niedziela, 29 lipca 2007

Środek lata

Ogród podlewa się sam, goedeta już dwa miesiące stempluje komputerowy wydruk pod nazwą "mapka geodezyjna", okna mają być najwcześniej za tydzień, słowem środek lata.

Tak jak było w planach, pojechałam w tym tygodniu z Joanną do Trzcianki. Zebrałyśmy w lesie kilka garści kurek i odwiedziłyśmy zaprzyjaźnione z Gośką gospodarstwo (to wszystko na zdjeciach, które można obejrzeć po najechaniu myszą na zdjęcie poniżej), ale tak naprawdę prawie cały czas grałyśmy w karty (tego na zdjęciach nie ma).


Niezaplanowanym elementem naszej wycieczki był bike-rail-cross. Wszystko przez panią kierowniczkę pociągu, która na dworcu w Lipcach Reymontowskich wskazując na drzwi wagonu drugiej klasy powiedziała: tu, to ja wsiadam i kazała się nam wtarabanić do wagonu obok. Tam z kolei nie mogłyśmy usiąść, bo była to pierwsza klasa. Z przygodami (rama roweru Joanny nie była kompatybilna z szerokością korytarza), "dojechałyśmy" do drugiego wagonu - a tam znowu pierwsza klasa. I tak, w poszukiwaniu wagonu drugiej klasy dotarłyśmy aż do lokomotywy, gdzie siłą rzeczy musiałyśmy się zatrzymać.


Sporo się buduje, ale niestety mazowiecka fascynacja góralską architekturą trzyma się mocno. Na reklamie mazowieckiego producenta blachy też góral.


Znalazłam na blogu Hanki test i już wiem, że jestem stokrotką. Jak się przeczyta o sobie coś takiego: You are just a sweet person. When a friend needs a shoulder to cry on, you are happy to offer yours with a box of tissues as well. Once in awhile, you wish you could be a little more dramatic but then sensibility sets back in and you know that you are perfect the way you are od razu milej się robi na duszy.

I am a
Daisy

What Flower
Are You?

Jak co roku o tej porze roku, sporo ciotek lata na miotłach daleko od domu, więc zamiast imieninowego przyjęcia w Kaliningradzie, w kilka osób podczepiliśmy się do organizowanego przez Ańćkę imieninowego spływu kajakowego i zanim usiedliśmy do stołu, przepłynęliśmy 20 kilometrów Wkrą. Przy okazji była to dla mnie sentymentalna podróż w czasie, nie tylko dlatego, że spotkałam tych, których widziałam lata świetlne temu. Obok nowego domu Ańcki stoi waląca się rudera, przy drzwiach wejściowych rośnie kasztan, kiedyś stała pod nim ławka i stół - pewnie nie tylko dla mnie to nasza młodość ten szczęsny czas ta para skrzydeł zwiniętych w nas. Gdybym kiedyś opisała moje życie w anegdocie, tu toczyłby się jeden z grubszych rozdziałów (więcej zdjęć w galerii po najechaniu myszą na zdjęcie).


Nie ma już kartek żywnościowych, mieszkańcy pobliskiego Sochocina nie reagują agresją na przyjeżdzających do ich miasta z zamiarem kupna czegokolwiek wsiowych, dawno też już zniknął napis Chamy won z mniasta Sochocin, ale tradycja wesołych napisów nie zginęła. Ja znalazłam coś takiego:

Pomysł na zadowolonych klientów też mają dość oryginalny:


niedziela, 22 lipca 2007

Mistrzostwo w pechu

W tym tygodniu, gdy po raz drugi w tym miesiącu zgubiłam okulary uznałam, że zostałam mistrzem pecha. Przebiła mnie Anka, która spuściła sobie na nogę talerz w taki sposób, że musiała być zszyta na ostrym dyżurze. Trudno jednak przelicytować mojego eksa, który śpiąc przy otwartym oknie w swoim mieszkaniu na Żoliborzu, został pogryziony przez wściekłego (przynajmniej takie są podejrzenia) nietoperza i teraz musi wziąć serię zastrzyków.

A w życiu osobistym, po letniej zadumie jesiennej, ogarnęła mnie wiosenna potrzeba zmiany.

Jak zawsze w takich sytuacjach, powrócił pomysł doktoratu. Przypomniał mi o tym Gumiś, ale padło na podatny grunt, bo chwilę przedtem przeczytałam wydrukowany z sieci jakiś artykuł Petera Singera (i to w dodatku po angielsku). O tym co przeczytałam opowiedziałam mądrej ciotce - a ta do mnie: ależ Kalina, to już było, nie pamiętasz co na ten temat pisał Manheim?. A jak jeszcze będąc u niej wzięłam do ręki, leżacego u niej na biurku Habermasa pomyślałam, że czytać to ja lubię dla przyjemności i może lepiej niech tak zostanie. Przy okazji zrobiłam zdjęcie dorosłej już dziś Mili, która dorastając troszeczkę minęła się z wzorcem rasy jamnika szorstkowłosego. W dodatku zachowuje się jak zwykły pies - tak jakby nie zdawała sobie sprawy, że nie jest psem, tylko dumnym jamnikiem.


Na kołku "spraw na zaś" dalej wiszą moje robótki - robić i nic nie oglądać nie potrafię, ale chociaż kolekcja filmów do obejrzenia jest już na ponad metr wysoka, dalej nie mogę się przemóc i usiąść przed telewizorem. Podobno w pierwszym programie Polskiego Radia wieczorem często nadają archiwalne słuchowiska teatralne - jak do jesieni nie przejdzie mi alergia na ekran telewizyjny, poza radiem spróbuję jeszcze książek na płytach. Na razie czytam w formie książkowej. Aktualnie Kafkę nad morzem Murakamiego.


J. Dehnel w jakimś wywiadzie stwierdził, że Murakami to taki Coelho dla wykształciuchów. Nawet jeżeli coś w tym jest, to świetnie się go czyta. Kafkę warto przeczytać chociażby dla rozmów Nakatego z kotami. Jeden fragment Jak uleczyć fanatyka tak mi się podobał, że go zeskanowałam i rozsyłałam mailem (z tym, że w tej książce A. Oz powtarza sporo anegdot opisanych w Opowieści o miłości i zmroku):

Mój drogi przyjaciel, wspaniały prozaik izraelski Sammy Mi-chael, wybrał się kiedyś w daleką podróż samo­chodem z szoferem z jednego do drugiego miasta - co nam wszystkim się przytrafia od czasu do cza­su. Szofer palnął zwyczajową mówkę o tym, że za­bicie wszystkich Arabów jest dla nas Żydów spra­wą niecierpiącą zwłoki. Sammy go wysłuchał i zamiast zawołać: „Panie, co z pana za straszny człowiek! Czyś jest pan nazistą, czy faszystą?", za­grał inaczej. „A kto pana zdaniem powinien poza­bijać tych wszystkich Arabów?", zapytał. Na to szofer: „Jak to kto? My! Izraelscy Żydzi! Musimy! Nie mamy wyboru, pomyśl pan, co oni nam wyrzą­dzają każdego dnia!". „Ale jak pan myśli, kto po­winien się do tego zabrać? Policja? A może wojsko? Straż pożarna? Ekipy medyczne? Kto ma to ro­bić?". Tamten podrapał się w głowę i rzekł: „Chyba powinniśmy się sprawiedliwie podzielić, każdy z nas musi zabić kilku".

Sammy Michael, zachowując kamienną twarz, rzekł: „No dobrze, przypuśćmy, że przydzielono panu blok mieszkalny w pańskim mieście, Hajfie, więc puka pan albo dzwoni do wszystkich drzwi i pyta: Przepraszam, czy przypadkiem nie jest pan Arabem? Czy pani jest Arabką? I jeżeli odpowiada­ją, że tak, strzela pan do nich. Potem, gdy kończy pan obchód tego bloku i wybiera się pan do domu, gdzieś z czwartego piętra dobiega pańskich uszu płacz niemowlęcia. Czy wróciłby pan i zabił to dziecko? Tak czy nie?". Przez chwilę panowała ci­sza, po czym szofer powiedział: „Wie pan co, pan jest bardzo okrutnym człowiekiem". Ta historia jest znamienna, w naturze fanatyka bowiem tkwi w gruncie rzeczy skłonność do sentymentalizmu, a zarazem cechuje go brak wyobraźni. I czasem czerpię z tego nadzieję, słabiutką nadzieję, że gdy­by ludziom zaszczepić choć trochę wyobraźni, mo­głoby to nadwątlić ich fanatyzm. Nie jest to szybko działające lekarstwo ani natychmiastowa kuracja, ale a nuż okazałaby się pomocna?

W ogrodzie cały czas staram się panować nad pogłowiem chwastów, a że co jakiś czas pada deszcz, to się i nie przemęczam. Po raz pierwszy byłam w Milanówku na rowerze - potraktowałam to jako próbę generalną przed planowanym na ten tydzień wyjazdem.

Jadę razem z Joanną do Trzcianki - miejscowości o tej nazwie jest ich w Polsce wiele, my wybieramy się do tej koło Łodzi:

W ogrodzie czarny kot sąsiadów skrzeczy miłosne serenady - Srala na starość zatęskniła za rolą Julii i odgrywa sceny balkonowe.



Przy czym wygląda na to, że Srali ten miłosny skrzek odpowiada:



Na pierwszej stronie Gazety był link do takiego zdjęcia:


Pomijając pomysłowość tej szafki na buty, moim zdaniem warty rozważenia jest zaproponowany wariant: jeden fason butów w różnych kolorach - nawet komuś takiemu jak ja, parę razy w życiu udało się kupić wygodne buty.

Do Doroty- Zam

Często odnoszę wrażenie, że z kwiatami jak z dziećmi - najlepiej wychodzi jak człek się za bardzo nie wtrąca w to, jak rosną. Latami, coraz piękniej rosła mi juka nie gubiąc żadnego liścia ze swojego pięknego pióropusza, jak ją przesadziłam, to teraz powoli jednak umiera. Jak chcesz odnożki starca, daj znać na gazetową pocztę.

niedziela, 15 lipca 2007

Jesienna zaduma w środku lata

Środek lata, a ja nie dość, że nawet przez chwilę nie poczułam wakacyjnego lenistwa, to mam jeszcze dziwnie refleksyjny, jak na tę porę roku, nastrój. Za oknem do wczoraj pogoda przypominała wczesną jesień, ulice miasta zakorkowane są tak jak zawsze, a w pociągach tłok. Na sobotnim koncercie na Starówce, Michał Urbaniak dopiero pod koniec wziął do ręki skrzypce, przedtem prawie przez cały czas grał na saksofonie cudowne, deszczowe smuty Komedy. A tu jeszcze jedną ciotkę coś tam jakiś czas temu zabolało i chwilowo, tak jak to bywa w takich sytuacjach, straciła wszystkie włosy. Inną z kolei porządnie zbadali - znaleźć znaleźli, bo każdemu jak się szuka, to się coś znajdzie i przekonanie się na własnej skórze, że nie ma ludzi zdrowych, są tylko źle zbadani zrobiło na niej na tyle piorunujące wrażenie, że rzuciła palenie. Mam świadomość, że skoro może być i tak, to trudno nie cieszyć się z tego, że póki co jest u mnie jest tak jak jest. Mam tylko jedno "ale" - skoro może być dobrze, to czy nie mogłoby być nie tylko dobrze, ale i ciekawie?

Ogród już mnie tak nie "zasysa" - dalej, zgodnie z planem wyrywam chwasty, których - trzeba przyznać - jest coraz mniej i czekam na ostateczne pożegnanie się z nadzieją co poniektórych na upalne lato - dopiero wtedy dosieję trawę. Cały czas coś tam przynoszę z sobotniego targu, ale coraz trudniej upolować coś ciekawego. Z rzeczy przykrych - więdną moje "krasnoludki" (nie wiem gdzie Miśka je kupiła, bo ja ich nigdzie, nigdy nie widziałam):


Mniej więcej już wiem ile mnie będzie kosztował Anki Paryż, więc w ramach popychania do przodu, zamówiłam okna na strych. Będą inne niż te co są, nie drewniane, tylko plastikowe. Uprzedzono mnie, że mahoń w plastikowej wersji jest zupełnie inny niż w drewnianej, ale mówi się trudno - mimo że przy plastikowych dopłaca się za kolor 40%, dalej są mniej więcej 50% tańsze od drewnianianych.



Czyli mniej więcej za miesiąc "zamknę bryłę budynku":



Do wodociągu raczej się w tym roku nie przypnę - już 5 tygodni czekam na mapkę od geodety (a potem projekt, jeszcze raz geodeta i gmina). Chciałam przerobić kominek, ale nie ruszę póki nie wyjaśnię jednej zagadki - dlaczego w jednym rogu salonu jest wilgoć. Kiedyś myślałam, że to koty. Potem, że ponieważ jest to jedyny róg domu nie zakończony kantówkami, że nalatuje bokiem. Ale tak sobie myślę, że wtedy to jednak byłyby mokre i ściany, a wilgotny jest tylko beton na podłodze. Coraz trudniej uciekać od myśli, która mnie goni - że w tym miejscu fundament jest źle zaizolowany i "ciągnie" z ziemi.



Bosze - syna urodziłam, drzewo niejedne zasadziłam, dom wybudowałam, już ten trawnik był ponadplanową wrzutą - jeżeli już tak się ułożyło, że nie mogę leżeć na kanapie i pachnieć, to już wolę robić misia, takiego jak Ela.

Zrobiłam kolejną galerię zdjęć - tym razem moich parapeciaków (wchodzi się naciskając na zdjęciu klawiszem myszy). Na wyglądają najgorzej, ale cały czas coś im dolega - aktualnie na pnączach mimo kuracji antygrzybicznej znów pojawiła się biała pleśń, szeflera nie wiedzieć czemu nagle zaczęła gubić liście, a scindapsus ma coraz mniejsze liście, tak ze za chwilę upodobni się do bluszczu.


Coś tam ostatnio przeczytałam. Brnąc z dużym trudem przez Instynkt pięknej Inez zastanawiałam się czy może wyrosłam już z literatury pięknej i sama o tym jeszcze nie wiedząc, dorosłam do czegoś poważniejszego. Ale tak dobrze jeszcze ze mną nie jest - w tym przypadku zemdliła mnie gniotowatość tego romansidła, udającego - za pomocą taniej sztuczki, pokrętno-mętnego sposobu pisania - coś więcej. Coś czego nie potrafi Fuentes, potrafi Murakami - Norwegian Wood to jego kolejne, świetnie napisane czytadło.

Z tą trzecią książką trochę inaczej - dał mi ją synek, powiedział, że mus. Popytałam - okazało że prawie wszyscy czytali, bo to mus. Przeczytałam. I na marginesie tej całej, wartej funta kłaków, dyskusji o lekturach. Nie ma takiej możliwości, by 90% populacji (a tyle ma teraz zdawać maturę) przeczytało Sienkiewicza, Dobraczyńskiego, Gombrowicza, czy JP II. Gdyby wpisać na listę książkę Perechodnika, też by jej nie przeczytali. Ale przynajmniej ci co układali kanon mieli by spokój sumienia, że przynajmniej próbowali coś zmienić. Bo synek miał rację - książka robi wrażenie i to z siłą wodospadu.


 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli