niedziela, 30 czerwca 2013

Na zaprzyjaźnionej wsi (tam gdzie Ańćka ma chałupę) niedaleko niej mieszka Szczepan. Wprawdzie przez te kilkadziesiąt lat nie widziałam go trzeźwego, ale to nigdy nie przeszkadzało mu filozofować i prawdą o życiu się dzielić. I tak według Szczepana co ma się zrobić w danym roku, trzeba zrobić do Wianków. Bo potem to już tylko żniwa, Zaduszki i Boże Narodzenie.

Coś w tym jest. A mój bilans "półmetka" nie napawa mnie optymizmem.

Druty

Za co się nie wezmę, to pruję. Kolejny projekt, Bluzia poszedł w kąt. Na razie wiem tyle, że na pewno nie robi się rękawów, tak jak myślałam. Na zdjęciu to jeszcze tak tragicznie nie wygląda, ale jak założę, to pod pachą robi się "buła". Musze poszukać jakiegoś wzoru na ten typ swetra, w ostateczności kupię na Raverly. Ale chwilowo nie mogę na to patrzeć:

 

Ciekawe, czy w tym roku uda mi się jeszcze coś skończyć.

Dieta:

Gadam przez telefon z Iwoną, a ta z rozpędu nie zdążyła się ugryźć w język i rzekła do mnie w te słowa: ona jest zatuczona, ale nie tak jak ty, tylko gorzej, bo ona jeszcze straciła proporcje.

Kino

Kina narzekają na zły rok. A jak ma być skoro nie ma na co chodzić? Dom na weekend fajnie się ogląda, ale też jest to mocno przewidywalne.


Do rodzinnego domu na weekend przyjeżdża dorosły syn. Ma sukces: wydał książkę, o tym że rozstał się z matką swojego dziecka nie zamierza z nikim rozmawiać. Jego młodszy brat mieszka niedaleko rodziców, usiłuje rozkręcić praktykę dentystyczną, ale tym, że przestaje wierzyć że jeszcze coś z tego wyjdzie, też z nikim się nie zamierza się dzielić. Ich ojciec właśnie sprzedał wydawnictwo i wybiera się w podróż, z tym że jak w szczegółach ma to wyglądać, woli zachować dla siebie. Jedynie mama chce otwarcie porozmawiać o tym co postanowiła  zrobić. No i  jak zaczynają mówić, ich ładne życie przestaje być ładnie. Film o tyle nie na czasie, że w przypadku tej rodziny ich tajemnice to nie przemoc seksualna, czy orientacja seksualna. 

Dom

Jak tylko pomyślę, że coś warto zmienić, to zaraz sobie uświadamiam, że wiąże się to z tym, że trzeba będzie coś kupić. I od razu mi się odechciewa. I bez tego coś mnie zawsze dogoni. W tym tygodniu udało się to ustawie śmieciowej. W Brwi wygląda to nawet rozsądnie, ale do segregowanych śmieci dali worki i przydałyby się do nich stojaki. Objechałam okoliczne sklepy, targ, nigdzie nie było.  Kolejna rzecz, której szukam, a której nie ma w sklepach. Jest na Allegro, ale dostawa tylko w wersji z kurierem. Nie za bardzo mi się podoba, że cały handel ma zamiar przenieść się do netu.

Słowem jak żyć.

Zwłaszcza, że Google naprawdę zrealizował to co zapowiedział i Google Readera nie ma. Ponieważ za chwilę ma nie być też i iGoogla, postanowiłam rozwiązać sprawę systemowo. Czytnika daje się zastąpić Bloglovin czy Feedly, ale nie rozwiązuje to strony startowej. Od dwóch dni usiłuję przekonać się do Netvibes, ale nie czuję mięty. Zrobił to o co prosiłam: zaimportował wszystko z iGooglaReadera, ale nie podoba mi się wizualnie. I chyba w darmowej wersji za dużo się z tym zrobić nie da. Może z czasem polubię ... Na razie błądząc po sieci znalazłam bardzo fajny program do przeczyszczenia kompa z różnych poprzylepianych na różnych stronkach niepotrzebnych śmieci (babylon.com i tym podobnych): Adwcleaner. Naprawdę polecam

czwartek, 27 czerwca 2013

Abchazja Wojciech Górecki



Trzecia - i ostatnia książka W. Góreckiego o Kaukazie (dla mnie druga, po Toaście dla Przodków). Tym razem tak jak mówi tytuł o Abchazji, ale też i o autorze, Wojciechu  Góreckim. W pierwszym rozdziale ma niewiele ponad 20 lat i jedzie na Kaukaz z plecakiem, po studencku, trochę na wariata. W ostatnim skończył już  40 lat, uczestniczy w międzynarodowej konferencji, mieszka w Mariocie i chociaż mija na ulicy bajecznie ciekawe dla reportera tematy, ma świadomość że aby je opisać, musiałby zdjąć elegancką marynarkę. A tego nie robi.

Sięgnęłam po tę książkę po powrocie z Gruzji, ale moim zdaniem to ciekawa propozycja dla  każdego. Niewiele o tym kraju (państwie?) wiemy. Po przeczytaniu Abchazji ma się na swojej mapie o jedną białą plamę mniej.  Galeria ciekawych postaci, moc smaczków (marynarka wojenna to archaicznie uzbrojony kuter rybacki, linie lotnicze: jeden zdezelowany poradziecki helikopter). Trudno oczywiście zrozumieć, dlaczego ci którzy karzą skakać sobie do gardeł, cieszą się poparciem. Ale to koloryt każdej wojny domowej.

Książka świetnie napisana, polecam.

 

dobra książka



Ptasie ulice  Piotr Paziński



Rozmawiałam ostatnio z jedną z ciotek, na temat współczesnej polskiej literatury, poskarżyła się na piszące baby i wyraziła rozczarowanie Dorotę Masłowską oraz Olgą Tokarczuk. Gorączkowo zaczęłam szukać kogoś, kogo mogłabym jej polecić, ale Agata Tuszyńska to biografia, Małgorzata Szejnert reportaże i wyszło na to, że z  literaturą wylatującą ponad poziom czytadeł krucho. Z feministycznym bólem muszę przyznać, że z facetami lepiej. W dodatku mają takich, co to niedawno szkoły pokończyli, a już dobrze piszą. Mam tu na myśli Mikołaja Łozińskiego i Piotra Pazińskiego (a podobno dobry jest też i Hubert Klimko-Dobrzaniecki, czy Ignacy Karpowicz).

Piotra Pazińskiego doceniłam już za Pensjonat, teraz napisał kolejną perełkę. I o ile Pensjonat jest para-wspomnieniem, o tyle Ptasie ulice to już czysta literatura. I ajaj jaka miła w czytaniu! Taki żydowski realizm magiczny. Cztery opowiadania. W snutych w nich opowieściach ciągle jeszcze przez szczeliny w murach warszawskiego Muranowa można skontaktować się z równoległą rzeczywistością, w której w spowitych oniryczną mgłą oparach, żyją duchy starej dzielnicy. Baśń o styku przeszłości z teraźniejszością, marszu pokoleń, świecie którego nie ma, a na miejscu którego rozrósł się nowy, który o tamtym nie pamięta. I takie tam jeszcze inne, tego typu  tematy. 

Bardzo nastrojowa, pięknie napisana książka. Jedyne ale, to to, że za krótka i że pozostawia duży niedosyt. 

niedziela, 23 czerwca 2013

Z tego co najważniejsze: mój wnuk skończył dwa lata. Z parkowej sesji z traktorem mnie najbardziej podoba się to zdjęcie:



Mojej córce to



W sumie to na obu jest prześliczny.



Zahaczyłam o Big Book Festiwal




Poszłam z Gabrysią na czytanie Sławomira Mrożka na Dworcu Centralnym. Myślałam, że będzie się to odbywało w głównym holu, ale tam chyba byłoby za głośno i pewnie dlatego impreza odbywała się w poczekalni na piętrze.

Byłam na części, na której D.Masłowska czytała fragmenty Dzienników, M. Pakulnis wybrała coś z Małych listów, B. Marcinek i R. Kalisz z Tanga, a W. Orłowski z Małej prozy.  Ciekawe fragmenty wybrała M. Pakulnis i W. Orłowski. Ten ostatni bardzo się do tego przygotował. Ale w tym świecie rządzą celebryci, więc najwięcej kamer było gdy czytał Ryszard Kalisz i  jak skończył, zrobiło się trochę pustawo.  

W planach był jeszcze Jazz na Starówce i pokaz fontann na Podzamczu. Na Jazz się spóźniłyśmy, a nad Wisłą były Wianki. Zamienioną w bulwar Wisłostradą przelewał się koszmarny tłum. Przecisnęłyśmy się do fontann, powąchałyśmy chlor i uciekłyśmy.  

A tymczasem na odcinku:

przestrzegania praw konsumenckich:

Zamówiłam Antyptaka z opcją pocztowej przesyłki. Tymczasem dosłałam mail od firmy kurierskiej kończący się zdaniem: Proszę oczekiwać kuriera w domu. Ledwo zdążyłam wysłać mail do firmy, że nie na to się umawialiśmy, zobaczyłam w komórce nieodebrane połączenie. Oddzwoniłam: zadowolony z siebie kurier poinformował mnie, ze paczkę zostawił u sąsiadów. Paczki jeszcze nie rozpakowałam, nie chcę się denerwować. Równie dobrze mogą w niej być trociny. Nie wiem czy coś może bardziej zniechęcić do zakupów przez internet, niż standardy pracy firm kurierskich.

 

polityki prorodzinnej:

Dzieci do lat 4 jeżdżą koleją za darmo. Ale ponieważ gdzieś w internecie przeczytałam o wypisywanym dla nich zerowym bilecie, a takiej opcji nie widziałam w internetowej sprzedaży, poszłam do kasy. Tak okazało się, że dzieci do lat 4 jeżdżą za darmo, ale w drugiej klasie. W pierwszej płacą. 

 

aktualności politycznych:

Latem pod Radymnem stanie atrapa kresowej wioski. 20 lipca o godz. 20 zjawią się w niej przebrani w mundury UPA miłośnicy rekonstrukcji historycznych. I odtworzą rzeź wołyńską

Zgadzam się z tymi, którzy wieszczą, że za chwilę czeka nas rekonstrukcja w obozie zagłady. A  gdyby tak zaprosić jeszcze do udziału chłopców z NOP-u i pomyśleć o "pogłębionej" rekonstrukcji rampy? A może i pieca?

niedziela, 16 czerwca 2013

O dzielna ja! Bez pana od ogrodu wytrzymałam całe dwa tygodnie! I starczy.

Bo chociaż pan od ogrodu oznacza perz, mech i chwasty, to wolę to, niż samodzielne latanie na grabiach. Tym razem pomogła mi Gabrysia, dając mi namiar na swoją "złotą rączkę". Swoje urzędowanie, p. Staś zaczął od zreperowana kontaktu w komórce i włącznika kosiarki. Dzięki temu, że nawiązaliśmy współpracę, nie muszę wołać Bojara z Otwocka, by rozwiązać problem gołębi.

Bo chwilowo zostałam wyeksmitowana z tarasu. Mam zamiar odzyskać go jeszcze w tym sezonie, dzięki zamówionemu tutaj urządzeniu Antyptak3. Zwłaszcza, że albo małe już są na świecie, więc 30 dni, bo tyle małe siedzą po wykluciu w gnieździe, już biegnie, albo sroka zdążyła już zrobić w gnieździe kipisz, bo po tarasie wala się trochę pisklęcich piór. 

 

Uwiera mnie brak sukcesów w drutowaniu.

Wróciłam do Bluzi. Kończę już nowy karczek (w lewym rogu stary, myślę że dobrze zrobiłam, że sprułam, taki "rozdrobniony" wzór jest lepszy). Mam taki pomysł na jej wykończenie, że jak mi to wyjdzie to zmienię nazwę projektu z Bluzi na Galjano (tak, tak od Gailliano).  


A potem po kolei zrobię wszystkie trzy kamizelki:

Pierwszą, Endless Knitted Cardi Shawl, już kiedyś zrobiłam, ale wełna była nie "ta". Teraz też myślę o łaciatej, tylko mniej kontrastowej (Noro?). Drugą, Shell Tank niedawno zaczęłam, ale też nie z tej wełny co powinnam. Zrobiony z cienkiej bawełny warkoczowy klin nie sięgał mi nawet do pępka (a na długość duża nie urosłam). Ostatnią, Asymmetrial Draped Top, chciałabym - podobnie jak pierwszą - zrobić z łaciatej wełny, boję się że z gładkiej wełny dżersej nie wyjdzie dobrze, nie jestem maszyną dziewiarską. I przydała by się jakaś miękka. 

I cały czas mam z tyłu głowy te trzy swetry.

Tu przychylam się do pomysłu, że ten warkocz jest chyba naszyty:

 

Wprawdzie wzorując się na tym swetrze zrobiłam szary, ale  z reglanowym rękawem, więc to nie było do końca to.


No i jeszcze ten.


Do tego ostatniego przydało by się trochę "schuść". Nawet ostatnio mi się to udało, poszłam szczęśliwa do sklepu, kupiłam sobie kilka ciuchów. Ale już zdążyłam utyć i tylko powiększyła się w szafie półka rzeczy, czekających na to, jak się trochę "zmniejszę". 

A  jeszcze ten. Z tym, że chodzi głównie nie o ten kardigan, co o wykorzystanie na swetrze, skarpetkowego motywu. 

Sama widzę, że jak na osobę, której uwiera brak sukcesów w drutowaniu plany mam impomujące.

A na druty mi sie zebrało, bo były kolejne Szarotki. Tym razem w knajpce niedaleko Placu na Rozdrożu. Miejsce takie sobie, więcej tam pewnie nie pójdziemy.



Tradycyjnie Ewa przyniosła swoje plecionki. Podobno te gięte talerze to wyższa szkola jazdy.



Jeżeli o mnie chodzi, to dużo bardziej dech zapiera precyzja denek - są coraz mniejse i bardziej wysublimowane.



sobota, 15 czerwca 2013
Przeczytane

Przeczytane na islamską nutę

W kraju niewidzialnych kobiet


Autorką książki jest urodzona w Anglii pakistańska lekarka, która po tym jak nie przedłużono jej kontraktu w USA, podpisuje dwuletni kontrakt ze szpitalem w Rijadzie.

Swoją opowieść o tych dwóch latach rozpoczyna od takiej historii: na OIOM- ie trwa akcja reanimacyjna. Za szybą przygląda się temu syn pacjentki, którego co jakiś czas coś mocno wzburza, co okazuje mocno wymachując rękami. Wyraża w ten sposób swoje niezadowolenie z pracy jednej z pielęgniarek, odpowiedzialnej jedynie za to, by pacjentka przez cały czas była zakryta, tak by lekarz uczestniczący w akcji reanimacyjnej nie zobaczył jej twarzy ....

Arabia Saudyjska widziana okiem wychowanej na Zachodzie muzułmanki. Jej obserwacje są cenne i bajecznie ciekawe. Pełna egzotyka (z tym że trzeba wziąć poprawkę na to, że autorka żyła życiem ekspata i kontaktowała się z "oświeconą", utrzymującą kontakty z Europą i USA, częścią tamtego społeczeństwa). Trochę gorzej z jej interpretacjami, zazwyczaj są mało przekonywujące, czasami nawet i drażniące (np.: rodzina królewska jest "cacy", to policja obyczajowa jest "be" itp). No i te - pewnie dopisane po 10 września - fragmenty, w których autorka konfrontując się z saudyjskim fundamentalizmem, usiłuje przekonać zarówno siebie jak i czytelników, że Islam tak, wypaczenia nie ....

Ale warto, chociażby dla szczegółowego opisu tego, jak wygląda pielgrzymka do Mekki.


Kolejna książka, nie tyle egzotyczna, co przeraźliwie dołująca.

Afganistan pod rządami talibów, wesoło to tam nie jest. Jedyne co łączy oprawców i ofiary to to, że zarówno jedni, jak i drudzy są nieszczęśliwi. Z tym, że na pewno lepiej być tam nieszczęśliwym mężczyzną, niż kobietą. Przykład pierwszy z brzegu: Jeden z bohaterów nie chce przebywać w domu, bo tam powoli umiera (prawdopodobnie na raka) jego żona. Kiedyś uratowała mu życie, więc choć jej nie kocha, czuje się z nią związany i nie potrafi - tak jak mu radzi znajomy - wyrzucić ją z domu. Tymczasem, według tego znajomego: 

Pielęgnowała cię z woli Bożej. Poddała się jedynie Jego woli. Ty zrobiłeś sto razy więcej dla niej; ty ją poślubiłeś. (…) Czyż można okazać więcej wspaniałomyślności kobiecie, niż dając jej dach nad głową, opiekę, honor i nazwisko? Nic jej nie jesteś winien. To ona winna kłaniać się przed Tobą i całować jeden po drugim palce twoich stóp za każdym razem, kiedy zdejmujesz buty. Ona sama nic nie znaczy poza tym, co ty sam sobą reprezentujesz. Zresztą żaden mężczyzna nie jest niczego winien kobiecie.

Przerażający zapis sposobu myślenia osób, którym wojna odebrała resztki człowieczeństwa. Na tyle przemawia do wyobraźni, że nie uwierają niedociągnięcia. 

 

Po Jaskółkach z Kabulu, książka o tym jak policja poltyczna łamie kręgoslupy młodych ludzi, już nie jest taka straszna

Egipt Nasera. W jednej z kairskich kawiarni przesiadywała grupka studentów. Po tym, jak zainteresowała się nimi policja polityczna, bezpowrotnie utracili swoją młodość - nawet ci którym udało się przeżyć, wyszli z tego potrzaskanymi kręgosłupami. 

Nadżib Mahfuz to dla mnie mistrz nastroju. Jego opowieści mają niepowtarzalny klimat, tak jest i tym razem.  Może nie jest to tak urokliwe jak Rozmowy nad Nilem, ale też miłe. 

niedziela, 09 czerwca 2013
Projekt radio

Był pan od anteny, ale oczywiście akurat wtedy było sucho i był świetny odbiór.  Jedyne co mógł zrobić, to poprawić ustawienie anteny. Chyba coś to dało, bo jak na razie deszcz pada a telewizor odbiera. 

I tak na razie mam odjazd w kierunku radia. Doszłam do wniosku, że Trójka to nie wszystko. inne stacje nadają, też mnóstwo świetnych audycji. Jestem na etapie zgłębiania ramówki. Zrobiłam ją na cały tydzień, ale tutaj zamieszczam rozkład na weekend. Jak ktoś ma jakieś sugestie, to poproszę.


Spojrzałam krytycznie na moje "kindlowanie". Gdzie się nie rozejrzeć, wszyscy mają w rękach czytniki. Jak tak dalej pójdzie, za chwilę padną biblioteki i księgarnie. Poczułam się winna i pobiegłam do biblioteki:


Dalej nie umiem ogarnąć się z czasem. Przez te deszcze, wszystko w ogrodzie rośnie jak szalone. Bez sukcesu próbuję to ogarnąć, najchętniej bym to komuś zleciła, ale panowie od ogrodu cenią się bardziej niż dentyści. Tyle że o ile spotkałam sumiennych dentystów, to pana od ogrodu takiego nie spotkałam, co jeden to lepszy. Ale też są i dobre strony tej pogody: wszystko co zasadziłam się przyjęło. A jaśmin to już nawet i zakwitł. 

Z tarasem lekki kłopocik. Na belce u samej góry uwiły sobie gniazdo gołębie. Muszę wstrzymać się z impregnowaniem, położyć folię i czekać aż się wyniosą. Mogę się tylko pocieszać, że bociany jeszcze więcej brudzą ...

Gołębica wysiaduje jaja, komarzyca gryzie. Nie jest lekko być feministką. 

A takie coś Jack przesłał mi mailem. Uważam że jest to kolejny kamień  milowy w naszej sztuce funeralnej: 

czwartek, 06 czerwca 2013
Przeczytane

Mr Pebble i Gruda Mariusz Ziomecki

Gdy zaczęłam czytać tę książkę, po pierwszych 30 stronach byłam przekonana, że zaczęłam przygodę z magiczną książką. Urzekł mnie budzący ciekawość sposób snucia opowieści. Niestety, zanim skończyłam, zmieniłam zdanie.

Bohaterem książki jest  poeta Jan Kamyk, który w pierwszej połowie lat 80-tych razem z kilkuletnim synem wyjechał do USA, gdzie na jednym z uniwersytetów umościł sobie spokojne i dostatnie gniazdko. Przed wyjazdem zerwał kontakty z rodziną i przyjaciółmi. Spotykamy się z nim na początku lat 90-tych, gdy nie z jego inicjatywy i początkowo trochę  na siłę, te kontakty ponownie zostają nawiązane. 

Powoli poznajemy kolejne osoby z jego rodziny, kręgu najbliższych przyjaciół i dowiadujemy się co wcześniej działo się w ich życiu. Ich losy składają się na panoramę powojennej Polski (część opowieści dzieje się na warszawskim Muranowie, odnośnie tej części mogę potwierdzić, że zgadza się i w detalach).

Niestety autor przedobrzył. Nie dość, że w czasie wojny i w latach powojennych bohaterowie jego książki doświadczyli wszystkiego, co oferowała historia tamtych lat, to na dodatek ich losy niosą często z sobą smrodek dydaktycznej poprawności. Ale tu może się czepiam. Za to lekkość z jaką w „wolnej Polsce” stają się bohaterami Dynastii i rozmach z  jakim „korzystają” z państwowych zasobów, poraża. Przy czym niewykluczone, że ta część książki ma swoje drugie dno i nawiązuje do konkretnych wydarzeń - występujący w tej partii książki bardzo przypominają konkretne, znane z z pierwszych stron gazet osoby.

Moim zdaniem ten epicki rozmach jest zupełnie niepotrzebny i gdyby z tych 950 stron wyciąć, m.in: zniewalającą prawniczkę, rozczulające i śpiewające anielskim głosem upośledzone dziecko, rzutkiego biznesmena na inwalidzkim wózku, arabskich terrorystów, jednostkę GROM, byłoby dużo lepiej.

A już dobił mnie epilog, w którym autor pozawiązywał ich losy na różowe kokardki, tworząc zakończenie które nawet w Hollywood zostałoby wykreślone ze scenariusza filmu science-fiction, jako zbyt nieprawdopodobne.

Słowem jestem zła. Bo książka wciąga, ma fantastyczne momenty i jest naprawdę dobrze napisana. Ale niestety, co za dużo to nie zdrowo.

 

Serge Gainsbourg Sylvie Simmons

Nawet nie najlepsza biografia jest warta przeczytania, w każdej można znaleźć smaczki, ciekawe anegdoty i inne, charakterystyczne dla tego typu książek, czytelnicze przyjemnostki.

A ta biografia nie tyle jest zła, ile zbyt duża jej część jest nieczytelna dla takiego laika jak ja. Czytając o kolejnych jego  piosenkach, czy płytach mogłam co najwyżej wierzyć na słowo, że wielkim artystą był. You Tube  w tym przypadku nic nie pomoże - tu nie chodzi o muzykę, czy sposób śpiewania, ale o słowa. A one są dla mnie niezrozumiałe.

Odkładając na bok dział: „Serge G jako wielki artysta”, i bez tego był tak ciekawą i niekonwencjonalną postacią, że jako ksiażkowy bohater  broni się swoją biografią. Czyta się o tym z dużym zainteresowaniem,  tyle, że nie jest to zasługa autorki, a barwnych kolei jego losu.

Pouczajace jest, jak pozory mylą. On, który przeszedł do historii jako autor  Je t'aime mon non plus, był człowiekiem chorobliwie wstydliwym: żadna z jego licznych kochanek nie widziała go nago. Na zewnątrz niedbały ubiór, trzydniowy zarost, artystyczna dusza. W domu przeraźliwie chorobliwy pedant. 

Zlicznych, przytoczonych w tej ksiażce anegdot za najlepszą uznałam opowieść o  trzynastu godzinach, jakie  spędził w kolumbijskim areszcie:

W lichej knajpie skleconej z bambusa zapalił jednego ze swoich gitane’ów, których wypalał sześćdziesiąt dziennie, rzucił za siebie zapałkę i wywołał pożar. Najtrudniejsza częścią  tego doświadczenia, mawiał zawsze, było to, że musiał spędzić cały ten czas za kratkami bez papierosa – przed policjantami, którzy go aresztowali, bronił się, twierdząc, że nie pali.

 

Cadyk i dziewczyna  Anna Bolecka

 

 

Nie mam nic dobrego do powiedzenia o tej książce. O Holocauście językiem Mniszkówny.

Jakie na koniec było moje zdumienie, gdy okazało sie, że książka opowiadająca o  losach warszawskich i otwockich Żydów w czasie wojny nie jest czystą fikcją, Może dlatego tak źle na nią zareagowałam? Nie lubie fabularyzowanych książek historycznych. Nie wiedziałam, a wyczułam pismo nosem.

poniedziałek, 03 czerwca 2013
zdjęcia z Gruzji

Zdjęcia z Gruzji są tu

Do Gruzji biegiem lot!

Dziś wróciłam z rodzinnego wyjazdu do Gruzji.

Teraz każdemu będę polecać polowanie na promocyjne ceny biletów Wizzair-u do Kutaisi. I to im szybciej tym lepiej. Bo wprawdzie Gruzja nie przestanie być piękna, ale już za chwilę zostanie przemielona przez przemysł turystyczny, dziś - przynajmniej w interiorze - jeszcze niewidoczny.

Po kraju porusza się kursującymi między miastami busikami, tzw. "marsztrutkami" (czasami trzeba skorzystać z taksówki więc lepiej jechać w cztery osoby by się te koszty "rozkładały"). Jest ich całe mnóstwo. W dodatku kierowcy są ze sobą w kontakcie i gdy jest taka potrzeba, uzgadniają przez telefon przesiadki "przekazując" sobie pasażerów. Z noclegami też nie ma problemu.W informacji turystycznej, czy hostelu mają bazę prywatnych kwater, a o to jak tam trafić nie trzeba się martwić, bo w cenę noclegu wliczone jest przyjechanie przez właściciela samochodem. Warto jednak zawsze zacząć od  hotelu, bo jest w tej samej cenie (tyle że w nim nie zawsze są miejsca i nie można się targować).

Trzeba tylko pamiętać, by zabrać ze sobą przewodnik, nawet w zabytkach klasy zero nie ma "pomocy turystycznych".

Byłam w Kutaisi - Gori i Borżomi. Zdjęć nie robiłam, bo robił je mój synek. Kiedy będą nie wiem, ale za to będą, jak to u niego, bardzo dobre.  

A że z Gumisiem nie ma przebacz, ledwo ochłonęłam po locie, już siedziałam w teatrze. I tak dzięki temu że artystka (M. Cielecka) się połamała nie tylko drugą część (2,5 godziny) - pierwszą obejrzę we wrześniu, gdy artystce gips zdejmą.


Z Warlikowskim jest tak, że trudno jego spektakle oceniać w kategorii: podoba/nie podoba się. Jego sztuki są jakieś i świetnie w nich grają świetni aktorzy.

I tak jest i tym razem. A jest o zagubieniu i poplątaniu, granicach wolności. A że o współczesności, to obowiązkowo o potrzebie bliskości, której towarzyszy nieumiejętność zbudowania i bycia w związku. Sporo odniesień do innych utworów, w większości dla mnie nie czytelnych. A na deser wstawka (moim zdaniem trochę przydługą) na temat 10 września - opowiada o tym do muzyki Radiohead dwójka aktorów  w dopracowanych układach choreograficznych.

Z tym, że nie jest to teatr dla wszystkich - mojej mamy bym na to nie zaprowadziła, bo chociaż tym razem nikt nie zdejmuje majtek,  momentami jest lekko obsceniczne.

 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli