niedziela, 31 lipca 2011
Odwyk od kompa

Naśladując Joannę, postanowiłam wdrożyć projekt sobota bez komputera. Wstępnie umówiłam się z sobą na wersję light - z porannym i wieczornym sprawdzeniem poczty (ale już bez zaglądania do Google readera). Chyba był już najwyższy czas na taki program. Jak w sobotnie przedpołudnie pochwaliłam się Joannie, że ją naśladuję, zapytała: to co ty będziesz robić?

Pierwsza sobota minęła jak biczem strzelił. Kto wie, może będę potrafiła cały wieczór spędzić na kanapie z książka bez potrzeby podchodzenia co jakiś czas do kompa? Bo stosik rośnie. Ostatnie nabytki to: W. Percy - Miłość w ruinach, M. Łoziński - Książka, M. Warda - Nikt nie widział, nikt nie słyszał, Ch. Adichie - To coś na twojej szyi, I. Bimbaum Non omnis moriar, O. Benson - Dlaczego Bóg nienawidzi kobiet, T. Terzani - Koniec jest moim początkiem i trzy książki S. Kopra o życiu prywatnym w II RP. A nie przeczytałam jeszcze wszystkich książek z poprzednich lat (dolna półka).

Jest jeszcze biblioteka .. . Fajnie byłoby też wrócić do wielu książek, które mam na półkach. A tymczasem coraz częściej z dużym trudem pokonuję kolejną prozę. Może ja już się tak zestarzałam, że będę teraz czytać już tylko literaturę faktu? Bo tą ostatnią jak biorę do ręki, to rzadko kiedy jestem rozczarowana.

Po otrzymaniu od córki zamówienia na czapeczki, weszłam na Raverly. Oczopląsu nie dostałam, prawie wszystkie czapki dla dzieci są na jedno kopyto. Wstępnie wybrałam takie modele:

Zabrałam się do roboty i od razu strzał w 10-tkę. Wyszło naprawdę fajnie, w dużym stopniu jest to zasługa wełny z tzw. wyższej półki, czyli Noro Kureyon. Kupiłam kiedyś w Londynie jeden motek na spróbowanie i przydał się teraz jak znalazł.

Tyle, że ta czapka, to trochę sztuka dla sztuki. Teoria, że dzieci powinny mieć ciepłe stopy została obalona, teraz obowiązuje zimny wychów, więc szansa na to, że Anka założy małemu czapkę z wełny nie jest zbyt duża. Ale jest ładna.

Zrobiłam jeszcze jedną taką czapkę, ale cieńszą, pasującą na angielskie zimowe słoty. Wzór to Stripey stocking cap (robiłam ze zdjęcia, bo jest prosty jak konstrukcja cepa).


Zaczynam rozumieć o co chodzi z tą modą na strojenie lalek. Bierze się druty do ręki i za chwilę się już ma!


 

 

Rumuński film Wszystko po świętach nie ma dobrych recenzji, więc się na niego nie wybierałam. Niespodziewanie na forum GW przeczytałam, że to dobry film. Poszłam i nie żałuję. 


Mąż, żona i kochanka. On postanawia "rozwiązać" ten trójkąt. Nie musi wprawdzie tego robić, bo  żona się nie domyśla, a kochanka nie naciska, ale sytuacja go "uwiera". Tyle, że on chciałby to tak bez odcisków na duszy. Tego, że się tak nie da, nie bierze pod uwagę. Film to zapis tych kilku decydujących rozmów.

Przegadany, ale bardzo prawdziwy. 

Na takie filmy jak Druhny, to ja raczej nie chodzę. Ale gdy w tym miejscu przeczytałam entuzjastyczną recenzję i zobaczyłam cztery gwiazdki w Co jest grane, poszłam.


I nie było to mądre.

Jednak słusznie podejrzewałam, że film który reklamują kobiety ubrane w fioletowe sukienki nie może być dobry. Kilka dobrych scen i celnych obserwacji. Ale płaskie to wszystkie i przewidywalne. Tak na marginesie - jeszcze nie tak dawno, aktorki w tym wieku, grały żony zmagające się z kryzysem wieku średniego, dziś grają niedojrzałe panny młode i ich druhny.

Mazowieckie Przewozy Regionalne mają bardzo oryginalną kampanię reklamową:


Prawdopodobnie chodzi im o to, by ustępować miejsca matkom z małymi dziećmi. Ja to odczytałam w ten sposób, że oni sami wiedzą, że są rozumem mniejsi, ale chcą by mimo wszystko ich kochać. Mają na to szanse, ale wtedy gdy zaczną szukać adoratorów, tam gdzie nie jeżdżą, np. na Śląsku. 

A na koniec mój skromny wkład w kwitnące w blogosferze książki kucharskie. Moja mogłaby się nazywać Kuchnia dla opornych na diecie. Ser biały light zmiksować z jogurtem 0%. Dodać jedno opakowanie galaretki wiśniowej rozrobionej w połowie wody i opakowanie wiśni mrożonych. Wymieszać i poczekać aż stężeje w lodówce.

Oczywiście taki sernik nie jest tak dobry jak zrobiony z  tłustego sera, z utartymi żółtkami itd. Ale za to je się go bez poczucia winy!

A mój synek dalej w Indiach ...


czwartek, 28 lipca 2011
Przeczytane już jakiś czas temu

Nadżib Mahfuz - Hamida z Zaułka Midakk



Kair, czas drugiej wojny światowej.  Tyle, że mieszkańców Zaułka Midakk ta wojna obchodzi tylko dlatego, że można zaciągnąć się do brytyjskiej armii i „awansować społecznie”.

Galeria ciekawie przedstawionych postaci - ubogich mieszkańców tego miasta, którzy mozolnie borykają się z odziennością.  Tytułowa Hamida, to młoda ambitna dziewczyna,  która za wszelką cenę chce zmienić przypisany jej los: żony i matki gromadki dzieci, wykorzystując do tego jedyny swój atut – nieprzeciętną urodę. Jest i młody,  zakochany w niej bez pamięci  ubogi fryzjer Abbas. Jej przybrana matka, która utrzymuje je obie swatając małżeństwa. Homoseksualista, który nie zważając na krzyki żony uwodzi młodych chłopców. Żona codziennie bijąca męża. Człowiek, który żyje z procentu, jaki płacą mu wszystkie „wyprodukowane” przez niego kaleki. Oraz całe mnóstwo innych, ciekawie opisanych postaci.

Największą zaletą tej książki jest jej urokliwy klimat,  jest to taki ciepły snuj, gdzie już po kilku stronach przywiązujemy się do  bohaterów i z zainteresowaniem śledzimy ich dalsze losy.

Z tym, że Rozmowy nad Nilem N. Mahfuza bardziej mnie urzekły - może dlatego, że były bardziej dekadenckie, mniej dydaktyczne?

Michał Głowiński - Kręgi obcości

Kręgi obcości to książka gruba - ciężko się ja nosi w torbie. Połowa była dla mnie bardzo ciekawa, połowa przeraźliwie nudna. Przy czym nudna dla mnie, bom głupia i Michał Głowiński jako badacz literatury, znawca poezji J. Tuwima czy B. Leśmiana nie interesuje mnie ani, ani. Był dla mnie autorem arcyciekawych rozważań na temat nowomowy, a teraz jest również autorem ciekawych wspomnień.

Ciekawie opowiada o swoim dzieciństwie (jest tzw. dzieckiem Sendlerowej”, z tym że akurat w jego przypadku Irena Sendlerowa uratowała również i jego matkę), czasach powojennych, marcu 1968, opozycji. Słowem typowy życiorys powojennego intelektualisty. O tym czytałam z przyjemnością, gdy schodził zbyt głęboko w rozważania na temat pracy w Instytucie Badań Literckich, „lekko kartkowałam”.

I jest w tej książce też wielki takt i umiar. Bo chociaż opowiada o sobie, nie przekracza granic, nie ma momentów gdzie można poczuć zażenowanie czyimś ekshibicjonizmem. A opowiada i o rzeczach trudnych - np. o dojrzewaniu w nim świadomości że jest inny, nie tylko bo jest Żydem, ale i homoseksualistą.

Czytając wspomnienia M. Głowińskiego przypomniałam sobie książki Henryka Grynberga. Czytając kolejne tomy wspomnień H. Grynberga czuć rozedrganie z którym ani jemu, ani pewnie i innym nie jest łatwo. W przypadku M. Głowińskiego też czuć te rozedrganie - pewnie w obu przypadkach, po tym co przeżyli, nie da się żyć „tak po prostu”. Tyle że u M. Głowińskiego to rozedrganie jest tłumione do wewnątrz, może dlatego całe powojenne życie zmaga się z nerwicą lękowa i z którą, a jak wynika  tej książki, rady sobie dać nie potrafi.



niedziela, 24 lipca 2011
Imieniny bez kajaków

Podobnie jak dwa lata temu, z powodu deszczu musieliśmy odwołać doroczny imieninowy spływ kajakowy.  Katastrofa, bo bez kajaków to jednak nie to samo. Jest pomysł by zmienić tradycję i w przyszłym roku urządzić imieninowe podchody, wtedy deszcz nie byłby taki straszny.

Na dworze była jesienna szaruga. Nawet nie rozpakowałam sukienki. A tymczasem na sierpniowe wesele kupiłam już kolejną i też pewnie jej w tym roku już nie założę, bo będzie za zimno. W pracy rzuciłam pomysł (wstępnie się spodobał), by zrobić wspólną szafę wyjściowych sukienek. Kupuję się, założy raz czy dwa i co dalej? Cały czas chodzić w tym samym żadna przyjemność. A sukienka wisi w szafie prawie nowa, więc udawać że jej nie ma, też głupio.

Teraz na imprezach gada się o wnukach/wnuczkach. Każda z nas ma podręczny zapas zdjęć i tak sobie wzajemnie "ochamy" - ci którzy jeszcze nie mają wnuków są wykluczeni z tej zabawy. Jeszcze nie tak dawno też tak stałam z boku ...

Na imieninach furorę zrobiła koszulka Jacka:


Mnie z kolei zrobił całkiem fajne zdjęcie (będzie dla wnuka).


Uwieczniona na zdjęciu dyskusja z Ańćką odbyła się w przerwie brydża. Jak za starych dobrych lat, gdy tylko goście rozjechali się do domów, siedliśmy do kart - poszliśmy spać jak już nie widzieliśmy ze zmęczenia na oczy i jak tylko wstaliśmy, znów siedliśmy do kart.


Niezależnie od imienin, jak co tydzień, odbyło się spotkanie naszego kółka brydżowego. Wróciła moda na robienie na drutach, może i brydż powróci do łask?

Granie w karty z sukcesem łączyłam z robieniem na drutach. Jest już 30% narzuty.


 Z tym, że narzuta idzie na razie w odstawkę, bo dostałam taki mail:

Mama, już z wyprzedzeniem prosimy o czapeczkę na jesień/zimę!

Do prezentu, który miałam dla Ańćki postanowiłam dokupić jeszcze książkę. Weszłam do księgarni, zobaczyłam kryminał, którego pomyślałam że nie czytała - wszyscy wokół oszaleli na ich punkcie, ale nie zauważyłam by czytali polskie, kupiłam i zajrzałam do środka.

Wytrzymałam kilkanaście stron. Wygląda na to, ze pan Tomasz Piątek zna język angielski i włoski. Mógłby to zakomunikować czytelnikom w jednym zdaniu, ale on postanowił to zrobić pisząc książkę, przetykaną zdaniami w tych dwóch językach. Tego się według mnie nie da czytać

Głupio dawać tak kiepskie ksiązki. Poszłam i kupiłam jeszcze jedną.


Wiedziałam o tej książce stąd. O przemyśle turystycznym, jako jeszcze jednej formie mało uczciwego wyzysku, rujnującego przy okazji środowisko naturalne. 

Czyta się ją szybko i przyjemnie. Wszystko to prawda. Ale ja dalej chcę jechać do Maroka.

A synkowi w Indiach popsuł się aparat. Kupił inny -nie wiem czy będzie nim można robić takie zdjęcia.

Szkoda by było.

Na koniec kolejny odcinek serialu o Mazowieckich Przewozach Regionalnych

Poniedziałek rano. Peron w Brwinowie. Tłum ludzi. Nie przyjechał kolejny pociąg. Pani w kasie sprzedaje bilety, aby się czegoś dowiedzieć musiałaby przejść do sąsiedniego pomieszczenia i zadzwonić do dyspozytora. Nie ma na to ochoty i może w tym liczyć na wsparcie oczekujących w kolejce.

Na tablicy zobaczyłam telefon informacji kolejowej Mazowieckich Przewozach Regionalnych.
Dzwonię:
- Dzwonię z Brwinowa, dlaczego nie ma pociągów do Wwy, już dwa kolejne nie przyjechały.
- Niemożliwe. Nic o tym nie wiem. Musiałabym zadzwonić i się dowiedzieć.
- Mogę o to prosić?
- No to musimy się rozłączyć, bo muszę odblokować linię. Proszę zadzwonić za 5 minut.
Dzwonię za 5 minut.
- Już wiem. Rzeczywiście nie ma pociągów. Popsuł się pociag w Jaktorowie.
- A kiedy będzie pociąg do Wwy?
- Nie prosiła mnie Pani bym się o to zapytała. Ja tylko ustaliłam, że rzeczywiście pociągi do Wwy nie jeżdżą i dlaczego.
(dla niezorientowanych w geografii podwarszawskich miejscowości - popsuty pociąg w Jaktorowie, nie tłumaczy braku pociągów do Wwy, bo od Grodziska tor jest wolny).

poniedziałek, 18 lipca 2011
Klątwa kauni

Sprawdziłam. Pierwsze zdjęcie tej chusty umieściłam na blogu 21 listopada. Nie było dużo mniej niż na tym dzisiejszym zdjęciu:


Tym razem przyjęłam błędną koncepcję brzegu (czyli będą następne zdjęcia). Wyszło tak "byle jak", że znowu muszę podpruć i poświęcić jej następne popołudnia. Co gorsza ilość pracy, która poświęcam na zrobienie tej chusty, jest odwrotnie proporcjonalnie do tego, jak mi sie ta chusta podoba.

Za to coraz bardziej podoba mi się kapa, którą teraz drutuję. Tyle, że jest to z założenia robota rozciągnięta w czasie i wiadomo tylko tyle, że kiedyś tam ją zrobię. Jak zaczynałam w marcu, planowałam że będę robić po 1-2 rządki miesięcznie i skończę w okolicy Gwiazdki. Ale minęły cztery miesiące, a ja zamiast sześciu rzędów mam dwa.


Zrobiłam za to szkice w Excelu i teraz jak zwykle osiołkuję, bo nie wiem czy wybrać pierwszy typ układanki, czy drugi.

 W ten weekend, pozostając w "drucianej" tematyce przeczytałam dwa Harlequiny, czyli dwie powieści Debbie Macomber. Sklep na Bossom Street i sequel tej książki: Skrawki życia.


 Bohaterka, 30-letnia Lydia otwiera sklep z włóczkami. Młodość minęła jej na walce z rakiem, wszystko wskazuje na to, że zwycięskiej i teraz postanawia zacząć samodzielne życie. Oprócz sprzedaży włóczek, raz w tygodniu prowadzi kurs. Za każdym razem (czyli zarówno w pierwszym jak i w drugim tomie), na kurs zgłaszają się trzy kobiety, które różnią się wszystkim: wiekiem, doświadczeniem, pozycją społeczną.  Książki to opowieść o tym co dzieje się w życiu tych kobiet przez następny rok. A dzieje się dużo, przy czym jak łatwo można przewidzieć, co by się nie działo źle nie będzie, będzie nawet lepiej. Autorka mało dba o to, by zakończenia kolejnych historii ocierały się o prawdopodobieństwo, bo tak jak w bajce, wszystko ma się kończyć dobrze, cała reszta jest mniej istotna.

 Gdyby nie było o drutach to pewnie bym nie wzięła do ręki. Ale chociaż książka jest przeraźliwie głupia i aż dziwne, że autorce udało się zakończyć wszystkie wątki bez udziału magii i pomocy Supermana, to nie uważam by czas poświecony na przeczytanie tych książek za stracony.  Jest w tej książce opisane jest fajne zjawisko społeczne - budowanie wokół jakiegoś hobby, babskich grup wsparcia.  Jest też o amerykańskiej modzie na drutowanie. To że wygląda to zupełnie inaczej niż u nas, wiadomo i bez tej książki. Ale można się temu bliżej poprzyglądać, z tym, że tej kwestii jest poświęcone nie więcej niż 3% fabuły. 

 

Pogoda taka, że w tym tygodniu wpadłam na pomysł klapnięcia na kanapie i porobienia na drutach przy włączonej TV. Chwilę potem przypomniałam sobie, że chociaż mam telewizję cyfrową, to jakoś tak się dziwnie składa, że zawsze gdy chcę coś obejrzeć, na dworze jest mokro, a jak jest wilgoć to mój telewizor nie odbiera i że warto coś z tym zrobić. Rozwiązaniem była kolejna zmiana konwertera - gwarancję dają na to tylko na 3 miesiące i na razie działa. Ale teraz z kolei nie ma co oglądać - nie codziennie dają filmy Altmana których nie znam - a to był bodziec który wyzwolił we mnie potrzebę posiadania sprawnej telewizji. Na marginesie tej historii, jest jedna optymistyczna obserwacja, w dwóch sąsiednich domach jak pada deszcz też nie odbiera telewizja. Dla obydwu sąsiadów jest to stan zastany, z którym nic nie robią. Więc nie jest tak, że telewizja rządzi w każdym domu.

Niespodziewany sukces odniosłam za to na polu krawieckim. Z myślą o czekających mnie w najbliższym czasie imprezach, zaczęłam szykować toalety, m.in. wyciągnęłam na wierzch sukienkę kupioną na zeszłoroczny ślub Łosia. Ponieważ miała spory zakład u dołu, postanowiłam ją podłużyć, tak by przykryć starcze kolanka. Podszyłam tak jak było, czyli czarną nitką, ale wyglądało jeszcze gorzej niż w oryginale, bo tam przynajmniej było to zrobione idealnie równo. Przypomniałam sobie, że mam transparentną nitkę, wprawdzie kupiłam ją do podszywania w ręku, ale postanowiłam spróbować na maszynie. Wyszło!

   

No i byłam też, po trzytygodniowej przerwie, w kinie.

Na smutnej komedii, która z trailera zapowiadała się na romantyczną:

 


ale która wcale nie była taka zła. O dziwo lepsza część filmu to ta, która kwalifikuje się do gatunku komedii romantycznej. Opowiada o marzących o związku trzydziestoletnich singlach, którzy równocześnie marzą o szczęśliwym życiu bez porażek, a że się tak nie da, więc są smutni i nieszczęśliwi. Mniej strawna jest opowieść o ojcu tego nieszczęśliwego singla, który owdowiawszy w wieku 75-lat, postanowił nie marnować reszty życia, wykonał comming out i od tego momentu żył pełnią życia. To że równocześnie umierał na raka, było bardzo długo mało istotnym elementem, tyle że im bliżej śmierci, tym bardziej zaburzającym jego imprezowe, szalone nowe życie.

Ale są w tym filmie tak świetne dialogi, że wiele można wybaczyć. Co też i uczyniłam.

W przypadku filmu W lepszym świecie nastawiałam się na arcydzieło. Nie tyle z powodu zeszłorocznego Oskara w kategorii film nieangielskojęzyczny, bo statuetka wędruje czasem w bardzo dziwnych kierunkach, ile z uwagi na reżyserkę Susannę Bier. Jej film Bracia zrobił na mnie bardzo duże wrażenie, Tuż po weselu mniejsze, ale wytłumaczyłam to zmęczeniem po Braciach.  

Film arcydziełem nie jest, ale nie jest też zły. Opowieść o przemocy współczesnego świata + pytanie czy zderzając się z agresją nastawiać drugi policzek, czy walić w mordę.

Jest taka scena, gdy główny bohater, lekarz, demonstrując swojemu synowi i jego przyjacielowi "właściwą" postawę wobec agresji (czyli bierność z poczuciem wyższości jaki daje przekonanie, ze człowiek który bije jest pogubiony i nieszczęśliwy), daje się pobić prymitywnemu przedstawicielowi niższej klasy.  

Tia ...  od dłuższego czasu obserwuję gwałtownie rosnący poziom agresji, w kolejce, w pociągu. Ludzie coraz bardziej się nienawidzą, byle co wywołuje awanturę. Mam nawet pomysł na biznes - osiedlowe świetlice, gdzie przy wykorzystaniu techniki 3D, można by było pograć po pracy w grę "zabij go" - "przeciwnika" zgrywałoby się z nagranego w komórce filmu (z tym, że ponieważ wiadome środowiska prawdopodobnie oprotestowały by hasło "zabij go", jako nawołujące do przestępstwa, można od razu wystartować z hasłem "nawróć go").

Można to zjawisko próbować zrozumieć, ale nawet reżyserce, mimo widocznych dobrych chęci, nie udało się przekonać widza, że nadstawianie policzka na dłuższą metę przyniesie rozwiązanie problemu.  Bo co z tego, że dwaj nastoletni bohaterowie tego filmu rezygnują z przemocy. Obaj pochodzą z tzw. "dobrych" domów i nic dziwnego, że po okresie buntu, spotęgowanego dodatkowo kryzysem jakie doświadczały ich rodziny, pójdą tą samą drogą co ich bliscy. S. Bier nie mówi nam co dalej działo się z terroryzującym szkołę uczniem. Moje doświadczenie jest takie, że nawet jeżeli zmienił swoje  zachowanie, to raczej nie dlatego, że w pokoju nauczycielskim został zmuszony do powiedzenia przepraszam, ale dlatego że "stracił twarz" gdy silniejszy wybił mu zęby, sponiewierał go i nad nim zapanował.  Jeżeli nawet nie okazuje złości, to starannie ją kumuluje. Reżyserka nie wraca też do Afryki ...

  

piątek, 15 lipca 2011
Remanenty w "Przeczytanych"

Amoz Oz - Wzgórze złej rady

Trzy opowiadania, których akcja toczy się w Jerozolimie,  tuż po II wojnie światowej - czyli ten sam czas co w jego autobiografii A. Oza: Opowieści o miłości i mroku. Cały czas czytając Wzgórze złej rady usiłowałam sobie przypomnieć historie z tamtej książki. Szukałam odpowiedzi, co w tych opowiadaniach jest literacką fikcją, a co tylko lekko "obrobionym" wspomnieniem.  Bo że w tych opowiadaniach sportretowany jest zapamiętany przez A. Oza świat jego dzieciństwa nie miałam żadnej wątpliwości.

Mieszkańcy Jerozolimy z niepokojem czekają czy dojdzie do powstania obiecanego państwa żydowskiego. Na razie miastem jeszcze ciągle rządzą Anglicy, ale marzenie o ich klęsce psuje powoli narastają świadomość, że jeżeli dojdzie do zrealizowania obietnic i powstanie żydowskie państwo, to zamiast znienawidzonych Anglików, wrogiem staną się Arabowie. Opowieść o codziennym życiu mieszkańców Jerozolimy, którzy chociaż zdają sobie sprawę czego uniknęli żyjąc w czasie wojny na Bliskim Wschodzie, czują się przygniecieni przez historię i pełni niepokoju o przyszłość. Fajnie oddany klimat zawieszenia tych ludzi w historii - wiedzą, że świat który znają odchodzi i że za bardzo nie było go za co lubić, ale też trudno powiedzieć by z ufnością czekali na to nowe, co ma przyjść. Z tym, że jak to u Oza, ta wielka historia nie przeszkadza by równolegle nie toczyły się bardzo ciepło opisane, małe ludzkie dramaty.

Ale Opowieściom o miłości i zmroku to ta książka do pięt nie dorasta.

Ota Pavel – Jak tata przemierzał Afrykę



Śmierci pięknych saren tego autora wzięłam do ręki, po tym jak przeczytałam opinię Mariusza Szczygła, który nazwał ją "najbardziej antydepresyjną książką świata". Gdyby nie on nie wzięłabym tej książki do ręki, bo wędkowania nie rozumiem i nie lubię. Ale przeczytałam i tak samo jak M. Szczegieł zakochałam się w niej.

Z kolei książkę Jak tata przemierzał Afrykę poleciłabym każdemu, kto chce wydobyć na wierzch i podelektować się bólem istnienia. 

Niby obie książki są do siebie bardzo podobne. Krótkie opowiadanka pełne zachwytu nad czeskimi potokami, pełnymi pluskających się w nich ryb. Piękna przyroda, dobroduszni ciepli mieszkańcy. Sam miód. Tylko nie wiedzieć czemu tak przejmująco smutne, że wszystko boli.

W czasie wojny Ota Pavel był jeszcze dzieckiem – dzięki czemu nie został, tak jak jego ojciec i starsi bracia, zesłany do obozu w Terezinie (dzieci z małżeństw mieszanych - jego matka była Czeszką, ojciec Żydem - zsyłane były dopiero po ukończeniu 15 lat). Przeszłość wróciła kilkadziesiąt lat później, gdy jako sprawozdawca sportowy usłyszał na olimpiadzie okrzyki niemieckich kibiców i zachorował na depresję maniakalną. Pisanie stało się zaleconą przez lekarzy formą terapii. Książki: Śmierć pięknych saren i Jak spotkałem się z rybami zostały wydane za życia autora. Jak tata przemierzał Afrykę to wydany pośmiertnie rękopis. Może sam autor zdawał sobie sprawę, że w tych opowiadaniach nie udało mu się ukryć przejmującego egzystencjalnego smutku, że nie spełniły swojej "terapeutycznej roli i że tak generalnie nie za bardzo wyszły.

Hanna Kral - Ty jesteś Daniel 


 

Z każdą książką Hanny Krall jest prosto: wiadomo jak jest napisana i wiadomo o czym. Tu może trochę mniej o samej wojnie, a więcej o powojennych losach tych co przeżyli. To co może trochę odróżnia tę książkę od innych, to zwięzłość - niektóre opowiadania nie mają więcej niż kilkanaście zdań.

Lubię zdawkowość prozy H.Krall. A ponieważ ta książka jest jeszcze bardziej zdawkowa niż inne, jeszcze bardziej mi się podobała.



Joanna Bator - Kobieta


Na mojej liście książek do przeczytania były dwie książki Joanny Bator: Chmurlandia i Piaskowa skała - były, po po przeczytaniu wypożyczonej z biblioteki Kobiety już nie są.

Tytułowa kobieta ma trzydzieści kilka lat, wiedzie ciekawe światowe życie, kulturalne stolice świata, salony, wystawy, towarzyski blichtr. Jest oczywiście i On. Wspaniały, nietuzinkowy, ale jak można się domyśleć, niestety i żonaty. No i jak to w tego typu książkach bohaterka cierpi i szamocze się okrutnie.

Rzuca się w oczy zbieżność z życiorysem Joanny Bator. Całkiem prawdopodobne, że tą książką autorka rozlicza się z jakiegoś toksycznego związku. Tyle że robi to w nieznośnie kabotyński sposób. Nic więcej poza romansowym czytadełkiem w tej książce nie zobaczyłam. A próby zrobienia z tej ksiązki czegoś więcej (m.in. ni przypiął ni przyłatał jakieś erudycyjne wstawki) sprawiły, że straciła lekkości i wdzięk jaki takie książki często mają. I za co można je lubić.



czwartek, 14 lipca 2011
Londyńskie remanenty

Zamówiona w Amazonie książka London's Hidden Walks nie doszła - mają ją dostarczyć dopiero pod koniec lipca (dopiero teraz przyznali się, że nie mieli jej w magazynie).

 Dużo czasu na spaceru po Londynie nie miałam, ale Padma narobiła mi apetytu na Hampstead, a bez przewodnika to tam się chyba nie da. Powłóczyłam się po tej dzielnicy chaotycznie i bez celu.

 


Ładnie tam


Nawet nowe domy nie psują tego nastroju


 Ale byłoby byle jak, gdyby nie śmieszna przygoda.

Zwieńczeniem wędrówki miało być Kenwood House. Szłam na kompas, wyglądałam na turystkę, więc nie zdziwiło mnie gdy chwilę po tym jak stanęłam na rozstaju dróg, podeszła do mnie starsza pani, zapytała gdzie idę i w czy może w czymś pomóc. Jak odpowiedziałam, zaczęła mi się w milczeniu badawczo przyglądać, trwało to dłuższą chwilę, czułam się z tym głupio i nawet zaczęłam się zastanawiać, co źle zrobiłam. A ona nagle z miną Eureka! zapytała: Jesteś z Polski?

Ta starsza pani, której nie zaimponowałam jednym wnukiem, bo jej właśnie urodził się siódmy prawnuk, miała nieprawdopodobną pamięć słuchową - sześćdziesiąt lat po wojnie pamiętała wszystkie zapowiedzi audycji zagranicznych radia BBC - po polsku mówiła to z bezbłędnym akcentem, jak w innych nie potrafiłam ocenić. Powiedziała że zna wiele języków, ale ze słowiańskich tylko rosyjski. I że jak spotka cudzoziemca, stara się rozpoznać po akcencie skąd pochodzi, podobno rzadko potrzebne jest jej do tego więcej niż kilka zdań.

Szłyśmy przez dziki park przez jakieś 20 minut. Pytała mnie o różne polskie słowa i starała się je zapamiętać.


Potem się pożegnałyśmy. Ona poszła na spotkanie z wnuczką - szły razem na basen, ja poszłam zobaczyć Kenwood House.


Ja wiem, że w Londynie są zabytki, nie gipsowe makiety. Ale ten akurat zabytek taką makietę mi przypominał. Brzydki okrutnie. Za to fantastyczne jest to, że wokół tego domu, w rozległym parku tętni życie. Ludzie spotykają się w kilkunastoosobowych, czasami i większych grupach. Jedzą, grają, gadają. Obok bawią się chmary dzieci.  Może i oni są zamknięci i autystyczni. Tylko kim w takim my jesteśmy?  Bo nawet takich umiejętności społecznych nie mamy.

Niedaleko domu Anki jest Willesden Lane Cemetery - założony w XIX wieku, najstarszy w Londynie cmentarz komunalny.

Z piękną kaplicą.


I tym niepowtarzalnym nastrojem starych cmentarzy.


I wszystko było by pięknie, gdyby nie to, że jest tam i trochę nowych grobów.


Nie tylko w Polsce branża funeralna straszy.


Wygląda na to, że jednym elementów restauracji starego grobu jest dodanie nowych kamyczków.


niedziela, 10 lipca 2011
Po przyjeździe

Wracam do rzeczywistości.

Papiery domu jeszcze nie odebrane (umówiłam się w Inspektoracie Budowlanym na 18 lipca), ale już dostałam wezwanie do dostarczenia informacji dla potrzeb podatku od nieruchomości.

Na końcu tego pisma jest zamieszczona taka uwaga:

Niedopełnienie tego obowiązku, może skutkować pociągnięciem podatnika do odpowiedzialności karnej skarbowej.

W przypisie do przywołanej podaniu podstawy prawnej jest informacja jakie to dyrektywy Wspólnot   Europejskich (na marginesie: nie wiedziałam, ze jest ich kilka) ta ustawa w zakresie swojej  regulacji wdraża. Natomiast nie ma informacji, jaka dyrektywa nakazuje pisanie w tonie, w którym tylko brakuje ostrzeżenia, że nieposłuszeństwo grozi rozstrzelaniem.

Chwilowo wyczerpałam chyba swój limit pieniactwa (wysłałam do Giodo skargę na Intercity i oprotestowałam politykę nie informowania przez Mazowieckie Przewozy Regionalne o odwoływanych pociągach). Więc się zastanawiam czy coś zrobić z tym, że wzywają mnie do podania informacji na temat decyzji, o której wiem wprawdzie że została podjęta, ale której jeszcze nie odebrałam.    

Gdy ja byłam w Londynie, dzięki obfitym deszczom ogród się cudownie zazielenił. Chwastów mało (pomogło wypryskanie) Mchu dużo. Ale w żadną interesującą kompozycję z trawą się nie układa.  

Na Trafalgar Square, spodobała mi się umieszczona na tym placu zielona instalacja/obraz/rabata? Sama nie wiem jak to nazwać (to zielone ułożone jest z roślin).  

Sponsorem tego eventu jest BP. Tak samo jak zorganizowanej w National Portrait Gallery wystawy BP Portrait Award 2011. Z nagrodami był popolemizowała, ale sam pomysł świetny. Udowadnia też, że na obrzeżach naszego elektronicznego świata gadżetów uprawia się malarstwo. Techniki jakim były wykonane eksponowane na tej wystawie portrety były bardzo różne - był też i taki, zatytułowany Daniel (nie dostał żadnej nagrody).


W zamieszczonej obok tego portretu notce autor tłumaczy, dlaczego sportretował swojego przyjaciela, gdy robi na drutach (tak przy okazji, taki znak czasów: na  wystawie chyba więcej portretów malarzy, którzy sportretowali swoich przyjaciół, niż przyjaciółki) - bo robiąc na drutach Daniel pokazuje swoją kobiecą twarz.

Tymczasem jako drutująca babcia zrobiłam wnukowi rozpinany sweterek:


Wywijany kołnierz zrobiłam rzędami skróconymi i tyle wiem, ze zanim zabiorę się za coś poważniejszego, muszę popracować nad techniką - w robionym "tak po prostu" tworzą się dziury. Wprawdzie na dzisiejszych Szarotkach Gackowa pokazała kolejny raz jak się robi rzędy skrócone, ale musi być jeszcze kilka demonstracji i może wtedy coś pojmę. Na Szarotkach zademonstrowana została wełna Malabrigo. Kolory niesamowite. Ale to co o niej piszą - że filcuje się od powiewu wiatru, może być prawdą. Jest coś filcowatego gdy się ja bierze do ręki. 

Gdy ja byłam w Londynie, Bojar - w ramach zamówienia 2010 - wstawił zamówione wówczas półki na książki:

 

I pomalował dom: 

 

Kolor ten sam, ale dużo lepiej prezentuje się w wersji niewyblakłej.

Dalszy ciąg remontu po powrocie Bojara z wakacji. Do tego czasu muszę wiedzieć co zrobić z wejściowymi drzwiami. Są całe obdrapane przez koty. Jak się to zakituje i pomaluje "natryskowo" - znikną drewniane słoje. W dodatku zastanawiam się nad kolorystyczną rewolucją i zrobieniem tych drzwi na szaro.

Córka w Londynie, a synek aklimatyzuje się w indyjskim kurorcie niedaleko Madrasu - Mahabalipuram. I twierdzi, że mu dobrze. 

Natomiast bycie rodzicem samotnie podróżującego po Indiach dziecka aż tak komfortowe nie jest - sprowadza się to wgapiania się jak sroka w gnat  w lampki na guglowym czacie.

 

sobota, 09 lipca 2011
Hampton Court z British Rail w tle

Poznałam British Rail (poprzednim razem korzystałam z ich usług ponad 30 lat temu, więc tamto doświadczenie się nie liczy). Wszystko wskazuje na to, że poziom usług Mazowieckich Przewozów Regionalnych wynika nie z tego, że są „mazowieckie”, ale  że należą do rodziny „kolei”. 

W dniu w którym wybierałam się do Hampton Court o godzinie 10 na jednej z podlondyńskich stacji ktoś wskoczył pod pociąg (gdy zdarza się to u nas, wyłączenie trwa niecałe dwie godziny). W Londynie o 12.30  sprzedano mi bilet do Hampton zapewniając, że wprawdzie był problem, ale że został już rozwiązany. Gdy wsiadłam do pociągu jedyne co mi pozostało to słuchanie razem z innymi pasażerami zapewnień, że problem już, już za chwilę będzie rozwiązany, tylko jeszcze chwilę musimy być „patient”. Gdy w końcu ruszyliśmy (o 13.30), dowiedziałam się że wsiadłam do pociągu do Hampton, a nie do Hampton Court. Poradzono mi bym przesiadła się na autobus, ale byłam tak szczęśliwa, że jadę we właściwym kierunku, że postanowiłam podjechać jak najbliżej celu i ostatni odcinek pokonać pieszo. Przed tym marszem uratowała mnie przemiła Angielka, która zaproponowała mi pomoc i podwiozła pod samą bramę.

Hampton Court jest typowym gargamelem. Do ulubionego pałacu Henryka VIII:

pod koniec XVII wieku doklejono kolejny pałac (w planach było całkowite zburzenie starego pałacu, ale nie starczyło na to pieniędzy):

 

Minęły lata. Obie części dalej wprawdzie do siebie nie pasują:


ale zgodnie i z dużym sukcesem robią za atrakcję turystyczną.

Mnie bardziej podobała się "część Tudorów".  Przemawiają do wyobraźni świetnie zachowane sale z tamtych lat:

Część nowsza jest dużo większa, ale dla mnie nie ma już tego uroku.

Niektóre "upiększenia" porażają swoją brzydotą:


Zwróciłam uwagę na to, że podobnej wielkości kominki montowano zarówno w małych pokojach:


jak i wielkich korytarzach:


Zastanowiło mnie też to, że tam gdzie stał ten pluszowy  klozet nie było w ogóle kominka.


Hompton Court słynie też z ogrodów. Tego dnia była wielka wystawa kwiatów, której już nie zdążyłam zwiedzić. Starczyło mi czasu jedynie na ogrody pałacowe. Sporo takich cacuszek:


Wielkim znakiem zapytania jest trawa. Miejsce słynie z ogrodów, więc gdzie jak nie tu powinny być te słynne kilkusetletnie trawniki? (jedną z pokazywanych w ogrodach atrakcji jest kilkusetletnia winorośl). Ale na mnie ta trawa robiła wrażenie kładzionej "z rolki".


Jeszcze jedna rzecz mnie rozczuliła. Chodzi sobie człowiek po takich korytarzach:


 I widzi coś takiego:


Zbliżenie tabliczki przy windzie:


Tego dnia miałam jeszcze jedną „kolejową” przygodę. Powrotny pociąg po prostu nie przyjechał - był w rozkładzie i „wybył”. Ponieważ na peron wpuszczają dopiero po nadjechaniu pociągu:

razem z cierpliwym tłumem czekałam w kolejce pół godziny na następny: 

Miałam jeszcze jedno spotkanie z British Rail, też niezbyt udane. Dałam się namówić córce by na lotnisko pojechać nie metrem, ale tzw. Heathrow Connect.  Kupiłam w automacie bilet (8,5 funta), zobaczyłam na tablicy że pociąg na Heathrow odchodzi z peronu 7, pobiegłam, wsiadłam i jak ruszyliśmy dopłaciłam jeszcze 12 funtów (nie był to Heathrow Connect, ale Heathrow Express). Takich jak ja było w tym pociągu sporo. Ponieważ przyjechałam na lotnisko dużo wcześniej postanowiłam sprawdziłam oznakowanie - łatwo rzucało się w oczy tylko oznakowanie metra i Heathrow Express. Pewnie dlatego, że reklamowanie o połowę tańszego połączenia, czyli  Heathrow Connect  nie jest zbyt opłacalne.

niedziela, 03 lipca 2011
Babcia w Londynie

Bycie Babcią jest czymś czego się nie da opowiedzieć - tego trzeba doświadczyć. W każdym razie mega wzruszenie. Życzę każdej. Chociaż z drugiej strony mam świadomość, że moim życiu pojawił się jeszcze jeden człowieczek do "martwienia się o". 

Wnuczę zdrowe i silne (na zdjęciu powyżej ma 5 dni). Na starcie poradziło sobie z brytyjską służbą zdrowia, a to spory wyczyn. Każdy kto narzeka na polską, powinien zobaczyć jak działa angielska. W każdym razie na pewno dobrze, że nie było mnie przy porodzie.

Anka rodziła w St. Mary's Hospital (centrum Londynu). Musiała tam jeszcze potem pójść na pobranie krwi, więc widziałam ten oddział. Pomijając przaśność i stan toalet, zaszokowało mnie na przykład to, że kobiety przyjmowane są za zasłonką, reszta siedzi obok w prowizorycznej poczekalni i słucha wywiadów położnych z pacjentkami.

Z kolei na przykładzie obowiązkowych domowych wizyt położnych przerobiłam "podmiotowe" traktowanie pacjenta. Umówienie się na konkretną godzinę nie jest możliwe, dzwonienie do przychodni też nie pomaga, trzeba cierpliwie czekać. Efekt tego taki, że ruszyć z domu można się dopiero po godzinie 18, gdy położne kończą pracę. Następnego dnia zabawa zaczyna się od nowa - "takich" wizyt jest kilka. 

Moje zdjęcia z wnukiem nadają się do niszczarki - na wszystkich wyglądam jak strach na wróble. Następnym razem przed przyjazdem pójdę do fryzjera. 


Do Londynu przyjechałam z Misiokocykiem. Kratkokocyk skończyłam już na miejscu. 

Kocyki są bardzo przydatne. W dodatku, wprawdzie przez przypadek, ale wpasowałam się w kolor wózka.

Siłą rzeczy wyjazd wyjątkowo mało turystyczny. A nawet jak mam wychodne, to czuję się dziwnie zmęczona.

W pierwszym tygodniu tyle było mojego, że pojechałam do Oxfordu. Nie mogłam przełożyć na "zaś", bo Oxford był w pakiecie z odwiedzeniem Maga-mary, która chwilę później wyjeżdzała na wakacje. 

Chodząc po Oxfordzie miałam nieodparte wrażenie, że spaceruję po filmowych dekoracjach Harry Pottera. Może dlatego, że poszczególne kolegia przyklejone są do zabudowy miejskiej i schowane za murami? Ich urodę widać w pełni dopiero po wejściu na dziedziniec. 


Myślę też, że rozpracowałam tamtejszą trawę - według mnie jej gęstość i kolor to nie zasługa kilkuset lat strzyżenia, tylko ściśle położonej  rolki - wskazują na to widoczne na zdjęciu "paski". I pewnie to z tego powodu, deptanie po tej trawie traktowane jest jako zbrodnia.

 

Generalnie wiele w tym Oxfordzie nie zobaczyłam. I tak dzięki Maga-marze, miałam to jakoś to poukładane, tyle że niestety w większości bram sterczały takie tabliczki:

To właśnie na tym, zamkniętym w tym dniu dla zwiedzających dziedzińcu, kręcono Harry Potetra. W tej sytuacji nie miałam innego wyjścia, jak powłóczyć się po obrzeżach.


Urzekła mnie ta lawenda. Próby wyhodowania kwitnącego krzaczka lawendy za każdym razem kończyły się w Kaliningardzie porażką, więc jedyne co mi pozostaje to zachwycać się kwitnacą lawendą u kogoś. A tak ładnie kwitnącą widziałam ją po raz pierwszy. 


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli