niedziela, 28 lipca 2013
imieniowy splyw kajakowy

Po rocznej przerwie, znów się odbył imieninowy spływ kajakowy. Mam dzięki temu poczucie powrotu na słuszną drogę tradycji i przekonanie, że tak powinnam spędzać imieniny do końca świata i jeden dzień dłużej. Ahoj. Inna sprawa, że mogłabym przy tej okazji napisać swoją wersję Naszej klasy J. Kaczmarskiego: jednego nie było bo w styczniu zrobili mu bypassy i boi się wysiłku, druga dogląda wnuczka w Dublinie, trzeci o stołek dba i na zebraniu partyjnym siedzi .... Eh, porobiło się.

Do Ańćki pojechałam autobusem i dzięki temu na własnej skórze przekonałam się, że jest coś, co działa jeszcze gorzej niż Mazowieckie Przewozy Regionalne: pogrobowiec PKS. Gdyby wierzyć temu, co jest napisane na  tablicy informacyjnej, po południu odchodzi tylko jeden autobus do Płońska, w rzeczywistości odchodzą mniej więcej co pół godziny. W moich pociągach przynajmniej na papierze to dobrze wygląda. Inna sprawa że błędem  (który ja oczywiście popełniłam) jest  traktowanie rozkładu jazdy poważnie. 



Dworzec Zachodni w Warszawie to z pewnością przestrzeń zagrażająca nie tylko ciału -  moim zdaniem to tu, a nie tam,  kościół powinien szukać Złego. Coraz częściej czuję, że życie usiłuje mnie zmusić do kupienia samochodu. Jeszcze się bronię, ale jest granica do której można dać się upodlić.

Spływ odbył się dzięki Ańćce (na zdjęciu z wyciągniętą ręką).



Płynęliśmy nową trasą. Jeszcze ładniejszą niż tamte, bo bardziej dziką i cichą.

Trasa nie jest tak popularna, pewnie i dlatego, że trzeba przenosić kajaki przez zwalone mosty

Wywrotki posypały się dopiero na ostatniej "przeprawie" - wywaliło się 5/7 kajaków. Akurat tym razem ja byłam w tej mniejszości, ale też nie suchej, bo wszyscy brali udział w stawianiu kajaków. I tak jak zawsze, największe straty poniosła elektronika.

Z wrażenia, robiąc zdjęcia, wyłączyłam swoją komórkę i umówiony ze mną Moniek szukał mnie na mazowieckiej wsi trochę na ślepo - plan był taki, że wracając znad morza zabierze mnie po drodze z imieninowego przyjęcia i przyjedziemy do Brwi na noc.  Jakimś cudem udało się ten plan zrealizować i zobaczyłam jak urosły jej córki.



Za dużo z Mońkiem nie pogadałam, bo rano pobiegłam na organizowane przez Muzeum Żydów Polskich, zwiedzanie okolic Brwinowa.

Fajne są takie wycieczki, można się na nich usłyszeć całe mnóstwo ciekawych historii.  Drewniany, niezbyt wielkiej urody  zabudowany balkon na pierwszym piętrze z tyłu przedwojennej kamienicy, o którym mało kto wie. Tymczasem został zbudowany przed wojną, gdy okoliczne wyrostki coraz częściej zakłócały piątkowy szabas, który zwyczajowo odbywał się na parterze, w widocznych od ulicy pomieszczeniach. Aby obronić się przed tymi atakami postanowiono adaptować do tego pokoje "od podwórza", na pierwszym piętrze. Z tej okazji dobudowano jeszcze tę werandę i to na niej rozpoczynano całą uroczystość. 



Zwiedziłam też w końcu porządnie Stawisko. Dowiedziałam się ciekawej rzeczy o J. Iwaszkiewiczu. Przez całe życie starał się wykorzystywać każda chwilę, gdy 15 minut spóźniał się obiad, nie czekał w jadalni na przyniesienie zupy, tylko wykorzystywał ten czas, by zrobić coś, co miał na ten dzień w planie.

Tymczasem ja miałam w planie na ten tydzień skończenie W ząbek czesanej, zostało mi bardzo niewiele, wykończenie lamówką dołu, szyi i pach. Ale utknęłam na dole. Nie wiem jak to zrobić. A chcę zrobić dobrze, bo zrobiłam to na okrągło bez szwów (ramiona zszyłam kitchenerem).

 



 Może za tydzień pochwalę się ukończonym dziełem?

piątek, 26 lipca 2013
Przeczytane

dobra książka



Czytam teraz Iksów. Niby dobra książka, ale ciężko mi idzie. Drugi tydzień, a jeszcze nie dobrnęłam do połowy. Gubię się w nazwiskach, intrygach, kto z kim, dlaczego. A też książka nie aż tak dla mnie ważna i warta studiowania, by robić na boku notatki. Siłę do przedzierania się przez Iksów, dała mi kolejna książka W. Sorokina, Zamieć.

Uczta dla ducha. Odkryłam Sorokina na fali zachwytem Pielewinem. Tyle, że o ile z balonika zachwytu nad Pielewinem powoli uchodzi powietrze, o tyle z każdą kolejną książką Sorokina, mój zachwyt rośnie. Tym razem bohater opowieści, doktor Garin musi dotrzeć do miasta i dostarczyć szczepionkę – wybuchła tam jakaś straszna epidemia i ludzie zamieniają się w bestie. Nie powstrzymuje go śnieżna zamieć i postanawia dotrzeć do celu zaprzężonymi w konie saniami. Książka opowiada o tej podróży. Symbolicznie, onirycznie i okrutnie. Magiczny świat poza czasem, średniowiecze plus technika jutra. Czyli tak jak to u Sorokina. I tak to u niego bywa, mocno wciąga. A dodatkowo, polecam na upały opis zamieci śnieżnej.

Druga przeczytana ksiażka, to trochę „pudelkowaty”. Hitman Juliusza Machulskiego.

Zbiór felietonów, z tym że na tyle sprytnie  poskładanych, że tego prawie nie czuć. O dzieciństwie, kręceniu filmów. Inteligentnie, żywo napisane, czyta się to przyjemnie. Ale z gatunku: „przeczytane - zapomniane”. Nie ukrywam, że biorąc do ręki wspomnienia J. Machulskiego liczyłam może nie na wielką literaturę, ale przynajmniej na dużą porcję anegdot. I się zawiodłam. Możliwe, że trochę jednak przeszkadzała  mi formuła felietonów i brak łącznika pomiędzy poszczególnymi rozdziałami. A może to dlatego, że z wiekiem, co widać w jego filmach, trochę pary z niego uszło i  odcisnęło się to i w książce?

niedziela, 21 lipca 2013
Ja jako babcia

Trochę z wnukiem pobyłam. Przede wszystkim 10 dni w augustowskim lesie w tzw. rodzinnej formule (obok wnuka i jego rodziców, była jeszcze moja mama, a nieopodal drudzy dziadkowie). Takie letnisko w starym stylu, tyle że dawniej wyjeżdżało się tak przynajmniej na miesiąc i miało to głęboki sens, bo wracało się zresetowanym. 


Anka wybrała fajne miejsce: trzy domy w lesie + czwarty gospodarzy. Las, cisza, daleko od ludzkich skupisk i zapachu smażonej ryby.

Jako babcia popełniłam błąd i kupiłam za duży basenik - nie wzięłam pod uwagę, że wodę w takim baseniku trzeba często zmieniać, "zmniejszyliśmy" go o połowę, a i tak był za duży. A do jeziora było na tyle daleko, że na plażę pojechaliśmy tylko raz, na co dzień Tomek chlapał się w baseniku. 


Alternatywą dla basenika był spacer do koników (te mechaniczne były dla niego bardziej atrakcyjne). 

Zdaję sobie sprawę, że moja opinia jest mocno "pod prąd", ale przywiozłam z tego wyjazdu dobre doświadczenia z polską służbą zdrowia. Alek bez problemu otrzymał pomoc na ostrym dyżurze (coś paskudnego go pogryzło, a on alergicznie na to zareagował) i nie było do tego potrzebne uruchamianie prywatnego ubezpieczenia, wystarczyła tzw. europejska karta.  Z kolei gdy Anka potrzebowała porady pediatry, bez problemu została natychmiast połączona przez pielęgniarkę z lekarzem. Ci co tak zapamiętale narzekają na służbę zdrowia, zapominają, ze w obu ww. przypadkach w Anglii pomocy udzielała by pielęgniarka. Po to by spotkać lekarza, trzeba mieć dodatkowe, prywatne ubezpieczenia. I u nas też pewnie za chwilę tak będzie. 

W obie strony jechałam pociągiem. Dworzec w Augustowie jest taki sam jak w czasach mojej młodości, odchodzi z niego tylko kilka pociągów w ciągu dnia. Chyba zawsze tak było. W pierwszej chwili zdziwiły mnie godziny pracy kasjerki, ale po chwili namysłu doszłam do wniosku, ze dziwne jest raczej to, że kasa w ogóle jest czynna (dworzec jest oddalony od miasta 5 kilometrów) 

Kończąc temat PKP, na Dworcu Centralnym zrobiłam takie zdjęcie.

Reżyseria Woody Allen

Na ten film poszłam tylko dlatego, że opowiadał o Woody Allenie. I jeżeli dla takiego fana Woody Allena jak ja, był on przeraźliwie nudny, dla innych - zakładając, że wysiedzą na nim do końca - będzie tylko niewyobrażalną stratą czasu.

Frances Ha

Trochę lepiej trafiłam za drugim razem. Lepiej, to nie znaczy że dobrze.


Czarno-biały film o nowojorskiej bohemie. A raczej o zbliżających się do trzydziestki młodych ludziach aspirujących do bycia bohemą. Bohaterką filmu jest 27-letnia tancerka, która z trudem wiąże koniec z końcem. Na naszych oczach powoli przepoczwarza się w osobę bardziej dorosłą. Film o niczym, takie podpatrywanie przez dziurkę od klucza. Na szczęście bez myśli przewodniej, czy happy-endów, więc miło się ogląda. 

W tym tygodniu, dzięki Amazonowi dobrze się poczułam jako konsument - skontaktowałam się via chat z ich biurem obsługi. Podpowiedzieli mi, bym zresetowała Kindla do ustawień fabrycznych. Jest lepiej, ale jeszcze za wcześnie by ocenić o ile lepiej. Jeżeli będzie mi starczał na tydzień, zostawię to tak jak jest.   

wtorek, 09 lipca 2013
Przeczytane

dobra książka



Zaczyn o Zofii i Oskarze Hansenach Filip Springer

Polecił mi tę książkę synek, który się nią zachwycił. Znak, że każdy w niej może znaleźć coś innego. Bo dla mnie była to książka o starości, życiowych bilansach, a jakoś nie wierzę, by mojego synka urzekały takie tematy. Ale jak kogoś interesuje historia architektury czy życie codzienne w PRL-u, też w nią wsiąknie.

Oskar Hansen był architektem - wizjonerem, fanatykiem idei formy otwartej. Sztywny i niezdolny do poddawania się wiatrom historii, pod koniec życia został sam ze swoją racją i wiarą, że kiedyś jeszcze to w co wierzy będzie górą. W teorii miał częściej racje, niż w praktyce - to on zaprojektował jedno z bardziej koszmarnych osiedli tamtych czasów: Przyczółek grochowski

Ale cześć mu, za za jego niechęć do pomników. Poniżej bardzo ciekawa nigdy nie zrealizowana koncepcja pomnika w Oświęcimiu.

W 1958 roku zostaje ogłoszony międzynarodowy konkurs na pomnik upamiętniający ofiary obozu w Oświęcimiu. (…)  Gdy dochodzi do ponownego głosowania, wynik jest jednoznaczny – wygrywa projekt zespołu: Oskar Hansen, Jerzy Jarnuszkiewicz, Julian Pałka. Założenia zwycięskiej pracy są szokujące. Autorzy nie proponują nic ponad przekreślenie całego terenu obozu szerokim na sześćdziesiąt metrów i długim na kilometr pasem asfaltu. W nim mają zostać zatopione baraki, druty, strażnicze wieże i pozostałości krematoriów. Pozostawione same sobie, z przyzwoleniem na działanie czasu i powolny rozpad. Droga – zasklepiona rana bez początku i bez końca, wyniesiona nieco ponad teren obozu, by nie dotykać stopami przeklętej ziemi. Można by tylko patrzeć, milczeć i mieć nadzieję, że cały ten koszmar dookoła zaraz się rozpadnie w pył. Zostanie tylko czarny asfalt, po którym będziemy mogli przejść dalej. Droga, która pozwoli nam iść, ale nie pozwoli zapomnieć. (…) Pomnikiem zachwycają się dziennikarze i krytycy. (…) Mimo zachwytów wyniku konkursu nie akceptuje jednak Międzynarodowy Komitet Oświęcimski. Jego przedstawiciel przy jury zwraca uwagę na nieprzystawalność formy pomnika do przeżyć i doświadczeń (…) Ostatecznie zostaje wypracowany kompromis. Autorzy zwycięskiej pracy mają spotkać się w Rzymie z członkami dwóch włoskich zespołów uhonorowanych w konkursie wyróżnieniami. Razem wypracują taką wersję pomnika, która będzie zaakceptowana przez byłych więźniów. Hansen do tego pomysłu podchodzi sceptycznie, w polskim projekcie nie ma bowiem zbyt wiele miejsca na modyfikacje. Jedzie jednak do Włoch. (…) szybko stamtąd wraca, uprzednio trzaskając z impetem drzwiami. Okazuje się, że trzeci etap konkursu wcale nie zmierza w stronę realizacji polskiej koncepcji. Później opowie, że szalę goryczy przelała wypowiedź jednego z włoskich artystów, który zasugerował, że forma pomnika musi umożliwiać jego pomniejszenie i sprzedaż w formie pamiątek.

Podobno nowy papież zaprotestował przeciwko pomnikowi, jaki mu już zdążyli postawić w Buenos Ares i kazał go rozebrać. Idzie nowe?

 

Alfabet Magdy Dygat i Andezeja Dudzińskiego

 

Zważywszy na ładunek ciekawości jaki miało ich życie, spodziewałam się czegoś więcej. Jak dla mnie za dużo filozofowania i nostalgicznych wtrętów, a za mało anegdot.

Ale jak zawsze w tego typu książkach, jakieś smaczki są. Cytuję dwa:

Pszoniak, Wojciech

Dawno temu zadzwoniła do nas Małgosia Braunek i powiedziała, że przyprowadzi swojego kolegę ze szkoły, górnika ze Śląska. — To bar­dzo miły człowiek, nieśmiały i skromny, peszy go trochę nasze środo­wisko, więc dajcie mu się dobrze poczuć.Kiedy otworzyłam drzwi, zobaczyłam Wojtka Pszoniaka. Przedstawił się zmyślonym nazwiskiem, usiadł skromnie w kącie pokoju, zapytał, czy nie przeszkadza i czy chcielibyśmy może dowiedzieć się czegoś o pracy w kopalni:— Praca w kopalni jest potwornie nudna, ciągle tylko szukamy i szukamy węgla, a jak znajdziemy, to go wykopujemy i cieszymy się, że się znalazł, ale tylko przez chwilę, bo zaraz trzeba znów szukać dalej, i tak w kółko. Ja bym wolał być intelektualistą albo filozofem, oni nie muszą niczego szukać. Raz zapytałem kolegi górnika, czy zna Leszka Kołakow­skiego, a on powiedział: nie, pewnie pracuje w innej kopalni.

Dorota Lessing

Nowojorskie wydawnictwo Random House zamówiło u mnie okładkę do Piątego dziecka. Uznana za świetną literaturę, książka szybko stała się bestsellerem, recenzenci nie szczędzili jej po­chwal. W jakiś czas potem dowiedziałem się, że Doris Lessing napisała nową książkę i pod pseudonimem rozesłała ją do wielu wydawnictw. Wszystkie odpowiedziały odmownie. Przypomniała mi się ta historia w związku z przyznaniem jej Nagrody Nobla.

 

Obok Julii  Eustachy Rylski


Tego się nie da czytać. Rozedrgany, emocjonalny bełkot małego chłopczyka, któremu wydaje się że jest macho. No i pisze tak, jak mu się wydaje że prawdziwy macho pisać powinien.

Na Kindlu mam ponad 80 książek do przeczytania, więc po 20 stronach dałam sobie spokój. Może się to potem rozkręca, tylko ja nie do tego momentu nie dotarłam i wcześniej się poddałam. 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli