niedziela, 27 lipca 2008

Przerwa na imieniny

Miało być więcej o Białorusi, ale nie będzie, bo czas tak szybko leci, że tylko przeskakuję z wymiaru w wymiar. Tytułem sprostowania muszę jednak zacytować fragment maila od kolegi Leona: A ten dom Elizy O, to nie ma co się denerwować.To rekonstrukcja. Tamten rozebrali po wojnie.

Pomiędzy powrotem z Białorusi, a wyjazdem do Czarnogóry miałam  niecałe cztery dni na ogarnięcie sporej ilości spraw. W dodatku, jeden z nich z nich spędziłam  na Dorocznym Imieninowym Spływie Kajakowym - popłynęliśmy inną trasą, ale tą samą Wkrą, więc było tak samo pięknie.

Wystawiłam dwie imieninowe załogi kajakowe - Joannę z Gośką i Gumisia z Jackiem. Sama - zdradzona przez Ańćkę -   popłynęłam z Jędrkiem. Wiosłowaliśmy więcej niż leniwie - Jędrek wziął ze sobą dobry aparat, robił zdjęcia przyrody, zabawiał mnie opowieściami o swojej pracy sędziego na międzynarodowych wystawach psów rasowych, tak że dopłynęliśmy jako jedni z ostatnich.

W zeszłym roku dodatkową atrakcją spływu była konieczność pokonania, zbudowanej tuż nad powierzchnią wody, drewnianej kładki.  Tegoroczny spływ przejdzie do historii jako ten, w którym Ańćka z Tadkiem  wywalili kajak i "wykąpali" komórki i aparat fotograficzny.

Potem tradycyjnie zjechaliśmy na grilla. Oprócz mnie, były jeszcze trzy inne solenizantki,  chór zaśpiewał nam Sto lat i kolejny dzień odchudzania diabli wzięli (oprócz sałatek Ańćki, były jeszcze jej ciasta i domowej roboty smalec). 

Biorę udział w kolejnym wyzwaniu - tym razem Padma zaproponowała Miejskie czytanie. Jeszcze przed wyjazdem zgłoszę swoją listę - tym razem mam zamiar kupić tylko Gottland M. Szczygła, resztę chcę znaleźć w przepastnej bibliotece Gumisia. 

Na wakacje zabieram 2 kg otrzymanej od synka eseistyki o Bałkanach - taki rozpaczliwy rzut na taśmę, by dotrzymać mu kroku. Ale chyba tak jak w przypadku córki, pora się poddać i uznać, że i to jajko stało się mądrzejsze od kury.

Skończyłam Urząd mojego ojca Singera (jedna z książek, kupionych ostatnio w księgarni tanich książek obok Hali na Koszykach). Cudowna książka dla wszystkich miłośników jego prozy (do których się zaliczam). Zupełnie mi nie przeszkadzało to, że kiedyś - przynajmniej we fragmentach - już ją czytałam.  Oparte na autobiograficznych faktach krótkie opowiadania o rozsądzanych, przez mieszkającego w kamienicy na Krochmalnej rabina, sporach. Z dzisiejszej perspektywy dziwi, że dopóki nie poruszano "tych" spraw, nikt nie wypraszał dziecka z pokoju. Dzięki temu, po latach dziecko mogło spisać to, co z tamtych lat zapamiętało.  

Do Czarnogóry biorę również ze sobą druty i 35 dkg mojej zielonej Lany Grossy. Pochodziłam po blogach i u Zdzichy zobaczyłam fajną bluzkę. Więcej o niej jest tutaj. Jak Daria znajdzie (już na rosyjskich stronach) coś o niej więcej, lub jeszcze przed wyjazdem otrzymam odpowiedź na mój rozpaczliwy post na gazetowym forum -  to może ją wydziergam.


Podoba mi się również wzór wyszukany przez Brahdelt w Interweave Knits.


Do Czarnogóry jedziemy samochodem. Jacek bierze dwa laptopy, więc nawet jeżeli tam gdzie będziemy nie będzie internetu, zawsze  w jakiejś knajpie znajdziemy bezprzewodową sieć. Gorzej z dietą, bo gotować ma Gumiś. Wszyscy niby chcą schudnąć, ale jak zaproponowałam, że stanę przy garach (efekt murowany), to się nie zgodzili.

A po wakacjach, poniekąd zainspirowana przez Brahdelt, mam zamiar przestudiować kupioną przeze mnie w ostatnich dniach gazetkę (obok mój ostatni kaktusowy nabytek).


W tle mój trawnik, który okazał się tak banalny jak wszystkie inne trawniki - zamiast mojej miłości i uwagi wystarczyła mu tylko woda - popadało przez tydzień  i od razu się zazielenił. 

niedziela, 20 lipca 2008

Powrót do przeszłości

Jeszcze w Warszawie przypomniały mi się stare dobre czasy - wzdłuż płotu białoruskiego konsulatu stała spora kolejka, przy furtce ważny, naburmuszony pan, co jakiś czas wpuszczał do środka po kilka osób, a zjednoczony swoją dolą tłum pomstował, bo wszyscy mieli świadomość, że ci którzy do godziny 12 nie wejdą do środka, będą musieli przyjść nastepnego dnia (w przypadku prywatnych wyjazdów, wnioski wizowe, trzeba składać osobiście). Tym razem byłam "tą równiejszą" - wizę wydano mi poza kolejnością, nawet nie musiałam przychodzić drugi raz po jej odbiór.

Ale już na granicy tak lekko nie było. Jak każdy wjeżdżający do tego kraju, musiałyśmy wykupić ubezpieczenie Europa - po polskiej stronie jest jedna graniczna budka-kantorek,  obsługiwana przez ludzi "stamtąd", w której można wykupić to ubezpieczenie.  Jak do niej weszłyśmy, poza nami nie było żadnych innych klientów, ale gdy stanęłyśmy przy kontuarze, przez dłuższą chwilę pani oddała się nic nierobieniu, a my czekaniu. W końcu pani podeszła,  tym znanym z przeszłości, sennym posuwistym krokiem, do lady, ale wtedy weszli jacyś kierowcy i w tym momencie ona przestała nas obsługiwać - powiedziała, że osoby wymieniające pieniądze załatwiane są poza kolejnością. Prawda, że rozczulające?

I tak generalnie - powietrze późnych lat 60-tych. Nastrój ulicy też. Sporo starych drewnianych domów - króluje eternit. Ten akurat to nie Grodno, ale Hoża.

Wstąpiliśmy tam do księdza, który pokazał nam swoje "muzeum" - w sali katechetycznej gromadzi stare dokumenty i przedmioty. Mnie rozczulił projekt młyna wodnego - dokładnie ten sam design, co obecnych pozwoleń na budowę.

Niestety coraz więcej drewnianych domów, rozbudowywanych jest w ten sposób.

Ale to i tak lepiej, niż to w jaki sposób "remontuje" się dom Orzeszkowej (w tym domu spędziła swoje ostatnie lata swojego życia i umarła).

Byłyśmy w Druskiennikach.

Coraz mniej tam pięknych, starych drewnianych domów.

Ten skojarzył mi się z Czechowem.

Sporo się tu buduje. Niestety, nowe domy nie mają nic z tamtego uroku - typowe betonowe hotelowe koszmarki.

Więcej po przyjeździe.

niedziela, 13 lipca 2008

Czas spraw zaległych

 Zainspirowana ogłoszonym przez Brahdelt tygodniem spraw zaległych, zarządziłam czas do wakacji, czasem spraw zaległych. Bo najbliższe plany to: wizyta u Kąsólowej, moje imieniny, Czarnogóra. Póki co mogę tylko zadrościć włóczącej się po Portugalii córce i synkowi, który z kolei wysłał mi kilka zdjęć z Macedonii.

 Ale już niedługo, ja też będę w pięknych miejscach.

Na razie dodałam do mojej strony IGoogle "To-Do-List" i punkt po punkcie, odhaczam. Z rzeczy wielkich - byłam na końcu świata, w jedynym takim miejscu w Polsce, gdzieś na Pradze za torami. Przyjmują tam do naprawy gwarancyjnej magnetowidy Manty (moja Manta leżała u mnie pod biurkiem w pracy już od roku, ale jej gwarancja kończy się już za 1,5 miesiąca, więc był to już najwyższy czas). Zamówiłam u geodety tzw. inwentaryzację powykonawczą. Tym razem za 500 złotych, geodeta zmieni w komputerowym planie nazwę zrobionej przez siebie rok temu mapki  i jeszcze raz ją wydrukuje.  Kupiłam też nici bezbarwne (w wersji ciemnej i jasnej, sic!) i dwa wieczory spędziłam "przy muzyce o igle". W sobotę padał deszcz, dzięki czemu bez wyrzutów sumienia, nie patrząc na ogród,  pojechałam rowerem (ale pociągiem) do Milanówka, gdzie biesiadowałam przy stole i grałam w karty. Bo już wiem, że zdążę przed czwartkiem (czyli kolejną wizytą Kąsólowej z Kasólówną), ze sweterkiem - impresją z Berroco. W planach jest jeszcze czapeczka.

 

 

Gapa ma siostrę. Bullmastiffa. Bunię. Jakoś nie wierzę, by Gumiś mógł bez rottweilera, więc pewnie niedługo zamieszczę zdjęcie kolejnej dziewczynki.

 

 

Ja jestem wolna od takich pokus. Dostałam od Kąsólowej taki mail:
Ciężka sprawa z tym kotem, w zasadzie to chciałabym znaleźć dla niego
dom, a Ty byłabyś mu najlepszą mamą :-) Młody, perspektywiczny, łagodny,
może by się nawet do kuwety przyzwyczaił, a może już tak sikał, bo coś mi
się wydaje, że on komuś uciekł i zgubił i postanowił już nie wracać, bo pewnie nie wie gdzie.

Ale w życiu twardym trzeba być, nie miętkim, więc dałam odpór.

  Kino

 Sarurno Contro ma coś z poprzedniego, fantastycznego filmu F. Oztepeka: On, Ona i On (nawet graja ci sami aktorzy i niektórzy pełnią w grupie podobną rolę), ale niestety już tak dobre nie jest (jego Okna też mnie nie zachwyciły). Tu, na samym początku filmu, jeden z boharterów wyznaje, że chciałby by zostało tak jak jest, bo jest naprawdę dobrze. Potem śledzimy dalsze losy, no i oczywiście dobrze nie jest, bo tak jak w życiu ludzie zdradzają, chorują, umierają. Jak na mój gust jest zbyt ckliwy i melodramatyczny - nie ma żadnej tajemnicy, wszystko od początku do końca jest zbyt przewidywalne. A z homo-miłością w filmach, jest ostatnio tak, jak ze spustem surówki w dziennikach tv z lat siedemdziesiątych.

 

 

 



Byłam kiedyś na jakimś hinduskim filmie, spodobała mi się jego egzotyka i uznałam, że raz na jakiś czas, warto pójść na coś takiego. 4 kobiety nie miały metki Bollywood, więc się skusiłam. Ludzie komunikują się tu ze sobą wymownie wybałuszczając oczy, a jak już coś powiedzą, to brzmi to tak naturalnie, jak dialogi w przedwojennych filmach.  Sfilmowane tak, że bardziej przypomina  pokolorowany czarno-biały film.  Jednego tylko po obejrzeniu tego filmu nie rozumiem - skoro  celem kobiety hinduskiej jest ślub, to co przez te następne kilkadziesiąt lat? Jak by tego było mało, film jest jeszcze poprawny politycznie -  bo wprawdzie opowiada o  smutnym losie hinduskich kobiet, ale rzecz dzieje się dawno temu, w latach czterdziestych ubiegłego wieku.
 
 
 
 
 
 
 
 Teatr
 
Może trzeci raz byłam w tym roku w teatrze. Tym razem rzuciłam się na głęboką wodę - 6 godzin z jedną, półgodzinną przerwą, na niewygodnych fotelach  hali fabrycznej. Sztuka mogłaby trwać krócej - nadałoby to jej trochę tempa. Zwłaszcza, że chociaż ma niewiele ponad 20-lat, zdążyła się już fragmentami zdezaktualizować i moim zdaniem taka wierna adaptacja  nie była potrzebna. Drażnią mnie też mikrofony w teatrze. Ale wszystko wskazuje na to, że czasy gdy na jaskółce słychać było szept aktora, minęły bezpowrotnie. Grali znani aktorzy i chociaż siedziałam w czwartym rzędzie, gdy mówili bez przypiętego do ubrania mikrofonu,  nie zawsze dokładnie słyszałam wypowiadane w głebi sceny słowa.
Ale mimo tych, i wielu innych zastrzeżeń, wytrzymałam i to bez wiercenia i nerwowego spoglądania na zegarek.  Bo grali. Niektórzy dobrze (A.Chyra, M. Stuhr), a niektórzy bardzo dobrze (T.Tyndyk, R. Maćkowiak). W dodatku, mimo, że sztuka trwała długo, reżyser ani razy nie skorzystał z ulubionego w warszawskich teatrach środka wyrazu - zbiorowego biegania po przekątnej sceny. Teraz mam zamiar obejrzeć film.

 Książki
 
 
 
Przeczytałam beznadziejną biografia Sylwii Plath. Sama się sobie dziwię, że dobrnęłam do końca. 
Obejrzałam jeszcze Sylwię z Gwyneth Paltrow i o ile S. Plath mam po kokardkę, to chętnie przeczytałabym biografię Teda Hughesa. Ani w książce, ani w filmie nie ma ani słowa o tym, jak czuli się po jej samobójczej śmierci, odpowiedzialni za to  "morderstwo na odległość". Bo trudno inaczej nazwać, pozostawienie samej sobie kobiety z dwójką malutkich dzieci, która bez rodziny i przyjaciół, w obcym kraju, w mało wesołej sytuacji finansowej, boryka się z codziennością. Kobiety nie tylko wrażliwej, ale mającej za sobą próby samobójcze i leczonej już szpitalu psychiatrycznym na depresję.  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
W tym tygodniu "zanurzyłam się" w jednym temacie - homo-film, homo-teatr, to i homo-książka. Z jednej strony Homobiografiom K. Tomasika do poziomu Brązowników T. Boya daleko. Z drugiej strony to chciałabym czegoś co jest niemożliwe - trudno pisać o zabranych do gróbów tajemnicach.
 
Ale chociażby dla paru smaczków warto. Mnie urzekła historia z Lechoniem. Jak już go prawica przygarnęla jako swojego, ktoś z przeciwnego obozu wytknął, że hołubiony przez nich poeta miał wiadome preferencje seksualne.  W polemice prasowej R. Ziemkiewiecz napisał: J. Lechoń był wprawdzie homoseksualista, ale nie był gejem.
 A że wszyscyśmy w swoich świrach jednacy, świadczy  chociażby fragment listu Marii Konopnickiej do syna o Marii Rodziewiczównej (na marginesie: o preferencjach pierwszej  Marii wiedziałam, tej drugiej nie): Należy do warszawskiej loży buddystów... Niedawno właśnie odprawiała buddyjski post. Jest on taki. Pierwszego dnia zjada człowiek 15 łyżek ryżu. Drugiego 14 i tak dalej aż do 1 łyżki, po czym przez trzy dni wytrzymuje te porcję, a potem powraca do łyżek 2,3 i stopniowo do 15, od których zaczął.
 
Też myślę o diecie, bo jak na poczatku roku przytyłam te 3 kilogramy, tak cały czas je "trzymam". Ale inspiracji szukam nie w buddyźmie, ale tu
 
A w przerwach toczę dialogi z Mońkiem (moje dawne dialogi z Joluśką, to pikuś). Ale niestety na tematy osobiste, więc na blog się nie nadają. Mały przykład:  
 
Ja: I znów wyszło na to, że jestem wróżką
Moniek: K..wa, chyba tą trzynastą co biedną królewnę chciała wysłać na tamten świat, kiedy się wrzecionem ukłuje w szesnaste urodziny
 
 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli