piątek, 29 czerwca 2012
Przeczytane

Chimanda Ngozi Adichie - Połówka żółtego słońca

Sprawdziłam. Chimanda Ngozi Adichie napisała tylko trzy książki. Niestety wszystkie przeczytałam i teraz mogę tylko czekać na następne. 

Połówka żółtego słońca opowiada o Nigerii w 60-tych latach. Bohaterki tej książki, to dwie bliźniaczki, Olanne i Kainene, z nigeryjskiej klasy średniej, z plemienia Ibo. To że są z Ibo będzie miało znaczenie gdy wybuchnie wojna domowa - staną się wówczas obywatelkami Biafry i z tym krajem będą się identyfikować. W pierwszych miesiącach tej wojny tzw. kapitał społeczny sprawia, że nieźle jeszcze sobie radzą. Ale powoli i one tracą grunt pod nogami. 

Książka jest gruba (500 stron), nie cała o wojnie. Wątek wojennych losów rodziny Olanny i Kainene, przeplatany jest opowieścią sprzed kilku lat, gdy obie wiodły spokojne życie, komplikowane co najwyżej intrygami na poziomie telewizyjnych seriali.  Rewelacyjnie napisana: już po kilku stronach się wsiąka i do końca trudno się oderwać.    

Kolejną przeczytaną książkę polecam tylko miłośnikom Ilji Erenburga.


Opowiadania z czterech tomów opowiadań, wydanych kolejno w 1924, 1928, 1936 i 1944 roku. 

Te z lat 1924 i 1928 przypominają klimatem Burzliwe życie Lejzorka Rojsztwańca. Ponieważ kiedyś bardzo podobały mi się książki I. Erenburga z tego okresu (zwłaszcza Trzynaście fajek) to i te przeczytałam z przyjemnością.

Ale urzekły opowiadania z 1936 roku. Czysty socrealizm. Krótkie, kilkustronicowe migawki z europejskich miast.

Paryż:

Nastało lato. Przedmieścia rzuciły się w stronę Paryża niczym krew do głowy. Strajkowali kamieniarze i kwiaciarki. Czerwone sztandary, bezceremonialnie wdrapywały się na zmurszałe szare fasady. Z bram dolatywały dźwięki karmanioli. W oknie modnego sklepu woskowa piękność trzymała plakat: „Nie chcemy więcej głodować".

Londyn:

Chodziłem pod zapisane adresy. Wysłuchiwano mnie uprzejmie. Wiedziałem, że ci ludzie to wrogowie, a mimo to uśmiechałem się do nich. Potem godzinami włóczyłem się po ulicach. Zwaliści służący wyprowadzali na spacer maleńkie japońskie pieski. Żebracy na trotuarach rysowali zamek i księżyc. Dzieci jak muchy oblepiały kubły z odpadkami. W delikatnie zielonych parkach drzemali pieniacze i maklerzy. Przeżywałem swoje cierpienia i cieszyłem się, że w tym mieście ludzie nie zauważają się nawzajem.

Niektóre z tych opowiadań to perełki. I pytanie: on to tak na serio, czy puszcza do czytelnika oko?


Krystyna Janda Moja droga B

Tak na kolanie przeczytałam dziennik Krystyny Jandy z 2000 roku - świetna książka do czytania mimochodem: mały format, duży druk, treść taka, że nie trzeba się aż tak bardzo koncentrować i można czytać wyrywkowo. 

I chociaż nie jest to literatura wysokich lotów, książka zrobiła na mnie spore wrażenie. Babskie ploty. Ciekawe spostrzeżenia. Kilka dających do myślenia historii. Ale czytając jej pisany w formie listów do przyjaciółki quasi-pamiętnik, nie umiałam odgonić myśli, co zdarzyło się w jej życiu niedługo potem. Słowem dziennik szczęśliwej kobiety na moment przed życiową katastrofą . 

Pamiętała o tym by zaklinać zły los i wracając z dorocznych wakacji w Toskanii, w Padwie:   

Zawlokłam też dzieci do bazyliki Świętego Anto­niego i ofiarowałam wszystko, co miałam, zapaliłam wszelkie możliwe świece i zmówiłam modlitwy, jak rów­nież zakupiłam figurki świętego dla wszystkich znajo­mych i rodziny, słowem, zrobiłam, co można, żeby wybłagać dla nas wszystkich szczęśliwy rok. Rok po­myślności i rok bez strat.

Czytając to, myślałam i co z tego?

niedziela, 24 czerwca 2012
Zawsze jest pierwszy raz

W tym tygodniu, pierwszy w życiu, zostałam pogryziona przez psa. Może nie jakoś strasznie groźnie, ale na tyle mocno, by stracić ochotę na utrzymywanie z tym psem dalszych bezpośrednich kontaktów. Znam go od szczeniaka, wiem że ostatnio ma kłopoty ze zdrowiem i coś go tam pobolewa, ale wolę to zrozumienie wyrażać z bezpiecznej odległości. Jedni skaczą na lotni, inni hodują obronne psy. Moja najbliższa przyjaciółka należy do tych drugich.

A świat się zmienia.

Wnuk skończył rok (ten w czerwonym sweterku i skarpetkach w paski):

Pracownicy Mazowieckich Przewozów Regionalnych musieli przejść jakieś szkolenia, coraz częściej używają radiowęzła, informują co się dzieje i można podjąć decyzję co dalej robić. Najczęstszą przyczyną wymuszonego postoju, jest popsuta SKM-ka - nowe wagony przerzucono na uruchomioną z okazji Euro linię na lotnisko, a po pruszkowskiej puszczono wyciągnięty z hangarów złom. No i jest wesoło:


Nie wiem tylko czemu ludzie tak strasznie pomstowali. Mnie ta sytuacja bawiła.

Wraz z pojawieniem się Galerii Brwinów, rodzi się nowa świecka tradycja. W weekendy wpada do mnie synek, robi zakupy w Piotrze i Pawle i gotuje coś pysznego. Tym razem na obiad był pieczony bakłażan z sezamem i kurczak w jakimś sosem, w którym występowały daktyle. 

Praca nad sobą i wdrożenie programu "zdrowe życie", napotyka szereg oporów. Robota na drutach, która w czerwcu miała nabrać przyspieszenia, zupełnie nie idzie. Stanowczo za dużo czasu zajmuje mi zastanawianie się nad bogactwem oferty współczesnego świata. Póki co czuje się jego częścią.

Zdaniem mojej 78-letniej mamy jej wykluczenie, zaczęło się, gdy używając komputera jako maszyny do pisania, nie widziała żadnej potrzeby, by zrezygnować z Chi writera, uczyć się nowych programów, korzystać z Internetu. W dużym stopniu dlatego, że zrażała ją obsługa myszy - zupełne jej to nie wychodziło, a laptopa z padem wówczas nie mieli. A potem - przynajmniej wg. niej - było już za późno.  

Zastanawiam się czy właśnie nie popełniam podobnego błędu, nie widząc potrzeby posiadania nowoczesnej, podpiętej do netu komórki. Moja dotychczasowa komórka, była fajna, dotykowa, z dużym wyświetlaczem, ale mało trwała (LG) i już po roku padła kalibracja wyświetlacza. Jacek poleca mi teraz Sony Xperię, a ja nie wiem po co mi coś takiego. Komorek bez tych wszystkich bajerów, ale w takim nowoczesnym designie, nie ma. Więc używam jednego ze starszych model i zastanawiam się, czy odcinając w sobie potrzebę posiadania netu w komórce, czasem nie weszłam na drogę e-wykluczenia?

Z refleksją na temat zbliżającej się starości koresponduje obejrzany w tym tygodniu film.


Zaczyna się tak, że poznajemy siedem starszych osób (70+), Anglików i powody, które skłoniły ich do skorzystania z reklamowanego w prasie domu starości - hotelu Marigold w indyjskim Jaipurze.  

Jak łatwo można się domyśleć, to co zastają na miejscu, daleko odbiega od tego, co oglądali w reklamowym prospekcie. Film opowiada o tym jak się adaptują do tej nowej sytuacji. 

Niestety nie jest to angielska komedia, ale bajka i to mocno przesłodzona. Gdyby nie aktorzy i dialogi, ta słodycz byłaby nie do zniesienia. Ale z uwagi na doborową obsadę i doprawione angielskim humorem dialogi polecam.



niedziela, 17 czerwca 2012

Mam fazę na zagospodarowywanie czasu:

- rozpoczęłam staż w Polskim Centrum Mediacji,

- zgłosiłam się na wakacyjny kurs języka angielskiego (ale jeszcze nie zapłaciłam, więc to jeszcze nic pewnego),

- spakowałam do pracy komplet na basen. Jak nie ma na co chodzić do kina, to może z tej rozpaczy, że nie ma dokąd iść, pójdę po pracy popływać?

Rozglądam się dalej.

Jest agroturystyka, to może by i  na leżaku z książką chwyciło? Księgozbiór Gumisia po tym jak przejęła część zbiorów Zosi zaczyna być imponujący. W tym tygodniu brałam udział w przekazaniu roczników Dialogu i Twórczości

Wracając z Otwocka była po raz pierwszy po remoncie  na Dworcu Wschodnim. "Biała izba", czyli główny hall lśni, ale przejścia na perony za chwilę wrócą do dawnej "świetności". 

Na drutach dłubię powoli szary kaszmir. Pomysł robienia swetrów od góry jest rewelacyjny. 

A skoro ma nie być szwów, to i oczka plisy nabrałam tak, by potem przy wyrabianiu dekoltu przy plisie też nie było szwu (z tym, że pomysłu jaki ma być ten dekolt nie mam). 

W kinach pustki. Nie grają nawet tych filmów, na które nie zdążyłam się załapać i teraz bym chętnie poszła. Załapałam się za to na tzw. "krzywy ryj" (próba generalna na dzień przed premierą) do Teatru Polonia.

Gombrowicz pełną gębą. Ale ... sztuka to farsa. A ten gatunek zachwyca, gdy jest koncertowo zagrany. A tu nie był. Można by na kanwie opowiadanej historii coś poważniejszego dokleić (wrabianie w odpowiedzialność za naturalną śmierć niewinnego świadka), ale nie ten reżyser, nie ten teatr, więc próby nie podjęto.

I wyszło takie ni to, ni sio. Odnotowuję, że byłam. I tyle. Jak już byłam w Teatrze, to kupiłam na lipiec bilety na 32 omdlenia ze J. Stuhrem. Więc w bilansie było warto. 

Wszyscy o tym Euro. A teraz jak przegraliśmy i wreszcie będziemy robić to co potrafimy, czyli szukać winnych narodowej tragedii,  w ramach odtrutki na tę naszą kabotyńską pasję do upajania się patriotycznym bim-bom, cudowny fragment wywiadu z Janem Englertem (sobotnia Wyborcza):

( …) podczas wi­zyty u jednego z ówczesnych działaczy z Mini­sterstwa Kultury, który nie ukrywał, że jest urzęd­nikiem SB. Byłem wtedy dziekanem w szkole, on wezwał mnie do siebie. Najpierw przeleciał ży­ciorysy moich kolegów, ile im zawdzięczają, a jak się teraz zachowują. Ja nie zdążyłem mieć tych profitów, nagród, nie mieli na mnie nic, ale facet mówi - ekumenicznie - że mnie szanuje, oczywi­ście poza tymi panienkami, tego nie rozumie, i py­ta „Dlaczego pan, panie Englert, w kościołach wy­stępuje, i to za darmo?". Ja na to: „Gdyby pan zo­baczył te czyste, inteligenckie, uwznioślone twa­rze słuchające poezji, toby pan zrozumiał". A on; „Co pan pierdoli, połowa to nasi".

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli