niedziela, 29 czerwca 2014

Przeżyłam ślub Gumisia.

I pewnie przeżyłabym i wiele więcej, gdyby nie to, że w tym tygodniu na zmianę miałam raz 37, raz 39 stopni. Trochę mnie to rozwaliło, zwłaszcza że do tej pory byłam przekonana, że umiera się powyżej 37,8 stopni (większej temperatury w życiu dorosłym nie miałam).

W każdym razie, zamiast pomagać Gumisiowi w przygotowaniach do ślubu, jedyne co byłam w stanie zrobić, to  rozwiązać Jolkę w Gazecie Wyborczej


Ślub odbył się w bardzo ładnym pałacyku rady miejskiej w Otwocku. Pozornie przyjaznym - muzykę można było mieć własną:

Ale już nie wyznanie, krucyfiks w sali ślubów był dwa razy większy niż godło - jak się potem mogłam przekonać, coraz mniej osób zwraca jeszcze na to uwagę, wiele z odpytywanych potem osób nawet tego nie zauważyło. Szkoda, że nie zrobiłam zdjęcia.

Ale generalnie było miło. wprawdzie do tej miłej uroczystości nie za bardzo pasowała urzędnicza nowomowa - najwyraźniej pani przygotowywała się do ogólnopolskich mistrzostw urzędniczej nowomowy w dyscyplinie okazjonalna mowa uroczysta, ale my za to mieliśmy - jak pokazują zdjęcia - głupkowate miny:



 "Prawdziwe" zdjęcia ślubne dopiero będą, robił je mój synek - te które zamieszczam zrobione są przy okazji. 

I chyba najbardziej poważne było wieczne pióro, którym podpisywaliśmy akt ślubu (ciekawe kiedy zastąpi je tablet). 


Polecone tuby z motylkami (kupuje się to na Allegro) są naprawdę fajnym gadżetem:

Przyjęcie było w ogrodzie i pewnie by trwało dużo dłużej, ale spadł deszcz i wypłoszył część gości:


Ale było za dużo do zjedzenia i wypicia by wszyscy wyszli i tradycji stało się zadość: wprawdzie nikt się sztachetami nie pobił, ale krew się polała:


 Więc impreza ma swoją historię

niedziela, 22 czerwca 2014

W tym tygodniu miałam bliskie spotkanie z państwową służbą zdrowia i mam jak najlepsze doświadczenia. Wysypało mi się coś dziwnego na nogach i w pracy namówili mnie bym poszła do przychodni przyszpitalnej na Koszykowej. Tam z marszu wysłano mnie do gabinetu lekarskiego, gdzie stwierdzono, że nie jest to nic zakaźnego i poproszono bym przyszła następnego dnia 15 minut przed rozpoczęciam przyjmowania pacjentów w przychodni. Słowa dotrzymano, Nastepnego dnia w ciągu 30 minut byłam juz po wszystkim, łącznie ze zrobieniem kompletu badań. Czekanie na wyniki mam osłodzone maścią, która z prędkościa wodospadu usuwa dokuczliwe objawy, takie jak ból, czy swędzenie.

Wolałabym, by sie nie okazało, że złapałam to na basenie. Bo jeżeli tak, to jestem skazana na ćwiczenia na sali.

Gumiś miał w tym tygodniu wieczór panieński. Między innymi upleciony został wianek:

Wyprałam Pianino i dorobiłam z listwę z lewej strony. Zakryłam nią sterczące znitki i nadal szukam jakiegoś uniwersalnego sposobu łączenia wełen, te polecane albo mi nie wychodzą, albo wcale nie sa takie fajne ("fajność" mierzę niewidocznością łączenia).


Zaczęłam kamizelkę. Przerobiłam trochę wzór, by pasował do wyliczonej liczby oczek

Nie jestem pewna, czy ten melanż, nie jest zbyt mało kontrastowy:

u

Spacerując po Raverly, dodałam do swojej kolejki trzy darmowe wzory:

A czas leci. Mężczyzna mojego życia kończy jutro trzy lata

piątek, 20 czerwca 2014
Przeczytane

dobra książka

Sońka Ignacy Karpowicz 

Ignacy Karpowicz w wersji nie postmodernistycznej. Ale to nic, że jego najnowsza książka jest "inna", bo z poprzednimi jego książkami ma jedną cechę wspólną - jest też dobra.

Wschodnie rubieże Polski. W popsutym aucie, gdzieś gdzie wrony mówią dobranoc, utyka Igor Grycowski, wzięty warszawski reżyser teatralny. Zmuszony czekać na przyjazd pomocy drogowej, korzysta z zaproszenia samotnej, starej kobiety, tytułowej Sońki.

Gdy Igor prze­kra­czał próg kuch­ni, So­nia zer­k­nę­ła na nie­spo­dzie­wa­ne­go go­ścia i zro­zu­mia­ła w błę­kit­nym, ja­skra­wym jak czer­wień gila olśnie­niu, że tego go­ścia wy­pa­try­wa­ła od wie­lu lat, od bar­dzo daw­na, od koń­ca woj­ny, któ­ry oka­zał się koń­cem jej ży­cia. Woj­na ją znisz­czy­ła, lecz jej nie zła­ma­ła. Zro­zu­mia­ła, że pa­trzy nie na kró­le­wi­cza, tyl­ko na anio­ła śmier­ci; że bę­dzie mo­gła opo­wie­dzieć swo­ją hi­sto­rię, wy­sta­wić swo­je uczyn­ki na zwa­że­nie. Zro­zu­mia­ła, że z ostat­nim sło­wem zga­śnie w niej sła­be, peł­ga­ją­ce świa­teł­ko – i roz­ma­wia­li dłu­go w noc, a po­tem nie żyli dłu­go, dłu­go i na­resz­cie szczę­śli­wie; poza pa­mię­cią. So­nia zro­zu­mia­ła, że dla­te­go tak bar­dzo się ucie­szy­ła; dla­te­go że zstą­pił w jej pro­gi anioł naj­praw­dziw­szy, a nie wy­że­bra­ny w cer­kwi, sam źró­dło­słów anio­ła, po­sła­niec, ma­lak, wieść koń­czą­ca.  

W książce, w oparciu o tę opowieść, reżyser wystawia sztukę i odnosi kolejny sukces. Ignacy Karpowicz pewnie też odniesie z tą książką kolejny sukces, jest tego warta. 

 

dobra książka

Made in Poland Emil Marat, Michał Wójcik

Wywiad zze Stanisławem Likiernikiem, rocznik 1923, żołnierzem KEDYWu, pierwowzorem Kolumba z książki Bratnego. O tym, dlaczego zgodził się na ten wywiad powiedział w posłowiu tak:

Gdy Michał i Emil zaproponowali mi „wywiad rzekę”, początkowo miałem zamiar odmówić. Dosyć już się naopowiadałem o wojnie, napisałem książkę (Diabelne szczęście czy palec boży). Wystarczy. Później jednak dotarła do mnie książka Obłęd ’44Piotra Zychowicza. Poruszyła mnie. Podobnie, wcześniej, nie najlepsze wrażenie (mówiąc delikatnie) zrobiła na mnie książka pani Hanny Rybickiej (córki Józefa Rybickiego) oparta na archiwach Kedywu, wydana przez PAN. Te lektury sprawiły, że jako żyjący świadek wydarzeń poczułem się w obowiązku poddać się „interrogacji” Marata i Wójcika, między innymi w nadziei sprostowania pomyłek i złych interpretacji, dokonanych przez autorów wspomnianych prac.

Z założenia omijam książki o powstaniu. Tej pewnie też bym nie wzięła do ręki, gdyby nie ta recenzja Marcina Mellera. Polecam recenzję, a potem książkę. Warto przeczytać, tym bardziej że zbliża się kolejna, "okrągła" rocznica.

 

przekartkowana

Chwalipięta, czyli rozmowy z moim tatą Anna Sztaudynger-Kaliszewiczowa

Książki biograficzne to nie wiersze,  pisze się je piórem, nie tęsknotą. 

Chwalipięta to wspomnienia córki o ukochanym ojcu, złożone z chaotycznie poukładanych anegdot i rodzinnych historii. W dodatku zachowała dla siebie wiedzę, dlaczego to, że jakaś tam ciotka, czy wujek tak się zachowali, warte jest opowiedzenia. Może, gdybyśmy ich znali, też byśmy się uśmiechnęli. Ale ich nie znamy, nic o nich nie wiemy i przytaczane o nich opowieści są przeraźliwie nudne.

Tak samo przeraźliwie nudna jest cała ta książka.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli