piątek, 31 lipca 2009

Kolorowe czytanie (2)

Na swoim blogu Brahdelt ogłosiła rozdawajkę:


a ja, w ramach Kolorowego czytania przeczytałam pierwszą książkę:  "Czerwony kwiecień" - Santiago Roncagliolo.


Przede mną, w ramach tego wyzwania, przebrnęła przez nią Pikinini, więc nie tylko mnie było ciężko. Zastanawiałam się przez chwilę, co można dobrego powiedzieć o tej książce i nic nie przyszło mi do głowy. 

Peru, miasteczko w Andach, Wielki Tydzień, dużo turystów, okrutne morderstwa, wybory, mało rozgarnięty pomocnik prokuratora, Indianie, terroryści ze Świetlistego  Szlaku, skorumpowani politycy, sfrustrowani wojskowi i wiele innych tematów, powiązanych ze sobą nawet dla średnio rozgarniętego czytelnika, ale nie dla autora. Słowem chaos i bełkotliwe pomieszanie z poplątaniem. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron  miałam jeszcze nadzieję, że  rozpoczynane co kilka stron nowe wątki, w końcu się ze sobą splączą i stworzą jedną opowieść. Potem, po przebrnięciu przez połowę czepiłam się na moment wątku morderstw - ale nawet najgłupsze kryminały są napisane w taki sposób, że zbliżając się do końca ciekawi odpowiedź na pytanie "kto zabił", w tym przypadku nawet to mnie nie interesowało.  

Pewną ciekawostką były dla mnie dwa zdania, które potraktowałam jako potwierdzenie, że rzeczywiście istnieje  bardzo ciekawy indiański zwyczaj, o którym po raz pierwszy dowiedziałam się dzięki filmowi  Madeinusa - kiedy w Wielki Piątek składają Chrystusa do grobu  (tak było na tym filmie, w tej książce jest napisane że zaczyna się to wcześniej, bo już w środę), aż do rezurekcji można grzeszyć ile wlezie, bo Bóg umarł i tak tego nie widzi. 

Jedyny wątek, który mnie zainteresował to opowieść o związku głównego bohatera, pomocnika prokuratora, ze swoją zmarłą matką, który gdy po latach wrócił do rodzinnego miasteczka, zamieszkał w jej domu  i żył w nim tak, jakby ona dalej w nim przebywała. Ciekawie jest to opowiedziane. Z tym, że nie  jest to warte przeczytania całej książki.

Nie rozumiem tylko jednego, co jest takiego w tej książce że został przetłumaczona na inne języki (z pewnością polskie tłumaczenie nie jest jedynym). Może coś mi umknęło?

niedziela, 26 lipca 2009

Pierwszy wyjazd wakacyjny -  nie do końca udany

W połowie tygodnia wyjechałam do Ańcki na wieś. Miały być książki i  druty i doroczny spływ imieninowy, ale tak jak zawsze wyszło nie do końca to, co planowałam.

Jeszcze w czwartek wszystko wskazywało na to, że jeszcze chwila i skończę wakacyjny top.


Ale w piątek do mojego łokcia tenisisty (prawa ręka) doszedł ból lewej piersi i mnie "wyłączyło". W sobotę pierś jeszcze spuchła i nabrała rumieńców i na koniec, w niedzielne popołudnie, wylądowałam na ostrym dyżurze na Wołowskiej.  Tam orzekli, że  najbardziej prawdopodobna wersja jest taka, że mnie coś ugryzło. Już jakiś czas temu Gumiś zauważył, że w tym roku komary opanowały sztukę bezgłośnych lotów. Skoro tak, to może inne owady opanowały sztukę bezśladowych ukłuć. Tyle, że mimo wpompowania we mnie iluś tam zastrzyków i podłączenia kroplówki spuchnięte i czerwone jest dalej.  

Doroczny spływ imieninowy też się nie odbył - my byliśmy nastawieni na sobotę, właściciel kajaków na niedzielę i w tym roku imieniny odbyły się bez fajerwerków.

Po raz pierwszy po latach, miałam za to więcej czasu by popatrzeć na zmiany zachodzące w okolicy.

Kąpielisko na Wkrze przypominało mi klimat plaży sfilmowanej przez Wajdę w Tataraku - tyle że tam takich biczy wodnych nie było.


Nieopodal tego "kąpieliska",  na pobliskich polach powstają kolejne "dacze". Nie wiem jak mogły by wyglądać bardziej koszmarne wakacje, niż spędzone w takich domkach (stojących, czego na zdjęciu nie widać, tuż obok ruchliwej drogi dojazdowej do kąpieliska).


Powoli nawet i w Sochocinie stare klimaty i jego sztandarowe przybytki odchodzą w przeszłość.


Jest jeszcze sporo starych domków.


Ale niestety, remontują je przy wykorzystaniu sidingu.


Co warte odnotowania w Sochocinie nie znalazłam ulicy Jana Pawła II,. Jest za to ulica Nowotki (stoi przy niej Urząd Gminny) i plac Nowotki (adres Domu Kultury). Tyle że w obu przypadkach - może dla zmyłki? - Nowotko nie ma imienia.


Jakiś czas temu poszłam do Biblioteki z wydrukowaną wcześniej lista książek do przeczytania  i ponieważ  Trylogia Nowojorskiej Paula Austera tam nie występuje, wzięłam  jego Człowieka w Ciemności.


Książka podobała mi się bardzo i mam duży apetyt na pozostałe jego książki. Paul Auster jest autorem scenariusza do Dymu, Brooklyn Boogie i Lulu na moście (w przypadku tego ostatniego był i jego reżyserem i jak dla mnie lepiej by zrobił, gdyby na przyszłość pozostał przy scenariuszach, reżyserię zostawiając innym). Coś z klimatu tych filmów można odnaleźć i w tej książce. Narratorem Głosów w ciemności jest schorowany, owdowiały dziennikarz, który żyje razem z córką od której odszedł mąż i równie nieszczęśliwą wnuczką (jej narzeczonego zamordowano w Iraku i został po nim nakręcony z jego egzekucji film). Bohater cierpi na bezsenność i aby zabić czas, snuje w nocy opowieść o świecie równoległym – Ameryce, która nie toczy wojny w Iraku, tylko po wyborach w 2000 roku pogrążyła się w wojnie domowej. Obie opowieści, ta podsumowującym swoje życie dziadku który stara się pocieszyć nieszczęśliwą wnuczkę i o pogrążonej w wojnie domowej Ameryce ciekawe. I mimo, że to  lektura z gatunku: „w sam raz na wakacje”, to jednak „dająca do myślenia”.

Popełniłam też książkę zupełnie nie w moim temacie: Jan Paweł II – Analiza krytyczna Tadeusza Bartosia.


Zważywszy skąd idzie T. Bartoś, rozumiem czym było dla niego napisanie tej książki. I jakkolwiek budzi szacunek to, że nie kala gniazda, które przed momentem opuścił to pisanie z pozycji „socjalizm tak, wypaczenia nie” do mnie nie przemawia. I punkt, w którym z przerażeniem, nie chcąc oddalać się od matecznika kończy swoje rozmyślania,  dla mnie jest  "oczywistą oczywistością". Ciężki los rewizjonisty: wyklęty dla tych z którymi jeszcze nie tak dawno przebywał,  obcy dla tych którzy zawsze byli od tego daleko.

Na zakończenie dla tych co nie czytali, cytat z  piątkowej GW (artykuł D. Nowackiego). Rzecz o tym co do działo się w mieszkaniu Edwarda Stachury, w dniu jego samobójczej śmierci.

Oto roztrzęsiony brat zmarłego odbiera telefony. Anderman słyszy, jak tłumaczy komuś: „tak nie żyje, dziś na razie nie żyje., a jutro nie wiadomo co będzie…” 

niedziela, 19 lipca 2009

Demon seksu

Tej wiosny po raz pierwszy od czasu "poznania co to seks", Srala zachowywała się jak stateczna matrona. Myślałam że to lata (to już jej 15 wiosna) i po części Edek, który po tym jak został wykastrowany, przestał wprawdzie być zainteresowany nią jako kobietą, ale nie na tyle by wpuścić do ogrodu obce koty (dawniej pilnował tylko kolejności, pierwszy był on, potem jego brat Lolek,  a potem było mu już wszystko jedno). Dopiero w lipcu gdy zaświeciło wiosenne słoneczko, Srala przyznała się do swojego niezaspokojonego libido i  zaczęła się przewalać na trawie przeraźliwie miaucząc. Jej dzikie jęki skruszyły skastrowane serce Edka, który w końcu zgodził się na wpuszczenie na swój teren obcego kota. Inna sprawa, że podpatrywanie ich igraszek przypomniało mu czasy gdy sam był mężczyzną, bo gdy tylko gdy kot po tym jak "dostał to co chciał", wyniósł się z buduaru Salci, Edek, mimo męskiej ułomności, gorąco ją dopieszczał. I te wszystkie emocje wyzwala taka niepozorna koteczka.


Zrobiłam remanent robótkowych planów. Od dłuższego czasu, nie kończę zaczętych robót, tylko zaczynam następną, obiecując sobie że tym razem to już na pewno skończę.  Do ostatniej robótki - czarnego Oriental Scarf  z   Kashmir-u straciłam serce, bo im więcej było tego szala, tym bardziej przypominał szydełkową plandekę na samochód. Zatęskniłam za zwiewnością i wróciłam do Luny. Tym razem po 10 centymetrach naszła mnie refleksja, że nadziubdzię się jak głupia (druty 2.5, nawet Adiki w pasmanterii w przejściu koło Dworca Cenralnego za 13 zł w tym celu kupiłam), a chwilę później cały ten misterny wzór i tak trafi szlag, bo włóczka jest nierówna i momentami grubością splotu przypomina nitkę.  A jak się pojawiła taka myśl, to i ochota przeszła.

Potrzebuję sukcesu jak kania dżdżu, wyszukałam coś bardzo prostego i szybkiego. Jak zawsze obiecałam sobie że nie zacznę niczego nowego, jak tego nie skończę" i dzielnie dziergam.


Na kilka wakacyjnych dni wpadła do kraju Beata. Gumiś z tej okazji  zaprosił na obiad, a ja z wrażenia wzięłam dzień urlopu. Gdzie te czasy gdy wszystko, nie tylko papier toaletowy, było "tam" bardziej kolorowe. A teraz już po kilku miesiącach ci, dla których wyjazd "tam" nie wiąże się z żadnym awansem ekonomicznym,  doceniają sielski urok bycia "tu". A jak traktuje się te parę lat tylko jak przygodę i sposób na nauczenie się języka, pojawia się pytanie czy warto. Kolejny dowód na to, że to jednak byt określa świadomość.


W ten weekend zdobywałam sprawność opiekuna.

Zaczęło się w piątkowe popołudnie od 1,5 godzinnego oczekiwania w kolejce na korytarzu jednego z warszawskich szpitali, gdzie co 15 minut otwierał drzwi uśmiechnięty (pewnie dlatego, że bogatszy o kolejne 500 zł) pan doktor i zapraszał na zabieg następnego pacjenta.


Następnego dnia pojechałam na wieś do Ańćki  (we dwie zawsze łatwiej), tyle że Ańćka co i rusz wypadała z roli (między innymi, chociaż nie jestem w stanie zrozumieć po co, skoro już za tydzień, po wyjeździe naszych imieninowych gości, wokół domu i tak będzie klepisko), uparcie zagłuszała rozmowy kosiarką.


Po prawie dwóch latach ponownie zobaczyłam Wieczór. Tym razem zobaczyłam w tym filmie coś więcej niż tylko romansidło. Poza cieknącym z każdego kadru sentymentalnym romansidłem, jest w nim jeszcze rewelacyjna gra aktorska Vanessy Redgrave i zawsze ciekawe pytanie -  co by było, gdyby wtedy nie stało się to, co przez przypadek, ale się jednak stało. 

Natomiast z Winem Truskawkowym porażka. Zirytowało mnie rozczulenie z jakim sfilmowano popegeerowskie pijacko menelskie klimaty. W dodatku po raz pierwszy w kinie (i to na polskim filmie!) nie wszystkie  dialogi były dla mnie zrozumiałe - początkowo myślałam, że jest to zamierzony efekt, ale chwilę potem zrozumiałam, że aktorzy bełkoczą niezrozumiale, nie dlatego, że aż tak się wczuli w rolę pijaczków, tylko taka jest jakość ścieżki dźwiękowej.


 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli