piątek, 30 lipca 2010
Miloš Forman, Jan Novak - Moje dwa światy

Wspomnienia Miloša Formana - dużo o nim jako o reżyserze, nie tak znowu wiele o nim samym.

Ponieważ kocham jego filmy, bajecznie ciekawe.

Bardzo ciepło opisane  przerwane wojną dzieciństwo - w tym punkcie życiorys M. Formana nie pasuje do stereotypów o naszych południowych sąsiadach, rodzice zostali aresztowani w ramach akcji wybijania czeskiej inteligencji i zginęli w  Oświęcimiu.

Zrobiła na mnie wrażenie historia Frejków. Stary Frejek był partyjnym dygnitarzem,  mieszkał w luksusowej willi, M. Forman znał jego syna i raz, tylko dlatego że spieszył się do domu, nie "załapał się" na domową projekcję zachodniego filmu. W 1952 roku starego Frejka oskarżono o szpiegostwo.  Wkrótce wszystkie gazety w kraju opublikowały list jego syna do prezesa sądu państwowego:

Szanowny Towarzyszu,

domagam się dla mego ojca najwyższego wymiaru kary - kary śmierci. Dopiero teraz widzę, że ten stwór, którego nie można nazwać człowiekiem, ponieważ nie miał w sobie nawet odrobiny uczucia i ludzkiej godności, był moim największym i najbardziej zago­rzałym wrogiem.

Przyrzekam, że gdziekolwiek będę pracować, będę zawsze postępować jak oddany ko­munista i wiem, że moja nienawiść do wszystkich naszych wrogów, zwłaszcza zaś tych, którzy jawnie chcieli zniszczyć nasze coraz bogatsze i radośniejsze życie, a przede wszyst­kim nienawiść do mojego ojca, zawsze będzie dodawać mi sił w boju o komunistyczną przyszłość naszego ludu.

Proszę, aby ten list przedstawiono mojemu ojcu albo żebym sam mógł mu to powiedzieć.

Tomaš Frejka

Stary Frejka został powieszony krótko po ukazaniu się tego listu.

Mimo wszystko nie przypominam sobie takich akcji z historii polskiego stalinizmu. Jak się czyta wspomnienia M. Formana widać, że powojenna historia nie toczyła się równolegle, np. gdy w końcu lat 50-tych w Polsce była odwilż, w Czechach dalej panował ostry zamordyzm.

Potem czasy "robienia w czeskiej kulturze" - ze wspomnień wynika, że to że się udawało, w dużym stopniu było  zasługą fartownych zbiegów okoliczności - czyli o tym, że w życiu warto mieć szczęście i  że M. Forman go miał. Ale  gdy znalazł się na emigracji, potrzebna była jeszcze odwaga i determinacją i też miał to na stanie.  Generalnie życie miał ciekawe to i miał o czym pisać. Więc polecam, chociaż pewnie warto znać jego filmy, by wiedzieć o czym pisze. Jak dla mnie mogłoby być więcej anegdot. Ale może się czepiam.

niedziela, 25 lipca 2010

Kajaki

Po raz czwarty odbył się na Wkrze doroczny imieninowy spływ kajakowy. W zeszłym roku spływ niby też się odbył, tyle że z powodu deszczu nawet nie dotarliśmy nad rzekę. W tym znów wszystko przebiegło zgodnie z nazwą.

Jak zawsze było pięknie.

Gdyby jeszcze nie było trzeba wiosłować byłaby pełnia szczęścia.

Ale i z tym wiosłowaniem nie było tak żle.

 

Tradycyjnie Ańćka wykąpała się ze swoją komórką. I pewnie by się na tym skończyło, gdyby nie to, że dała mi swoją komórkę do kajaka.

Chwilę później i ja „złapałam wodę”

 

Potem był bankiet. Jak zawsze wszyscy żarli - na zdjęciu Gumiś w akcji.

Powoli już przestaję się dopinać i w te luźniejsze rzeczy. W poniedziałek idę na kolejne imieniny. W przyszłą sobotę kolejne międzylądowanie Anki w Wwie i rodzinna sobotnia sjesta w Brwi. W niedzielę Szarotki i  IV Cooking Clash pod kryptonimem Powstańcza Kuchnia Polowa. W tygodniu brydż. A w kolejny weekend babski sabacik pod Nasielskiem.

Każde to spotkanie to stół uginający się od pysznego żarcia. Czasy gdy w sklepach królował ocet, miały swoje zalety.

ps. zdjęcia są fatalnej jakości, ale wsiowy orange Ańćki nie lubi jakichkolwiek operacji w necie na zdjęciach i mam juz go lekko dość.

Czas chyba wrócić do kina. Przynajmniej na chwilę, bo jest kilka pozycji do obejrzenia.

W tym tygodniu udało mi sie obejrzeć dobry film.

 

Belgijskie miasteczko ćwierć wieku temu. Po falstarcie w dorosłe życie, czwórka braci wraca do domu matki, gdzie już bez gderania żon, prowadzi życie beztroskich alkoholików. Jeden z nich w aporcie wnosi jeszcze dorastajacego syna. I to opowieść o dojrzewaniu tego chłopaka, w domu w którym na codzień jest alkohol, przemoc i mocno przypadkowy, często uprawiany na jego oczach seks, jest treścią tego filmu. W przebitkach widzimy też co z tego chłopaka wyrosło - udało mu się wyrwać ze swojego środowiska, ale zapłacił za to sporą cenę. W filmie pokazana jest też, w skłaniający do refleksji sposób, rzadko poruszana sprawa niechcianego ojcostwa.

Byłam jeszcze na jednym filmie, ale musiałam wyjść kilka minut przed końcem. Moja śliczna córka wpadła na chwilę do Wwy, dwudniowe międzylądowanie miała zaplanowane co do minuty, a ponieważ film nie chciał skończyć sie zgodnie z planem (pewnie przez trailery), wyszłyśmy przed czasem

O czym jest film mówi sam tytuł. Kilka grubasów zgłasza się na terapię. Poznajemy ich problemy, przyglądamy sie ich życiu. Prowadzący terapię nie jest wprawdzie gruby, ale po jakimś czasie dowiadujemy się, ze problemy ma nie mniejsze niż oni.

Film nie jest zły, ale też bez rewelacji. Trochę za mało humoru. Filmy, w których jak w kalejdoskopie przewijają sie opowiadane historię, dużo zyskują na lekkości, gdy iskrzą dialogi. A w Grubasach różnie z tym bywa. Niektóre z opowiadanych historii są świetne, niektóre zupełnie do mnie nie przemówiły. Może stąd takie mieszane uczucia.

sobota, 24 lipca 2010
Elif Şafak - Bękart ze Stambułu

Książka ma bardzo dobre recenzje.

Moja aż tak bardzo dobra nie będzie.

Z jednej strony świetnie się czyta, może nie do końca, ale przynajmniej do 2/3 z dużym zainteresowaniem czeka się co będzie dalej. W dodatku czuć magię wschodniej opowieści. Ale  tego, by nazwać ją świetną książką, dla mnie było eszcze daleko. Najciekawszy w tej książce był dla mnie wątek ormiańsko-turecki, wokół którego osnuta jest ta opowieść oraz pokazanie tych Turków, którzy chcą być postrzegani jako Europejczycy i  których bardzo uwiera to, że dla Europy bardziej reprezentatywni są ich fanatycznie wierzący rodacy.

Opowieść o sześciu kobietach (babcia, jej cztery córki i  wnuczka), które mieszkają w Stambule, do których przyjeżdża w odwiedziny rówieśnica wnuczki z Ameryki. Dwie młode dziewczyny mają problem z samookreśleniem. Dziewczyna ze Stambułu nie wie kto jest jej ojcem, dziewczyna z Ameryki nie wie czy jest Ormianką, czy Amerykanką.  Potem pojawiają się jeszcze i inni członkowie rodziny i intryga coraz bardziej zaczyna przypominać serial latynoamerykański.

Niestety mniej więcej od połowy ksiązki opowieść zaczyna być coraz bardziej dydaktyczna - z opowieści o zwariowanym świecie kobiet robi się książka przygodowa, w  której wszystko zamiast się subtelnie zapętlić, coraz bardziej zmierza do zakończenia, które ani nie jest zaskakujące, ani mądre, ani prawdopodobne.

Ale też nie tak, że nie warto tej książki przeczytać. Tyle, że żadne arcydzieło to nie jest.

 

W tym tygodniu jedna książka opuściła stosik w ekspresowym tempie. Jadąc do pracy, już po przeczytaniu pierwszego zdania Mężczyzny idealnego zorientowałam się, że niedawno czytałam tę książkę.  Okazuje się, że po wejściu na ekrany filmu Mężczyzna idealny, zrobili dodruk powieści, która stanowiła podstawę scenariusza tego filmu,  czyli Powieści dla kobiet, tyle że tym razem wydali ją pod "filmowym" tytułem.

To nie był miły początek dnia. Zwłaszcza że tego dnia, wiedząc że mam w torebce czytadło M. Viewegha, nie kupiłam gazety i jechałam do pracy "na pusto" (w torebce nie miałam też żadnej robótki na drutach).

niedziela, 18 lipca 2010

Aeolianek XXL

Prawie nigdzie nie chodzę. W te upały, to dziwne, że jeszcze żyje. Generalnie lato jest mocno przereklamowane. Zimą:

  • nie ma upałów,
  • nie ma komarów,
  • nie trzeba podlewać ogrodu,
  • nie trzeba pielić,
  • nie trzeba kosić trawy,
  • słońce nie wali po oczach i nawet jak się nie sprząta, to w domu jest czyściej,
  • człowiek nie przebiera się parę razy dziennie, więc nie ma tyle prasowania, w dodatku zimą sporo rzeczy oddaje się do pralni i odbiera się już wyprasowane,
  • pociągi psują się tak samo, ale jak stanie zimą w polu to jest tylko zimno, w upały też stają, a wtedy jest znacznie bardziej nie do wytrzymania.

to be continued .....

W każdym razie, może nie aż tak, że tęsknię za tobą zimo, ale czasami  myślę. I to myślenie przekłułam na kolejne rękawiczki.


Skończyłam Aeolianka. Wyszedł XXL, chociaż pierwszy motyw przerobiłam tylko 6, a nie - tak jak sugerują we wzorze  - 8 razy. Sam wzór przyjazny.


 

Jedyna przeszkoda to wydruk wzoru, niestety na stronie Kniity nie ma pdf-u, a jak drukuje bezpośrednio z netu, "ścina " kilka ostatnich rzędów. Można to obejść zrzutem z ekranu.

Z uwagi na rozmiar, blokowałam partiami. lewy boczek, prawy boczek ...


 

Aeolianek XXL trochę mnie wyczerpał. Świadomość, że 20 lipca jest deadline, lekko mnie spinała, zwłaszcza pod koniec, gdy co rusz coś nie wychodziło, a prucia z rzędu na rząd, było nieporównywalnie więcej.  Aeolianik uśmiechnął się do mnie dopiero na koniec - wełny zostało tyle, że nawet chyba na dwa rzędy by nie starczyło. Wyszły trzy motki Kashmiru.


Nie tylko w szafie Brahdelt wisi taka sukienka. Żeby wreszcie wziąć się w garść, powiesiłam na lodówce spódniczkę, którą dostałam rok temu i którą może raz założyłam - chwilę później z niej wyrosłam.



Gumiś zatargał mnie do Instytutu Teatralnego. Już tam kiedyś na czymś byłam, ale nie przypominam sobie na czym. Jeszcze jedno fajne miejsce ma mapie Wwy.

Przedstawienie o którym się mówi. I nie bez powodu. Zdjęcie (co z reszto widać), zeskanowałam z Polityki.

W grudniu 2009 roku ogłoszono casting. Ze 130 kobiet wybrano 28, które przez sześć miesięcy szkoliły głos i ruch  i  na koniec dały głos. Momentami trudno zrozumieć poszczególne słowa, ale nawet to za bardzo nie przeszkadza - uderza energia Chóru kobiet.  Matriarchat ante portas.

Znalazłam w necie próbkę ich śpiewu.

Skończyłam elektrykę wewnątrz domu. Przy okazji wyjaśniło się, dlaczego nie miałam prądu w komórce. Wesoły pan elektryk (ten, któremu zawdzięczam zepsucie świeżo kupionego domofonu tak, że można go dzisiaj jedynie wymienić, bo naprawić nie sposób), zrobił jeszcze światło przed drzwiami wejściowymi. W przeciwieństwie do domofonu, światło działało, ale dopiero teraz się okazało, że wesoły pan elektryk poszedł na skróty: przeciął kabel od komórki i "podpiął" pod niego światło przed drzwiami. W dodatku trudno zrozumieć dlaczego, kabel do komórki przeciął w jeszcze jednym miejscu. Teraz wszystko już działa, ale za cenę dwóch niezbyt ładnych, "gryzących" się z drewnianą elewacją,  białych plastikowych puszek.

W ramach przygotowań do oddania budynku, zwróciłam się do elektrowni o wydanie zaświadczenia, że z przyłączem jest wszystko ok. Niestety, prawdopodobnie zmuszą mnie do wymiany skrzynki (w nowym typie jest jeszcze miejsce na bezpiecznik ograniczający pobór prądu do przyznanego limitu). W dodatku, u góry  mam zrolowany nadmiar kabla i nie mam jakiegoś dżingsu pozwalającego w łatwy sposób odciąć klienta od prądu. W powiecie żyrardowskim by to przeszło, bo nie mają takich wymagań, w pruszkowskim nie mają rolników, więc mają wymagania. Elektryków mam fajnych, bez problemu mi to zrobią. Tyle, że tak jak wszyscy fajni i kumaci wykonawcy,  "cenią się".

Na drugą połowę sierpnia zaklepałam remont. W zasadzie po tegorocznej edycji, w środku do zrobienia zostaną jeszcze tylko podłogi. Mega wydatkiem, który mnie czeka będzie podłączenie do kanalizacji. A to się zbliża. Jak zawsze pierwszym niezawodnym znakiem, że gmina przymierza się do zrobienia kanalizacji jest położenie asfaltu. Wprawdzie na mojej ulicy  kładą tylko tzw. destrukt asfaltowy, ale na sąsiedniej, gdzie jest główny kolektor do którego trzeba będzie "wpiąć" naszą ulicę, kładą porządny asfalt i robią chodniczki z kostki brukowej. Coś takiego robi się zawsze tylko po to, by zaraz potem zrywać.


piątek, 16 lipca 2010
Karl-Markus Gauß - Mieszkańcy Roanny odchodza pogodnie


 

Bardzo lubię eseje Gauß-a. Gdy czytam o tym, jak szuka śladów zaginionych cywilizacji po europejskich wsiach uświadamiam sobie, jak mało wiem o świecie który mnie bezpośrednio otacza. Często jest tak, że w miejscowości do której przyjeżdża na pierwszy (czyli turystyczny), rzut oka nawet na cmentarzu nie widać śladu historii której szuka i której  ślad często potem udaje mu się odnależć.  

Mieszkańcy Roaany odchodzą pogodnie to trzy opowieści.

Pierwsza to opowieść o Asyryjczykach. Aby się z nimi spotkać pojechał do Szwecji, gdzie żyją korzystając z wielu udogodnień stworzonych dla imigrantów, ale oddzieleni od Szwedów szklaną taflą. Z tym, że nawet jeżeli tęskną za ojczyzną, lepiej dla nich gdy powrót do domu w Turcji pozostanie tylko marzeniem:

Natomiast w Dayro Du Slibo asyryjski bur­mistrz Gevriye Aslan padł w czerwcu tego samego roku (tj. 2005) ofiarą mordu za to, że zbuntował się przeciw kontrak­towi, do którego zawarcia zmuszono wiele rodzin. Aby wejść w posiadanie ziemi Asyryjczyków i równocześnie wiernej małżonki, młodzi Kurdowie uprowadzali córki chłopów, którzy później, zgodnie z prastarą, okrutną tradycją, pozwalali na ich wesela z porywaczami. W ten sposób ludzie stopniowo zmieniali religię i narodowość, a posiadłości ziemskie - właścicieli.

Akurat w przypadku Asyryjczyków, Kurdowie nie występują w typowej dla siebie roli ciemiężonych, tylko są ciemiężycielami:

Zapytałem (…), dlaczego Asyryjczykom wiodło się tak źle zwłaszcza na terenach kurdyjskich. (…)  powiedział, że Kur­dowie sami doświadczyli tylu okrucieństw, iż po prostu przestali być zbyt wrażliwi na cierpienia innych.

- Skąd jednak ta energia, z którą uciskani wzajemnie uprzykrzają sobie życie, żeby podporządkowywać sobie innych, jeszcze słabszych?

- No cóż  (…)-jesteśmy po prostu zbyt do siebie podobni.

Druga opowieść jest o Cymbrach. W XI wieku przywędrowali z Niemiec w okolice Wenecji i jeszcze w niektórych wsiach można spotkac ludzi mówiących staroniemieckim, wolnym od naleciałości językiem cybmryjskim.  Dziś wokół tego języka budują własną odrębność i jak zawsze w takich sytuacjach, "kręci" to kilku maniaków.

Kiedy go odwiedziłem, okazało się, że jest też hodowcą kaktusów i bezkompromisowym, jeśli chodzi o zasady wychowawcze, ojcem, który ze swoimi dziećmi porozumiewa się wyłącznie w języku łacińskim.

- Dlaczego?

- Bo jest mi potrzebny ktoś, z kim mogę porozmawiać po łacinie, to oczywiste - brzmiała odpowiedź tego mężczyzny, który na określenie wszystkich nowoczesny przedmiotów wymyśla własne słowa łacińskie.

Trzecia opowieść (i ostatnia) o litewskich Karaimach.

Jeden z austriackich podróżników na początku XiX wieku podróżując po Galicji zapisał:

Tylko pod jednym względem owi karaimi, do których dzielny austriacki urzędnik poczuł niekłamaną sympatię, wydawali mu się obcy, a nawet niesamowici: lękali się nie tylko śmierci, ale już samego widoku zmarłych. Kto spojrzał na zmarłego, uchodził za osobę nieczystą, i z tego właśnie powodu w panice uciekali od nieboszczyków. Czy była to matka, brat, czy własne dziecko, karaimi opuszczali taką osobę, gdy tylko nabrali podejrzeń, że jest naznaczona śmiercią. Sami nie myli ani nie ubierali zwłok, nie szli też za trumną na cmentarz. Prosili talmudycznych żydów z sąsiedztwa, aby ich w tym zastąpili, za co ich wynagradzali. Dopiero gdy trumna została przysypana ziemią, ośmielali się podejść bliżej i opłakiwać zmarłego. W pokoju zaś, w którym zmarła osoba chora lub stara, trzeba było zeskrobać farbę ze ścian i pomalować je od nowa.

Karaimi uznają jedynie Pięcioksiag - odrzucają Talmud i napisane przez wieki komentarze. Ale chociaż w religijnym sensie są judaistyczną sektą, to już w Konstantynopolu wrogość pomiędzy karaimami a Żydami była tak duża, że aby zapobiec napaściom ich dzielnice były odgrodzone murem. W Rosji też dbali by ich nie utożsamiano z Żydami.

Karaimom, którzy w czasach renesansu dostali się pod panowanie carów, udało się w społeczeństwie rosyjskim osiągnąć znacznie lepszą pozycję prawną i społeczną niż Żydom. Może przyczyniła się do tego legenda - o któ­rej prawdziwości niektórzy byli przekonani nawet pod­czas rozmowy ze mną - że Karaimi na długo przez na­rodzeniem Chrystusa opuścili Palestynę i osiedlili się na Krymie. Nie można im było zatem przypisać winy za Jego ukrzyżowanie, którą chrześcijański antysemityzm obarcza Żydów. Dlatego też chrześcijańsko-ortodoksyjna zwierzchność w Rosji, której najświętsza tradycja na­kazuje co jakiś czas przejawiać podżegającą do pogro­mów nienawiść wobec morderców Chrystusa i ich po­tomków aż do sześćdziesiątego pokolenia, nie widziała w karaimach żydów, tylko traktowała ich jak swego ro­dzaju przedchrześcijańskich chrześcijan.

Odżegnywanie się od Żydów nie tylko za cara opłacało się. W 1939 roku hitlerowski urząd do spraw rasowych wydał orzeczenie, że Karaimów nie należy pod względem rasowym uważać za Żydów.

niedziela, 11 lipca 2010

Robótkowa wtopa

W niedzielę rano postanowiłam rano wykończyć Aeoliana - do szczęścia brakowało mi tylko 4 rzędów. Po chwili coś mi się "omskło". Przypomniałam sobie jak to na Szarotkach Dziunia opowiadała, jak w takiej sytuacji  dorobiła brakujący motyw, nie prując reszty. Powiększyłam sobie "pole operacyjne":


Godzinę później miałam sprute następne 5 centymetrów - już nie brakującego fragmentu, ale całego szala.

Chwilowo mam dość Aeoliana.

Następna w kolejce jest granatowa bawełna:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przyszedł też jedwab. Zwykłą pocztą. Koperta nie zmieściła się do skrzynki i smętnie wisiała na płocie czekając, aż ktoś ją weźmie. Na szczęście, nikt poza mną, nie był nią zainteresowany.

Podobno, to co ma się na dany rok zaplanowane powinno być zaklepane przed Nocą Kupały, jak się nie zdążyło - czas przełożyć plany na następny rok (jedna z mądrości jakimi mnie Ańćka karmi, robi to zadziwiająco skutecznie, jak powiedziała, że sadzi się tylko w środy i w soboty to już kilka lat słucham tego jak pani matki).  Nawet jeżeli tak nie jest i bez tego uwiera mi to, że nawet nie rozpoczęłam rozmów na temat ewentualnego remontu. Może wreszcie w tym tygodniu przyjdzie hydraulik - myślę o ociepleniu dwóch ścian, ale aby to zrobić trzeba by przedtem przesunąć kaloryfery. Przy okazji hudraulik wymieniłby zawór do zmywarki - jak zabierali zmywarkę był sprawny, jak przywieźli i próbowali podłączyć, już nie działał. Generalnie trwałość wszystkiego  lekko dobija.

W kominku pękła podłoga:


Gwarancja oczywiście tego nie obejmuje. Podobno stało się tak dlatego, że do komina wpadała woda. Zawołałam kominiarza. Okazało się, że wykruszyło się uszczelnienie włożonej do komina rury - wszytko ok, zdarza się, ale Gumiś mieszka w przedwojennym domu i od tego czasu nikt tam komina nie uszczelniał.

Wymiana rusztu nie jest najtańsza. Na razie się zastanawiam, bo jak już, to przy okazji warto byłoby zrobić lifting całego kominka. Poza odmalowaniem, wymienić i cegły -szamotowe jako obudowa kominka się nie sprawdziły.

Na razie nie umiem sobie zwizualizować kominka po  liftingu, weszłam na strony Comexu i dostałam oczopląsu.

Trochę jest też tak, że na dom trzeba mieć czas, a ja go nie mam.  Praca zabiera człowiekowi stanowczo za dużo czasu.

Jeden dzień w tygodniu "odpada" na brydż. W tym tygodniu graliśmy w cudownym, przyjaznym ludziom miejscu - popowodziowym Wawrze. Popsikali tam czymś wspaniałym, co zabiło wszystkie komary. Jeżeli o mnie chodzi to wolę zimę, gdy ich nie ma.


Ludmiła Ulicka - Sonieczka


Skoro w Rosji świetnie się sprzedają powieści obyczajowe, milionowe nakłady książek Ludmiły Ulickiej (z okładki), może nie tylko świat ale i rosyjska literatura schodzi na psy?

Na okładce można było tez przeczytać, ze Wielbiciele Czechowa, koniecznie muszą przeczytać książki Ulickiej. Moim zdaniem nie koniecznie - dawniej na ten gatunek książek mówiło się literatura dla kucharek.

Książka opowiada o losach tytułowej Sonieczki, brzydkiej dziewczyny z ludu, do której uśmiechnęło się szczęście, bo zwrócił na nią uwagę wyrzucony na margines historii artysta malarza. Opowieść zaczyna się w czasach Nep-u, kończy w latach siedemdziesiątych. Pomysł autorki był bardzo ambitny - zawrzeć epopeję ludzkich losów na stu stronach. Jak łatwo można się domyśleć "się nie udał" i moim zdaniem nie mógł się udać.

Czyta się to też nie najlepiej, ale skoro L. Ulicka jest taka popularna i to nie tylko w  Rosji,  może to wina tłumaczenia?

Christian Sánchez- Andrade - Coco

Kolejna przeczytana ksiązka też mnie nie "powaliła" - a tak lubię biografie!

Kupiłam tę książkę, bo po obejrzeniu filmu z Andre Tautou, chciałam się dowiedzieć czegoś więcej.  Ale się nie dowiedziałam - książka przemilcza te same tematy co film, w zamian, podobnie jak w filmie, mocno eksponując wątki romansowe z pierwszej połowy jej życia.

To co sobie uświadomiłam dzięki przeczytaniu tej książki, to że lata kariery Coco Chanel to lata przedwojenne, po wojnie ona w zasadzie odcinała kupony od swojej sławy.

Jeszcze przed wojną zamieszkała w apartamencie Ritza. Gdy po raz pierwszy weszła do zaproponowanego jej apartamentu:

(..) obrzuciła spojrzeniem sztukaterię, jasne meble, łóżko w wysokim wezgłowiem, zasłane haftowaną pościelą, niezliczone stoliki, kremowe ściany i brzoskwiniowe kotary. "Wszystko natychmiast wyrzucić przez okno"- powiedziała. Pan Ritz zapytał, dlaczego. "To kwestia elegancji" - odrzekła. - Elegancja - oświadczyła - nie idzie w parze z barokiem.

Ritz zrobił tak jak prosiła:

Kiedy kilka dni później przeprowadziła się do hotelu, po starych meblach nie było ani śladu. Uchowało się jedynie ozdobione ornamentem z muszli biureczko na giętych nóżkach. Dyrektor postanowił je oszczędzić ze względu na jego wartość historyczną. Gdy tylko została sama, zawlokła je pod okno i wyrzuciła na ulicę. Nie dbała o to, co powie pan Ritz. Przecież tłumaczyła, jakie są wymogi elegancji.

Do Zulki Szarotki są zwyczajowo w pierwszą niedzielę miesiąca. Potwierdzamy termin na robótkowym forum Gazety Wyborczej.


 

poniedziałek, 05 lipca 2010

Dzień później

czyli o tym o czym wczoraj nie miałam czasu napisać

Główną atrakcją tego tygodnia był ślub Łosia.

Sukienkę na wesele kupiłam w Zarze.

W tym tygodniu, ponieważ właśnie odkryłam że latem jakoś mi nie  "pasują" spódniczki z bluzkami, kupiłam jeszcze jedną sukienkę, tym razem w Van Grafie. Przed wyjściem z przymierzalni postanowiłam znaleźć w mojej przepastnej torbie komórkę i portfel i przez to trochę się "zasiedziałam". Jak wyszłam, nie zwróciłam uwagi na zdziwioną minę sprzedawczyni, gdy jej oznajmiłam, że kupuję to co przed chwilą mierzyłam. Gdy wychodziłam ze sklepu zadźwięczał brzęczyk, chciałam  sprawdzić, czy  nie "brzęczy" świeżo kupiona sukienka, ale pan z ochrony się na to nie zgodził i poprosił o przejście z nim na zaplecze. Tam starannie przejrzeli wszystkie moje tobołki (trochę ich ze sobą miałam) i dopiero na koniec zajrzeli do torby z moją nową sukienką, gdzie od  razu znaleźli jeszcze jeden klips. Myślę, że to było ustawione.

Nastawiłam się 2,5 godziny stania w cerkwi (m.in. z tego powodu zrezygnowałam z butów na obcasach), nie było takiej potrzeby - nie  wiedziałam, że gdy prawosławna osoba bierze ślub z katolikiem trwa to tylko niecałą godzinę.

W dodatku, jak to w cerkwi, pięknie śpiewali. A potem przed kościołem i w drodze na wesele też przygrywała oryginalna kapela.

Gości na weselu był tłum, to co rzuciło mi się w oczy to to, że  zarówno jedna rodzina jak i druga wystawiła mega reprezentacje małych dziewczynek (chłopczyk był tylko jeden).

Po weselu poszłam zanocować do mamy. Nie udało mi się otworzyć drzwi - mama zamknęła je na wewnętrzną zasuwę. Walenie w drzwi, dzwonienie nie pomogło. Nie odpowiadały też wszystkie znane mi warszawskie telefony, gdzie jeszcze mogłam o tej porze zadzwonić. Stanęłam przed blokiem i na szczęście zobaczyłam, że w jednym z mieszkań pali się jeszcze światło. Poprosiłam o kocyk i poduszkę. Rano zeszłam do mamy - wieczorem była bardzo zmęczona, zapomniała, że się zapowiadałam i tak jak to ma w zwyczaju, zamknęła się na zasuwę - przynajmniej wiem po kim odziedziczyłam mocny sen.

 

Jak zawsze w pierwszą niedzielę miesiąca spotkałyśmy się na Szarotkach.

Jak zawsze na Szarotkach był też punkt sprzedaży włóczek niepotrzebnych. Można było się też zgłosić zainteresowanie zakupem włóczek kauni. Są piękne, nie tylko melanże, w dodatku w dużo większym wyborze niż na Allegro i w dużo bardziej  atrakcyjnej cenie. Na wszelki wypadek wzięłam maila do ciotki- kauni (bloga nie prowadzi).

niedziela, 04 lipca 2010

Odcinek wyborczy

Krótki, bo parę rzeczy się dzieje i nie mam dzisiaj czasu na dłuższy wpis.

Kolejny raz wybrałam tak zwane mniejsze zło. Trochę nawet z synkiem przeżywaliśmy estetykę tego głosowania.


W Londynie, gdzie głosowała Anka  nie było ciszy wyborczej.

Dawno temu był w teatr STS, i grano w nim spektakl Kochamy Pana, Panie Ionesco. Generalnie chodziło o to, że gdyby Ionesco przyjechał do Polski, nie musiałby niczego wymyślać, opisywałby tylko polską rzeczywistość i byłoby w  tym dużo więcej absurdu, niż w tym, co już napisał i za co go świat docenił. Między innymi Stanisław Tym wygłaszał monolog, w którym analizował znaczenie przymiotnika "socjalistyczny", porównując socjalistyczny zeszyt w kratkę z kapitalistycznym.

To pytanie jest już passe. Aktualne jest za to inne - czym się różni katolicki samochód od ateistycznego.

Rybką?


 

piątek, 02 lipca 2010
Wasilij Aksionow Moskwa Kwa-Kwa

 Z takim rozmachem i fantazją potrafią pisać chyba tylko Rosjanie. Moskwa Kwa-Kwa opowiada o stalinizmie tak na wesołą nutę, czyli przeraźliwie smutno.

Moskwa 1952 roku. W luksusowym, 500-metrowym apartamencie w zbudowanym niedaleko Kremla wieżowcu dla elity mieszka trzyosobowa rodzina Nowotkannych. Tata buduje bombę atomową i rzadko bywa w domu. Mama  udziela się w różnych oficjalnych Komitetach. Ich jedyna córka Glika studiuje i jest tak piękna, że żaden mężczyzna nie przechodzi obok niej obojętnie - z tym, że gdy ją poznajemy kocha Stalina, chce zostać na zawsze dziewicą i żałuje że nie ma socjalistycznych klasztorów, bo chętnie by została socjalistyczną mniszką.  Do sąsiedniego apartamentu wprowadza się poeta, laureat wielu nagród leninowskich, który nocami pije przez telefon ze Stalinem, jako agent GRU często wykonuje tajne misje na  Zachodzie i już pierwszego dnia bez pamięci zakochuje się w Glice. Potem co krok poznajemy kolejne, wzajemnie uwikłane w bardzo poplątane relacje postacie z politycznego establishmentu. Z tym  że nie jest to kolejna książka o stalinowskim terrorze. Jest on w książce obecny, ale doświadczają go postacie drugoplanowe, nie główni bohaterzy. Ci ostatni,  mają możliwości herosów i np. chcąc zaimponować dziewczynie zabierają ją na samolotową przejażdzkę na Lazurowe Wybrzeże. Co wcale nie znaczy, że ich los jest mniej tragiczny od tych, którzy doświadczają terroru, w powszechnie znany z historii sposób.     

Groteska z elementami political fiction. A może najtrafniej:  książka – awanturka (jak są kanapki z awanturką, może być i książka).

Coś w klimacie Małego palca Buddy W. Pielewina. No i Bułchakowa. W tej książce diabła wprawdzie nie ma, ale są za to Jugosłowianie, którzy dla niepoznaki udają mieszkańców azjatyckich republik ZSRR (a nawet jeżeli ich nie ma, to Stalinowi wydaje się, że są). Realne są za to cierpienia i ból jakie spotykają bohaterów tej książki.  Jeżeli nawet czasami jakiś dramat kończy się szczęśliwie, to rozwiązanie tego problemu jest tak nieprawdopodobne, że kojarzy się z projekcją zapędzonej  w kozi róg, zaszczutej ofiary, której jedyne co pozostaje to śnić na jawie o Supermanie, który za chwile przyleci i uratuje ją od zguby.

To ostatnie skojarzenie z komiksem nie jest przypadkowe - bohaterowie i ich losy są przerysowani i wygłaszają teatralne kwestie w taki "komiksowy" sposób.

Dałam tag "świetna książka". Może nie rewelacyjna, ale naprawdę dobra książka.  

Comiesięczny stosik - tak jak poprzednio: po lewej kupione w zeszłych miesiącach, najnowsze nabytki po prawej:

Karl-Markus Gauß - Europejski alfabet i Niemcy na peryferiach Europy. Zobaczyłam w księgarni i nie mogłam się oprzeć, lubię to jak pisze.

Lucia Graves - Kobieta nieznana wspomnienia, córka "tego" Gravesa. Dostałam, podobno ciekawe portrety kobiet

Jozef Škvorecký - Przypadki inżyniera ludzkich dusz i Lwiątko. Tą ostatnią książkę kupiłam na Allegro, używana, lekko" zniszczona i "tylko" za 25 złotych. Książki tego autora są drogie. Przypadki, które teraz wyszły kupiłam w Merlinie,  w księgarniach nie widziałam.

Ludmiła Ulicka - Sonieczka Przeczytałam na okładce, że L. Ulicka w 2004 roku była w Rosji "pisarką roku". Jak mi się spodoba Sonieczka, pójdę do jatki po inne jej książki, bo ostatnio "rzucili.


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli