.

 

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli