niedziela, 28 czerwca 2015

Z dawnych lat pamiętam taki rysunek Andrzeja Mleczki (nie mogę go znaleźć w Googlu): w obskurnej kuchni siedzi dziad z babą, za oknem widać grzyb atomowy, a dziad do baby mówi: popatrz, a ja właśnie wygrałem szóstkę w totolotka.

No a ja właśnie trafiłam na mega przecenę w pasmanterii J.Lewis (inna sprawa, że byłam przekonana, że funt jest po 5, nie po 6 złotych). I teraz mam zamiar powrócić do drutów i odnosić na tym polu sukcesy.

Z tego będzie obszerna kamizelka (uwielbiam kamizelki, ale te co mam  są "za obcisłe"). 

 

Z tego coś z modular knitting, szukam czegoś co nie będzie wymagało cięcia, czy przeciągania pod spodem):

A z tego chusta:

Oczywiście kolejna chusta, bo do tych co mam w szafie niedługo dojdzie kolejna:


 

Dawno temu kupiłam tę wełnę w Zagrodzie Marty, woziłam ją zawsze na wakacje, tak na wszelki wypadek, gdybym skończyła robótkę którą zabierałam na drogę. Za każdym razem kłębek wracał nie naruszony. Teraz wzięłam z myślą o jednym z punktów tegorocznego wyzwania dziewiarskiego (zrobić z coś z wełny, która od dawna leżakuje) i po tygodniu mam 1/3 body. Nie wiem jakim cudem Dagny taką chustę robiła w dwa, góra trzy dni. Wzór to Haratiel Eluchil, już jedną chustę tym wzorem kiedyś zrobiłam:


Akcja Me-Made-May, o której tutaj pisała Brahdelt za nami. Ale myślę by samej sobie akcję zapodać - raz w tygodniu chodzić w czymś, co sama zrobiłam. Tyle że poczekam z tym do jesieni (nie mam w szafie letnich topów: wszystkie które zrobiłam, oddałam).


A wnuk będzie mnie chyba kojarzył z pierogami. Zrobiłam mu też i naleśniki, ale przeszły bez echa. Za to pierogi robiłam jeszcze kilka razy. I za każdym razem, zamiast wylądować  zamrażarce, tego samego dnia były zjadane. 

Im bardziej patrzę na warunki wychowania dziecka w Londynie i Polsce (w pracy w pokoju obok jest mama dziecka w wieku mojego wnuka), tym bardziej sobie myślę że tu i tam jest po prostu inaczej. I nawet gdyby w Polsce przeznaczono na ten cel większe pieniadze, prawie na pewno zostały by sfinansowane inne, nie przybliżające nas do angielskich warunków, zadania.

Żłobek do którego chodził mój wnuk jest fantastyczny. Dzieci go uwielbiają, rodzice są zadowoleni. Kiedyś odebrałam mojego wnuka z jedną z moich ciotek, z zawodu dyrektor szkoły. Była zachwycona tym jak to jest zorganizowane, ale przytomnie zauważyla, że w P|olsce taki żłobek tygodnia by nie przetrwał - natychmiast jakaś matka zamknęła by go przy pomocy san-epidu. Bo wszędzie walają się zabawki, dzieci jedzą przy stoliczkach przy których się bawią, a jak są jak sa zmęczone kładą się na położonych w kącie materacach. 

Byłam też w szkole, do której od września (czyli mając cztery lata i dwa miesiące) pójdzie mój wnuk. Z jednej strony szkoła przyjazna dziecku, zero lęku, że się takie małe do niej posyła (a już  takie brzdące mają tygodniowy plan lekcji, a w nim czytanie, pisanie, matematyka). Z drugiej, czytelne reguły gry, rodzice wiedzą czego będa ich dzieci uczone, na dzień dobry podpisywana jest z nimi umowa w której na kilka rzeczy sie godzą, do kilku zobowiazują. 

Na pewno inaczej - w Anglii zdecydowanie lepiej - działa słuzba zdrowia. Ale też z drugiej strony widzę jak dużą część kosztów polskiej służby zdrowia przeznaczana jest na leczenie ludzi zdrowych (oczywiście do czasu, bo część z nich dzięki zastosowanym terapiom, po pewnym czasie staje się przewlekle chorymi). 

środa, 24 czerwca 2015
pierogi dla opornych

Bycie babcią oznacza takie kulinarne skoki na bungee, jak na przykład robienie pierogów. Kupiłam córce  trzy rodzaje plastikowych maszynek do pierogów, więc przy okazji postanowiłam je od razu przetestować.

Zaraz na wstępie (google) dowiedziałam się, że teraz do pierogów jest specjalna mąka. Kupiłam.

 

.

Potem, dzięki tej stronie dowiedziałam się o różnych rodzajach ciasta i zdecydowałam się na mąkę + gorąca woda z roztopionym w niej kawałkiem masła.  Do zagniatania wykorzystałam zaobserwowany kiedyś sposób wykorzystania do tego garnka. Nawet nie było to takie trudne.


 

Gdzieś w necie przeczytałam, by owinąc ciasto w wilgotną szmatkę i odłożyć na 30 minut, mało zachodu więc tak zrobiłam. Do wałkowania użyłam silikonowej stolnicy. Że coś takiego istnieje dowiedziałam się od Joanny, kupiłam za 30 zlotych w Tchibo. Niezły patent. Nic do tego nie przywiera, na koniec spłukuje się wodą, zwija w rulon i chowa do szuflady. 

No i nadszedł najtrudniejszy moment - lepienie. Przyrząd, dzięki któremu miałam na raz ulepić 14 pierogów się nie sprawdził.


Robiłam tak jak na rysunku, ale się połowa pierogów nie skleiła.

Potem kleiłam najprostszym zlepiaczem, było lepiej, ale też nie za dobrze.

Zdecydowanie najlepsze urządzenie to takie jak to poprzednie, ale mające ząbki ułożone lekko poniżej występu, dzięki czemu zaciska się je do końca i |obcina" nadmiar ciasta.

 

Z tym ostatnim urządzeniem poszło juz gładko i efekt przerósł moje oczekiwania.


A wnuk w stroju futbolisty wygląda bosko!


niedziela, 21 czerwca 2015

Uff. Udało mi się skończyć Sweter Pani Ani (pierwsza rzecz skończona w tym roku,  czarno widzę wywiązanie się z dziewiarskiego wyzwania, z 15 projektów punktów, odhaczyłam dwa).


Mam zamiar opublikować wzór, z tym że "po mojemu", kopiując arkusze Excela, którym robiłam notatki. Tyle tylko, że sama widzę, że nie wszystko zrobiłam tak jak powinnam. Przede wszystkim kołnierz - mógłby być krótszy, lepiej by się układały poły. Po drugie rękaw: wykrój pachy powinien być szerszy. I teraz nie wiem:  - napisać wzór zgodnie z tym co zrobiłam, czy uwzględnić te poprawki, które myślę, że wyszłyby mu na dobre. Ale nie sprawdziłam tego w realu, więc mogę nie mieć racji. 

W szafie, (trzymam w niej tylko te rzeczy, które noszę) mam trzy własnoręcznie zrobione kardigany. Poza niebieskim, dwa pozostałe to autorskie bezszwowe projekty, z własnymi pomysłami na konstrukcyjne myki.

A cały mój kardiganowo-kołnierzowy odlot zaczął się od tego swetra:

Teraz mam zamiar go podejść od innej strony: zacząć od góry, potem rękawy (ale nie reglanem, wiem że jest na to jakiś myk) i dalej w dół. A na koniec nabrać oczka dekoltu na drut i dodawaniem oczek zrobić spód szalowego kołnierza, a potem zbieraniem oczek jego wierzch.

A w przerwach Modular knitting - kto nie wie co to jest, może zapytać grafikę Googla.  

 z pamiętnika wk ... konsumentki

Remont torów Pendolino zbliżał się do końca i trzeba było podać jakiś powód, że pociągi nie będą jeździć tak jak to drzewiej bywało. Padło na Pruszków - powiedzieli, że muszą przebudować przejście pod torami i musimy jeszcze się do marca pomęczyć.

 

Pod koniec czerwca 2015 roku mojej ulubionej brygadzie sukcesu udało się tyle narozrabiać (w pierwszej chwili napisałam "zrobić", ale potem stwierdziłam że to słowo do nich nie pasuje):

 

A takie pociągi kupują:

Buźki moje kochane:


Z tym, że aby być sprawiedliwą muszę jednak dodać, że ci co kupują pociągi, to nie ci sami co remontują tory.

Podobno, to że ostatnio Intercity z dnia na dzień wycofało się z honorowania na linii skierniewickiej biletów Kolei Mazowieckich było spowodowane iskrzeniem w koalicji (Intercity to PO, a Koleje Mazowieckie to PSL). Nawet jeżeli nie jest to prawda, pokazuję skalę tego bajzlu. A cała ta zabawa finansowana jest ze środków unijnych. Grecy też się tak bawili, do czasu. 

czwartek, 18 czerwca 2015
Przeczytane

Philip Zimbardo Gdzie ci mężczyźni

 

Książka mocno reklamowana, moim zdaniem mocno przereklamowana. Biorąc ją do ręki, oczekiwałam socjologicznej analizy. Tymczasem, jest to napisany językiem kolorowych magazynów zbiór truizmów. 

Książka nie wyjaśnia, gdzie ci mężczyźni. To, że zniknęli każdy widzi. A na pytanie dlaczego tak się stało, Zimbardo też nie zna odpowiedzi.  

  

dobra książka

Zuza albo czas oddalenia Jerzy Pilch

Lubię czytać książki Jerzego Pilcha, więc tę też przeczytałam z dużą przyjemnością.

Książka krótka, z tych na jeden wieczór, ale zdań zdań którymi można się delektować, jak na tak krótki tekst, nie jest wcale tak mało. 

Bohater, który jak dowiadujemy się z pierwszego zdania, na starość zakochał się w pochopnej dwudziestolatce, ma dużo z Pilcha: ewangelik z Wisły, kiedyś związany z Krakowem, teraz mieszkający na Hożej, cierpiący na parkinsona. Ale to, ile w tym autobiografii, ile powieści, nie jest ważne. Postać Zuzy, prostytutki, z którą wiąże się nasz bohater, to pretekst do wykładów o miłości, a raczej o samotności, bo nawet jak Zuza jest, to tak jakby jej nie było. Mało odkrywcze, ale świetnie napisane rozważania o starości, chorobie, przemijaniu.

Bo starość to ho, ho! Sam destylat ironii. Najprzód jej nie ma, i to długo nie ma. A potem jak już jest, to jest. Krótko i intensywnie - pękanie tętniaków i gnicie węzłów chłonnych idzie raz-dwa. Pory roku przelatują jak chcą. Długo trwa tylko młodość. Reszta - kipiel.

 A jako bonus, na kanwie wspomnień, refleksje o przemianach obyczajowych.  

 

 

Chłopcy Andrzej Saramonowicz

Drepcząc za Kaśką podczas Targów Książki trafiłam na spotkanie promocyjne. Tam dowiedziałam się, że istnieje takie zjawisko jak Andrzej Saramonowicz i że zanim zabrał się za pisanie, kręcił kasowe filmy. Tyle, nie jestem ani targetem  jego filmów (LejdisTestosteron), ani tej książki. 

Tytułowi chłopcy, to ojciec i syn z wielkomiejskiej krainy beztroski. Tata po rozwodzie przeżywa z matkami kolegów swojego syna drugą młodość. Od czasu do czasu regeneruje siły, spędzając mocno zakrapiany wieczór na snuciu z przyjacielem kabotyńskich wspomnień. Ponieważ ktoś w tym układzie musi być dorosły, padło na jego 11-letniego syna.   

Chwilami nawet dobre, iskrzące dialogi i celne obserwacje, ale to za mało nawet na film, a co dopiero na książkę. Zdecydowanie więcej miejsca zajmują zapisy kłębiących się w głowie bohatera myśli - mętne to, bełkotliwe i trudne do przebrnięcia. A najśmieszniejsze jest to, że po potokach bluzgów, nurzaniu się w seksie i epatowaniu hedonizmem głównego bohatera, na koniec większość wątków splata się w "moralnie słuszny" warkoczyk. 

Słowem męska chick lit. 


Droga do Tarvisio Grzegorz Kozera 


Bardzo miłe męskie czytadełko.

Zapis strumienia myśli 40-letniego mężczyzny, który udaje się w tygodniową podróż do tytułowego Tarvisio. Miał jechać ze swoją partnerką, ale chwilę przed wyjazdem się rozstali (kobieta chciała sformalizować związek, a on się nie czuł na siłach).

Garść celnych spostrzeżeń, refleksji na temat dzisiejszej polskiej codzienności. Miło się czyta, pewnie w dużej części dlatego, że trawersując Mamonia: lubimy książki z którymi się zgadzamy.

niedziela, 14 czerwca 2015
ostatnia pięćdziesiątka

Na fejsie napisałam: Kocham pana, panie Szczerku. Wklejam link i tutaj na wypadek, gdyby ktoś jeszcze tego nie czytał. 

Chyba to już ostatnia pięćdziesiątka, wśród najbliższych - już nawet pierwsze sześćdziesiątki za nami. 

Niestety nie mam złudzeń, nie była to ostatnia okazja, gdy na stole było to czego nie powinnam jeść. Popatrzyłam na zdjęcia i mam kolejne mocne postanowienia.

Ale bal był przedni:

Złożyliśmy się wszyscy na jeden prezent, tyle, że ponieważ był mały, opakowaliśmy go w duże pudło: 

 Następny dzień spędziłam w ogrodzie:

I już tylko kilka centymetrów ściągacza dzieli mnie od skończenia Swetra Pani Ani:


Wybrany przez nas w ramach projektu Scope50 film Magical Girl zbiera świetnie recenzje, ale dlaczego Gutek sprowadził ten film nie rozumiem:

Reklamują to jako wielki powrót Al Pacino - fakt, gra świetnie, tyle że sama historia mocno wydumana.

Al Pacino gra zasuszonego w starokawalerskich nawykach faceta po przejściach, któremu życie daje kolejną szansę. a on nie wie czy z niej skorzystać. Film do bólu przewidywalny.

piątek, 12 czerwca 2015
Przeczytane

Sezon na słoneczniki Igor T. Miecik

Zbiór reportaży o Ukrainie.

Autor jest dwujęzyczny, część jego rodziny od strony matki dalej mieszka na Ukrainie, stąd podróżując po tym kraju łatwo wtapia się w tłum i rozmawiając z ludźmi nie musi na wstępnie wyjaśniać kim jest i z jakiego kraju przyjechał. Dzięki temu na pewno łatwiej mu było wiele rzeczy zobaczyć i więcej się dowiedzieć. Z tym że autor nawet nie próbuje tego co tam się dzieje zrozumieć i poprzestaje jedynie na opisie. Inna sprawa, co tu rozumieć, gdy motyw kryszy pojawia się w każdej sytuacji i działa mniej więcej na takiej zasadzie:

Saszka dobiegał czterdziestki i należał do starej gwardii krymskich rekieterów (...). Nazywali go »Bitumiczny«, bo dłużników oblewał gorącym płynnym asfaltem. Pobierał opłaty od marszrutek i taksówek z Ałuszty. Ale diabli wiedzą, w czyim imieniu, no i kto go zastąpił. Sezon w pełni, a ja nie wiedziałem, komu teraz mam płacić. Niewesoło. Nie płacisz, bo nie wiesz, komu, ile, a tymczasem ktoś nalicza ci dług. Nie ma tłumaczenia, że nie wiedziałem, że nikt się nie zgłosił. To twoja sprawa, żeby wiedzieć, komu, gdzie, kiedy i ile. Ty masz tego pilnować. Na szczęście zaraz się okazało, że to nie konkurencja Saszkę zatłukła, ale kolega po pijaku. Ani stawka się nie zmieniła, ani krysza. Ot tak, jakby w tym samym biurze i w tym co zwykle okienku pojawił się nowy urzędnik. No i nie ma w zwyczaju oblewać ludzi gorącym asfaltem”.

Reportaże jak to zawsze w takich przypadkach bywa - jedne lepsze, jedne gorsze, ale że nie są najgorzej napisane, a temat aktualny i ciekawy, przeczytać warto. Z tym że mnie z  Ukrainą  "popsuł" Ziemowit Szczerek, tak wysoko ustawiając poprzeczkę, że na wszystko nie "jego" o Ukrainie, kręcę trochę nosem.

Ale jedna rzecz, z dziedziny "współczesna medycyna" bardzo mnie zaciekawiła. Historia jest związana z nie zrealizowaniem wielkiego projektu, zbudowaniem w Kijowie cmentarza, który miał być dziełem sztuki, "humanistycznym mauzoleum ludzkiej doczesności". Na to, ze ostatecznie zaniechano tego projektu złożyło się kilka przyczyn, mnie zainteresowała jedna:

założenie było takie, że na nowym Cmentarzu Bajkowskim wszyscy chowani będą w urnach i kolumbariach, a więc po śmierci zostaną spopieleni. Ówczesne przepisy Ukraińskiej SRS wymagały, by niezależnie od przyczyny śmierci przed kremacją przeprowadzono sekcję zwłok. Tak też robiono, bo cmentarz zaczął działać kilkanaście miesięcy wcześniej, zanim została ukończona, a później zniszczona Ściana. W krematorium – największym wówczas w całym ZSRR – zatrudniła się ekipa wybitnych naukowców, planowano bowiem prowadzić tam szereg projektów badawczych. Jednak pierwszym odkryciem nieoczekiwanie dla wszystkich stał się fakt, że przyczyny śmierci wskazane przez patologów wykonujących sekcję w krematorium Cmentarza Bajkowskiego w siedemdziesięciu procentach przypadków różnią się od tego, co było wcześniej wpisane do aktu zgonu przez lekarzy. Oznaczało to, że radziecka służba zdrowia na Ukrainie myli się co najmniej w dwóch trzecich przypadków. Jeśli zaś błędnie wskazuje przyczynę śmierci, to skąd wiadomo, czy dobrze diagnozuje chorobę i czy wybiera właściwą terapię? Sprawa była poważna, mówiło się o niej coraz głośniej, ale naprawdę groźnie zrobiło się dopiero wówczas, gdy okazało się, że myli się także milicja. Ogólnokrajowy skandal wisiał na włosku.

Jakoś jestem dziwnie spokojna, że podobnie "działa" cała współczesna medycyna, nie tylko na Ukrainie. 

niedziela, 07 czerwca 2015

Jedno z moich ukochanych opowiadań Mrożka to Mały Przyjaciel. Zaczyna się tak, że pewnego dnia jeden bardzo zły pan wracając z kolejnego łajdactwa natyka się na bezdomnego kotka i chcąc odkupić chociaż część popełnionych łajdactw, przygarnia go do domu. Stała się rzecz dziwna, już następnego dnia ze zdziwieniem zauważył, że:

po przepitej nocy i skrzywdzeniu pewnej sieroty, wcale nie odczuwałem żadnych przykrych objawów, które, niestety, są nieuniknionym zwykle następstwem podobnych wykroczeń. Ani śladu zwykłego bólu głowy czy też zawrotów i kurczów. Przeciwnie: czułem się rześki, wyspany. Przyjemność, którą zawdzięczałem oszołomieniu i niegodziwości i za którą spodziewałem się ciężko odpokutować, pozostała w mej pamięci nadal żywa i wabiąca, kary zaś nie doznałem żadnej. Nie odczuwałem również żadnych wyrzutów sumienia w związku z sierotą. Muszę powiedzieć, że sierotę krzywdziłem niechętnie, ponieważ znam siebie i wiem, że przed gryzącymi wyrzutami sumienia ujść się nie da. Tymczasem nie tylko odczuwałem żadnych, najsłabszych nawet wymówek.

Od tego dnia, bohater tego opowiadania, nie nękany wyrzutami sumienia, grzeszy coraz bardziej, za to kotek chudnie, mizernieje i coraz gorzej wygląda ...

Przypomniałam sobie o tym opowiadaniu gdy dostałam sms-a od córki, że właśnie przebiegła 9 km i straciła 600 kcal. Tak per analogiam: im więcej ona wdraża w życie swoich kolejnych pomysłów, tym bardziej ja koncentruję się na snuciu moich (równie ambitnych) planów ...

Tak na przykład wyglądał Dzień Dziecka, wyprawiony przez osobę która podobno jest na diecie:

Jednym z usprawiedliwień jest to, że czasu brak. Tyle, że sama widzę jak marnotrawię go na potęgę.

W Swetrze Pani Ani pokazywany tydzień temu rękaw sprułam, bo  "bufka" była straszna ...

Potem zrobiłam kolejny rękaw ... sprułam, bo nie zauważyłam że prawie na samym początku "przesunęłam" warkocz o dwa oczka ...

Zaczęłam i znowu sprułam z 10 centymetrów, bo nie zauważyłam że krzywo (nie w jednej linii) zbierałam oczka ...

Więc tak patrząc z boku, to zrobiłam już kilka swetrów, ale ciągle jestem w połowie jednego:

 

Za chwilę wianki. Według Szczepana, wiejskiego mędrka i alkoholika, sąsiada Ańćki, co do tego czasu nie zostało zrobione, w tym roku już zrobione nie będzie, bo po po wiankach wakacje, Zaduszki, Gwiazdka i koniec roku. Tymczasem ja, poza tym że z tyłu głowy mam co powinnam w tym roku zrobić, nawet pompy nie uruchomiłam i wszystko w ogrodzie usycha. W dodatku coś toczy mój dąb. Jego liście się nienaturalnie świecą, a na liściach buszują jakieś pomarańczowe glizdo-robaczki. 

Lolek ma nowa miejscówkę do wylegiwania się na słońcu:

 

Ale on przynajmniej ślepy i stary krzywdy żadnej nie czyni. Drugi kot sąsiadów cały dzień poluje i niestety jest w tym dobry - na trawniku tylko piór przybywa.

A ja zalogowałam się na Mubi.com:

 

Za 12,50 miesięcznie mam dostęp do tzw. ambitnych filmów. Dziennie przybywa jeden film, jeden ubywa - w puli cały czas jest dostępnych 30. Sporo z nich to przeraźliwe starocie. Ale też nie mam czasu by codziennie odpalać jeden film. W dodatku mają angielskie napisy, więc przy okazji odhaczam zadanie " nauka języka angielskiego.

czwartek, 04 czerwca 2015
Przeczytane

Majowe czytanie Szczygła

 

Antoni Sobański  Cywile, Reichstag i książki 1933

Reportaż z Berlina. Świetnie napisane, bardzo na czasie rozważania o milczącym tłumie, nie reagującym na pierwsze pomruki czającego się zła.

Bardzo ciekawie opisane słynne palenie książek. Nie wiedziałam, że w rzeczywistości było aż tak małym, symbolicznym zgromadzeniem.  Dopiero później obrosło "legendą". 

Historia ze spaleniem książek uczy nas, że nie to jest ważne w następstwach, co jest ważne samo przez się, ale tylko to, co zapładnia ludzką wyobraźnię. (...) To samo z książkami spalonymi na Opernplatz 10 maja. (...) Książki załadowano więc na trzy ciężarówki, udekorowane hitlerowskimi flagami. Pochód nie był liczny. Składał się z korporacji z orkiestrami i ze studentów niosących pochodnie. Ludność, że tak powiem, cywilna nie brała w nim udziału. (...) Tłum (...)  nie powitał nawet nadchodzącego pochodu (...) Jedyne okrzyki pochodzą od maszerujących studentów i od tych, którzy, jadąc na ciężarówkach, powiewają wielkimi flagami ze swastyką. Pochód bardzo sprawnie wkracza i rozmieszcza się na środku placu. Stos okrążają i rzucają nań pochodnie; tak powstaje historyczny płomień. Muzyka wciąż gra. Nagle słychać przemówienie jakiegoś profesora. Z kolei występuje dwunastu studentów(...)  Każdy ma książkę w ręku i wymawiając po kolei tę samą rytualną formułę: „Powierzam płomieniom dzieła (dajmy na to) Karola Marksa”, wrzuca książkę do ognia (...) 


Ferdynand Goetel Podróż do Indii  1933

W swojej podróży do Indii Goetel odwiedził rzadko wtedy odwiedzane przez turystów miasto  Allahabady, Pojechał - bo w tamtym czasie żył tam Mahatma Gandhi i Motilal Nehru. Ciekawa refleksja o tym, że powołanie przez historię ludzi do panteonu sław rządzi się swoimi prawami i rzadko kiedy bywa sprawiedliwe:

Historia, a jeszcze bardziej doraźna opinia świata ma swoich faworytów i, ustaliwszy raz ich sławę, przypisuje im nieraz wszystkie dziejowe rozgrywki, nie zastanawiając się już, czy naprawdę są ich udziałem. Ustawiwszy raz pierwszoplanową figurę, skupia na niej wszystkie światła reflektorów wiedzy czy sensacji i pogrąża w cień figury sąsiednie, a może nawet i sama stwarza ową drugoplanowość figur nieraz równorzędnych. Sztuka, a zwłaszcza literatura dokona czasem korekty w tym niesprawiedliwym podziale sławy – ale nie zmieni protekcyjnego systemu oceny dziejowej, wzbogacającego bogatych i zubożającego biedniejszych. Dla szerokiego świata Gandhi, jeżeli chodzi o Indie, jest wszystkim, a Motilal Nehru niczym.

Ja też, dopiero po przeczytaniu tego reportażu zapytałam Googla, kto to był Motilal Nehru.

Goetel poszedł na wiec Mahatmy Gandhi, na którym w pewnym momencie wysiadł ta prąd i przestały działać mikrofony. Gandhi czekając aż go naprawią, wziął kołowrotek i na oczach tłumów zaczął prząść. Prądu nie naprawili, roli mikrofonów przejęli "krzykacze", ale Gandhi nie przestał prząść, mówiąc tłumom to co miał do powiedzenia, dalej wpatrywał się w kołowrotek.


Ksawery Pruszyński Bombardowanie Madrytu  1936

Reportaż z obleganego przez faszystów Madrytu. Ksewery Pruszyński jest dziś oskarżany o sympatyzowanie komunistom. Według Jerzego Giedroycia było tak: „Ksawery jechał do Franco i przez pomyłkę trafił do republikanów. Gdyby nie to, napisałby nie W czerwonej Hiszpanii, ale W białej Hiszpanii.


Zbigniew Mitzner Inferno w Zbąszyniu  1938

Pod koniec 1938 roku w Niemczech:

(...) w nocy z 29 na 30 października wyaresztowano wszystkich Żydów obywateli polskich. To samo stało się we wszystkich miastach Niemiec. Wzywano ludzi na policję, a stamtąd wysyłano wprost na granicę. Zabierano chorych ze szpitali, dzieci ze szkół, sieroty z sierocińców. Proskrypcja objęła wszystkich, od niemowląt do starców.

Następnie tych Żydów przegnano przez polską granicę. W Zbąszynie powstał prowizoryczny obóz dla 8 tysięcy. I ten reportaż o tym opowiada.

To co najciekawsze w tym reportażu, to jego "poprawność" polityczna. Jakby wszystko działo się w kosmosie, a nie w konkretnej rzeczywistości historycznej. Tę ostatnia czytelnik musi sobie samemu  "dopowiedzieć" 


Franciszek Gil Świadectwo dojrzałości i karta na broń  1939

Reportaż, w formie podania, zaczyna się tak:

Proszę o udzielenie zezwolenia na posiadanie broni, ponieważ dnia 18 listopada 1938 wpisałem się na pierwszy rok Wydziału Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza.

To co się dzieje na tej uczelni, a co dokładnie opisuje w dalszej części swojego podania, jak najbardziej uzasadnia potrzebę posiadania broni. Prawicowe bojówki studenckie nie tylko biją, czasami również mordują. Dość ponury obraz. 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli