piątek, 29 czerwca 2012
Przeczytane

Chimanda Ngozi Adichie - Połówka żółtego słońca

Sprawdziłam. Chimanda Ngozi Adichie napisała tylko trzy książki. Niestety wszystkie przeczytałam i teraz mogę tylko czekać na następne. 

Połówka żółtego słońca opowiada o Nigerii w 60-tych latach. Bohaterki tej książki, to dwie bliźniaczki, Olanne i Kainene, z nigeryjskiej klasy średniej, z plemienia Ibo. To że są z Ibo będzie miało znaczenie gdy wybuchnie wojna domowa - staną się wówczas obywatelkami Biafry i z tym krajem będą się identyfikować. W pierwszych miesiącach tej wojny tzw. kapitał społeczny sprawia, że nieźle jeszcze sobie radzą. Ale powoli i one tracą grunt pod nogami. 

Książka jest gruba (500 stron), nie cała o wojnie. Wątek wojennych losów rodziny Olanny i Kainene, przeplatany jest opowieścią sprzed kilku lat, gdy obie wiodły spokojne życie, komplikowane co najwyżej intrygami na poziomie telewizyjnych seriali.  Rewelacyjnie napisana: już po kilku stronach się wsiąka i do końca trudno się oderwać.    

Kolejną przeczytaną książkę polecam tylko miłośnikom Ilji Erenburga.


Opowiadania z czterech tomów opowiadań, wydanych kolejno w 1924, 1928, 1936 i 1944 roku. 

Te z lat 1924 i 1928 przypominają klimatem Burzliwe życie Lejzorka Rojsztwańca. Ponieważ kiedyś bardzo podobały mi się książki I. Erenburga z tego okresu (zwłaszcza Trzynaście fajek) to i te przeczytałam z przyjemnością.

Ale urzekły opowiadania z 1936 roku. Czysty socrealizm. Krótkie, kilkustronicowe migawki z europejskich miast.

Paryż:

Nastało lato. Przedmieścia rzuciły się w stronę Paryża niczym krew do głowy. Strajkowali kamieniarze i kwiaciarki. Czerwone sztandary, bezceremonialnie wdrapywały się na zmurszałe szare fasady. Z bram dolatywały dźwięki karmanioli. W oknie modnego sklepu woskowa piękność trzymała plakat: „Nie chcemy więcej głodować".

Londyn:

Chodziłem pod zapisane adresy. Wysłuchiwano mnie uprzejmie. Wiedziałem, że ci ludzie to wrogowie, a mimo to uśmiechałem się do nich. Potem godzinami włóczyłem się po ulicach. Zwaliści służący wyprowadzali na spacer maleńkie japońskie pieski. Żebracy na trotuarach rysowali zamek i księżyc. Dzieci jak muchy oblepiały kubły z odpadkami. W delikatnie zielonych parkach drzemali pieniacze i maklerzy. Przeżywałem swoje cierpienia i cieszyłem się, że w tym mieście ludzie nie zauważają się nawzajem.

Niektóre z tych opowiadań to perełki. I pytanie: on to tak na serio, czy puszcza do czytelnika oko?


Krystyna Janda Moja droga B

Tak na kolanie przeczytałam dziennik Krystyny Jandy z 2000 roku - świetna książka do czytania mimochodem: mały format, duży druk, treść taka, że nie trzeba się aż tak bardzo koncentrować i można czytać wyrywkowo. 

I chociaż nie jest to literatura wysokich lotów, książka zrobiła na mnie spore wrażenie. Babskie ploty. Ciekawe spostrzeżenia. Kilka dających do myślenia historii. Ale czytając jej pisany w formie listów do przyjaciółki quasi-pamiętnik, nie umiałam odgonić myśli, co zdarzyło się w jej życiu niedługo potem. Słowem dziennik szczęśliwej kobiety na moment przed życiową katastrofą . 

Pamiętała o tym by zaklinać zły los i wracając z dorocznych wakacji w Toskanii, w Padwie:   

Zawlokłam też dzieci do bazyliki Świętego Anto­niego i ofiarowałam wszystko, co miałam, zapaliłam wszelkie możliwe świece i zmówiłam modlitwy, jak rów­nież zakupiłam figurki świętego dla wszystkich znajo­mych i rodziny, słowem, zrobiłam, co można, żeby wybłagać dla nas wszystkich szczęśliwy rok. Rok po­myślności i rok bez strat.

Czytając to, myślałam i co z tego?

niedziela, 24 czerwca 2012
Zawsze jest pierwszy raz

W tym tygodniu, pierwszy w życiu, zostałam pogryziona przez psa. Może nie jakoś strasznie groźnie, ale na tyle mocno, by stracić ochotę na utrzymywanie z tym psem dalszych bezpośrednich kontaktów. Znam go od szczeniaka, wiem że ostatnio ma kłopoty ze zdrowiem i coś go tam pobolewa, ale wolę to zrozumienie wyrażać z bezpiecznej odległości. Jedni skaczą na lotni, inni hodują obronne psy. Moja najbliższa przyjaciółka należy do tych drugich.

A świat się zmienia.

Wnuk skończył rok (ten w czerwonym sweterku i skarpetkach w paski):

Pracownicy Mazowieckich Przewozów Regionalnych musieli przejść jakieś szkolenia, coraz częściej używają radiowęzła, informują co się dzieje i można podjąć decyzję co dalej robić. Najczęstszą przyczyną wymuszonego postoju, jest popsuta SKM-ka - nowe wagony przerzucono na uruchomioną z okazji Euro linię na lotnisko, a po pruszkowskiej puszczono wyciągnięty z hangarów złom. No i jest wesoło:


Nie wiem tylko czemu ludzie tak strasznie pomstowali. Mnie ta sytuacja bawiła.

Wraz z pojawieniem się Galerii Brwinów, rodzi się nowa świecka tradycja. W weekendy wpada do mnie synek, robi zakupy w Piotrze i Pawle i gotuje coś pysznego. Tym razem na obiad był pieczony bakłażan z sezamem i kurczak w jakimś sosem, w którym występowały daktyle. 

Praca nad sobą i wdrożenie programu "zdrowe życie", napotyka szereg oporów. Robota na drutach, która w czerwcu miała nabrać przyspieszenia, zupełnie nie idzie. Stanowczo za dużo czasu zajmuje mi zastanawianie się nad bogactwem oferty współczesnego świata. Póki co czuje się jego częścią.

Zdaniem mojej 78-letniej mamy jej wykluczenie, zaczęło się, gdy używając komputera jako maszyny do pisania, nie widziała żadnej potrzeby, by zrezygnować z Chi writera, uczyć się nowych programów, korzystać z Internetu. W dużym stopniu dlatego, że zrażała ją obsługa myszy - zupełne jej to nie wychodziło, a laptopa z padem wówczas nie mieli. A potem - przynajmniej wg. niej - było już za późno.  

Zastanawiam się czy właśnie nie popełniam podobnego błędu, nie widząc potrzeby posiadania nowoczesnej, podpiętej do netu komórki. Moja dotychczasowa komórka, była fajna, dotykowa, z dużym wyświetlaczem, ale mało trwała (LG) i już po roku padła kalibracja wyświetlacza. Jacek poleca mi teraz Sony Xperię, a ja nie wiem po co mi coś takiego. Komorek bez tych wszystkich bajerów, ale w takim nowoczesnym designie, nie ma. Więc używam jednego ze starszych model i zastanawiam się, czy odcinając w sobie potrzebę posiadania netu w komórce, czasem nie weszłam na drogę e-wykluczenia?

Z refleksją na temat zbliżającej się starości koresponduje obejrzany w tym tygodniu film.


Zaczyna się tak, że poznajemy siedem starszych osób (70+), Anglików i powody, które skłoniły ich do skorzystania z reklamowanego w prasie domu starości - hotelu Marigold w indyjskim Jaipurze.  

Jak łatwo można się domyśleć, to co zastają na miejscu, daleko odbiega od tego, co oglądali w reklamowym prospekcie. Film opowiada o tym jak się adaptują do tej nowej sytuacji. 

Niestety nie jest to angielska komedia, ale bajka i to mocno przesłodzona. Gdyby nie aktorzy i dialogi, ta słodycz byłaby nie do zniesienia. Ale z uwagi na doborową obsadę i doprawione angielskim humorem dialogi polecam.



niedziela, 17 czerwca 2012

Mam fazę na zagospodarowywanie czasu:

- rozpoczęłam staż w Polskim Centrum Mediacji,

- zgłosiłam się na wakacyjny kurs języka angielskiego (ale jeszcze nie zapłaciłam, więc to jeszcze nic pewnego),

- spakowałam do pracy komplet na basen. Jak nie ma na co chodzić do kina, to może z tej rozpaczy, że nie ma dokąd iść, pójdę po pracy popływać?

Rozglądam się dalej.

Jest agroturystyka, to może by i  na leżaku z książką chwyciło? Księgozbiór Gumisia po tym jak przejęła część zbiorów Zosi zaczyna być imponujący. W tym tygodniu brałam udział w przekazaniu roczników Dialogu i Twórczości

Wracając z Otwocka była po raz pierwszy po remoncie  na Dworcu Wschodnim. "Biała izba", czyli główny hall lśni, ale przejścia na perony za chwilę wrócą do dawnej "świetności". 

Na drutach dłubię powoli szary kaszmir. Pomysł robienia swetrów od góry jest rewelacyjny. 

A skoro ma nie być szwów, to i oczka plisy nabrałam tak, by potem przy wyrabianiu dekoltu przy plisie też nie było szwu (z tym, że pomysłu jaki ma być ten dekolt nie mam). 

W kinach pustki. Nie grają nawet tych filmów, na które nie zdążyłam się załapać i teraz bym chętnie poszła. Załapałam się za to na tzw. "krzywy ryj" (próba generalna na dzień przed premierą) do Teatru Polonia.

Gombrowicz pełną gębą. Ale ... sztuka to farsa. A ten gatunek zachwyca, gdy jest koncertowo zagrany. A tu nie był. Można by na kanwie opowiadanej historii coś poważniejszego dokleić (wrabianie w odpowiedzialność za naturalną śmierć niewinnego świadka), ale nie ten reżyser, nie ten teatr, więc próby nie podjęto.

I wyszło takie ni to, ni sio. Odnotowuję, że byłam. I tyle. Jak już byłam w Teatrze, to kupiłam na lipiec bilety na 32 omdlenia ze J. Stuhrem. Więc w bilansie było warto. 

Wszyscy o tym Euro. A teraz jak przegraliśmy i wreszcie będziemy robić to co potrafimy, czyli szukać winnych narodowej tragedii,  w ramach odtrutki na tę naszą kabotyńską pasję do upajania się patriotycznym bim-bom, cudowny fragment wywiadu z Janem Englertem (sobotnia Wyborcza):

( …) podczas wi­zyty u jednego z ówczesnych działaczy z Mini­sterstwa Kultury, który nie ukrywał, że jest urzęd­nikiem SB. Byłem wtedy dziekanem w szkole, on wezwał mnie do siebie. Najpierw przeleciał ży­ciorysy moich kolegów, ile im zawdzięczają, a jak się teraz zachowują. Ja nie zdążyłem mieć tych profitów, nagród, nie mieli na mnie nic, ale facet mówi - ekumenicznie - że mnie szanuje, oczywi­ście poza tymi panienkami, tego nie rozumie, i py­ta „Dlaczego pan, panie Englert, w kościołach wy­stępuje, i to za darmo?". Ja na to: „Gdyby pan zo­baczył te czyste, inteligenckie, uwznioślone twa­rze słuchające poezji, toby pan zrozumiał". A on; „Co pan pierdoli, połowa to nasi".

piątek, 15 czerwca 2012
Przeczytane

Jerzy Stuhr Stuhrowie Historie rodzinne

Na początku byłam zachwycona. Opowieść zaczyna się w 1879 roku, w Schrattenbergu, od ślubu Anny Thiel i Leopolda Stuhra, pradziadków Jerzego Stuhra. Zaraz po ślubie młodzi przenoszą się do Krakowa, gdzie przez następne lata będzie toczyła się historia tej rodziny (z tym, że dzieci J. Stuhra przeniosły się już do Wwy).   Rozczuliła mnie historia różowego porcelanowego serwisu, który pradziadek Leopold zamówił gdy dowiedział się że jego żona jest w ciąży.  Na filiżankach było zdjęcie, jakie sobie zrobili tuż po przyjeździe do Krakowa.

Opowieść o serwisie kończy takie zdanie:

 Wbrew zapowiedziom komplet różowej porcelany nie trafił do codziennego użytku. Anna nie chciała narazić go na stłuczenie. Nawet z kurzu przecierała go osobiście. Może dlatego przetrwał po dziś dzień i jak wszystkie rodowe pa­miątki przechowywany jest w moim domu.

Mam pretensję do mojej mamy, że wyrzuciła do śmieci misia którego wyniosła z płonącego domu i w ten sposób zniszczyła jedyną pamiątkę rodzinna, która przetrwała Powstanie Warszawskie. Więc na mnie takie opowieści robią wrażenie.

A jeszcze gdy mają takie zakończenie.... Niedługo potem prababka J. Stuhra odwiedziła zakład stolarski (nie wiedziała wówczas, że córeczka stolarza będzie jej synową) i zamówiła serwantkę:

 ( ...) wybrana przez nią serwantka przetrwa lata i służyć będzie prawnukowi, czyli mnie, Jerzemu Stuhrowi. A ja, jak prababka, trzymam w serwantce serwis z różowej porcelany.

Niestety w tej książce im dalej, tym nudniej. A gdy przychodzi do teraźniejszości anegdotę i humor zastępują drętwe przemowy na część życia rodzinnego, jego znaczenia, takie tam ble, ble. Mogę łatwo zrozumieć, że Jerzy Stuhr nie chciał zbyt wiele "odsłaniać" pisząc o żonie i dzieciach. Ale czy musiał? Mógł się wcześniej zatrzymać.

Eric-Emmanuel Schmitt - Oskar i Pani Róża

Trochę lepszy Cohello. Ale moim zdaniem tylko trochę (z tym, że znam jedną książkę Cohello, Alchemika, więc może za łatwo wydaje oceny?).

Inna sprawa, że książka porusza bardzo trudny temat. W szpitalu, w pełni świadomy swojej sytuacji umiera na białaczkę 10-letni chłopak, tytułowy Oskar. Opiekująca się nim Pani Róża proponuje, by przez kilka ostatnich dni jakie mu zostało, spróbował przeżyć całe życie, według algorytmu 1 dzień = 10 lat życia. Historie tych ostatnich dni poznajemy z listów, jakie Oskar codziennie pisze do Boga. Jak dla mnie zbyt dosłowne i zbyt mało przestrzeni na własną refleksję.  

A może ta książka jest dla dzieci, nie dla dorosłych i ja nie jestem jej target? W każdym razie porównywanie tej książki do Małego Księcia (a takie zdanie z jednej z recenzji jest przytoczone na okładce), to moim zdaniem spore nadużycie.

Michał Lubiewo

Po przeczytaniu Lubiewa, nie sięgnełąbym po Drwala. A wzięłam do ręki Lubiewo, bo czytałam Drwala. 

Nostalgiczna opowieść, w konwencji reportażu, o życiu gejów, którzy pamiętają czasy PRL i nie "załapali" się na transformację. Nigdy nie domagali się pełni praw obywatelskich, ze swoją odmiennością wynieśli się na margines społeczny i dostosowali się do reguł półświatka. Wykluczeni zarówno ze świata hetero, jak i ze środowiska współczesnych gejów, żyją dalej w scenografii z tamtych lat bo na więcej z renty, czy skromnej emerytury, im nie starcza, 

Książka świetnie napisana, ale jak dla mnie, momentami zbyt obsceniczna. 

 

niedziela, 10 czerwca 2012
Ocean konsumenckiej frustracji i

Poległam

Mogę iść do sądu, ale nie wiem czy mi się chce. Chyba zdrowiej jak się wyresetuję i zapomnę o sprawie.  Rozmawiałam z prawnikiem. Okazuje się, ze całe te konsumenckie prawo to jedna wielka ściema, bo nie wdrożyliśmy kluczowych unijnych dyrektyw. Sklepy mogą, ale nie muszą stosować się do europejskich standardów. 

Megamarket ma mój monitor i moje pieniądze i mogę mu nakukać.

Euro-Agd wręczyło mi opinię biegłego, że parowar jest świetny, ale przynajmniej zwróciło sprzęt. Łaskawcy.  

No cóż, żyję w kraju gdzie jeden z głównych autorytetów publicznie oświadczył, że bramkarz obronił karnego, bo stał za tym JP II (a ja naiwnie myślałam, że decyduje o tym łut szczęścia i umiejętności). Czyli w tym wypadku, Bóg wybrał Polaków, nie Greków. Widocznie w moim przypadku wybrał Megamarket.  

No a jak jeszcze zobaczyłam, że na Euro to Kolejom Mazowieckim komputer kupili to mnie zatrzęsło. Może jak zorganizujemy olimpiadę, to zaczną je używać na co dzień, nie tylko na nadmuchiwanych stoiskach?


Zły czas.

Druty to jedna porażka za drugą (od początku roku skończyłam jeden projekt - sweter Rulonik, z którego byłam bardzo zadowolona, ale który po jednym praniu przepoczwarzył się w przeuroczą szmateczkę). Funczal dalej nie zszyty, bo dalej oczka od drugiej strony nie są prawidłowo nabrane: i im bardziej "nabieram", tym, bardziej pruję. Głupio, ale zniszczyłam to co zrobiła Baśka na Szarotkowie. 

Zaczęłam szary kaszmirowy sweter, reglanem od góry, nabierając oczka metodą Chain cast on.  Po jakimś czasie postanowiłam wypruć łańcuszek i przerzucić te oczka na zapasowy drut. I taj jak z Funczalem, tak i tutaj prucie mi nie wyszło, Tyle że na szczęście nie czekałam z tym za długo, więc sprułam tylko kawałeczek, nie cały sweter.  

Czytam teraz książkę Jerzego Stuhra o historii jego rodziny. Jak skończę to napiszę o niej kilka zdań, ale już teraz przytaczam fajną anegdotę:

Pamiętam, że tata, już jako starszy mężczyzna, zawsze gdy szedł w odwiedziny do swojej ciotecznej siostry Hani, brał pudełko czekoladek. Dopiero po latach, zbierając mate­riały do tej książki, dowiedziałem się, dlaczego te czekoladki musiał mieć ze sobą obowiązkowo.

Otóż w młodości, gdy mieszkali razem, chodzili w nie­dzielę po kościele do Redolfiego. Szacowna kawiarnia kra­kowska słynęła z najlepszych w mieście czekolad, lodów i smażonych kasztanów. Tyle że Hania Radwańska zawsze słyszała od swojej mamy: „Ty Haneczko masz być zgrabna, więc żadnych słodyczy". W efekcie łakocie dostawali tylko chłopcy. Ciocia Hania nie mogła wtedy zrozumieć, że ten jej ukochany brat Tadziu mógł iść obok niej i zajadać się czeko­ladkami. I nie zostawić dla niej ani jednej. Do tego żalu przy­znała się mojemu ojcu dopiero, gdy była dorosła. Od tego czasu przy każdej okazji przynosił jej pudełko czekoladek.

 

Nareszcie udało mi się zobaczyć dwa niezłe filmy.

Dobry film o Albanii, zrobiony przez Amerykanina, Joshua Marston (poprzedni jego film: Maria łaski pełna, o Kolumbii, był gorszy). 

Współczesna albańska wieś. Sąsiedzki spór o miedzę kończy się bójką: dwóch braci napada na sąsiada i ten ostatni tej napaści nie przeżywa.

Jeden z braci idzie do więzienia, drugi się ukrywa.  Rodziny zabitego to nie satysfakcjonuje, jej zdaniem "rachunek" może wyrównać jedynie zabicie w odwecie mężczyzny z rodziny zabójców. Ponieważ nikt ze społeczności nie podważa reguł Kanunu, średniowiecznego kodeksu albańskich górali, dwaj synowie zabójcy są bezpieczni tylko w domu. Jeden z nich, ośmiolatek tęskni do szkoły. Drugi, szesnastoletni chłopak, chwilę przedtem zrobił pierwsze kroki na drodze do dorosłości i nie umie się pogodzić z bezterminowym aresztem domowym. Ich nastoletniej siostrze nie grozi wprawdzie śmierć, ale właśnie dlatego, że może bez narażania życia wychodzić z domu, z dnia na dzień musi rzucić szkołę i przejąć interes ojca: obwoźny handel chlebem.

Film opowiada o tych dzieciakach, które z komórką w ręku i kontem na Facebooku muszą podporządkować się zasadom Kanunu. To, że jeszcze dzień wcześniej żyły w rytmie XXI wieku, jest dla ich otoczenia bez znaczenia.

Ciekawie opowiedziana, ciekawa historia. I co ważne: bez taniej egzotyki.    

Opowieści, które żyją tylko w pamięci to film z gatunku "dla koneserów".

Zapomniana przez Boga wioska, gdzieś w Ameryce Południowej. Od ponad trzydziestu lat nikt w wiosce nie umarł, czas się "zapętlił", mieszkańcy się zestarzeli i każdego dnia powtarzają tę samą sekwencję wydarzeń.  Czas powoli rusza z miejsca gdy do wioski przychodzi zabłąkana turystka, młoda dziewczyna, z zapałem robiąca zdjęcia. 

Wszystko się dzieje bardzo powoli, pada niewiele słów. Bardzo klimatyczna, pięknie sfilmowana ballada o przemijaniu. Ale uczciwe ostrzegam, za dużo w tym filmie się nie dzieje. 

 

niedziela, 03 czerwca 2012

W tym miesiącu Szarotkowe spotkanie zorganizowała właścicielka Amiqs. Jak zawsze gdy na spotkanie przychodzi w nowe miejsce silna grupa, integracja z osobami spoza tej grupy za bardzo nie wyszła. Oprócz nas, na spotkanie przyszły klientki tego sklepu, które - o dziwo - o nas nie wiedziały! Pan Gugiel o nas wie (sprawdziłam). Okazało się że nie wszyscy czytają Gazetę Wyborczą i jej forum!

Ale co też warto podkreślić było bardzo miło, miałam wrażenie, że właścicielce Amiqsu zależało byśmy się u niej dobrze czuły i ani przez chwilę nie miałam wrażenia, że jestem na spotkaniu, z handlowym podtekstem.

Pamiętam jak na z rok temu na Szarotki Ewa przyniosła swoje pierwsze nieśmiałe próby w papierowej wiklinie. Przez ten czas osiagnęła w tym imponującą wprawę (zrobioną przez nią torebkę z papierowej wikliny sfotografowałam na zrobionym przez nią szalu). 



Na to spotkanie przyniosłam ze sobą Funczala. Ale co z tego, że naumiałam się Kitchenera - postawiłam przed nosem laptop, na którym wyświetliłam to zdjęcie -

 

(jak się zaczyna i kończy można zobaczyć np. tu), gdy po bliższym przyjrzeniu się, okazało się, że to co odebrałam z artystycznego cerowania było w stanie nie nadającym się do zszycia.

Pomocna rękę wyciągnęła do mnie Baśka, która całe spotkanie, poświęciła na prostowanie pokręconych nitek. Mam teraz spróbować sama, ale jak mi się nie uda, wiem już do kogo się zwrócić.



Ze zdarzeń, które budzą mój niepokój:

stłukłam lustro. Poprzedni raz stłukłam lustro 14 lat temu, tuż po przeprowadzeniu się do Brwi - następne 7 lat, nie należało do najszczęśliwszych.

A ja tu się tu cały czas moszczę. W tytm tygodniu zakończyłam rewitalizację elektryki: dodałam lampy czujnikowe. Czekam na dzień w którym udostępnią elekktryczność na zasadach Wi-Fi. Każde urządzenie to następne kable. Urody to nie dodaje.



Z miłych zdarzeń:

był u mnie synek, który rano poszedł do Galerii Brwinów i przygotował śniadanie a'la Brahdelt:


Wychodząc dwa tygodnie temu po Proroku Ilja  z Teatru na Woli, zostało postanowione, że przed końcem  sezonu teatralnego pójdziemy jeszcze na coś, tak by nie zostawać z tamtym absmakiem. Padło na Oresteję w Teatrze Narodowym. 

Pomysł na sztukę jest taki, by w oparciu o mit Orestei, pokazać współczesną polską rodzinę. Doborowa obsada, lekkie zadęcie (śpiewa chór Opery Narodowej), ale efekt mocno taki sobie. Kilka świetnych scen to trochę mało, jak na trzygodzinne przedstawienie. 

Nie mam takiej "bazy" jak Gumiś, która pozwalałaby mi po wyjściu z teatru snuć rozważania:  ten aspekt mitu lepiej był uwypuklony tu ..., to zapożyczył z Viscontiego itd. I może dlatego nie lubię sztuk, gdzie kolejne sceny to ilustracja strumienia świadomości reżysera,  może dla niego zrozumiałych, dla mnie nie. A do tego za dużo lampeczek, gadżetów, niezrozumiałych odniesień - np. zdaję sobie sprawę że najprawdopodobniej filmy wyświetlane w wiszącym na scenie telewizorze nie były przypadkowe. Ale ponieważ nie wiem co to za filmy, to nie pojęłam głębi tych scen.  

Denerwuje mnie we współczesnym teatrze jeszcze jedno. Aktorzy krzyczą, popisują się możliwościami swojej krtani, zapominając, że z daleka widoczne są przytwiedzone do ich pleców wzmacniacze głosu. Chyba nie tylko ja  pamiętam, że na tej scenie aktorzy potrafili w tej dziedzinie dużo więcej i to bez technicznego wsparcia.  

Podobała mi się gra Sebastiana Pawlaka, nie wiedziałam o jego istnieniu (nic o nim nie było na Pudelku!). W sumie to tylko on wpadł mi w oko. Podobno dobra jest w tej sztuce i Stenka, ale mnie nie przekonała.

 W kinach wysyp filmów dokumentalnych. Mam nadzieję, że to tylko chwilowy odprysk po niedawnym festiwalu Planete Doc, a nie pomysł na kryzysowe kino.

Mam też już lekki przesyt gejowskich tematów. I dlatego po obejrzeniu Trzy,  nie poszłam na podobno lepsze, sądząc z ilości gwiazdek, Piękno.   

A Trzy dobrym filmem nie jest. Jedyny plus (co dziwne, w przypadku niemieckiego filmu), to dialogi. Może nie iskrzą, ale dobrze się ich słucha.

Ona i On, tuż po czterdziestce, w związku który bezpiecznie trwa, bo nauczyli się nie mieć do siebie pretensji. Ale nagle przychodzi zawrót głowy: oboje zakochują się w tym samym facecie.

O nastoletnich czterdziestolatkach. Może to taki trend? W każdym razie film  o tym mało ciekawy i nie wychodzący poza szablon romansidła.   



Do Pimencjuszki

Nie zostawiłaś maila, więc trudno o kontakt. Może napisz na mój gazetowy: ninga/małpa/gazeta.pl?

piątek, 01 czerwca 2012
Przeczytane

Heike Görtemaker Ewa Braun Na dworze fuhrera

Nudna ta biografia.

Szykując się do śmierci Ewa Braun listownie poprosiła siostrę by umieściła jej korespondencję w bezpiecznym miejscu. Najwyraźniej chciała w ten sposób przejść do potomności na podstawie wskazanych przez siebie źródeł. Siostrze nie udało się spełnić tej prośby, ubiegł ją wysłannik Hitlera, który niszcząc archiwum fuhrera, zgodnie z rozkazem zniszczył i archiwum Ewy Braun. I tak nie wiemy o niej prawie nic. Jako kochanka Hitlera, ukrywana przed światem żyła w bardzo nielicznym, zamkniętym kręgu  kręgu osób, które nawet jeżeli przeżyły wojnę nie były skore do wylewnych wspomnień. W dodatku, do ich wiarygodności można mieć szereg zastrzeżeń.

Wiele wskazuje na to, że Ewa Braun nie była, tak jak się często ją przestawia,  głupiutką blond gąską. Tyle, że na podstawie zachowanych przekazów niewiele więcej da się ustalić. Ten brak źródeł tłumaczy brak lekkości i anegdoty tej biografii. Ale w czytaniu to nie pomaga.

 

Anna Uzelac Dzieci z Putino

Zbiór  reportaży o pierwszym poradzieckim pokoleniu. O zagubieniu, poplątaniu, Czeczenii, nowobogackich,  narkomanii, Aids. 

Niestety reportaże z tezą.  I chociaż momentami dobrze się je czyta, męczy to "słuszne" zaangażowanie. Tego typu książki szybko się starzeją i napisane w 2004 roku  Dzieci z Putino mocno już zalatują stęchlizną. 

Przeczytałam jeszcze bardzo miłe czytadełko.

Harry Kemelman W piątek rabin zaspał

Przeuroczy kryminał.

Prowincjonalne amerykańskie miasteczko. 

Główny bohater, Dawid Small jest rabinem w bogatej żydowskiej gminie. Ponieważ jest to kryminał, więc jest i intryga kryminalna. Ale nie jest najmocniejszą stroną tej książki i nie to przesądza o jej uroku, a galeria postaci, łączących je relacji, sytuacji. Lekkie vintage. Sam czytadełkowy miód. 

H. Kelleman napisał o rabinie 12 kryminałów, w Polsce przetłumaczono jeszcze tylko jeden. Przynajmniej i ten drugi zamierzam gdzieś dorwać. 


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli