niedziela, 24 lipca 2005

Wizyty u cioteczek

W ramach akcji zrób coś ze sobą, zanim podejdziesz do lustra, w tym tygodniu poszłam do fryzjera. Za każdym razem jest to dla mnie traumatyczne przeżycie. Tym razem aby to jakoś przeżyć, Joanna zaprowadziła mnie do salonu koło swojego domu, w którym było coś z klimatu Stalowych magnolii.

Przy okazji popodziwiałam nową terakotę na jej tarasie (bo lato to nie czas wyjazdów ale remontów):




Na podstawie tego co zapłaciła, wstępnie oszacowałam koszt położenia płytek u siebie. Wyszła taka suma, że chyba najrozsądniejszym wyjściem byłoby zdobycie do przyszłego roku sprawności glazurnika.

Niedawno obliczyłam, że ostatni raz mieszkałam w mieszkaniu, w którym można było spokojnie mieszkać bez natychmiastowego remontu 17 lat temu. I jedno co w tej sytuacji mnie dziwi to, że jak dotąd nie uodporniłam się na towarzyszący temu bałagan. Nie pomaga nawet świadomość, że nie tylko ja chciałabym mieć tyle, by móc wszystko zrobić za jednym zamachem, a potem spędzać czas na błogim lenistwie.

Pojechałam pooglądać remont Kaśki, za wcześnie jeszcze na zdjęcia, ale zmiany są rzeczywiście rewolucyjne - nie ma jaskrawych ścian, wielkich szaf i ogromnej kanapy Bilba (w lewym rogu widać psie posłanie którym, sprowadzony do parteru, musi się teraz zadowolić):


Zrobiłam też zdjęcie Kolifina, kota, który urodził się tylko z czarnym ogonem i plamką na głowie, a chciałby być cały czarny. By zrealizować to marzenie nigdy się nie myje, zimą tarza się w popielniku a latem w błocie i tak jak z ludzkimi marzeniami za bardzo (co widać na zdjęciu) mu to nie wychodzi:



Tomek w Kurdystanie, Anka na festiwalu w Cieszynie i w ich zastępstwie w weekend przyjechały zaprzyjaźnione z nimi dzieci. Siedziały na kanapie i oglądały filmy ale znalazły też czas na ugotowanie pysznego obiadu a Łoś pomalował jeszcze klosz od lampy (lampa cała jest "hand-made", podstawę wytoczyła z gliny Sylwia):




Tak jak było w planach, w ten weekend rozpoczęły się prace łazienkowe. Łazienka wyglądała jeszcze gorzej niż na tych zdjęciach, bo swoistego uroku (tak jak i wszystkim pozostałym pomieszczeniom) dodaje brak sufitu:





Lucy przyjechała już w piątek, gadałyśmy do trzeciej rano i nie wiem skąd ona wzięła siłę by zrobić mi o ósmej rano pobudkę. Całą sobotę dzielnie tapetowałyśmy:



Łoś pozawieszał wszystkie metalowe gadżety i teraz jeszcze muszę dokończyć malowanie ścian, pomalować spód wanny i podłogę a następnie zawołać hydraulika aby zamontował nową umywalkę. W dalszych planach jest kupienie lustra, lampek i wymyślenie jakiś szafek (to co oferują w sklepach jest nie tylko drogie ale i brzydkie).

Na dwa tygodnie zamieszkał w Kaliningradzie 12-letni Cezar. Nie jest kłopotliwy, ale ma jedną wadę - nie lubi kotów i Sralcia z Heniutkiem musieli przenieść się na ten czas do Toyoty:


Razem z Cezarem zamieszkał Moniek, warte odnotowanie jest jej ostatnie osiągnięcie - latanie przez trzy miesiące ze złamaną nogą. Teraz ma ją w gipsie i nie może załatwiać multi-niezbędnych tysięcy rzeczy dziennie - m.in. nie nadaje się do roli tymczasowej opiekunki Cezara (jego tatuś żegluje spokojnie po północnych morzach i o niczym nie wie).

niedziela, 17 lipca 2005
Mnie bardziej należy się status osoby pokrzywdzonej

Żyję na tyle długo, że nie wiele jest już w stanie mnie zadziwić, ale w tym tygodniu miałam nieodparte wrażenie, że status osoby pokrzywdzonej na pewno należy się mi bardziej się niż tym, którzy go dostali go dostali w świetle kamer.

Rozmiar krzywd jaki wyrządził mi poprzedni ustrój uświadomiłam sobie zupełnie przez przypadek.

A zaczęło się całkiem niewinnie. Kaśka wzięła pożyczkę z pracy, a że w swojej przeżywanej od roku cyklofrenii była na etapie poszoł won, zaproponowała mi wspólny wypad do Ikei. Sporo dzięki mnie zaoszczędziła - przed podejściem do kasy sama poprosiła bym wywaliła z wózka wszystko to, co wg mnie nie koniecznie jest jej najbardziej potrzebne. Ja też, pod wpływem jej heroicznej postawy, wypakowałam część wcześniej włożonych do wózka rzeczy. Nie potrafiłam jednak zrezygnować ze stojaczka na szczoteczki do zębów:



i dokupionej do niego reszty łazienkowej galanterii (jeszcze w tym miesiącu mam z Lucy malować i tapetować łazienkę, więc niedługo to wszystko się przyda).

Dumna z siebie, że z tylu rzeczy potrafiłam sama zrezygnować, ulegając magii promocji, kupiłam w sąsiednim sklepie wózek na wąż ogrodowy:



I gdy przystąpiłam do jego składania, uświadomiłam sobie cały ogrom wyrządzonych mi krzywd - to przez to, że w mrocznych czasach drewnianych klocków pozbawiono mnie możliwości bawienia się klockami Lego, nie umiem sobie poradzić w nowej rzeczywistości.
Już po godzinie składania tego cholernego wózka, było dla mnie jasne, że źle spasowałam jego elementy. Ale o ile składanie szło mi całkiem szybko, to w żaden sposób nie umiałam go z powrotem rozłożyć. Trzeciego popołudnia jakoś mi się to w końcu udało (nie obyło się oczywiście bez strat i niektóre plastikowe części uległy nieodwracalnym uszkodzeniom). Wózek złożyłam z powrotem, patrząc nie na instrukcję, tylko na zdjęcie na pudełku:



W następnym tygodniu mam zamiar rozwiązać następny problem: dlaczego po odkręceniu wody, pod wpływem jej ciśnienia odpada przytwierdzony do kranu wąż (wcześniej tak się nie działo).

Nie wiem czy to upały, czy początek alzheimera, ale gdy byłam w Ikei zapomniałam o karniszu do firanek (tylko tam mają takie stylizowane retro druty). Bo wprawdzie powoli, ale stopniowo przybywa koronkowej zasłonki - zakończyłam etap "dolnej koronki" i robię górę:



Nie zapominam za to, o tworzeniu kolejnych "ujutnych kącików'". Wracając z pracy, czasami zachodzę do kwiaciarni i trochę się już tego nazbierało:




Nie wiem tylko czy te kwiaty będą potrafiły zrozumieć, że ogrzewanie jest zbyt drogie i zimą musi być zimno.

A tak na marginesie, rok temu (dokładnie 13 lipca) podpisaliśmy akt notarialny i stałam się jedyną właścicielką Kaliningradu.
niedziela, 10 lipca 2005
Środkowoeuropejski wielbłąd

W tym tygodniu robiłam za środkowoeuropejskiego wielbłąda.

Zmotoryzowany pan od płotu kupił impregnat do drewna nie w sklepie koło mojego domu, tylko w takim oddalonym o 2000 metrów - ponieważ oprócz pomalowania wymienionych w tym tygodniu sztachet, za chwilę trzeba pomalować jeszcze raz ten płot, przytargałam od razu 2 kubełki farby.

W planach mam zreperowanie tej ławki:



Na razie kupiłam potrzebne do tego
śruby i deski - do najbliższego stolarza szłam 40 minut, powrót z deskami zabrał mi znacznie więcej czasu.

W kolejny dzień tygodnia, pojechałam po zamówione wcześniej 3 kg książek. Dodając do tego te dwie, które miałam w torebce i tzw. zakupy do domu (większe niż zazwyczaj, bo miała przyjść Anka ze znajomymi), drogę ze stacji potraktowałam jako ćwiczenie siłowe. Ale za to Łoś zreperował oberwane żaluzje i pokazał kilka sztuczek w programie graficznym:



W ostatni dzień tygodnia pojechałam do supermarketu po płyn do prania (ostatnio pralka chodziła na okrągło - Tomek przed wyjazdem na wakacje, wyprowadził się z wynajmowanego mieszkania i przywiózł mi do domu sterty rzeczy do prania). Korzystając z okazji postanowiłam, poza zapasem płynu, kupić jeszcze kilka rzeczy i nieopatrznie wzięłam zamiast koszyka, wózek. Sama siebie podziwiam, że udało mi się to wszystko co kupiłam dotargać do domu.

W niedzielę odwiozłam razem z Beatą Gośkę z Jurkiem na wakacje. Spędzą ponad miesiąc w swoim uroczym leśnym domku:



Z kamienną studnią na podwórku:




A mnie już jutro bladym świtem znów obudzi przeraźliwy poranny dzwonek telefonu Gośki (to, że jest na wakacjach niczego w tym punkcie dnia nie zmienia).
 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli