piątek, 31 lipca 2009

Kolorowe czytanie (2)

Na swoim blogu Brahdelt ogłosiła rozdawajkę:


a ja, w ramach Kolorowego czytania przeczytałam pierwszą książkę:  "Czerwony kwiecień" - Santiago Roncagliolo.


Przede mną, w ramach tego wyzwania, przebrnęła przez nią Pikinini, więc nie tylko mnie było ciężko. Zastanawiałam się przez chwilę, co można dobrego powiedzieć o tej książce i nic nie przyszło mi do głowy. 

Peru, miasteczko w Andach, Wielki Tydzień, dużo turystów, okrutne morderstwa, wybory, mało rozgarnięty pomocnik prokuratora, Indianie, terroryści ze Świetlistego  Szlaku, skorumpowani politycy, sfrustrowani wojskowi i wiele innych tematów, powiązanych ze sobą nawet dla średnio rozgarniętego czytelnika, ale nie dla autora. Słowem chaos i bełkotliwe pomieszanie z poplątaniem. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron  miałam jeszcze nadzieję, że  rozpoczynane co kilka stron nowe wątki, w końcu się ze sobą splączą i stworzą jedną opowieść. Potem, po przebrnięciu przez połowę czepiłam się na moment wątku morderstw - ale nawet najgłupsze kryminały są napisane w taki sposób, że zbliżając się do końca ciekawi odpowiedź na pytanie "kto zabił", w tym przypadku nawet to mnie nie interesowało.  

Pewną ciekawostką były dla mnie dwa zdania, które potraktowałam jako potwierdzenie, że rzeczywiście istnieje  bardzo ciekawy indiański zwyczaj, o którym po raz pierwszy dowiedziałam się dzięki filmowi  Madeinusa - kiedy w Wielki Piątek składają Chrystusa do grobu  (tak było na tym filmie, w tej książce jest napisane że zaczyna się to wcześniej, bo już w środę), aż do rezurekcji można grzeszyć ile wlezie, bo Bóg umarł i tak tego nie widzi. 

Jedyny wątek, który mnie zainteresował to opowieść o związku głównego bohatera, pomocnika prokuratora, ze swoją zmarłą matką, który gdy po latach wrócił do rodzinnego miasteczka, zamieszkał w jej domu  i żył w nim tak, jakby ona dalej w nim przebywała. Ciekawie jest to opowiedziane. Z tym, że nie  jest to warte przeczytania całej książki.

Nie rozumiem tylko jednego, co jest takiego w tej książce że został przetłumaczona na inne języki (z pewnością polskie tłumaczenie nie jest jedynym). Może coś mi umknęło?

niedziela, 26 lipca 2009

Pierwszy wyjazd wakacyjny -  nie do końca udany

W połowie tygodnia wyjechałam do Ańcki na wieś. Miały być książki i  druty i doroczny spływ imieninowy, ale tak jak zawsze wyszło nie do końca to, co planowałam.

Jeszcze w czwartek wszystko wskazywało na to, że jeszcze chwila i skończę wakacyjny top.


Ale w piątek do mojego łokcia tenisisty (prawa ręka) doszedł ból lewej piersi i mnie "wyłączyło". W sobotę pierś jeszcze spuchła i nabrała rumieńców i na koniec, w niedzielne popołudnie, wylądowałam na ostrym dyżurze na Wołowskiej.  Tam orzekli, że  najbardziej prawdopodobna wersja jest taka, że mnie coś ugryzło. Już jakiś czas temu Gumiś zauważył, że w tym roku komary opanowały sztukę bezgłośnych lotów. Skoro tak, to może inne owady opanowały sztukę bezśladowych ukłuć. Tyle, że mimo wpompowania we mnie iluś tam zastrzyków i podłączenia kroplówki spuchnięte i czerwone jest dalej.  

Doroczny spływ imieninowy też się nie odbył - my byliśmy nastawieni na sobotę, właściciel kajaków na niedzielę i w tym roku imieniny odbyły się bez fajerwerków.

Po raz pierwszy po latach, miałam za to więcej czasu by popatrzeć na zmiany zachodzące w okolicy.

Kąpielisko na Wkrze przypominało mi klimat plaży sfilmowanej przez Wajdę w Tataraku - tyle że tam takich biczy wodnych nie było.


Nieopodal tego "kąpieliska",  na pobliskich polach powstają kolejne "dacze". Nie wiem jak mogły by wyglądać bardziej koszmarne wakacje, niż spędzone w takich domkach (stojących, czego na zdjęciu nie widać, tuż obok ruchliwej drogi dojazdowej do kąpieliska).


Powoli nawet i w Sochocinie stare klimaty i jego sztandarowe przybytki odchodzą w przeszłość.


Jest jeszcze sporo starych domków.


Ale niestety, remontują je przy wykorzystaniu sidingu.


Co warte odnotowania w Sochocinie nie znalazłam ulicy Jana Pawła II,. Jest za to ulica Nowotki (stoi przy niej Urząd Gminny) i plac Nowotki (adres Domu Kultury). Tyle że w obu przypadkach - może dla zmyłki? - Nowotko nie ma imienia.


Jakiś czas temu poszłam do Biblioteki z wydrukowaną wcześniej lista książek do przeczytania  i ponieważ  Trylogia Nowojorskiej Paula Austera tam nie występuje, wzięłam  jego Człowieka w Ciemności.


Książka podobała mi się bardzo i mam duży apetyt na pozostałe jego książki. Paul Auster jest autorem scenariusza do Dymu, Brooklyn Boogie i Lulu na moście (w przypadku tego ostatniego był i jego reżyserem i jak dla mnie lepiej by zrobił, gdyby na przyszłość pozostał przy scenariuszach, reżyserię zostawiając innym). Coś z klimatu tych filmów można odnaleźć i w tej książce. Narratorem Głosów w ciemności jest schorowany, owdowiały dziennikarz, który żyje razem z córką od której odszedł mąż i równie nieszczęśliwą wnuczką (jej narzeczonego zamordowano w Iraku i został po nim nakręcony z jego egzekucji film). Bohater cierpi na bezsenność i aby zabić czas, snuje w nocy opowieść o świecie równoległym – Ameryce, która nie toczy wojny w Iraku, tylko po wyborach w 2000 roku pogrążyła się w wojnie domowej. Obie opowieści, ta podsumowującym swoje życie dziadku który stara się pocieszyć nieszczęśliwą wnuczkę i o pogrążonej w wojnie domowej Ameryce ciekawe. I mimo, że to  lektura z gatunku: „w sam raz na wakacje”, to jednak „dająca do myślenia”.

Popełniłam też książkę zupełnie nie w moim temacie: Jan Paweł II – Analiza krytyczna Tadeusza Bartosia.


Zważywszy skąd idzie T. Bartoś, rozumiem czym było dla niego napisanie tej książki. I jakkolwiek budzi szacunek to, że nie kala gniazda, które przed momentem opuścił to pisanie z pozycji „socjalizm tak, wypaczenia nie” do mnie nie przemawia. I punkt, w którym z przerażeniem, nie chcąc oddalać się od matecznika kończy swoje rozmyślania,  dla mnie jest  "oczywistą oczywistością". Ciężki los rewizjonisty: wyklęty dla tych z którymi jeszcze nie tak dawno przebywał,  obcy dla tych którzy zawsze byli od tego daleko.

Na zakończenie dla tych co nie czytali, cytat z  piątkowej GW (artykuł D. Nowackiego). Rzecz o tym co do działo się w mieszkaniu Edwarda Stachury, w dniu jego samobójczej śmierci.

Oto roztrzęsiony brat zmarłego odbiera telefony. Anderman słyszy, jak tłumaczy komuś: „tak nie żyje, dziś na razie nie żyje., a jutro nie wiadomo co będzie…” 

niedziela, 19 lipca 2009

Demon seksu

Tej wiosny po raz pierwszy od czasu "poznania co to seks", Srala zachowywała się jak stateczna matrona. Myślałam że to lata (to już jej 15 wiosna) i po części Edek, który po tym jak został wykastrowany, przestał wprawdzie być zainteresowany nią jako kobietą, ale nie na tyle by wpuścić do ogrodu obce koty (dawniej pilnował tylko kolejności, pierwszy był on, potem jego brat Lolek,  a potem było mu już wszystko jedno). Dopiero w lipcu gdy zaświeciło wiosenne słoneczko, Srala przyznała się do swojego niezaspokojonego libido i  zaczęła się przewalać na trawie przeraźliwie miaucząc. Jej dzikie jęki skruszyły skastrowane serce Edka, który w końcu zgodził się na wpuszczenie na swój teren obcego kota. Inna sprawa, że podpatrywanie ich igraszek przypomniało mu czasy gdy sam był mężczyzną, bo gdy tylko gdy kot po tym jak "dostał to co chciał", wyniósł się z buduaru Salci, Edek, mimo męskiej ułomności, gorąco ją dopieszczał. I te wszystkie emocje wyzwala taka niepozorna koteczka.


Zrobiłam remanent robótkowych planów. Od dłuższego czasu, nie kończę zaczętych robót, tylko zaczynam następną, obiecując sobie że tym razem to już na pewno skończę.  Do ostatniej robótki - czarnego Oriental Scarf  z   Kashmir-u straciłam serce, bo im więcej było tego szala, tym bardziej przypominał szydełkową plandekę na samochód. Zatęskniłam za zwiewnością i wróciłam do Luny. Tym razem po 10 centymetrach naszła mnie refleksja, że nadziubdzię się jak głupia (druty 2.5, nawet Adiki w pasmanterii w przejściu koło Dworca Cenralnego za 13 zł w tym celu kupiłam), a chwilę później cały ten misterny wzór i tak trafi szlag, bo włóczka jest nierówna i momentami grubością splotu przypomina nitkę.  A jak się pojawiła taka myśl, to i ochota przeszła.

Potrzebuję sukcesu jak kania dżdżu, wyszukałam coś bardzo prostego i szybkiego. Jak zawsze obiecałam sobie że nie zacznę niczego nowego, jak tego nie skończę" i dzielnie dziergam.


Na kilka wakacyjnych dni wpadła do kraju Beata. Gumiś z tej okazji  zaprosił na obiad, a ja z wrażenia wzięłam dzień urlopu. Gdzie te czasy gdy wszystko, nie tylko papier toaletowy, było "tam" bardziej kolorowe. A teraz już po kilku miesiącach ci, dla których wyjazd "tam" nie wiąże się z żadnym awansem ekonomicznym,  doceniają sielski urok bycia "tu". A jak traktuje się te parę lat tylko jak przygodę i sposób na nauczenie się języka, pojawia się pytanie czy warto. Kolejny dowód na to, że to jednak byt określa świadomość.


W ten weekend zdobywałam sprawność opiekuna.

Zaczęło się w piątkowe popołudnie od 1,5 godzinnego oczekiwania w kolejce na korytarzu jednego z warszawskich szpitali, gdzie co 15 minut otwierał drzwi uśmiechnięty (pewnie dlatego, że bogatszy o kolejne 500 zł) pan doktor i zapraszał na zabieg następnego pacjenta.


Następnego dnia pojechałam na wieś do Ańćki  (we dwie zawsze łatwiej), tyle że Ańćka co i rusz wypadała z roli (między innymi, chociaż nie jestem w stanie zrozumieć po co, skoro już za tydzień, po wyjeździe naszych imieninowych gości, wokół domu i tak będzie klepisko), uparcie zagłuszała rozmowy kosiarką.


Po prawie dwóch latach ponownie zobaczyłam Wieczór. Tym razem zobaczyłam w tym filmie coś więcej niż tylko romansidło. Poza cieknącym z każdego kadru sentymentalnym romansidłem, jest w nim jeszcze rewelacyjna gra aktorska Vanessy Redgrave i zawsze ciekawe pytanie -  co by było, gdyby wtedy nie stało się to, co przez przypadek, ale się jednak stało. 

Natomiast z Winem Truskawkowym porażka. Zirytowało mnie rozczulenie z jakim sfilmowano popegeerowskie pijacko menelskie klimaty. W dodatku po raz pierwszy w kinie (i to na polskim filmie!) nie wszystkie  dialogi były dla mnie zrozumiałe - początkowo myślałam, że jest to zamierzony efekt, ale chwilę potem zrozumiałam, że aktorzy bełkoczą niezrozumiale, nie dlatego, że aż tak się wczuli w rolę pijaczków, tylko taka jest jakość ścieżki dźwiękowej.


niedziela, 12 lipca 2009

Remontowe wakacje

Mam nadzieję, że to już koniec ocieplania domu i chociaż na pewno mógłby mieć grubsze ściany, a w tych ścianach więcej ocieplenia, to już po raz ostatni uzupełniałam puste przestrzenie. 

Dom był ocieplany trzy razy. Za pierwszym razem ocieplał go ekofibrem ekolog, który tak bardzo kochał przyrodę, że aż się wyniósł na Suwalszczyznę. Był też bardzo religijny - wokół swojego domu pobudował kapliczki, bo mu żona ozdrowiała i  za każdym razem, jak sobie o tym przypomniał, w  ten sposób dziękował Bogu. Tego dnia gdy przyjechał ocieplić dom,  nie  skończył wprawdzie roboty, ale wymyślił  sprytną historyjkę i wziął za całość (tzn. za to czego nie zrobił, też). Miał przyjechać za kilka dni, ale potem już tylko krzyczał przez telefon, że nie opłaca mu się przyjeżdżać do Wwy, tylko po to by dodmuchać mały fragment ściany. 

Trzy lata temu  do tych nieocieplonych miejsc zawołałam innego ekologa od ekofibru,  tym razem z Mazowsza. Przyjechał z całą maszyną i  dwoma pomocnikami, więc na koniec zapłaciłam mu jak za zboże. Nic to nie pomogło, zimą ściany były tam  nadal zimne, myślałam, że dali za mało ekofibru, teraz okazało się, że w kilku miejscach nie dali go wcale.

Ponieważ kolejny kontakt z ekologami groził mi zrażeniem się do całej ekologii, tym razem zrezygnowałam z  ekofibru i odsłonięte puste przestrzenie zostały uzupełnione watą mineralną.

Na tym zdjęciu ściana "kącika komputerowego".

Pojechałam zobaczyć ogród Beaty. Pamiętam jak dwa lata temu  była to posprzątana po budowie działka. Nie dziwię się, że chciała się tym co zrobiła pochwalić, ale dziwi mnie to, że znalazła w tym czasie czas i na pracę, a ostatnio nawet jeszcze zabrała się za pisanie doktoratu.


Przy okazji podpatrzyłam dwa fajne pomysły. Iglak, jako podpórka powojnika.


I sposób na za krótką zazdrostkę (w realu to jeszcze lepiej wygląda jak na zdjęciu).


Jak wróciłam do domu, porównałam trawnik Beaty ze swoim i postanowiłam go w weekend "dopieścić".


Trawnikowe plany spaliły na panewce. Zapału starczyło mi tylko na skoszenie, na pieszczoty już nie.

Robota szala powoli posuwa się do przodu, ale coś z tymi wzorami jest nie tak, bo wzór jest na szal, a wychodzi kapa na łóżko. Po przerobieniu 1/6 wzoru Oriental Scarf ma  już 40 cm, szkoda, bo środkowy motyw z którego będę musiała zrezygnować jest najładniejszy.  Zblokowałam też szary szal, wyprałam go w lekko za ciepłej wodzie - wymyśliłam, ze jak się lekko sfilcuje to może będzie mniej kłaczył. Z tym filcowaniem coś mi chyba nie wyszło, bo po wypraniu zrobił się jeszcze dłuższy.


Przeczytałam pierwszy kryminał A. Mariny.  Podobnie jak z B. Akuninem - da się czytać, ale dlaczego jej kryminały są aż tak popularne, nie wiem. Zwykła powieść kryminalna, bez żadnego dodatkowego "smaczku".


Przeczytałam też Utalentowaną i powiedzieć, że mnie nie urzekła, to mało. Książka mnie po prostu znudziła.  Opowieść o mało wtopionej w angielską rzeczywistość hinduskiej rodzinie, która stara się wyhodować naukowca z  wybitnie uzdolnionej matematycznie dziewczynki, całkowicie lekceważąc jej potrzeby  i nie zauważając że  dorasta w świecie, do którego zupełnie nie przystają wpajane jej w domu normy.  Temat bardzo ciekawy, ale ciężko napisany. Z tym, że książka była nominowana do Bookera, więc może to kwestia tłumaczenia. 

W czwartkowe popołudnie, gdy włóczyłam się po mieście z Natalią przystanęłyśmy na Placu Konstytucji, gdzie tak jak co roku Teatr Polonia wystawia uliczne przedstawienia. Z przyjemnością ponownie wysłuchałam monologu M. Seweryn w Lamencie. Poszłyśmy dalej, jak po niej zaczęła swój monolog B, Wrzesińska  ale jeżeli ktoś jeszcze tego nie widział, polecam.
Jest to na pewno ciekawsze przedstawienie, od tych które widziałam w Teatrze Polonia, płacąc za  bilet 50 zł.

Był Pan od kuchni - umówiłam się na robotę na II połowę sierpnia. Wycofałam się z pomysłu obłożenia cegły płytką klinkierową. Pan od kuchni uświadomił mi, że aby obkleić "czoła" murków, klinkier musiał by być cięty - a o ile fabryczne boki płytki są ładne, to cięte już nie. Niby można ciąć z jednej i z drugiej strony, tak aby przynajmniej po obu stronach było tak samo, ale sporo wydam, a efekt będzie żaden. Ponieważ nie chcę żadnej glazury, wyjściem będzie chyba pomalowanie tych cegieł. 

Teraz studiuję fora budowlane i im więcej czytam o oknach dachowych, (dzięki temu, po zdemontowaniu prowizorycznego sufitu kuchnia nie będzie już miała tego gomułkowskiego sznytu)  tym większy mam mętlik w głowie.


czwartek, 09 lipca 2009

Kolorowe czytanie (1)

Moja lista

W poprzednich dwóch wyzwaniach plany zrealizowałam tylko połowicznie. Przyczyna była prozaiczna - książki w bibliotece były, ale tylko w katalogu, ktoś mówił, że ma ale znaleźć nie mógł itp. itd.

Dlatego tym razem zbudowałam swoją listę bazując na domowej półce książek do przeczytania, oraz księgarni. Lista wygląda tak:

Woda różana i chleb na sodzie - Marchy Mehran

Czerwony kwiecień - Santiago Roncagliolo:

Czas czerwonych gór - Petra Hulova

niedziela, 05 lipca 2009

Mała Mońka ma na imię Malwina.

Miały być zdjęcia, ale nie "doleciały" - może będą w przyszłym tygodniu.

A z prozy życia:

Może dlatego, że z wakacjami coś mi w tym roku nie wychodzi, przypomniałam sobie, że ciągle jeszcze daleko do końca remontu i zainspirowana zdjęciami tej kuchni, wymyśliłam własną. Tyle że póki co, nie mam pomysłu, kto mógłby mi ją zrobić. 

Na razie z dużym sukcesem przeszłam od od teorii do praktyki i niespodziewanie łatwo wydostałam dom z niebytu  i wpisałam do rejestru domów "w budowie" .

Idąc za ciosem załatwiłam kolejną sprawę.

Miałam wielkiego, bo urzędowego trupa w szafie. W końcu się przemogłam  i okazało się, że kolejny raz miałam więcej szczęścia niż rozumu - przejęty przeze mnie, gdy likwidowałam współwłasność, jego dług hipoteczny wobec ZUS-u został zapisany w formule "bez odsetek karnych". Teraz mogę się bezpiecznie i  propaństwowo powymądrzać, że patrząc na to z boku to absurd.

Z tego szczęścia wybrałam się na Requiem w Kościele Seminaryjnym,  grane  w ramach Festiwalu Mozartowskiego. Czekając na koncert, nie umiałam sobie odmówić lodów w cukierni na Krakowskim Przedmieściu - smakowały zwyczajnie, ale wyglądały super. Wybór spory - wybrałam Formułę 1, bo była najmniejsza.


Samo Requiem mnie nie porwało, nie grzmiało złowieszczo, a tak powinien dla mnie brzmieć. Nie było też nastroju. Wiedziałam, że Kościół Seminaryjny to nie kamienna katedra, ale dopiero na miejscu przypomniałam sobie, że jest to najbrzydszy kościół na Trakcie Królewskim. Więcej powodów do narzekań wymieniać nie będę (a mogłabym).  

Mam też już kupione (i ułożone) całe drewno na zimę - gdyby jeszcze przestało padać, to może by i wyschło.

Bo lato w tym roku takie, że dopiero w tę sobotę po raz pierwszy w tym roku odbył się na tarasie mini sabacik. Poprzedniego dnia byłam z Gumisiem na bardzo obfitym obiedzie w tajskiej knajpie, tak że z trudem wstałam od stołu. Tym razem  Joanna przywiozła pysznego łososia pieczonego w sosie z majonezu, a Ańćka domowe ciasto z jagodami. Obiecałam sobie od poniedziałku wielkie pas i aby podkreślić moją determinację, oddałam Ańćce własnoręcznie zrobioną kiedyś bluzkę, bo przeraziłam się, ze jeszcze chwila i znów będzie dla mnie "akurat". 


Chwilę po unowocześnieniu warsztatu do robienia bluzek i swetrów  (czyli  kupieniu drutów Knit Pro) odkryłam, że jednak kręci mnie robienie chust. Poszukałam i znalazłam cud - urody, ale trójkątne. W następnej chwili uświadomiłam sobie, że na razie jestem skazana na prostokątne, bo nie kupiłam potrzebnych do robienia trójkątnych chust długich żyłek.  Przeszukałam kolejny raz sieć i na Raverly urzekły mnie orientalne wzory prostokątnych chust Sylwie Beez. Z tym, że robienie ich na drutach 3.5 lub wyżej (mniejszych drutów  Knit Pro nie ma) jest ryzykowne, bo nawet jak są zrobione na cienkich drutach, są ogromne.

Ale się tym nie zraziłam, wybrałam India Stole, kupiłam czarną Lunę  i jak tylko zaczęłam, uświadomiłam sobie, że bez Internetu nie da rady.  Zaczyna się ten szal od środka, nabierając oczka techniką  provisional cast - on. Jest wiele filmików na temat, co jeden to bardziej zagmatwany i przegadany, ale tu jest to tak pokazane,  że nie można tego nie zrozumieć. Jak tylko zaczęłam, chwilę później przerwałam - przytomnie uznałam, że robienie z Luny tak skomplikowanego wzoru to szaleństwo - tego nie ma jak pruć!

Przerzuciłam się na czarny "kaszmir" przerobiłam wzór,  odpowiednio zmniejszając liczbę oczek i też coś było nie tak. W końcu zdecydowałam się na mutację India Scarf  (dodałam oczek, więc musiałam trochę przerobić wzór), tak że powstał projekt  "India Shawl". Jeżeli nie przerzucę się na kolejny projekt, w przyszłym tygodniu powinnam już mieć go tyle, że zamieszczę zdjęcie.

W niedzielę byłam na warszawskim spotkaniu grupy robótkowej:

 

Biegłość niektórych jest tak wielka, że bez problemu dały by radę zrobić z frywolitek, nie tylko kołnierzyk, ale i kocyk.


Zosik tak ciekawie napisała o książce Oko świata Maxa Cegielskiego, że poszłam do księgarni. Jak już tam weszłam, kupiłam od razu dwie jego książki -  tę i Pijani bogiem. Na początek przeczytałam tę drugą.


Rzecz o rozmodlonym o Pakistanie i islamskim sufizmie. O tańczącym na grobach, upalonym haszyszem, pogrążonym w mistycznym transie tłumie. Temat bardzo ciekawy,  napisane mądrze, nie nachalnie i bez europocentryzmu, ale jak dla mnie trochę za dużo o idei, a za mało o ludziach. Ale samo zjawisko warte poznania i chwili refleksji. Dziwne, że jeszcze żadnego z naszych radnych nie zainspirował taki pomysł (rzecz o derwiszach z bractwa bektaszytów):

Wielu z nich ma zabytkowe grobowce pochodzące z XVI wieku. jeśli w okolicy znajduje się na przykład źródło wody przy którym derwisz jakoby jakiś czas nauczał, buduje się tam nowy grobowiec. Identyczny z oryginalnym, tyle że zbrojony z betonu.

Jakie to by było koło zamachowe dla gospodarki (podobno taką rolę pełni budownictwo).


Coco Chanel to taki przyzwoity, przyjemny dla oka, film trochę o niczym - bo chociaż opowiada o pierwszych latach budowania przez Coco Chanel swojej późniejszej kariery, niewiele mówi o niej samej. Najciekawszą (i najlepiej zagraną) w tym filmie postacią jest Balsan - jej pierwszy, po części "wychodzony" na skutek upokarzających starań, mecenas. Coco przedstawiona jest jako heroina nieszczęśliwego romansu - to że była wyjątkowa  i nieprzeciętnie ambitna, można się jedynie domyśleć między wierszami. Za to zdjęcia: chapeau bas!

ps. zapisałam się na kolejne czytelnicze wyzwanie, tym razem kolorowe.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli