niedziela, 29 czerwca 2014

Przeżyłam ślub Gumisia.

I pewnie przeżyłabym i wiele więcej, gdyby nie to, że w tym tygodniu na zmianę miałam raz 37, raz 39 stopni. Trochę mnie to rozwaliło, zwłaszcza że do tej pory byłam przekonana, że umiera się powyżej 37,8 stopni (większej temperatury w życiu dorosłym nie miałam).

W każdym razie, zamiast pomagać Gumisiowi w przygotowaniach do ślubu, jedyne co byłam w stanie zrobić, to  rozwiązać Jolkę w Gazecie Wyborczej


Ślub odbył się w bardzo ładnym pałacyku rady miejskiej w Otwocku. Pozornie przyjaznym - muzykę można było mieć własną:

Ale już nie wyznanie, krucyfiks w sali ślubów był dwa razy większy niż godło - jak się potem mogłam przekonać, coraz mniej osób zwraca jeszcze na to uwagę, wiele z odpytywanych potem osób nawet tego nie zauważyło. Szkoda, że nie zrobiłam zdjęcia.

Ale generalnie było miło. wprawdzie do tej miłej uroczystości nie za bardzo pasowała urzędnicza nowomowa - najwyraźniej pani przygotowywała się do ogólnopolskich mistrzostw urzędniczej nowomowy w dyscyplinie okazjonalna mowa uroczysta, ale my za to mieliśmy - jak pokazują zdjęcia - głupkowate miny:



 "Prawdziwe" zdjęcia ślubne dopiero będą, robił je mój synek - te które zamieszczam zrobione są przy okazji. 

I chyba najbardziej poważne było wieczne pióro, którym podpisywaliśmy akt ślubu (ciekawe kiedy zastąpi je tablet). 


Polecone tuby z motylkami (kupuje się to na Allegro) są naprawdę fajnym gadżetem:

Przyjęcie było w ogrodzie i pewnie by trwało dużo dłużej, ale spadł deszcz i wypłoszył część gości:


Ale było za dużo do zjedzenia i wypicia by wszyscy wyszli i tradycji stało się zadość: wprawdzie nikt się sztachetami nie pobił, ale krew się polała:


 Więc impreza ma swoją historię

niedziela, 22 czerwca 2014

W tym tygodniu miałam bliskie spotkanie z państwową służbą zdrowia i mam jak najlepsze doświadczenia. Wysypało mi się coś dziwnego na nogach i w pracy namówili mnie bym poszła do przychodni przyszpitalnej na Koszykowej. Tam z marszu wysłano mnie do gabinetu lekarskiego, gdzie stwierdzono, że nie jest to nic zakaźnego i poproszono bym przyszła następnego dnia 15 minut przed rozpoczęciam przyjmowania pacjentów w przychodni. Słowa dotrzymano, Nastepnego dnia w ciągu 30 minut byłam juz po wszystkim, łącznie ze zrobieniem kompletu badań. Czekanie na wyniki mam osłodzone maścią, która z prędkościa wodospadu usuwa dokuczliwe objawy, takie jak ból, czy swędzenie.

Wolałabym, by sie nie okazało, że złapałam to na basenie. Bo jeżeli tak, to jestem skazana na ćwiczenia na sali.

Gumiś miał w tym tygodniu wieczór panieński. Między innymi upleciony został wianek:

Wyprałam Pianino i dorobiłam z listwę z lewej strony. Zakryłam nią sterczące znitki i nadal szukam jakiegoś uniwersalnego sposobu łączenia wełen, te polecane albo mi nie wychodzą, albo wcale nie sa takie fajne ("fajność" mierzę niewidocznością łączenia).


Zaczęłam kamizelkę. Przerobiłam trochę wzór, by pasował do wyliczonej liczby oczek

Nie jestem pewna, czy ten melanż, nie jest zbyt mało kontrastowy:

u

Spacerując po Raverly, dodałam do swojej kolejki trzy darmowe wzory:

A czas leci. Mężczyzna mojego życia kończy jutro trzy lata

piątek, 20 czerwca 2014
Przeczytane

dobra książka

Sońka Ignacy Karpowicz 

Ignacy Karpowicz w wersji nie postmodernistycznej. Ale to nic, że jego najnowsza książka jest "inna", bo z poprzednimi jego książkami ma jedną cechę wspólną - jest też dobra.

Wschodnie rubieże Polski. W popsutym aucie, gdzieś gdzie wrony mówią dobranoc, utyka Igor Grycowski, wzięty warszawski reżyser teatralny. Zmuszony czekać na przyjazd pomocy drogowej, korzysta z zaproszenia samotnej, starej kobiety, tytułowej Sońki.

Gdy Igor prze­kra­czał próg kuch­ni, So­nia zer­k­nę­ła na nie­spo­dzie­wa­ne­go go­ścia i zro­zu­mia­ła w błę­kit­nym, ja­skra­wym jak czer­wień gila olśnie­niu, że tego go­ścia wy­pa­try­wa­ła od wie­lu lat, od bar­dzo daw­na, od koń­ca woj­ny, któ­ry oka­zał się koń­cem jej ży­cia. Woj­na ją znisz­czy­ła, lecz jej nie zła­ma­ła. Zro­zu­mia­ła, że pa­trzy nie na kró­le­wi­cza, tyl­ko na anio­ła śmier­ci; że bę­dzie mo­gła opo­wie­dzieć swo­ją hi­sto­rię, wy­sta­wić swo­je uczyn­ki na zwa­że­nie. Zro­zu­mia­ła, że z ostat­nim sło­wem zga­śnie w niej sła­be, peł­ga­ją­ce świa­teł­ko – i roz­ma­wia­li dłu­go w noc, a po­tem nie żyli dłu­go, dłu­go i na­resz­cie szczę­śli­wie; poza pa­mię­cią. So­nia zro­zu­mia­ła, że dla­te­go tak bar­dzo się ucie­szy­ła; dla­te­go że zstą­pił w jej pro­gi anioł naj­praw­dziw­szy, a nie wy­że­bra­ny w cer­kwi, sam źró­dło­słów anio­ła, po­sła­niec, ma­lak, wieść koń­czą­ca.  

W książce, w oparciu o tę opowieść, reżyser wystawia sztukę i odnosi kolejny sukces. Ignacy Karpowicz pewnie też odniesie z tą książką kolejny sukces, jest tego warta. 

 

dobra książka

Made in Poland Emil Marat, Michał Wójcik

Wywiad zze Stanisławem Likiernikiem, rocznik 1923, żołnierzem KEDYWu, pierwowzorem Kolumba z książki Bratnego. O tym, dlaczego zgodził się na ten wywiad powiedział w posłowiu tak:

Gdy Michał i Emil zaproponowali mi „wywiad rzekę”, początkowo miałem zamiar odmówić. Dosyć już się naopowiadałem o wojnie, napisałem książkę (Diabelne szczęście czy palec boży). Wystarczy. Później jednak dotarła do mnie książka Obłęd ’44Piotra Zychowicza. Poruszyła mnie. Podobnie, wcześniej, nie najlepsze wrażenie (mówiąc delikatnie) zrobiła na mnie książka pani Hanny Rybickiej (córki Józefa Rybickiego) oparta na archiwach Kedywu, wydana przez PAN. Te lektury sprawiły, że jako żyjący świadek wydarzeń poczułem się w obowiązku poddać się „interrogacji” Marata i Wójcika, między innymi w nadziei sprostowania pomyłek i złych interpretacji, dokonanych przez autorów wspomnianych prac.

Z założenia omijam książki o powstaniu. Tej pewnie też bym nie wzięła do ręki, gdyby nie ta recenzja Marcina Mellera. Polecam recenzję, a potem książkę. Warto przeczytać, tym bardziej że zbliża się kolejna, "okrągła" rocznica.

 

przekartkowana

Chwalipięta, czyli rozmowy z moim tatą Anna Sztaudynger-Kaliszewiczowa

Książki biograficzne to nie wiersze,  pisze się je piórem, nie tęsknotą. 

Chwalipięta to wspomnienia córki o ukochanym ojcu, złożone z chaotycznie poukładanych anegdot i rodzinnych historii. W dodatku zachowała dla siebie wiedzę, dlaczego to, że jakaś tam ciotka, czy wujek tak się zachowali, warte jest opowiedzenia. Może, gdybyśmy ich znali, też byśmy się uśmiechnęli. Ale ich nie znamy, nic o nich nie wiemy i przytaczane o nich opowieści są przeraźliwie nudne.

Tak samo przeraźliwie nudna jest cała ta książka.

niedziela, 15 czerwca 2014

Właśnie rozkręca się kolejna wielka afera taśmowa. Nie rozumiem dlaczego oburza to, że minister spraw wewnętrznych powiedział, że to państwo nie istnieje - to wie każdy kto dojeżdża to pracy Mazowieckimi Przewozami Regionalnymi. Ale cokolwiek się stanie świstak dalej będzie zawijał cukierek w sreberko ... Przewozy Regionalne, lotnisko w Modlinie ... 

Skończyłam Pianino

I nie wiem czy mi się podoba ...

Popełnione błędy:

  • sweter jest za długi i za wąski (spróbuje coś "poprawić" przy blokowaniu, ale tego co powinno być, już nie osiągnę),
  • czarna wełna jest z recyclingu i to niestety widać, chyba sobie daruję wykorzystywanie wełny ze sprutych starych swetrów,
  • lewa strona poły z wrabianą klawiaturą wygląda źle, próbowałam ją zasłonić dorabianymi paseczkami, ale to też źle wygląda. Nie wiem co zrobić, podszycie materiałem, nawet śmiesznym, niepotrzebnie ten sweter "usztywni. 

 

W tym czasie gdy ja drutowo się regreszę, Ela osiągnęła mistrzostwo. Na Szarotkach zaprezentowała takie cudo:


 

Zdjęcie jest bardzo takie sobie więc cała urodę tego swetra (i innych robótek Eli) widać na stronie, gdzie je wystawia na sprzedaż.

Aby bilans wyszedł na zero, coś tam zawsze się udaje, w tym tygodniu wyszła mi zielona zupa szparagowa

- ryż (woreczek, abo tyle ile w woreczku),

- pęczek zielonych szparagów,

- białą część pora

+ masło i kostki rosołowe.

Odciąć czubki szparagów.

Pokroić szparagi bez czubków, pora i podsmażyć je na maśle razem z ryżem.

Zalać rosołem i gotować 20 minut, a następnie zmiksować.

W przepisie jest powiedziane, by do zmiksowanej zupy dodać czubki szparagów i gotować jeszcze 10 minut. Ja ugotowałam czubki osobno, by nie sterczeć koło gotującej się zmiksowanej paki pilnując by się nie przypaliła.

Naprawdę pyszne!

piątek, 13 czerwca 2014
Przeczytane

Intryga małżeńska Jeffrey Eugenides

Dobra współczesna amerykańska powieść. 

Początek lat 80-tych ubiegłego wieku. Rok z życia trójki absolwentów dobrej amerykańskiej uczelni. Madelaine, studiowała literaturoznawstwo, zafascynowana XIX powieścią wiktoriańska, pod koniec - trochę i pod wpływem grupy - zainteresowała się semiotyką, co dla autora stanowi pretekst do wynurzeń na temat współczesnej literatury, szans przetrwania dla klasycznej powieści itp. Madelaine na studiach zakochała się w Leonardzie, bardzo przystojnym i bardzo mądrym studencie biologii. To że Leonard był biedny, jej nie przeszkadzało, bo sama pochodziła z bogatej rodziny. Ale to nie była to jedyna wada Leonarda. Jest i ten "trzeci", Michael, beznadziejnie zakochany w Madelaine absolwent teologii, który by zapomnieć rusza w wędrówkę po świecie. Słowem klasyczna intryga miłosna z małżeństwem w tle. 

Dla mnie jest to świetnie napisana książka o inercji, jaka często towarzyszy wchodzeniu w dorosłe życie. o tym jak wiele najważniejszych decyzji życiowych podejmuje się w tym wieku niejako przez przypadek, pod wpływem nastroju chwili. Opowieść o Madelaine, jej gotowości do zaklinania rzeczywistości, wiary że miłość przenosi góry i jest tak ciekawie napisana, że chociażby z tego powodu warto sięgnąć po tę książkę.

niedziela, 08 czerwca 2014

Dawno nie byłam w kinie. Patrzę na repertuar i nic mnie nie woła.  

Casanovę po przejściach mogłam odpuścić, bo Woody Allen tu tylko gra, reżyserem jest John Turturro. Woody Allen - bankrutujący antykwariusz wpada na pomysł by utrzymać się na powierzchni jako sutener i proponuje znajomemu floryście, pracującego w kwiaciarni tylko dwa dni w tygodniu, by dla niego pracował. W filmie, obok tych dwóch, średnio śmiesznych panów, występuje jeszcze kilka samotnych kobiet. Bez allenowskich tekstów, więc się nie liczy.

Z ogrodem, na swój sposób sytuacja jest opanowana. Nawet myślę o zakupie wertykulatora.


Kupiłam winogrona, podsypałam nawozem do winogron i oczekuję sukcesu. Nowe krzaczki są tej samej wielkości, co krzaczek kupiony rok temu, w dodatku ten ostatni coś "gryzie".  


 

Już chciałabym zacząć żakardową kamizelkę:

o

Ale, tak jak sobie obiecałam, nie zacznę zanim nie skończę Pianina.


 

Chciałąbym się pochwalić skończonym swetrem na zapowiedzianych na przyszłą niedzielę Szarotkach. Przy okazji postanowiłam przestać się męczyć z obcym nam kulturowo magic loopem i wrócić do swojskich pięciu drutów. Po pierwsze, przekładanie żyłki jest czasochłonne. Po drugie, jaka by nie była żyłka, nawet markowa, przy mniejszych obwodach szybko się skręca.  

W tym miesiącu jest ślub, wesele i mam na nim jakoś wyglądać, bo będę świadkiem, a nie mam sie w co ubrać. Spodobała mi się "stylizacja" Karoliny Piotrowskiej - poszłam do Wagabonda po buty, przymierzyłam (w 38  nawet i wkładki weszły), zrobiłam krok i na przodzie pojawiło się "pęknięcie". Oczami wyobraźni zobaczyłam jak po jednym dniu wejdzie w to pękniecie brud i odłożyłam na półkę. Nie jestem panną młodą, by na jeden dzień wydawać na buty 380 złotych.


Inspiracji w zamieszczonym w ostatnich Wysokich obcasach artykule modzie 50+, nie mam co szukać. Poza jednym blogiem o modzie, wszystkie inne nie wyszły poza bawarski wdzięk Burdy. 

To że większość ograniczeń mamy w głowie dowodzi to zdjęcie (to i następne znalazłam na fejsie):


A więc do dzieła!


sobota, 07 czerwca 2014
Przeczytane

Zajeździmy kobyłę historii Karol Modzelewski

Bardzo ciekawa opowieść Karola Modzelewskiego, trochę o swoim dzieciństwie, trochę o młodości, potem już tylko o działalności politycznej (pudelkowatych akcentów w tej biografii nie ma).

Książka świetnie napisana, ale adresowana do tych, których interesuje historia PRL-u. Mnie autor imponuje biografią i choć z wieloma jego poglądami się nie zgadzam, to w żadnym stopniu nie przeszkadzało mi to w czytaniu.  

Na koniec mój ulubiony cytat z tej książki - jesień 1980 roku, tak zawany krysys rejestracyjny (bój był o to, by Solidarność została zarejestrowana jako ogólnopolski związek)

Rozmowy były ściśle poufne z tej delikatnej przyczyny, że politycy wspólnie ze związkowcami mieli wynegocjować treść wyroku, który za dwa dni miał wydać Sąd Najwyższy.


Tata mimo woli Kazik Staszewski, Jarosław Duś

Książka bardzo ładnie wydana, opowiada o ciekawym człowieku, szkoda tylko, że nie jest najlepiej napisana.

Stanisław Staszewski, ojciec Kazika, był bardzo malowniczą postacią. Często mówi się o Tyrmandzie, że był kolorowym ptakiem na tle szarzyzny powojennej Polski i wszystko to dlatego, że nosił kolorowe skarpetki. Stanisław Staszewski o wygląd nie dbał, dość szybko przeistoczył się w brzusiowatego nadwiślańskiego misia, ale miał wyjątkową kolorową duszę. Prowadził hulaszcze życie barda i ani nie chciał, ani nie umiał wpasować siebie w ramy małej stabilizacji. Jeden z jego znajomych tak wspomina czasy, gdy Staszewski był naczelnym architektem w Płocku i w 1963 roku, zabrał ich na wycieczkę statkiem parowym po Wiśle;

„Z dość skąpych, acz malowniczych opowiadań Stasia o jego życiu i pracy w Płocku wyłaniał się taki oto obraz: podobnie jak w małych miasteczkach za dawnych dobrych czasów elita miejscowa krystalizowała się wokół znanego niezniszczalnego kwartetu „ksiądz-aptekarz-sędzia-lekarz”, tak w nowej, socjalistycznej rzeczywistości jądro towarzyskie tworzyli prezydent miasta, naczelny architekt, pierwszy sekretarz organizacji partyjnej, naczelny inżynier Petrobudowy i tym podobni. Panowie ci odznaczali się zdrowiem i apetytem na wszystko, a Staś stał się w sposób naturalny wodzirejem zabaw i uciech, gdyż miał po temu niezrównany talent." Po Wiśle - opowiadał Staś - kursowały wówczas dwa stateczki żeglugi śródlądowej, „Feliks Dzierżyński” i „Ludwik Waryński”. Pływały głównie między Warszawą a Płockiem, choć czasami udawało się im dotrzeć aż do Gdańska (...). Dla ludzi na stanowisku, zwłaszcza od pewnego szczebla partyjnego wzwyż, powiedzenie „chcieć - to móc” nie było bynajmniej pustym sloganem. Tak więc udawało się im bez trudu rekwirować jeden ze statków (pewnie oficjalnie kierowano go do suchego doku na przegląd) na kilka dni w okresie świąt państwowych lub podczas przedłużonych weekendów, Staś sprowadzał niewielką kapelę, prezydent miasta Płocka dostarczał z podległych mu magazynów skrzynkę wódki i różnych innych napojów, a jeszcze ktoś sprowadzał okoliczne dziewczyny, młode, ładne i żądne zabaw - życie na ówczesnej prowincji polskiej usposabiało do przyjęcia każdej propozycji kryjącej w sobie choć niewielką obietnicę wyrwania się na szersze wody, w świat w którym piękne kobiety latają odrzutowcami, piją bajeczne koktajle i noszą zabójczo eleganckie stroje i klejnoty. Na pokładzie stateczku bawiono się znakomicie, od rana do wieczora i od wieczora do rana. Staś uszył u jakiegoś krawca biały mundur ze złotymi naszywkami, miał też skądś białą czapkę ze złotym otokiem i paradował po pokładzie w roli admirała. Gdy stateczki się znudziły, urządzaj no biesiadę w ruinach starego zamku. Zamiast strojów marynarki lądowej obowiązywały togi, tuniki i wieńce laurowej Panienki ubrane były w przejrzyste muślinowe szatki, a na głowach nosiły wianki z polnego kwiecia.

Niestety książka jest napisana nie przez jednego z ciepło go wspominających przyjaciół, tylko rozgoryczonego tym jakim był ojcem, syna. Rozumiem, że dla Kazika może stanowić problem to, że jego ojciec nie chciał by przyszedł na świat, może miały na to wpływ lata spędzone w KL Mauthausen-Gusen, jednym z najcięższych hitlerowskich obozów, może i bez tak traumatycznych wojennych nie umiałby się znaleźć w roli ojca, Ale myślę, że z tym problemem Kazik Staszewski powinien udać się do psychoanalityka, nie do Jarosława Dusia (współautora książki).

Zamysłem autorów było przedstawienie jak największej ilości faktów z codziennych potyczek z życiem - Stanisław Staszewski, tak jak i wiele osób, które żyją w chaosie, prowadził bardzo skrupulatne notatki, wszystko zapisywał, podsumowywał. W książce często są one przytaczane, z tego powodu, nazwałam tę książkę "biografią buchalteryjną". Dopiero w pewnym momencie uświadomiłam sobie jak bardzo ta książka ucieka od pewnych tematów, jak bardzo Kazik identyfikuje się z matką. 

Nie wiem czy taki był zamysł autorów tej książki, ale najciekawszą jej warstwą, jest warstwa historyczna - nie przypominam sobie tak dobrze zilustrowanej opowieści o życiu codziennym w PRL-u, i to głównie z tego powodu warto przeczytać tę książkę.  

2/3 książki to wybór listów pisanych przez Staszewskiego po wyjeździe z kraju. Nie przepadam za czytam listów, rzadko kiedy mnie potrafią wciągnąć. Te też bardziej przekartkowałam, niż uważnie przeczytałam, wprawdzie rozważania filozoficzne mnie nudziły, ale niektóre fragmenty o życiu na emigracji bardzo ciekawe i pouczające.

niedziela, 01 czerwca 2014

Dużo się dzieje, ale nieblogowo i cały czas brakuje mi czasu by w domowych pieleszach ładować akumulatory:

W tym tygodniu między innymi spędziłam przemiłe popołudnie z uczniami mojej ostatniej klasy (kiedy 20 lat temu zrobili maturę, odeszłam z zawodu) i mam taką refleksję: mają koło 40-tki, a dla mnie niewiele jeszcze się zmienili - dziewczyny mają tylko zmarszczki mimiczne, chłopcy jeszcze nie wyłysieli. A był czas, kiedy 40-tkę uważałam za bramę do starości ...

Początek tygodnia był jeszcze pod znakiem wizyty Kasi.eire, zamieściła na swoim blogu relacje z wizyty (jest nawet i moje zdjęcie).

Byłam też w tym tygodniu dla towarzystwa w sądzie:

W takich momentach, gdy patrzę jak traktuje się przychodzących do sądu, przypominam sobie przepis z ksiażki kucharskiej Ćwierczakiewiczowej: niech służba goni indyka aż padnie

Na zdjęciu z sądu robię nieszczęsne Abrazo, nie wiem czy i kiedy je skończę. Obiecałam sobie jedynie, że zanim zabiorę się za kolejną robótkę, skończę Pianino (co jak widać na zdjęciu, w tym tygodniu dalej mi się nie udało).

Zrezygnowanie z rozpoczęcia nowej robótki było o tyle łatwe, że jednak do bawełny Salsa nie pasuje Katia - za cienka. Więc i tak musiałam zamówić inną włóczkę i wcale nie jestem pewna, czy dobrze wybrałam.  Kupowanie włóczek w sieci ma swoje wady. Dobrze że przynajmniej bez problemu dotarła do mnie paczka z Anglii z Cascade 220. Wysyłają zwykłą pocztą, więc listonosz przerzucił ją przez płot. 

 Z pamiętnika wk ... konsumentki

Dwa tygodnie temu pisałam na blogu, o tym jak to w paczce, zamiast włóczki, znalazłam badziewne okulary. Zareklamowałam odsyłając to co dostałam do nadawcy, czyli Fastrygi.pl (paczka została ewidentnie "pomylona" na poczcie, poodklejały im się nalepki i przyklejali na "chybił trafił") - a pan z Fastrygi.pl zobowiązał się, że nie czekając na załatwienie reklamacji, natychmiast wyśle mi drugą paczkę.

Minęło 10 dni.

Napisałam do Fastrygi,pl, że mieli wysłać paczkę ... Ku mojemu zdziwieniu dowiedziałam się, że paczka została wysłana priorytetem następnego dnia po naszej rozmowie i od tygodnia czeka na mnie na poczcie w Brwi.

Wyszło na to, że ulubiony przez Pocztę Polską tryb "znikające awizo" został impelemtowany do trybu zawiadamiania odbiorców sms-em i mailem. Ktoś odnotował, że wysłał do mnie sms i mail (dla pani z poczty był to dowód na to, że wywiązali sie ze swoich obowiązków), a że tego nie zrobił ... Morał z tego taki, że jak coś do kogoś wysyłamy, powiedzmy mu o tym. Będzie wiedział, o co ma się upominać.

I tradycyjnie kolejny, cudowny cytacik ze wspomnień Karola Modzelewskeigo (które dalej czytam);

Potrzebowaliśmy nie tylko błądzących, ale i wroga. Za przywódcę wrogiej grupy uznaliśmy Jolę Klippel (…) Ktoś wykradł z jej teczki i zaniósł do zarządu ZMP brulion z rysunkami. Był tam szkic żubra, na którym Jola dwiema równoległymi kreseczkami zaznaczyła genitalia. Uznaliśmy to niemal za wrogą propagandę: zasady moralności socjalistycznej wymagały, by żubr nie miał genitaliów. Na zebraniu, gdzie odprawiano nad nią sąd, Jola pokazała rysunek żubra w naszym podręczniku biologii, który posłużył jej za pierwowzór. W podręczniku też dwie kreseczki sygnalizowały, że to zwierzę jednak ma genitalia. Wybieg ten nie mógł rzecz jasna zmylić naszej czujności: „A dlaczego – pytaliśmy – przerysowałaś akurat żubra? Dlaczego nie pantofelka?”

 

Czytam tego Modzelewskiego na moim nowym Kindle Papewhite i mam takie spostrzeżenia:

  • ekran jest rzeczywiście boski, jeżeli czytnik to tylko z takim ekranem
  • bateria jest kiepska, nie znam nikogo komu starcza na  dłużej niż na 2-3 tygodnie, w moim starym Kindle Touch bateria starczała przynajmniej na 6 tygodni. 
  • odczuwalne jest zmniejszenie pojemności dysku - gdy liczba książek przekroczyła 280, musiałam kilka usunąć, by zrobić "miejsce" na gazety w prenumeracie.  Niby można korzystać z chmury, ale to co nie jest kupione w Amazonie trzymane jest w zakładce: pesonal documents i przy awariach część z przechowywanych w tej części chmury plików potrafi bezpowrotnie zniknąć, przekonałam się o tym na własnej skórze.  

Nie używałam Kindla do audiobooków, więc mi tamtych funkcji nie brakuje. Ale przyzwyczajeni do przesuwania stron bocznym klawiszem mogą narzekać, że w Paperwhite go nie ma, ja miałam Touch więc się nie przyzwyczaiłam. 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli