poniedziałek, 27 czerwca 2016

Dobiega końca moje zwolnienie, jeszcze tylko dwa dni. Planów miałam, że ho, ho, a wyszło tak jak zawsze. Tym razem wszystko przez Brexit - o ile przez pierwszy tydzień nie podchodziłam do kompa, od czwartku w zasadzie jestem do niego przyspawana.

I niezależnie ile o tym czytam, nie widzę nawet światełka w tunelu. Moim zdaniem dopóki są dwa obozy - jeden przeciw przyjmowaniu imigrantów, drugi za, we wszystkich wyborach będą wygrywali ci pierwsi. A tymczasem, tak jak zawsze, tak i w tym przypadku świat nie jest biało-czarny i o ile rozumiem, że "przeciwnicy" trwają przy swoim stanowisku, to że ci drudzy nie szukają innych "narracji" wpienia, bo zamiast kabotyńsko upajać się, że nic to, że legną na dnie, ważne że z honorem i racją w zębach  mogliby pomyśleć trochę i o innych.

Bo tu jeszcze chwila i nawet nie będzie co zbierać po moim świecie.

Tak na marginesie, ciekawe co będzie z remontem kolei? Mają na rok zamknąć tory kolejowe. Oczami wyobraźni widzę jak po demontażu torów okazuje się, że nie będzie kolejnej transzy z Unii. Co wtedy?

Tymczasem nasz burmistrz remontuje drogi, ale to jednak nie ta skala.

Na razie przez te dwa tygodnie przekonałam się, że mogę żyć bez telewizji. Ani razu nie odczułam najmniejszej chęci włączenia telewizora i zamiast wołać pana od anteny zamierzam jeszcze w czasie trwania umowy zwrócić dekoder. Nawet i tu czuję swoją alienację: meczy nie oglądam, do zwycięstw mam stosunek całkowicie obojętny i jak już się czymś emocjonuję, to takimi tekstami.

Straciłam zaufanie do podologii. Co tydzień chodziłam na wycinanie uporczywie odrastającego odcisku i coraz bardziej miałam tego serdecznie tego dosyć, nie dość, że nieprzyjemne i bolesne, to jeszcze i nieskuteczne. Tymczasem można kupić plastry w Rossamnie i powoli ten odcisk sam się "wygasza". Polecam.

Łada przyszła do mnie z wizytą przynosząc całe naręcze ziół.

 Przechodzimy koło tych roślin obojętnie, a są niesamowite. Pachną i często mają smak dużo bardziej atrakcyjny, niż te stojące na sklepowych półkach. Inna sprawa, że nie zapisałam, które nadają się  herbatkę, a które do potraw, dodawałam "jak leci" i czasami trafiałam jak kulą w płot.

Jackowi pokazał mi jak używać kupiony dwa lata temu robot (do tej pory używałam tylko blendera).

Z kolei jak przyjechał Moniek tak się zagadałam, że zapomniałam o wystawionej za okno pościeli. Przypomniałam sobie dopiero jak zobaczyłam wodę wlewajacą się przez komin do domu. Ale takie nawałnice mają też i dobre strony - mam teraz  fajnie umyty dom.

Ewa od wikliny organizuje w najbliższą sobotę warsztaty z filcowania na mokro. Pooglądałam w sieci co można zrobić z filcu, już nie tylko kapelutek mnie nęci, pomijając biżu, jest jeszcze technika nunofilcu. Tą ostatnią to nawet nie wiem czy Ewa już opanowała, ale jak nie, to pewnie za chwilę się tak stanie. 

piątek, 24 czerwca 2016
Przeczytane (23)

Steve Jobs Walter Isaacson

 

Czyta Jarosław Łukomski.

Tej książki w analogu chyba bym w całości nie przeczytała, jako audiobook dałam radę, co według mnie stanowi  pośredni dowód na jakość "audiobooka".

Z tym, że nie przeczytałabym nie dlatego, że nie jest to dobra ksiażką - jest, ale dlatego że autor nawet nie spróbował rozdzielić Jobsa od firmy Apple, z góry przyjmując że są ze sobą niepodzielnie złączeni. A mnie - ponieważ nie należę do kościoła Apple (jeżeli nawet tkwił we mnie jakiś potencjał, zdławiło go skutecznie jedno popołudnie z ITunes)  - interesował jedynie Steve Jobs.

Chyba lepiej teraz rozumiem fenomen Appla. Urzekło mnie to, że chociaż produkowali kompy z góry zakładając, że będą stanowiły zamkniętą dla użytkownika całość, to perfekcjonizm Jobsa sięgał tak daleko, że wściekało go, gdy lutowania na płytkach "układały" się w brzydką całość. Bo nawet to, czego nikt po wyjściu z fabryki miał nigdy nie oglądać, miało spełniać jego wyśrubowane na maxa kryteria estetyczne. W świecie bylejakości rzadka postawa. Ale wymuszał to mobbingiem. Tak jak wszystko u niego, też wyśrubowanym na maxa.

Geniusz i wizjoner. Patrząc z boku produkował rzeczy, ale niszczył ludzi. 

Czołem nie ma hien Andrzej Meller

Reportaż o współczesnym Wietnamie. Gdy jakiś czas temu przeczytałam taką zapowiedź wydawniczą:

Światowa mekka outsiderów, ludzi szukających schronienia przed prawem i kapitalizmem. Komunistyczne państwo okadzone marihuaną, w którym dobry biznes można zrobić na szkole kitesurfingu albo na domu publicznym. Wietnam to kraj, w którym na powojennych zgliszczach wyrosło mozaikowe, pełne paradoksów społeczeństwo. To tu Wschód spotyka Zachód, socjalistyczna władza brata się z wielkimi koncernami, a syn amerykańskiego żołnierza oddaje serce wietnamskiej prostytutce.

To nawet zadzwoniłam do wydawnictwa upewnić się, że będzie ebook.

Zbliżajacy się do 40-tki autor - z tych, co ich nosi po całym świecie -  przez trzy lata mieszkał ze swoją dziewczyną w Wietnamie. Zapis tego kogo ciekawego spotkał na swojej drodze, co widział, zjadł i dowiedział się w codziennych rozmowach.  Dobrze się to czyta. A kraj bajecznie ciekawy, więc to o czym pisze, wciąga. W mojej sytuacji siłą rzeczy lektura obowiązkowa. Ale chyba nie tylko. Rozglądając się wokół, nie ja jedna się tam wybieram. Wietnam i tamte okolice, jest coraz bardziej obecny w turystycznych planach ludzi wokół mnie. Więc warto przeczytać.

niedziela, 19 czerwca 2016

Nie mam za bardzo o czym pisać, bo tydzień upłynął mi na dochodzeniu do siebie.


Postanowiłam wykorzystać to, że nie wychodzę z domu i żyję z tego co dobrzy ludzie mi przyniosą: nie mam w domu chleba, serów, lodów itd ... Na razie wspomaga mnie jeszcze brak apetytu, dzięki temu na stronie tabele-kalorii.pl całkiem dobrze to wygląda.


Chorowanie też czegoś uczy. Wgrałam do komórki kolejny audioobook Straszydła na dzień. Czeski humor w najlepszym stylu. Jedno z opowiadań o martwym kocie, postanowiłam przesłać dalej. Tymczasem okazało się, że po wgraniu do komórki, program do audiobooka "przerabia" poczciwe mp3 na jakieś dziwne pliki, który tylko on widzi. Audiobook kupiłam w jakiejś księgarni, w której albo nie założyłam konta, albo która w międzyczasie znikła. Nie do końca wiem jak to się stało, ale skasowałam wyjściowy plik w komputerze. Nigdy tak nie postępuję - ale jak raz tak zrobiłam, to akurat z audiobookiem na którym mi wyjątkowo zależy Brr.

Faza na audiobooki wzięła się stąd, że miałam ambitny plan: chciałam skończyć żakardową kamizelkę. Skończyło się na tym, że rzuciłam ją w kąt. A wszystko przez szalowy kołnierz.

Jak bym nie robiła, wychodzi paskudnie. W pewnym momencie zaczęłam szukać w necie inspiracji. Odkryłam, że jak się dokładniej tym zdjęciom przyjrzeć, to takie wykończenie w szczegółach wygląda mocno tak dobie, Ten szary sweter jest jakimś pomysłem - tyle że nie do zastosowania w mojej kamizelce. Czuję, że się poddam i zrobię pod szyją klasyczne wykończenie.

A tymczasem znalazłam w domu zostawiony kiedyś tam przez moją córkę komiks:

Do tej pory jedyne moje doświadczenie z komiksem to Tytus, Romek i A'Tomek.  Nie miałam pojęcia, ze czytanie komiksów może być taką frajdą. A jest.  

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli