niedziela, 31 lipca 2011
Odwyk od kompa

Naśladując Joannę, postanowiłam wdrożyć projekt sobota bez komputera. Wstępnie umówiłam się z sobą na wersję light - z porannym i wieczornym sprawdzeniem poczty (ale już bez zaglądania do Google readera). Chyba był już najwyższy czas na taki program. Jak w sobotnie przedpołudnie pochwaliłam się Joannie, że ją naśladuję, zapytała: to co ty będziesz robić?

Pierwsza sobota minęła jak biczem strzelił. Kto wie, może będę potrafiła cały wieczór spędzić na kanapie z książka bez potrzeby podchodzenia co jakiś czas do kompa? Bo stosik rośnie. Ostatnie nabytki to: W. Percy - Miłość w ruinach, M. Łoziński - Książka, M. Warda - Nikt nie widział, nikt nie słyszał, Ch. Adichie - To coś na twojej szyi, I. Bimbaum Non omnis moriar, O. Benson - Dlaczego Bóg nienawidzi kobiet, T. Terzani - Koniec jest moim początkiem i trzy książki S. Kopra o życiu prywatnym w II RP. A nie przeczytałam jeszcze wszystkich książek z poprzednich lat (dolna półka).

Jest jeszcze biblioteka .. . Fajnie byłoby też wrócić do wielu książek, które mam na półkach. A tymczasem coraz częściej z dużym trudem pokonuję kolejną prozę. Może ja już się tak zestarzałam, że będę teraz czytać już tylko literaturę faktu? Bo tą ostatnią jak biorę do ręki, to rzadko kiedy jestem rozczarowana.

Po otrzymaniu od córki zamówienia na czapeczki, weszłam na Raverly. Oczopląsu nie dostałam, prawie wszystkie czapki dla dzieci są na jedno kopyto. Wstępnie wybrałam takie modele:

Zabrałam się do roboty i od razu strzał w 10-tkę. Wyszło naprawdę fajnie, w dużym stopniu jest to zasługa wełny z tzw. wyższej półki, czyli Noro Kureyon. Kupiłam kiedyś w Londynie jeden motek na spróbowanie i przydał się teraz jak znalazł.

Tyle, że ta czapka, to trochę sztuka dla sztuki. Teoria, że dzieci powinny mieć ciepłe stopy została obalona, teraz obowiązuje zimny wychów, więc szansa na to, że Anka założy małemu czapkę z wełny nie jest zbyt duża. Ale jest ładna.

Zrobiłam jeszcze jedną taką czapkę, ale cieńszą, pasującą na angielskie zimowe słoty. Wzór to Stripey stocking cap (robiłam ze zdjęcia, bo jest prosty jak konstrukcja cepa).


Zaczynam rozumieć o co chodzi z tą modą na strojenie lalek. Bierze się druty do ręki i za chwilę się już ma!


 

 

Rumuński film Wszystko po świętach nie ma dobrych recenzji, więc się na niego nie wybierałam. Niespodziewanie na forum GW przeczytałam, że to dobry film. Poszłam i nie żałuję. 


Mąż, żona i kochanka. On postanawia "rozwiązać" ten trójkąt. Nie musi wprawdzie tego robić, bo  żona się nie domyśla, a kochanka nie naciska, ale sytuacja go "uwiera". Tyle, że on chciałby to tak bez odcisków na duszy. Tego, że się tak nie da, nie bierze pod uwagę. Film to zapis tych kilku decydujących rozmów.

Przegadany, ale bardzo prawdziwy. 

Na takie filmy jak Druhny, to ja raczej nie chodzę. Ale gdy w tym miejscu przeczytałam entuzjastyczną recenzję i zobaczyłam cztery gwiazdki w Co jest grane, poszłam.


I nie było to mądre.

Jednak słusznie podejrzewałam, że film który reklamują kobiety ubrane w fioletowe sukienki nie może być dobry. Kilka dobrych scen i celnych obserwacji. Ale płaskie to wszystkie i przewidywalne. Tak na marginesie - jeszcze nie tak dawno, aktorki w tym wieku, grały żony zmagające się z kryzysem wieku średniego, dziś grają niedojrzałe panny młode i ich druhny.

Mazowieckie Przewozy Regionalne mają bardzo oryginalną kampanię reklamową:


Prawdopodobnie chodzi im o to, by ustępować miejsca matkom z małymi dziećmi. Ja to odczytałam w ten sposób, że oni sami wiedzą, że są rozumem mniejsi, ale chcą by mimo wszystko ich kochać. Mają na to szanse, ale wtedy gdy zaczną szukać adoratorów, tam gdzie nie jeżdżą, np. na Śląsku. 

A na koniec mój skromny wkład w kwitnące w blogosferze książki kucharskie. Moja mogłaby się nazywać Kuchnia dla opornych na diecie. Ser biały light zmiksować z jogurtem 0%. Dodać jedno opakowanie galaretki wiśniowej rozrobionej w połowie wody i opakowanie wiśni mrożonych. Wymieszać i poczekać aż stężeje w lodówce.

Oczywiście taki sernik nie jest tak dobry jak zrobiony z  tłustego sera, z utartymi żółtkami itd. Ale za to je się go bez poczucia winy!

A mój synek dalej w Indiach ...


czwartek, 28 lipca 2011
Przeczytane już jakiś czas temu

Nadżib Mahfuz - Hamida z Zaułka Midakk



Kair, czas drugiej wojny światowej.  Tyle, że mieszkańców Zaułka Midakk ta wojna obchodzi tylko dlatego, że można zaciągnąć się do brytyjskiej armii i „awansować społecznie”.

Galeria ciekawie przedstawionych postaci - ubogich mieszkańców tego miasta, którzy mozolnie borykają się z odziennością.  Tytułowa Hamida, to młoda ambitna dziewczyna,  która za wszelką cenę chce zmienić przypisany jej los: żony i matki gromadki dzieci, wykorzystując do tego jedyny swój atut – nieprzeciętną urodę. Jest i młody,  zakochany w niej bez pamięci  ubogi fryzjer Abbas. Jej przybrana matka, która utrzymuje je obie swatając małżeństwa. Homoseksualista, który nie zważając na krzyki żony uwodzi młodych chłopców. Żona codziennie bijąca męża. Człowiek, który żyje z procentu, jaki płacą mu wszystkie „wyprodukowane” przez niego kaleki. Oraz całe mnóstwo innych, ciekawie opisanych postaci.

Największą zaletą tej książki jest jej urokliwy klimat,  jest to taki ciepły snuj, gdzie już po kilku stronach przywiązujemy się do  bohaterów i z zainteresowaniem śledzimy ich dalsze losy.

Z tym, że Rozmowy nad Nilem N. Mahfuza bardziej mnie urzekły - może dlatego, że były bardziej dekadenckie, mniej dydaktyczne?

Michał Głowiński - Kręgi obcości

Kręgi obcości to książka gruba - ciężko się ja nosi w torbie. Połowa była dla mnie bardzo ciekawa, połowa przeraźliwie nudna. Przy czym nudna dla mnie, bom głupia i Michał Głowiński jako badacz literatury, znawca poezji J. Tuwima czy B. Leśmiana nie interesuje mnie ani, ani. Był dla mnie autorem arcyciekawych rozważań na temat nowomowy, a teraz jest również autorem ciekawych wspomnień.

Ciekawie opowiada o swoim dzieciństwie (jest tzw. dzieckiem Sendlerowej”, z tym że akurat w jego przypadku Irena Sendlerowa uratowała również i jego matkę), czasach powojennych, marcu 1968, opozycji. Słowem typowy życiorys powojennego intelektualisty. O tym czytałam z przyjemnością, gdy schodził zbyt głęboko w rozważania na temat pracy w Instytucie Badań Literckich, „lekko kartkowałam”.

I jest w tej książce też wielki takt i umiar. Bo chociaż opowiada o sobie, nie przekracza granic, nie ma momentów gdzie można poczuć zażenowanie czyimś ekshibicjonizmem. A opowiada i o rzeczach trudnych - np. o dojrzewaniu w nim świadomości że jest inny, nie tylko bo jest Żydem, ale i homoseksualistą.

Czytając wspomnienia M. Głowińskiego przypomniałam sobie książki Henryka Grynberga. Czytając kolejne tomy wspomnień H. Grynberga czuć rozedrganie z którym ani jemu, ani pewnie i innym nie jest łatwo. W przypadku M. Głowińskiego też czuć te rozedrganie - pewnie w obu przypadkach, po tym co przeżyli, nie da się żyć „tak po prostu”. Tyle że u M. Głowińskiego to rozedrganie jest tłumione do wewnątrz, może dlatego całe powojenne życie zmaga się z nerwicą lękowa i z którą, a jak wynika  tej książki, rady sobie dać nie potrafi.



niedziela, 24 lipca 2011
Imieniny bez kajaków

Podobnie jak dwa lata temu, z powodu deszczu musieliśmy odwołać doroczny imieninowy spływ kajakowy.  Katastrofa, bo bez kajaków to jednak nie to samo. Jest pomysł by zmienić tradycję i w przyszłym roku urządzić imieninowe podchody, wtedy deszcz nie byłby taki straszny.

Na dworze była jesienna szaruga. Nawet nie rozpakowałam sukienki. A tymczasem na sierpniowe wesele kupiłam już kolejną i też pewnie jej w tym roku już nie założę, bo będzie za zimno. W pracy rzuciłam pomysł (wstępnie się spodobał), by zrobić wspólną szafę wyjściowych sukienek. Kupuję się, założy raz czy dwa i co dalej? Cały czas chodzić w tym samym żadna przyjemność. A sukienka wisi w szafie prawie nowa, więc udawać że jej nie ma, też głupio.

Teraz na imprezach gada się o wnukach/wnuczkach. Każda z nas ma podręczny zapas zdjęć i tak sobie wzajemnie "ochamy" - ci którzy jeszcze nie mają wnuków są wykluczeni z tej zabawy. Jeszcze nie tak dawno też tak stałam z boku ...

Na imieninach furorę zrobiła koszulka Jacka:


Mnie z kolei zrobił całkiem fajne zdjęcie (będzie dla wnuka).


Uwieczniona na zdjęciu dyskusja z Ańćką odbyła się w przerwie brydża. Jak za starych dobrych lat, gdy tylko goście rozjechali się do domów, siedliśmy do kart - poszliśmy spać jak już nie widzieliśmy ze zmęczenia na oczy i jak tylko wstaliśmy, znów siedliśmy do kart.


Niezależnie od imienin, jak co tydzień, odbyło się spotkanie naszego kółka brydżowego. Wróciła moda na robienie na drutach, może i brydż powróci do łask?

Granie w karty z sukcesem łączyłam z robieniem na drutach. Jest już 30% narzuty.


 Z tym, że narzuta idzie na razie w odstawkę, bo dostałam taki mail:

Mama, już z wyprzedzeniem prosimy o czapeczkę na jesień/zimę!

Do prezentu, który miałam dla Ańćki postanowiłam dokupić jeszcze książkę. Weszłam do księgarni, zobaczyłam kryminał, którego pomyślałam że nie czytała - wszyscy wokół oszaleli na ich punkcie, ale nie zauważyłam by czytali polskie, kupiłam i zajrzałam do środka.

Wytrzymałam kilkanaście stron. Wygląda na to, ze pan Tomasz Piątek zna język angielski i włoski. Mógłby to zakomunikować czytelnikom w jednym zdaniu, ale on postanowił to zrobić pisząc książkę, przetykaną zdaniami w tych dwóch językach. Tego się według mnie nie da czytać

Głupio dawać tak kiepskie ksiązki. Poszłam i kupiłam jeszcze jedną.


Wiedziałam o tej książce stąd. O przemyśle turystycznym, jako jeszcze jednej formie mało uczciwego wyzysku, rujnującego przy okazji środowisko naturalne. 

Czyta się ją szybko i przyjemnie. Wszystko to prawda. Ale ja dalej chcę jechać do Maroka.

A synkowi w Indiach popsuł się aparat. Kupił inny -nie wiem czy będzie nim można robić takie zdjęcia.

Szkoda by było.

Na koniec kolejny odcinek serialu o Mazowieckich Przewozach Regionalnych

Poniedziałek rano. Peron w Brwinowie. Tłum ludzi. Nie przyjechał kolejny pociąg. Pani w kasie sprzedaje bilety, aby się czegoś dowiedzieć musiałaby przejść do sąsiedniego pomieszczenia i zadzwonić do dyspozytora. Nie ma na to ochoty i może w tym liczyć na wsparcie oczekujących w kolejce.

Na tablicy zobaczyłam telefon informacji kolejowej Mazowieckich Przewozach Regionalnych.
Dzwonię:
- Dzwonię z Brwinowa, dlaczego nie ma pociągów do Wwy, już dwa kolejne nie przyjechały.
- Niemożliwe. Nic o tym nie wiem. Musiałabym zadzwonić i się dowiedzieć.
- Mogę o to prosić?
- No to musimy się rozłączyć, bo muszę odblokować linię. Proszę zadzwonić za 5 minut.
Dzwonię za 5 minut.
- Już wiem. Rzeczywiście nie ma pociągów. Popsuł się pociag w Jaktorowie.
- A kiedy będzie pociąg do Wwy?
- Nie prosiła mnie Pani bym się o to zapytała. Ja tylko ustaliłam, że rzeczywiście pociągi do Wwy nie jeżdżą i dlaczego.
(dla niezorientowanych w geografii podwarszawskich miejscowości - popsuty pociąg w Jaktorowie, nie tłumaczy braku pociągów do Wwy, bo od Grodziska tor jest wolny).

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli